Pomyliłam kierunki studiów

Posted in Blog on 9 Luty 2010 by aleandra

Chciałam w tej notce napisać o:

-kompleksie,
-błędnym wyborze studiów

ale jak tak to wszystko sobie pomyślałam, to stwierdziłam, że wróżki nie zawsze kłamią. Wyjaśnienie w następnej notce (chyba). Tak, czy inaczej, chciałabym pozdrowić Czytelników oraz zawiadomić ich  o tym, iż tego bloga pisać będę zawsze. Bo nagle się okazało, że stanowi to świetny zbiór mojego… E, moich prac, które mogą się przydać do pokazania w CV no i jako przykłady “tak potrafię pisać”.

Co znowu?

Posted in Blog on 7 Luty 2010 by aleandra

Spanie jest dobre, zdrowe i fajne. Takie beztroskie. Może jest to powrót do czasów z dzieciństwa, kiedy nic nie było takie skomplikowane? Filozofia może i jest częścią mnie, bo siłą rzeczy w wieku nastoletnim naczytałam się Philipa K. Dicka, a on sam siebie odbierał jako właśnie filozofa. Obecnie męczę jego biografię “Boże inwazje”. Fragment: “(…) opracował plan dowitaminizowania dla siebie, od czego sczerniał mu język” mnie zupełnie rozwalił i przyprawił o śmiech.
Tymczasem czas ucieka. A ja się nie uczę. Pójdę w środę na zaliczenie z praktyk, pewnie zaliczę i tyle. A co dalej, życie pokaże. Póki co, muszę coś swojego wydrukować i jutro…
Plan jest taki: pochodzić po wydawnictwach, redakcjach, przedstawić się jako Osoba, Która Chętnie Zacznie Współpracować/Pracować Z Nimi i skorzystać na tym. No i, rzecz jasna, dalej pisać. I czytać. I pisać. Itd.
Zaczęłam od snów, bo to do nich często wchodzę i nie chcę wyjść, kiedy życie staje się jednym wielkim #$#@#!#@!. Mój problem polega jednak na tym, że nadal nie bardzo znalazłam pomysł na życie… No dobrze, może i znalazłam, ale właśnie problemem jest to, że za cholerę nie umiem go zrealizować. A może nie chcę tego robić w sposób najbardziej prosty z prostych. Bo to by mnie bolało. I męczyło. Czym konkretnie… Eh… Nie uwierzycie, ale w gimnazjum wydawało mi się, że “i pewnie pójdę na polonistykę!”. Dobra. Serio. To są trudne słowa w trudnym zdaniu. Oczywiście nie dla Czytelnika (pozdrawiam, haha – i naprawdę się roześmiała), a dla mnie. Może ktoś tu już to czytał, cholera wie, nie chce mi się zaglądać w archiwum tego blogaska. Tak, czy inaczej, chodzi o to, że moja Mama chciała być bibliotekarką. Oczywiście moje marzenie, wzięte z kosmosu wręcz (bo nie wiem, czemu sobie to ubzdurałam), żeby zostać pisarką wcześnie wylazło na wierzch. Tylko, że… No… Właśnie. TO JEST MOJE ŻYCIE. I bardzo często, a niemal non-stop mam wrażenie, jakby ciągle coś mną kierowało. A to rodzice (idź na bibliotekoznastwo), a to ktoś inny… A później się dziwić, że nie jestem człowiekiem zaradnym?
Jakim typem człowieka jestem? Zastanawiając się nad tym, jakże życiowym i zarazem bez sensownym pytaniem, doszłam do wniosku, że takim, który nie ma pomysłu, jak zrobić wędrowne życie. Przecież podróże są wspaniałe! I mogą stać się największą przygodą życia. Ale chyba bezdomnym z wyboru (tak) tak naprawdę nie chcę być, skoro marzy mi się jakieś gniazdko z kotkiem w Krakowie/gdzieś, gdzie nie będę tak chamsko samotna.
W Czechach będę.
Dostałam dziś po dupie od znajomego za moją prozę. WTF, zapyta ktoś zapewne. Ano tak, że stwierdził, iż ja nic fabularnie nie przekażę Czytelnikowi. Przesłania. Do diabła z nim! Książka może poruszać ważne problemy itd., ale w gruncie rzeczy… do diabła z nim, ile jest Czytelników, którzy szukają ukrytych treści w utworach? Jacyś zajadli fani mangi i anime? A może okpić i po prostu popracować nad wizją fabuły, jej koncepcją itd. i napisać to? A nie wiem. Taka książka, którą uparcie próbowałam od wczoraj przeczytać, a z czego dziś zrezygnowałam (150 stron, byłam na 40) o tytule “Świat Czarownic” Andre Norton…. Nagrodzona Hugo, ale ja nie mogłam zrozumieć, dlaczego. Pomysł przyjścia do innego świata mamy od “Lwa, czarownicy i szafy” (Narnia, 1 t.), po “Smok i Jerzy” Kogośtam (fajne, fajne), a skończywszy na Magic Knight Rayearth. Ciekawą rzeczą, którą udało mi się zaciekawić w “Świecie Czarownic” jest język, a ściślej – imiona czarownic. Jest to utwór WCZEŚNIEJSZY od Ziemiomorza Le Guin i warto to odnotować, ze względu na to, że w obu powieściach (cyklach?) występuje motyw imion czarownic/czarnoksiężników, których nie można reszcie zdradzać, bo może to im przysporzyć problemy. W przypadku dzieła Norton, mamy sytuację, kiedy czarownica w ogóle nie chce zdradzić swego imienia. I pomyślałam sobie tak: “Le Guin pewnie czytała tą [tę?] książkę, pewnie pomyślała: a czemu nie mają fałszywych imion?”. Bo o ile dobrze pamiętam, to w Ziemiomorzu były fikcyjne imiona – zwykłe i te prawdziwe. I to był dobry motyw! Ale za “Czarnoksiężnika z Archipelagu” autorka, z tego, co się zorientowałam, nie otrzymała Hugo/Nebuli, chociaż… Tak, jej proza jest o wiele bardziej ambitna od Norton, bo więcej razy dostała Hugo/Nebulę. I nie wiem, czy to dobrze, ale fakt faktem, że utwory Norton w końcu mi się znudziły.
O, proszę! Jaka oczytana jestem….
Wspomniałam na samym początku tej notki o śnie. Przespałam 3 lata? Bo sobie uświadomiłam, że prawdopodobnie pójście na pedagogikę to był mój błąd. Oczywiście… Z wszystkiego da się wyciągnąć pozytywne konsekwencje, ale w tym przypadku widzę tego mniej, niż w kontekście pracy socjalnej.

Pozdroofka.

Juliano&Aleandra prezentują

Posted in Blog on 6 Luty 2010 by aleandra

SCENARIUSZ: ALEANDRA


RYSUNKI I OGÓLNE WYKONANIE: JULIANO

Postanowiłyśmy pójść za ciosem i po swojemu realizować się twórczo. Ja walnę scenariusz, ona obrazki. Powstanie mega piękne superanckie dzieło! A teraz do konkretów…

Cancion del Mariachi… tego powinni zabronić

Posted in Blog on 5 Luty 2010 by aleandra

Nie mogę się uwolnić od tej piosenki. Nie mam pojęcia, dlaczego ona się tak do mnie przyczepiła, ale to ten magiczny głos… OOOOOOOOOOOOOH. Dobra, koniec wprowadzenia.

To, że napisałam 65 stron A4 czcionką Times New Roman wielkości 10, nie oznacza, że skończyłam pracę nad nim. Mam wrażenie, że dopiero zaczęłam! Pożyczyłam dziś 3 książki o schizofrenii… No, powiedzmy. Jedna z nich to twór napisany przez sutina (specjalnie z małej litery, wybacz facet): życiorys Philipa K. Dicka. Od dawna chciałam się za to dziełko zabrać, bo autor Blade Runnera to ktoś, którego sobie bardzo cenię. A teraz stwierdzam wprost: “Nauczaj, Miszczu!”. Dziwne, poplątane… Ale… Ten schizofrenik (a może jednak nie? Psycholog i psychiatra tego pana stwierdzili, że to jest tak normalny człowiek, jak każdy z nas. To było napisane we wstępie do biografii Dicka. Prawda, że iście Dickowski wstęp? :>) jest przeze mnie bardzo ceniony chyba głównie za to, że potrafił świetnie dopasować swoje pomysły do jednego wzoru pisania fabuły w powieści. I nie znajduję w nim nic nudnego. Zadziwiające, ale wśród nabytku bibliotecznego mam jeszcze 2 książki o schizofrenii, stricte naukowe i myślę, że jednak biografia Dicka najwięcej odpowie mi na pytanie o osobach z schizofrenią. Cóż… :)

Jutro idę na uczelnię, zobaczyć co z psychologią. Życzcie powodzenia… pf.

Chciałam jeszcze napisać kilka rzeczy, ale: 1) brzuch od śmiechu (4 minuty) mnie boli, 2) mam ciekawsze rzeczy do roboty na tą chwilę :>

Sayonara!

Końcówka mi wyszła niejednoznaczna, a bu!

Posted in Blog on 4 Luty 2010 by aleandra

NAPISAŁAM.

Jestem z siebie zadowolona, chociaż ze zdziwieniem stwierdziłam, że najlepszy tytuł, to taki, który już dałam, czyli “Złudzenie”. Co prawda twór wymaga poprawienia, lecz jestem z siebie zadowolona. Co najlepsze, to coś ma 65 stron A4. Wysłałam paru ludziom do obczajenia, pewnie nie zostawią na mnie suchej nitki. Trudno. Najbardziej będę się męczyć z końcówką, bo wyszła niejednoznaczna, a miała wyjść jednoznaczna, no i jak pisałam wczoraj ostatnie zdanie do niej, to się czułam tak, jakbym była na haju. No, ale przede mną długa droga, by tekst był po prostu dobry i zdatny do wydania przez jakieśtam wydawnictwo. A to zapewne (jak znam życie, grrr!) zechce mi powiedzieć: “pani zmieni to i to, i to, i jeszcze to”.

Albo nic nie zmienić, bo znając polską fantastykę na opak, a widząc dzięki Bestariuszowi takie dzieło, którego tytułu nie pamiętam, autora również, a które było po prostu dla mnie męczarnią… mam wrażenie po prostu, że oni se w kulki lecą i niczego nie czytają, wydają wszystko jak leci, bo “polska fantastyka się rozwija”.

Sesja sresja. Nie wiem, czy dam radę ją skończyć. Mało się tym martwię, za mało….

I chyba sobie poczytam coś dobrego. Na przykład dzieło pana Bestera, które zostało w którymś-tam-roku nagrodzone Hugo “Człowiek do przeróbki”. Do Asimova na pewno powrócę, ale po tejże lekturze, bo się obawiam, że jakoś mnie za bardzo zmęczył i nie jestem zdolna skończyć “Agenta Fundacji”… Dziwne.

Dobra, nevadi. Idę się obijać.

Cancion del Mariachi

Posted in Blog on 31 Styczeń 2010 by aleandra

Wena jest matką wszystkich problemów z bohaterami.

Pies przestał mnie kochać

Posted in Blog on 30 Styczeń 2010 by aleandra

1. Pies za mną nie poleci, tylko schowa się pod jakąś dziwną półką w spiżarce. Trudno, przestał kochać, przeżyję.

2. Miłość do Uteny i pewnej piosenki z Desperado (Cancion del Mariachi) nie przeszła mi nadal. To pierwsze nasuwa się samo, jakoś w dziwnych okolicznościach, na przykład tuż przed egzaminem. To drugie… Cóż, znalazłam przy okazji ściągania różnych OSTów z filmów, bo nie wiedziałam, od czego zacząć ściąganie muzyczki, za bardzo tym się wcześniej nie interesowałam. I powiem Wam, że ta Mariachi to chyba na zawsze stała się moją ulubioną piosenką i nie wiem, co w niej kocham – czy ten głos, czy to brzmienie, czy po prostu całość. Urzeka mnie i będzie dalej urzekać, jako, że mam tendencję do słuchania jej w kółko. Niby taka zwykła pioseneczka, a jednak dzieciństwo chyba się przypomina.

3. Egzamin wczoraj miałam z teoretycznych podstaw wychowania. Po pierwsze, na tym przedmiocie, jeśli chodzi o wykłady, byłam tylko trzy razy. Po drugie, nie skserowałam żadnych notatek. I po trzecie, w Internecie znalazłam bezwartościowe notatki, które mogłyby mi się przydać przed nauką na ćwiczenia, ale już wiem, że wykładowca mówił o innych rzeczach. Po czwarte, był test, 19 pytań, więc liczyłam na szczęście. No i dostałam 3,5. Logiczne myślenie nie boli, aczkolwiek nie wiem, co to jest prakseologia, mimo, że ją w pewnym pytaniu zaznaczyłam (i to dobrze:P).

4. Wspomniałam całkiem niedawno o zbyt dużej ilości porażek i szczerze… Tak, szczerze, to nie wiem, czy mam ochotę o tym pisać. Bo nie zdałam z pedagogiki społecznej przez brak wiedzy o wymaganiach, jakie egzaminatorka stawia: TYLKO JEDNA DEFINICJA SIĘ LICZY, innych, nawet prawidłowych, bo wymyślonych przez socjologów itd. nie może być zaliczona. Nie zdałam również z psychologii przez własną głupotę i nikt mi nie wierzy, że to przez brak wyczajenia, iż jest to test wielokrotnego wyboru. Czeka mnie również dydaktyka, ale do niej wszystkie materiały mam i już sama nie wiem, jak mam się za nią wziąć, bo z jednej strony jestem obkuta, z drugiej się boję. Pożyjemy, zobaczymy? W sumie bez sensu byłoby się poddać w momencie, kiedy no problemo się zdaje bez zbytniego wysiłku i niewiele zostaje do “nadrobienia”.

5. Zrobiłam dziś sos pieczarkowy z torebki, ugotowałam makaron oraz zrobiłam bardzo prowizoryczne i – szczerze mówiąc – amatorskie kotlety, bo wędlinę na chleb wymaczałam w bułce tartej i jajku. Obiad, ku swemu zaskoczeniu, wyszedł przepyszny. Mniam! Ale jakaś taka niedojedzona się czuję.

Asus ma uczulenie na GG10PL

Posted in Blog on 29 Styczeń 2010 by aleandra

Używam jednego komunikatora od dłuższego czasu – Miranda. Ma ona jednak taką wadę, że trzeba się poważnie namęczyć, aby coś sensownego w niej skonfigurować. Wprawdzie wyszło niedawno polskie ułatwienie, że się ściąga z gotowymi ustawieniami, lecz to nie jest takie proste, bo bym musiała zaraz kontakty jakoś dziwnie kopiować. A mi chodzi tylko o jeden numer…

Cała zabawa (i problem) zaczęła się wczoraj, gdy okazało się, że jakiś numer, który jest większy niż 17 mln próbuje się ze mną skontaktować. Ani nie kojarzę, kto to może być, ani nie wiem, kto mógłby do mnie zagadać. Po udanej wczorajszej chwili wywnioskowałam, że to musi być ktoś znajomy. Odpowiedzi na to, kto zacz, nie dostałam, bo wyskoczył mi słynny i piękny niebieski ekran.

DUMP!

Za każdym razem, gdy uruchamiam GG10PL to mi się włącza piękny niebieski ekran. W związku z tym w trybie awaryjnym musiałam wykasować ten cholerny program i zastanowić się nad próbą zainstalowania najnowszej wersji Mirandy. To też zrobiłam chyba, efekty raczej późniejszym wieczorem będą widoczne.

No, ale… Gdyby ktoś mi powiedział, że mam zainstalować Tlena, to odpowiedź byłaby taka: MAM BLOKADĘ PROGRAMU TLENA!!!! Coś antywirusowego w systemie czy coś w ten deseń mi to robi :/. Może znacie inne programy, w sensie klienty dla komunikatorów, które by obsługiwały wszystkie nr gg? Bo na razie to figa z makiem.

PS.: Napisałam do Agory, że chcę dla nich pisać. Pewnie nie odpowiedzą…

Notatka ku tęsknocie Fanów

Posted in Blog on 28 Styczeń 2010 by aleandra

Wczoraj miałam napisać coś na blogu, tego nie zrobiłam…

Za dużo porażek.

Dziś chciałam coś skrobnąć i stwierdziłam, że nie mam sił. Pora wrócić do pisania opowiadania.

Problem z codziennością. Jak coś zmienić?

Opole is the best. Muzyka łagodzi obyczaje!

OMG

Posted in Blog on 25 Styczeń 2010 by aleandra

Jutro mam egzamin poprawkowy z pedagogiki społecznej. Trochę się pouczyłam, ale najgorsze jest to, że nie mam bladego pojęcia, co ostatnim razem źle poszło. OMG!

Poszłam spać o 22:30, obudziłam się o 2 w nocy i widząc godzinę, poszłam spać. Brutalnie zostałam obudzona, bo ktoś miał złożyć wizytę. Wszystko poszło zgodnie z planem. Tylko, że ja w wyniku całego zamieszania byłam tak śpiąca, że zostałam zmuszona do picia KAWY, czyli czegoś, czego nie stosuję na co dzień. OMG!

Zdjęcie obok jest ładne, ale mam wrażenie, jakby ono mówiło: OMG. Dziś rano miałam wielkie OMG, bo przecież Internet z ROUTERA padł na całą godzinę i to całkowicie. Ja nie wiem, to chyba przez te mrozy tak, bo woda też nam zamarza tak, że w łazience jej nie ma czasem (a jak tato wróci i to naprawi, to już jest okej).

Robię postępy w oszczędzaniu, do którego się przymusiłam. O ile już kasy bratu nie muszę oddawać, o tyle 60 złotych teraz jestem winna komuś innemu. I to jeszcze nie wszystko, bo oczywiście muszę trochę więcej nazbierać, aby dojechać i wyjechać z Cieszyna. Czas jest stricte ograniczony, bo do czerwca mam już wiedzieć, czy będę na Triconie, a tu w kasie jest cholernie niedobrze. OMG!

Opowiadanie mnie tak wciągnęło, że zamiast myśli w stylu “a wszystkim zajmę się po sesji”, to mam myśli w stylu “a zrobię to jutro”. Historia i wciągnęła i się rozwinęła przy okazji. Oczywiście bohaterowie nie do końca są moimi niewolnikami, a szczególnie taki jeden dupek. Na szczęście nie jest głównym bohaterem, ale i tak jest dupkiem.

OMG! Zapomniałam o OMG!

Myślę, że pozostaje mi już tylko pożegnać się z Czytelnikami na dziś (czyli – następna notka prawdopodobnie jutro). Miłego wieczoru!

Weselny taniec sponsorowany przez Aleandrę

Posted in Blog on 24 Styczeń 2010 by aleandra

Brat mi wczoraj wyszedł za żonę. Miałam dużo obowiązków, bo musiałam najpierw pełnić rolę skarbnika: dowody osobiste, pudełka-prezenty jakieś, aparat (tak, przy okazji robiłam im zdjęcia), potem musiałam pełnić rolę świadka, tj. podpisać papiery, potem musiałam robić zdjęcia i zająć się obsługą muzyki, no i oczywiście nażarłam się jak przysłowiowa świnia do tego stopnia, że mi niedobrze się zrobiło. Oczywiście mogłabym na Sieci poumieszczać zdjęcia, które zrobiłam nowożeńcom, ale niech oni zdecydują, które idą na pokaz, bo ja to ogólnie nie chcę robić wielkiej afery.

Zaskoczyło mnie to, że mało komu chciało się tańczyć. A głównie w ten sposób bawiły się starsze osoby i ja, bo w końcu lubię to robić nie od dziś. Para młoda oczywiście też pokazała swój partnerski taniec (nie będę się teraz bawiła w szukanie synonimów), co im ładnie wyszło.

SPECJALNE PODZIĘKOWANIA NALEŻĄ SIĘ JULIANO NO MASQUE ZA MAKIJAŻ I PROSTOWANIE WŁOSÓW. DZIĘKI! :*

Przeczucia kobiet rzadko kiedy są błędne. Ja przy tej całej hecy czułam (?) od czasu do czasu uczucie, że wszystko będzie z tą młodą parą jak najbardziej w porządku. Zwłaszcza, że małżeństwo jest ceremonią, która ma na celu wzmocnić związek. Nie wiem, czy tak będzie, bo czasem się nie udaje, ale bycie dobrej myśli to przecież podstawa.

A i każdy jest indywidualną jednostką. Najbliższa rodzina, w postaci babci i pana młodego zauważyła zapewne, że coś u mnie nie grało. Co prawda nikomu nie zepsułam swoimi humorami zabawy, ale niewiele brakowało. A to mi się chciało płakać, a to byłam wkurzona, bo nie zaliczyłam społecznej, a to czułam się samotnie i jakoś tak odizolowana od reszty, przy okazji w tamtym momencie przeklęłam swój charakter, który bardziej każe mi słuchać niż rozmawiać. Z drugiej strony też w pewnym momencie była zmiana ustawienia stołów i każdy siadał kto jak gdzie chce, no trafiło mi się dość nieszczęśliwe miejsce, bo oddalone od sensownych osób trochę.

Impreza była udana w sumie. :] Ale teraz jestem zmęczona po przedstawieniu i sądzę, że będę oglądała film movie Uteny i pewnie parę innych głupot porobię.

Wpadka

Posted in Blog on 22 Styczeń 2010 by aleandra

Miałam dziś małe załamanie. Sesja, sesja i prawie po sesji. O godzinie 10:00 miałam egzamin z psychologii wychowawczej. Nie zaliczyłam. Trudno – trzeba było się uczyć, a nie płaszczyć dupę przed laptopem i wykop.pl. Niestety, na własne życzenie otrzymałam jeszcze raz ten test na maila. I wtedy mnie oświeciło – nie zdałam NIE dlatego, że olałam, ale dlatego, że… olałam CZYTAJ ZE ZROZUMIENIEM+CZYTAJ KAŻDĄ UMOWĘ PRZED PODPISANIEM. Test wielokrotnego wyboru, uzyskujesz punkt wtedy tylko, jeśli w jednym zadaniu na dwa poprawne odpowiedzi są zaznaczone 2 poprawne odpowiedzi. A ja pozaznaczałam 1, bo myślałam, że tyle starczy (wydawało i wydaje mi się, że prowadząca zajęcia zmieniła trochę zasady, bo nie pamiętam, aby tak było w zeszłym roku…). No i kupa. Mam poprawkę, której nie powinnam mieć. :/

Ale życie jest ogólnie fajne…

(muzyka łagodzi obyczaje, podziękowania dla Opola!)

Wszyscy jesteśmy kłamcami

Posted in Blog on 20 Styczeń 2010 by aleandra

Ten wpis ma dwa podłoża. Pierwsze, to jest cukier. Drugie, to jest wiedza psychologiczna. Punkt ostatni informuje nas, że chciałabym napisać A, ale ze względu na słodki element jest to niemożliwe. Niestety, lata bycia nastolatkiem minęły bezpowrotnie, a co jest publiczne, to może nie musi być oficjalne, ale jako tako dostosowane do realiów, by nie zrobić z siebie więźnia politycznego.

Pani doktor Danuta Skrocka, która uczy studentów na tutejszej uczelni, powiedziała kiedyś zdanie właśnie w takim stylu: wszyscy jesteśmy kłamcami. Zapewne o tym pisałam na blogu, ale w jednym tylko kontekście: tym właśnie, że jeden prosty fakt może być odebrany na tysiące różnych sposobów, a przez to lekko zniekształcany.

Jednak kłamcami jesteśmy również w innym rozumieniu: oficjalnie słodzimy, nieoficjalnie psujemy. Fałszywość? Nie wiem, w moim przypadku jest to bardziej ironiczność, bo nie odważę się powiedzieć cynizm. Jest to spowodowane moją słabą samooceną, a ze szkół starożytnej Grecji moimi guru byli cynicy: zawsze chciałam być jednym z nich. O, diablo wiedzą, czy mi się udaje. To, że wykluczam nieprawdziwość jest skutkiem tematu, o którym dużo mówi się na pedagogice: role społeczne. Każdy z nas, zależnie od sytuacji zmienia je. To jest kłamstwo, bo przecież uczeń nie musi być taki sam w domu, jak w szkole. I specjalnie do słów Skrockiej dokładam filozofię, aby moi Czytelnicy nie rozleniwili się za bardzo.

Jest ciemna strona aktorstwa i pisarstwa. Wiadomo, że osoby zajmujące się tym pierwszym muszą odgrywać różne postacie. Własna osobowość ma zaniknąć, zmienić się w całkowicie inną istotę. Oczywiście, że znane są przypadki kina, kiedy gwiazdy źle kończyły, bo miały zupełnie pochrzanioną psychikę: rozpad i inne nieprzyjemne sprawy. Z kolei pisarstwo… W pewnym momencie pisania opowieści (tudzież łopowiadania) zauważa się, że bohaterowie żyją własnym życiem. A człowiek to tworzy i pisze. No i wszystko byłoby fajnie, gdyby… Pisarstwo bardzo przypomina mi aktorstwo; przecież opisując reakcje bohatera Z muszę wiedzieć przynajmniej, co on czuje i jak to pokazać. Rola obserwatora również tu pasuje, a jednak. Są momenty, kiedy potrafię się tak wczuć, że sama czuję to, co postać Z. Dla przykładu włączyłam piosenkę z anime 3×3 Eyes (podobno horror. No i nawet nie wiem, czy dobre toto jest, bo nie widziałam), pisząc w międzyczasie jedną ze scen do swego “dzieła”. Idealnie się zharmonizowało, bo po tym wszystkim czułam się zmęczona tak, jakby bohater był tym zmęczony; po tym wszystkim stwierdziłam, że byłam dokładnie na miejscu tego cholernego Z.

Ale dość o moich łopowiadaniach. Od filozofii po sesję egzaminacyjną tudzież PWSZ w Gorzowie Wlkp. Ta sesja jest naprawdę bezbolesna, ale jeszcze się nie skończyła. Podejrzewam, że czeka mnie po niej spotkanie z anglistką i zaliczenie jakiegoś testu. Dla mnie to by było czysto logiczne i sprawiedliwe. Bo póki co to wygląda mniej więcej tak: nie zaliczyłam testu na poziomie rozszerzonym, przeszłam na poziom podstawowy, miał być test, ale nie było ze względów od nas zupełnie niezależnych (oficjalność), kontaktowy student z panią anglistką otrzymuje listę osób tych, którzy mają przyjść napisać test number one, ale mnie nie ma na tej liście. Nawet, jeśli nie umawiałam się na jakieś zaliczenie z anglistka, to logicznym by było zaliczyć ten test. Tym bardziej, że osoby, które tego nie zrobiły, miały napisać następny po to, aby nie mieć warunku z angielskiego. No zobaczymy jutro, ale przyznam szczerze, że jestem zaskoczona sytuacją, bo myślę, że w swoich notatkach prowadzący takie rzeczy w stylu kto co ma zrobić zapisują. Ale to też ludzie, więc podejrzewam, że zdarza im się zapomnieć o niektórych.

Najbardziej boję się dydaktyki. Nie wiem, czy umiem to czy nie, uczyłam się znacznie więcej, niż tyle, ile w tej sesji trzeba się uczyć, aby pozdawać większość (czyli to, co dotychczas było) przedmiotów. Pożyjemy zobaczymy…

PS.: Nie mniej jednak psychicznie staram się wyobrazić siebie w roli “chcę poprawić ocenę na wyższą”. :)

Bo się wkurzyli na Sailor Moon

Posted in Blog on 17 Styczeń 2010 by aleandra

Podobno jeden z głównych reżyserów “Czarodziejki z Księżyca” miał już jej dość. No bo w końcu ile można w kółko wałkować jeden schemat: jest jakaś super rzecz, na której punkcie wszyscy wariują, zjawia się demon, zjawia się Usagi z płaczem i pokonuje stwora? No, może dla nastolatek jest to formuła do przełknięcia. Dla kobiet także. I również tych, którzy żywią niesamowity wręcz sentyment do serii, aczkolwiek przyznam się, że nie jestem osobą która CAŁOŚĆ przełknęła po latach. Tylko pojedyncze odcinki… Przy których oczywiście można było się trochę wzruszyć. A na końcu Stars-ki to się ładnie popłakałam, ale to było dawno temu i ogólnie nieprawda. Ale wracając do nieszczęsnego reżysera, w wyniku zmęczenia się Czarodziejką, odszedł on ze studia TOEI ANIMATION, by założyć własne. Historia może niezbyt oryginalna, ale zaczął pracę z artystami, w tym Chiho Saito, popularnej mangaczki. Tak czy inaczej, współpraca zaowocowała dziełem, które na dzień dzisiejszy jest uznane za klasykę: “Shojo Kakumei Utena”. Mówi się, że to nurt yuri, chociaż ja bym nie była skłonna do tak jednoznacznej etykietki dla tej serii. Dla mnie to dzieło bardziej nastawione na psychologię czy problemy społeczne, aniżeli seks między paniami. “Pseudo yuri i dlatego nie chcę tego oglądać”, powiedziała znajoma. Wielka szkoda…

“Shojo Kakumei Utena” zaczyna się normalnie. Nastolatka Utena Tenjou zostaje wciągnięta w dziwną grę rozgrywaną między uczniami samorządu szkolnego Akademii Ohtorii. Stawka na początku jest średnio istotna – zwycięzca otrzymuje Różaną Oblubienicę na własność. Tyle tylko, że to jest dziewczyna z krwi i kości. Główna bohaterka chciałaby przegrać świadomie, ale to dla osoby, która nie lubi przegrywać i nie znosi się poddawać, dążąc do celu chociażby się waliło i paliło, jest raczej ciężkie do wykonania.

Serial liczy 39 odcinków. To dużo czy mało? W sam raz. Jest dużo czasu na rozwój wątków psychologicznych, na przedstawienie historii bohaterów i w końcu wpakowanie całkiem psychodelicznego humoru. Aha – niesamowitym elementem jest teatr cieni, który jest zabiegiem typowo artystycznym, bo jeszcze nie widziałam żadnego filmu czy serialu, który by ten pomysł powtórzył. Ponad standardy zwykłej serii wynoszę “Utenę” bo po prostu na to zasługuje.

Ja już wiem, że tego akurat dzieła nie wykasuję z dysku. A jeśli będę musiała, to na płytki! Po prostu “Utena” to coś, do czego się wraca. I chciałabym zwrócić uwagę na to, że oglądałam ją w wersji japońskiej, z angielskimi napisami. Niby to normalne, ale ja mam słabo opanowany obcy język. Ktoś powie: chwila, moment, są napisy w naszym rodzimym języku! A i owszem, ale do dupy, bo w ogóle niedopasowane do odcinków, których ściągnęłam czasowo. Jak próbowałam coś z tym zrobić, to stwierdziłam, że więcej z tym cackania się, niż rozrywki. No to sruuu po angielsku. Coś zrozumiem, czegoś nie zrozumiem, przynajmniej na następny raz będzie więcej czasu do wyuczenia się słownictwa. Tak czy inaczej, końcówka… Eh, ten koniec. Od połowy ostatniego epizodu w płacz, a potem ciężko się było uspokoić. I podejrzewam, że gdy sobie kiedyś przypomnę tę serię, to znów to samo wyjdzie. Ogólnie jest to chyba jedyny przypadek, z jakim miałam do czynienia, kiedy przez dłuższy czas chciało mi się ryczeć. Jep – “Haibane Renmei” czy jak to się pisze potrafi wzruszyć, podobnie jak “Gladiator”, “300″ i parę innych rzeczy, ale robią to dopiero pod sam koniec. Jest jeden wyjątek, do którego jednak nie zamierzam wracać, bo choć to wielkie dzieło, to nie wiem, czy moje starzejące się serce jeszcze raz to wytrzyma: “Grobowiec świetlików”. Po tym czymś miałam doła przez cały tydzień. I chociaż w przypadku “Uteny” tak nie będzie, to jednak chlipanie, bo taka połowa drugiego odcinka jest coś jednak znaczy.

OK. Ten tekst miał mieć zupełnie inny kształt. Ja oczywiście napisałam to, co przyszło mi na język. Tak czy inaczej… Szerzę wiarę Utenową!

Odpowiedź

Posted in Blog on 16 Styczeń 2010 by aleandra

JEŚLI

Mam za sobą tydzień sesji. Czyli czasu, kiedy powinno być ciężko i powinno się posiadać wszystkie notatki po to, by zakuwać nocami do egzaminów następnego dnia. Ale NIE. Jak się dało, tak olewałam tę sesję. Wciąż mówiłam sobie “jeśli zdam, to ok, jak nie zdam, to chuj z tym”. Los chyba chciał mi pokazać, że nie powinno się poddawać, a w każdym razie, że nie mogę zrezygnować z tej pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej z dodatkową głupotą. W poniedziałek miałam zintegrowaną. We wtorek miałam wychowanie. W środę nic nie miałam, w czwartek również, w piątek miałam mieć potencjalnie dwa kolokwia, ale było tylko jedno (dziękujemy panowie i panie licencjatki! Dzięki Waszym wczorajszym obronom prowadzący nasze zajęcia po prostu przepisał oceny z ćwiczeń na wykład). Segieta też wczoraj miałam. Na wszystkie wymienione pozycje uczyłam się praktycznie tylko w taki sposób, że co najwyżej przejrzałam notatki. Już nie mówię o tym, że z Segietem to miałam tak, iż po prostu odkładałam na ostatnią chwilę i nawet w ostatniej chwili się do tego nie przyłożyłam. Zadziwiające jest to, że w tym tygodniu zdałam wszystko od A do Z. To jest trochę dziwne, bo z takim zapałem do nauki, to przynajmniej powinnam mieć jedną poprawkę. Ciągle jednak mówię sobie “JEŚLI”… Cóż, to jeśli? Jeśli zaliczę angielski i warunek, to będę w siódmym niebie. I, niestety, mój czas lenistwa się skończy, bo postanowiłam, że skoro tak łatwo zdaję, to co by było, gdybym bardziej się do przedmiotów przyłożyła? Raczej człowiek w życiu nie powinien się poddawać, lecz bardziej próbować. Jeśli ciągle będę patrzeć w przeszłość, to nastanie zastój, a nie rozwój. Nie mniej jednak doświadczenie z dydaktyką może nauczyć, że nastawiając się na piątkę, zdołasz otrzymać 4,5. Nawet, jeśli zaliczenie opiera się na aktywności, to i tak do wykorzystania jest przecież samo kolokwium końcowe. Może powinnam wziąć magisterskie związane z pedagogiką?

Najgorzej to wątpić w siebie. JEŚLI zdam tę sesję, a połowę mam już za sobą, to przy następnej będę chciała się nastawiać na zdobywanie piątek. Jeśli przyniesie mi to dużo rozczarowań, to trudno. Aha – nie chodzi też o to, bym siedziała dniami i nocami nad książkami. Ne. Ponoć dwie godziny dziennie wystarczą. Ale, pożyjemy, zobaczymy…

3 miesiące!~

Posted in Blog on 12 Styczeń 2010 by aleandra

Przemiana człowieka jest naprawdę trudna. O ile przez ostatnie dni byłam radosna, o tyle dziś wzięło mnie na humor emo sremo kredo fremo. Żeby było śmieszniej, to żadnego powodu do narzekania nie mam! Dostałam 4 z pedagogiki specjalnej (i co z tego, że 90% było takich ocen), zdałam pedagogikę społeczną ćwiczenia i teraz tylko dwie formalności (vide: wolontariat i indeks), a w dodatku nie ma w tym tygodniu zaliczenia z angielskiego, więc dostaję jakby drugą szansę na lepsze przygotowanie się do zdania tegoż. Żyć nie umierać!

Ale właśnie ta czwórka… Nie jestem z niej zadowolona. Prawdopodobnie spodziewałam się dostać piątkę, czułam, że musi tak być. A tu dupa. Chociaż nie jestem optymistką i jeszcze w piątek próbowałam minimalizować mój sukces, to jeszcze niemożliwym było dziś, abym nagle stwierdziła “nie zdałam”, chociaż próbowałam siebie tak przekonać do tego, by nie przeżyć rozczarowania.

Gdy moja kochana Emi (:* i pozdrówka z Gorzowa!) narzekała na to, że mało umie matematyki, a tak naprawdę zaliczyła dobrze to, co miała, na początku myślałam, że narzeka i że przesadza. Ale dziś mam wrażenie, że sama tak robię. Staram się to zrozumieć i dochodzę do wniosku, że coś tu jest nie tak. Mój znajomy powiedział, że powinnam być zadowolona z 4,5 z ćwiczeń z dydaktyki, a nie narzekać na to. A ponieważ życie składa się z drobnych radości, to miał rację. Właściwie muszę przyznać, że 4,5 to sukces jak na mnie całkiem dobry, bo chciałam mieć 5 i prawie się udało. PRAWIE. A w tym roku marnuję trochę okazje do liczne zwalniania z egzaminów, mimo, że jest całkiem łatwiej zdobyć bardzo dobrą z dydaktyki. Złamał mnie jeden przedmiot, a to niedobrze.

Najprawdopodobniej nigdy w siebie nie wierzyłam. Każdy może i ma kompleksy, ale u mnie rozchodzi się o to raczej, że w siebie wątpię. Miotam się między “kurwa, i tak się nie uda” a “spróbuję, może się uda na lepszą ocenę”. Niby jestem w stanie zrobić tak, aby przynajmniej spróbować zdać na wyższą ocenę, gdyby nadarzyła się taka okazja; ale prócz losu, który podrzuca mi liczne dziwne okazje do tego typu ruchów, sama nic w tym temacie nie robię. Dlatego je tracę.

Przed pierwszą sesją w Gorzowie strasznie się bałam, że znów zawalę. Przy drugiej robiłam wszystko, co umiałam, aby nie zawalić, ba, nawet chciałam mieć piątkę i udało mi się ładnie pozdawać wszystko -1. Po tak licznych sukcesach powinnam śmiało piąć się do celu, sięgać po “wymarzony” dyplom licencjacki i być z siebie zadowolona. Ja jednak postawiłam na wielkie jedne NIE i stwierdziłam, że chuj, zawsze mi wszystko nie wychodzi, ciągle jest tak samo. Jak na UAMie chciałam coś zdać, to 1 punkt brakowało do tego szczęścia. A tu jak chcę mieć wyższą ocenę to też dupa wychodzi. Wątpię, nie potrafię, nie umiem…

Żeby było śmieszniej, to egzamin gimnazjalny zdałam świetnie, mimo słabych raczej ocen ogólnie, a maturę całkiem nieźle, bo z tego, co się orientuję, to wcale na mój niedoszły kierunek łatwo się dostać nie było. Prawdopodobnie jest tak, że kiedy NAPRAWDĘ TRZEBA ALE TO TRZEBA BO INACZEJ THE END DESTROYED ALL AND W OGÓLE to potrafię zrobić na miarę swych możliwości. Zazwyczaj jednak nie widzę większego sensu w siedzeniu nad książkami i notatkami i walką o czwórkę czy piątkę, bo w końcu i tak się nie uda.

Albo będę lecieć na minimum, albo na umiarkowanym, albo na maksimum. Przykro mi to mówić, ale póki co to muszę się sama przed sobą przyznać, że lecę na minimum. Nie dość, że wszystko zostawiam na ostatnią chwilę, to jeszcze tak potrafię się rozleniwić, że stwierdzenie “a chuj, będzie co ma być” jest moim mottem i to jest złe motto.

Ja wiem, że prawdopodobnie nie nadaję się na pedagogikę. Ale tak piszę ostatnio moje łopowiadanie, piszę i piszę i tak sobie myślę o fabule… Psychologia, pedagogika, psychologia i jeszcze raz pedagogika. Oczywiście nie jest niczym oryginalnym, że po dziełach widać wykształcenie, bo na przykład w dziełach Isaaca Asimova również je było widać (chemia i biologia czy coś w ten deseń, o ile dobrze pamiętam), tyle, że u niego też doskonale zagnieździła się jego pasja: socjologia. Tak więc po mimo tego, że robię tę pedagogikę tylko dla papierka, to czuję, że naprawdę coś mi to zaczyna powoli dawać. Ja oczywiście lubię psychologiczne historie, ale to jeszcze nie czyni mnie psychologa.

Zastanawiam się, co powinnam robić. Tak, chcę zmienić swój żywot na lepsze i dzięki tej notce ostatecznie poczułam dobry humor. Ale przecież pisanie bloga to nie jest moje życiowe zadanie (jest?) i na tym raczej nie zarobię, więc powinnam nastawić się na coś o wiele bardziej rozwojowego.

Odezwała się we mnie dusza podróżnika dziś. Stwierdziłam kategorycznie, że mam ochotę na SZCZECIN. To miasto może i jest ponure i taki syf w nim panuje, ale… Potrafi się rzucić do myśli. Najdziwniejsze, że jednak najczęściej nie myślę o Krakowie, lecz o Lublinie. Sama nie wiem, co mnie zauroczyło w tym mieście mimo braku tramwajów. Ludzie – ok, ale przecież miejsce też musi posiadać to COŚ, żeby chcieć do niego wracać, szczególnie, że w większości tych miast, co byłam, to spędzałam samotnie czas.

No co jest z tym mhrokiem?

Posted in Blog on 10 Styczeń 2010 by aleandra

Ponarzekać czy nie, bo publiczność tutejsza mi spada…

Zanim jednak zacznę narzekać na ciężki los kobiety, studenta i nie wiem jeszcze kogo, przedstawię Wam coś, w czym się zakochałam. Dosłownie, bo słucham tego kilka razy pod rząd i nie mogę przestać: to jak hipnoza. Dlatego ostrzegam, że jeśli wcześniej nie mieliście do czynienia z REVOLUTIONARY GIRL UTENA to po tej piosence możecie chcieć się zapoznać z tym anime (no patrzcie, chciałam napisać “animec”, ale paluszki były szybsze).

Dobrze, początek przedstawiony, czas… no właśnie na co? Przede wszystkim napiszę tu, iż mam wrażenie, jakbym się z czymś pogodziła. Diabli wiedzą, co dokładnie, ale wydaje mi się, że będzie, co ma być i koniec, i basta. Trzeba swoje robić dalej, nawet, jeśli ma się być nieszczęśliwym przez… Chwila, moment.

Pedagogika wczesnoszkolna to coś, czego nie lubię, niestety 90% programu moich studiów opiera się właśnie na tej dziedzinie lub “dziedzinie”. Dla mnie bardziej to drugie, ale powodów jest mnóstwo: elementy psychologii, biologii i paru innych rzeczy tworzą całość. Mogłabym się tak o tym rozpisywać godzinami, ale po co?

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z dwóch sprzecznych ze sobą rzeczy. Najprawdopodobniej nie nadaję się na pedagoga szkolnego, bo popełniam masę dziwnych rzeczy, takich jak spóźnianie się z oddawaniem papierków, co w naszej biurokracji może się po prostu źle skończyć. Poza tym są jeszcze osobiste predyspozycje i o ile nie mam wątpliwości, że potrafię być szczera, naiwna i miła, o tyle mam wątpliwości, czy cała reszta jest odpowiednia do zajmowania się młodymi ludźmi.

I jest jeszcze jedna bardzo ciekawa rzecz: ktoś, kto pracuje z dzieciakami potencjalnie powinien być zadowolony ze swej pracy. Ja chyba bym nie bardzo była, a nawet jeśli, to nie dlatego, że mamy taki, a nie inny system edukacji, tylko po prostu lubię zajmować się ciężkimi przypadkami…

OK., powyższy akapit trzeba wyciąć.

Tak czy inaczej w jakiś sposób nadal mam w sobie tę cholerną ikrę czy co to jest, jaką posiadłam w liceum. Tak, wszystko przez samorozwój, A. S. Neilla i inne tego typu pierdoły, o których tu wcześniej wspomniałam. No, może o samorozwoju nie w kontekście medytacji itd., ale to szczegół. Potrafię się zastanawiać nad jakimś “problemem wychowawczym”, lecz nie potrafię się zmusić do nauki bzdur typu “co to jest program edukacji”.

Dobija mnie to, że LUDZIE doskonale wiedzą, co jest nie tak w naszym szkolnictwie, a mimo to często, zamiast polepszać, to pogarszają sprawę. Nie mówię tu o maturze z matematyki, bo to jest przydatna rzecz, jeśli będzie sprawdzać podstawy, naprawdę: studenci, którzy nie umieją przeliczyć godzin na minuty…

Einstein był geniuszem. WSZYSTKO JEST WZGLĘDNE!

Sesja w najlepsze. Powinnam nie chcieć wstawać rano, mieć syndrom studenta, dołować się w stylu mhroku emo i pisać o tym na blogu, bo – co dziwne – właśnie przy takich notkach tu obserwuję zwiększoną liczbę wejść… A może mi się tylko tak wydaje, trzeba jeszcze trochę w czasie przeciągnąć mój HUMOREK SUPERASTY KAWAII AI UTENA? Tak, beznadziejnie umiem obce języki.

Czasem mam syndrom studenta. Na przykład dziś i wczoraj. I może się tak zdarzyć, że nie będę chciała wstać, bo nauka. Ale jak wczoraj stwierdziłam po wstaniu, że mam %^#@^%$@#%%^@#%&#$@$^&@#%&%^$% humor, tak włączyłam powyżej zaprezentowaną piosenkę kilka razy pod rząd i przeszło. I było znów wypas full i w ogóle. Różowe okulary.

Chciałabym napisać książkę. Nie jakąś taką, żeby od razu dostała (nie Nobla, bo straciłam wszelki szacunek do tej nagrody po Obamie), ale normalną, zwykłą fantastykę. Tak, fantasy albo science fiction bym najbardziej chciała. Co dziwniejsze, próbuję nad tym pracować. Oczywiście wszystkim mówię, że piszę “opowiadanie”, ale to dlatego, że nie wiem, jak długo jeszcze będę mieć cierpliwość do tej roboty, nie wiem, czy nagle tak nie pośpieszę z akcją, że faktycznie to coś stanie się zwykłym opowiadaniem, no i przede wszystkim z przyzwyczajenia. Raczej moje poprzednie wypociny były opowiadaniami i jeśli ktoś by się uparł, że kiedyś napisałam książkę, to tak, napisałam, ale jej nie wydałam i ciągle nazywałam to opowiadaniem i było to niezwykle głupie i w ogóle gejowskie… Teraz mi się trochę śmiać chce,  jak mam do czynienia z moimi wypocinami z okresu podstawówka-gimnazjum. Nie dlatego, że były jakoś tak naiwne, po prostu… Zabawne. W swej dojrzałości zabawne.

Ten rok zaczął się zdecydowanie źle. Ale może dlatego, że tyle dziwnych niefajnych rzeczy wlazło na moją głowę potrafię teraz jakoś być w radośniejszym humorze… To chyba stwierdzenie w stylu “kurwa, mam dość emo sremo kremo”.

A na koniec jeszcze jeden ending Uteny.

Dziw nad dziwami!

Posted in Blog on 8 Styczeń 2010 by aleandra

Ten blog ma strukturę w stylu “joł, kurwa, jest chujowo, a ja jestem emo sremo”. Niestety, ma to swoje konsekwencje w tym, że bardzo ciężko jest napisać komentarz, który zawierałby same rewelacyjne, tzn. dobre wieści i nie mam tu na myśli ironii, która stała mi się czymś zbyt bliskim. Nie mniej jednak może spróbuję przedstawić dobre rzeczy… (bo do złych już nie mam sił).

Więc, zaskoczył mnie znajomy (pozdrawiam), który podarował mi prezent na święta powiedzmy. Paczka dopiero wczoraj została odebrana i to ze wskazaniem “nie wiem o co chodzi”, bo niczego nie zamawiałam. Jak tylko zobaczyłam podarek, to wybuchnęłam śmiechem – tak, ludzie, gdyby byli w okolicy, by się na mnie gapili “co to za wariatka”. Przy okazji tego zdarzenia, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ludzie tak chętnie dają. No, w sensie prezenty. Ja bym coś może i komuś ofiarowała, ale niestety, stać mnie tylko na złotówkę dla Orkiestry Owsiaka, bo na droższe rzeczy (np. ślub brata) nie mam kasy totalnie. A muszę jeszcze mieć za co skserować pewne pierdoły notatki.

Przy posiadaniu dobrych wkładek do aparatów mogę w pełni optymalnie słuchać muzyki. Ściągam jej dużo, dużo też słucham i to jest zaskakujące, ale dokładnie widzę to, do czego doszłam w Opolu: muzyka łagodzi obyczaje. Fakt, że taki stan może mi przejść, ale nie musi. A zresztą, nevadi.

Dzisiaj miałam egzamin z pedagogiki specjalnej. Nie uczyłam się na niego z dwóch powodów: mimo bycia na wykładach, nie miałam z czego się uczyć; materiał jest taki, że nie wiadomo, jak się do niego dobrać. Ale byłam na tym zaliczeniu, otrzymałam pięć pytań, tak się rozpisałam, że całą kartkę A4 od A do Z zapisałam i w dodatku chciałam dalej, ale już mi się papier skończył, więc odpuściłam. I doznałam bardzo dziwnego uczucia, bo chyba trafiłam do grupy w stylu “przebyliśmy kurs szybkiego pisania”, bo wyszłam jako ostatnia z pełną kartką. A widziałam ten pośpiech, koleżanka z boku się pytała “jakie odpowiedzi”, powiedziałam, że nie wiem o co kaman, zresztą i tak nie wiedziałam o co jej łaziło, a poza tym nieprofesjonalne jest trochę ściąganie, będąc na studiach z pedagogiki.

Ogólnie, to jeszcze praktyki mam do pełnego załatwienia w poniedziałek, co jest very good, because… (tak, za dużo Stargate Atlantis, zresztą, już kończę) myślałam, że mam problem z tymi, lecz okazało się, że nie! Trafiłam na sympatyczną opiekunkę. I, żeby było jeszcze zabawniej, dopiero po dzisiejszym wykładzie (lub prawie wykładzie, bo Skrocka uwinęła się z nim jak najszybciej, bylebyśmy szli uczyć się) z psychologii doszłam do wniosku, że to niemożliwe, aby jedna osoba, w postaci pedagoga, miała wpływ na całkowite zachowanie się klasy.

O nie… O nie, ratuj mię kto może z tej papki pedagogicznej! :D

Pozdrowienia dla Fanów!

Same dobre wieści ze świata

Posted in Blog on 6 Styczeń 2010 by aleandra

Ja wiedziałam, że tak będzie. Oczywiście nikt mnie nie słucha, ale cóż, to jest MÓJ problem w sensie tego, co się przez to porobiło. W normalnym przypadku poszłabym na praktyki i miała je skończone, niestety w poniedziałek zdarzyło się tak, że mój opiekun nie przylazł. No, a że miałam wykłady i to takie, na których już nie trza być, bo znane są pytania, to… Tak, zrobiłam sobie wolny dzień, który ewidentnie, ale ewidentnie zmarnowałam. No, ale w końcu się wyspałam, więc ogółem nieróbstwo wyszło mi na dobre.

Wtorek. Jestem spóźniona 15 minut na zajęcia. Przejdzie, przecież studenci ciągle tak robią. Wsiadam do tramwaju, ten podjedzie w okolice Estkowskiego i bum, proszę państwa, pojazd się zepsuł! Żeby tylko na Teatralną była i dwójka, to by było fajnie, ale niet. Więc z 15 minut zrobiło się jakieś 60, tym bardziej, że kolejny tramwaj wpadł w korki. Niewielkie w skali globalnej, znaczy, makroskali, ale i tak przeszkadzającej w skali mikro.

Of course, to nie koniec dobrych wieści ze świata. Oprócz zaliczenia, którego prawie udało mi się zaliczyć, mam jeszcze informację o tym, że w tym semestrze egzaminu z dydaktyki nie będzie, dopiero w drugim. Zaraz, zaraz, więc co teraz? Z pewnością ciężko byłoby cały kłopot przenieść na sezon letni, bo na pewno babka się nie zgodzi na to. Wygląda na to, że będę musiała z nią porozmawiać o “egzaminie we dwoje”, pewnie ustnym na moje szczęście (mówiłam, że nie lubię ustnych?).

Ale dla świata to za mało, bo przecież jest jeszcze wspaniała sprawa, którą można nazwać “nie rozumiem zadania” i “nie wiem, co mam zrobić”, w sensie, żeby przynieść potrzebne rysunki na warsztaty plastyczne. No, to może się dziś dowiem, jak wyjdzie na to, że ciężko zadowolić babkę tym, co jej dam.

Pożyjemy, zobaczymy.

Marzenia o ucieczce

Posted in Blog on 3 Styczeń 2010 by aleandra

Kiedyś mi się śniło, że wyruszyłam w Polskę. A raczej miałam to zrobić, ale okazało się, że pieniędzy mam na dojechanie do miejsca docelowego, ale nie mam na powrót do domu. Zdecydowałam, że nie będę realizować tej jakże ryzykownej wyprawy. Dzisiejszego wieczoru natomiast mam ochotę trzasnąć drzwiami i zwyczajnie uciec na drugi koniec Polski, by w końcu uwolnić się od kogoś, kto jest moim tatą, ale który stanowczo za dużo sobie wobec mojej skromnej osoby pozwala. No, nie ma tragedii, lecz kto wie, co będzie za tydzień, może mnie znajdą załamaną nerwowo w jakimś rowie na wiosnę, jak tak dalej pójdzie?

Nowa jakość starej jakości

Posted in Blog on 2 Styczeń 2010 by aleandra

Ponieważ szybko nudzę się wyglądem mojego blogaska, postanowiłam znów zmienić jego wygląd. Ku swojemu zaskoczeniu, przy użyciu najprostszych metod photoshowowych stworzyłam coś, co mnie zadowala. Proste, ładne i zgrabne cacenko zostało wgrane na stronę, która to będzie wersją 3.1. W zasadzie Czytelników raczej mało to obchodzi, bo ciężko, aby osoba A zmieniła się w osobę B po paru godzinach. I mam tu na myśli sytuacje standardowe, a nie nagłe przypadki traumatycznych wydarzeń. Chociaż…

Dzisiejszy dzień to przyzwoity dzień. Tak, powtórzenie w zdaniu to celowy zabieg stylistyczny, ale zbliża się pierwsza i prawdopodobnie nie mam już sił myśleć na tyle jasno, by martwić się o tutejszą stylistykę tekstów. Bo właściwie tę notkę piszę tylko po to, by przekazać coś moim Fanom (znów zaczynam, ha!, ale zauważyłam, że w ostatnich dniach oglądalność strony się jakby zwiększyła :*). To pod spodem.

Można się kłócić o to, czy jestem osobą gadatliwą i szczerą, otwartą. Właściwie wszystkie te cechy stoją pod znakiem zapytania, bo czyniąc obserwacje swojego postępowania w pierwszą sobotę 2010 roku zauważyłam parę nieciekawych cech. Potrafię pokazać wkurzenie, ale nie umiem o tym rozmawiać w cztery oczy. Tak dla przykładu mój kochany tatuś dziś palnął: “rozgniatasz ziemniaki i jesz w sosie”. Poczułam się, jak w szkole dla cztero, pięciolatków. Chociaż nie mogę nawet mówić o “względnej samodzielności”, którą to w pedagogice społecznej definiuje się na wiek ok. 18-25 lat w swoim przypadku, to mogę mówić o tym, że jestem osobą, która ma dosyć tej #%^$$#@%$$%$#%$%$#@%$%$$#, #@$^&#$%&^%$$#%$$#, @$#&^$%#$^%&^#$%$&^^&$%, (*(*%$)$%$%^%^%$$##@#$ kontroli nade mną. Studenci emigrujący (właściwie to imigrujący) do innych miast na naukę mają chociażby większą swobodę ruchu, niż ja. Albo przynajmniej więcej możliwości ruchów pojawia im się przed oczami, bo moje kochane miasto jest total zadupiem, w którym nie umiem zaaktywizować osób z którymi się kontaktuję.

Śpiewka taka sama, ale pisząc poprzedni akapit chciałam po prostu napisać: wkurzyłam się ograniczeniem wolności w imię rozdziabywania ziemniaków na talerzu. Tak, wiem, za dużo Stargate Atlantis, ale przyznam szczerze, że ni stąd ni zowąd zapragnęłam włączyć mega klasykę dla polskiego fana animemangi: SAILOR MOON. Pierwsza seria, 45 i 46. “No, efekty specjalne trochę przestarzałe, ale…” albo “dlatego lubię koty!”. Właściwie oglądając te dwa odcinki ma się wrażenie, iż pomimo reinkarnacji (której nie rozumiem) seria uległa definitywnemu zakończeniu.

O czym to ja jeszcze chciałam? A, o moim sercu, które ciągle płata mi figla. Ale może zostawię tę sprawę na boku, bo nie wydaje mi się, aby w tej chwili warto było się zwierzać ze swoich sercowych uniesień. Tak czy inaczej, pozdrawiam Yukiego i niech się trzymaj! :*

To ja idę spać, bo już pierwsza w nocy, a w poniedziałek na praktykę i ogólnie walka z dołem od nowego tygodnia.

Houston, mamy problem

Posted in Blog on 2 Styczeń 2010 by aleandra

Próbuję się uczyć. 2 h pisania map myślowych, 1h bezmózgiego serialu, 2h map myślowych i tak w kółko. Nie wiem, czy w ten sposób można wykitować, jednak próbując myśleć o tym, że mam napisać jedną z 5 tysięcy bredni, których nauczają na pedagogice, chcę zapomnieć o poniedziałku, studiach i moich problemach. No, bo studia mnie dołują. Fak. Właśnie to sobie uświadomiłam i chciałam to ogłosić całemu światu w notce emo sremo kremo. Wracam do nauki, moje Wy kochane dziatwy.

Starzeję się

Posted in Blog on 1 Styczeń 2010 by aleandra

Miało być zdychanie pokonwentowe, toteż postanowiłam po imprezce iść spać około godziny 16-19. Niestety albo stety, mój organizm powiedział mi “Dość!!!!” i o około 14-15 zasnęłam całkowicie. A gdy się obudziłam, nie wiedziałam nawet, że spałam, tylko chciałam zasnąć. Nie mogąc tego zrobić, leżałam sobie w łóżku i mi przed oczami jakieś majaki Stargatowe się przesuwały coś o jakimś Skoczku, Mckayu i bazie na Atlantydzie. W dodatku, jak sobie uświadomiłam, że musiałam jednak trochę spać, to nie wiedziałam, czy kiełbasa do zjedzenia była snem, czy też rzeczywistością, ale zanim poszłam do kuchni sprawdzić, co jest, a czego nie ma, to pomyślałam, iż nie jest możliwe, aby cała seria Magic Knight Rayearth (tak, dobrze czytacie) zmieściła się na jednej płycie DVD, ponieważ na moim pendrivie 4 GB zmieściło się najwyżej 12 odcinków Stargatów.

A teraz parę słów o imprezie. Zdecydowanie mogło być lepiej, ale też czuję… Subiektywne wrażenie jest takie, że chyba w końcu chcę coś zrobić w swoim życiu. Zacząć medytować, pójść do pracy, pojechać na Tricon… Marzenia marzeniami, ale patrząc na nie wiem, że nie na wszystkie starczy mi odwagi. Odwagi, która jest niezbędna przy wprawianiu się w stany medytacyjne. Brzmi to może dziwnie, lecz coś blokuje mnie. Uprzedzenia, myśli, cokolwiek by to nie było, człowiek jak czegoś naprawdę chce to tego dokonuje, przynajmniej w teorii…

Może powinnam zapomnieć o porażce z zeszłego roku, jakim była dydaktyka i po prostu robić swoje? A o 12 czy 1 w nocy chyba pójdę spać, bo czuję, jak mózg mi się zaczyna przegrzewać znów.

Oglądałyśmy parę rzeczy. Super idiotyczny horror, w którym bardziej komputerowy lektor śmieszył, niż straszył; yaoi, które było tak debilne, że bardziej debilnego nie widziałam (szczerze mówiąc, mało co widziałam), ale w pewnym momencie nie wiedziałam kto kogo zgwałcił i kto z kim; potem włączyłyśmy 2012, który to film wszystkie próbowałyśmy oglądać, ale ja stwierdziłam, że nie ma na niego ochoty, a dwie pozostałe i tak spały.

Głowa mnie boli, trzeba wkońcu przewietrzyć mój pokój, co właśnie robię :). I najdziwniejsze, im bardziej jestem niewyspana, tym mam więcej pomysłów. No, ale mniejsza z tym. Wracam do oglądania Stargata, co by przed snem znów widzieć jakieś zjawy w postaci Wraith i Atlantydy.

Prawie jak konwent, czyli Nowy Rok zacznę od zdychania pokonwentowego

Posted in Blog on 31 Grudzień 2009 by aleandra

Położyłam się spać przed trzecią w nocy. Wydaje się, że nie jest to taka zła pora, by zasnąć i po prostu obudzić się o 12 w południe czasu tutejszego. Niestety, to zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe… Przynajmniej istnieje takie powiedzenie. Nie mogłam – mimo usilnych prób – zasnąć, więc w końcu wstałam o tej ósmej rano i zaczęłam normalny dzień. Doskonale zdaję sobie sprawę, że dziś jest Sylwester, co skutkować pewnie będzie czystym, niezastąpionym i klasycznym zdychaniem w czasie wieczoru 1 stycznia, które jest symptomem imprezy konwentowej, gdy właśnie się ona skończyła. I chociaż Pyrkonu i Triconu oraz Krakowa w tej chwili TUTAJ nie ma, to i tak będzie przyjemnie :).
Imprezkę, jak się okazało, jednak mam. Po wielu zamieszaniach, tak, że zupa jest już inna, niż na samym początku, wyszło to, co prawie zawsze. Czyli spędzam u siebie. Tradycja nakazuje z Agatą, do tego dochodzi Iwona. Pozdrawiam Panie serdecznie ;]. Muszę jeszcze zrobić zakupy (czego mi się bardzo nie chce) na dzisiejszy wieczór i można się bawić. Skąd mam pieniądze? Od kochanego taty, który mi dał, bo jakoś ja nie miałam ani sił, ani odwagi prosić go o kasę. Ba, z moim niezdecydowaniem stwierdziłam, że “eee daj mi dziesięć złotych”.
Chyba se kawę/cappucino/coca colę kupię i będę to chlać w ramach nie zwalenia się przedwczesnego w łapy Morfeusza. Ale… Zanim skończę tę notkę, pragnę w niej podzielić się jeszcze kilkoma myślami.
Pewnie nowe zacznie się od obudzenia się z długiego snu i już nie będzie czasu na myślenie o tym, jak to było wspaniale w zeszłym roku. Trzeba będzie żyć obecnymi chwilami i zmartwieniami, oby jak najwięcej radościami. Dlatego tradycja wymaga parę słówek na podsumowanie roku 2009.
Hm….

2009

Był to jeden z lepszych roków, jakie mam za sobą. Nie tylko udało mi się przeżyć dwa rewelacyjne konwenty: Pyrkon i Goblikon, ale także udało mi się zwiedzić wiele fajnych miejsc i poznać wspaniałych ludzi. Poznań może zostawiłam trochę w spokoju, nie mniej jednak Wrocław, Szczecin, Lublin, Kraków, już nawet nie pamiętam co, bo mój organizm zaczyna walkę ze snem –;. W każdym razie wielka podróż przez pół Polski to była jedna z największych i najlepszych przygód w moim życiu, a ze względu na znacznie ograniczone fundusze (baka!) w roku 2010 nie zanosi się na to, bym mogła sobie pozwolić na taką wędrówkę. Chyba, że stanę się bardziej samodzielna, a zdobycie pracy w każdym miejscu w każdym czasie nie będzie dla mnie problemem. Niestety, nie zanosi się na to, więc muszę się nastawiać na zbieranie na Tricon. Tak, mogę zrezygnować nawet z Pyrkonu, bo impreza trójkonwentowa z Polconem, z Czechami oraz Euroconem za 60 złotych może się nieprędko powtórzyć.
Udało mi się zacząć nowe rzeczy, które chyba nieprędko znajdą swój finał. Wiem, że jestem marudna i mam często dobre humory, ale zdałam sobie sprawę, że Gorzów nie jest miejscem, w którym chciałabym żyć za młodu. A tę młodość mar…
Ok, cicho sza!!!!!
Nie da się ukryć, że ten rok miał swoje wady. Śmierć kota jednak należy do rzeczy pół na pół. Bo z jednej strony żal, a z drugiej ulga. Także problemy z bankiem i zgubienie telefonu nie należą do najfajniejszych wydarzeń, lecz… Głównie będę myślała o 2009 jako o roku, który był udany. Po prostu!
:) I nie da się ukryć, że chciałabym, aby 2010 był jeszcze lepszy. Może się uda?

I Wam życzę powodzenia!

Virhossa :*

Posted in Blog on 30 Grudzień 2009 by aleandra

Torrent torrentem, ale nie ma to jak znajomy, który zna parę sztuczek pomocnych przy uzyskiwaniu mp3. I w ten oto sposób w parę minut, za pomocą pewnej wspaniałej strony (już jest w zakładkach) zyskałam Beyond the night. Pewnie czasem będę używać tego tricku, a czasem nie – ostatecznie niektóre klipy są takie, że tylko patrząc na nie czuje się pełnię muzyki…. A może się mylę? :>

Ten wpis nie jest długi i nie będzie długi. To wszystko dlatego, że nie chce mi się pisać o swych ponurych myślach i to wszystko dlatego, że powoli, bardzo powoli się budzę. Tak, niedawno wstałam. I tak, zamierzam spędzić sylwestra ze znajomymi. :]

A więc…

SPEŁNIENIA MARZEŃ
ATAKU GOBANÓW
ŚWIETNIE ROZEGRANYCH PARTII I MAŁO PRZERW W GO
DLA STUDENTÓW UDANYCH SESJI NA UCZELNI
A DLA FANÓW MANGO-FANTASTYKI KASY NA UDANE KONWENTY
I SPECJALNE ŻYCZENIA DLA VIRHOSSY
ŻEBY MÓGŁ SIĘ TAK SAMO JAK DOTYCHCZAS FAJNIE OPIERDALAĆ I BYŁO MU MIŁO

jak to się mówi? Do siego roku? :P

Poszukiwana piosenka w formacie mp3! :(

Posted in Blog on 29 Grudzień 2009 by aleandra

Mam takie nieszczęście (łał), które nazywa się Stargate Atlantis. I był tam jeden odcinek – być może przeciętny, lecz… Przez parę chwil me uszy cieszyły się istną ucztą!

Tak, powyższy film to dokładnie ta piosenka, którą słucham niemal bez przerwy na youtube. I szukam pliku w formacie mp3. Torrenta udało mi się znaleźć, lecz mimo ok. 2,5 mb ściąga się on tak, że w całości na mym dysku będzie dopiero za 11 h. ==’

Solitary man

Posted in Blog on 26 Grudzień 2009 by aleandra

Wielkanoc, Boże Narodzenie, Nowy Rok. To wszystko to tylko umowne daty wydarzeń, które nie dla wszystkich są ważne, ale przecież w czasie zimowych świąt mamy najwięcej samobójstw na torach pociągowych. A większość popularnych telewizji (swoją drogą – zauważyłam, że im mniej stacja popularna, tym ma mniej reklam, dla przykładu siódemka puszczała 2 reklamy w trakcie filmu i to krótkie, inne stacje robią więcej i dłużej ;p) robi wielkie SHOW “na żywo” z Sylwestra. I wygląda to tak, jakby cały świat się bawił, oprócz ciebie oczywiście.
Jestem typem osoby, która wcale nie zamierza zakładać rodziny, bo oczywiście dzieci to małe paskudztwa, które przemienią się w duże paskudztwa. Tak, pisze to studentka pedagogiki, której oglądanie dziecięcych ubrań u znajomych powinno podniecić do stopnia ekstazy. Ironia goni ironię w tym tekście. Tymczasem chociaż lubię samotność i lubię towarzystwo przeplatane ze sobą wzajemnie, to jednego nienawidzę.
SAMOTNYCH SYLWESTRÓW!
A niestety taki mnie czeka w tym roku 2009.
No, chyba, że ktoś chce zrobić mi miłą niespodziankę, ale ja w to nie wierzę. Zieeews.
W każdym razie…

Jezus robi w pieluszki teraz.

Posted in Blog on 26 Grudzień 2009 by aleandra

Wczoraj teoretycznie narodził się Jezus Chrystus i praktycznie duża, jeśli nie większa, część społeczeństwa miała obżarstwo przy stolikach wśród różnych ludzi, raczej powiązanych ze sobą więzią rodzinną. W Polsce dość przyjemnie miały dzieci i czasem dorośli (jak dzieci stać na prezenty, niestety, nie należę do nich). Ja jednak zostałam obdarowana i to niezwykle trafnie. Dziwny ten rok 2009, dla mnie niezwykle dobry, a powiedzieć muszę, że o tym napiszę w (prawdopodobnie) samotnego sylwestra. No, ale do rzeczy…

Pomyślałam o kupnie pendrive’a za 4gb, bo na razie posiadałam taki z 2ma.
Pomyślałam o tym (kiedyś, przebłyskiem), że fajnie byłoby dostać jakieś KOBIECE a nie wsiowe majteczki.
Pomyślałam także o tym, że świetnie by mieć naszyjnik, mam taaaaaaaaaaaaaaaaaaką ochotę na naszyjnik.
Fajnie też jest czytać książkę. Jakąkolwiek, bo książka jest w końcu fajna.
Pomyślałam sobie też o tym, że nogi mi marzną w tych zimówkach za 50 złotych.

Ogólnie mogę powiedzieć, że świetne prezenty. Oczywiście moje zamiłowanie do naszyjników dało mi się dziś już we znaki w postaci zapięcia tegoż za pierwszym razem, bo ma dość niewygodne, lecz standardowe. Tzn. nie takie na magnes, tylko to drugie, otwierane.

Życie nie ma sensu. Ale czasem trzeba się uśmiechnąć, a zapewne będę to robić przez najbliższy czas. Dopóki nie przypomnę sobie o sesji i dopóty nie wezwie mnie natura emo sremo.

A tak w ogóle, muszę w końcu wykombinować na drzwiach wieelką mapę Polski z miastami i zaznaczonymi województwami. No, a jeszcze po obejrzeniu pewnego odcinka dziś uzupełnię wiedzę podstawową z historii o Westerplatte (uwierzycie, że nie wiedziałam do dziś, co to jest? I że był sobie pewien pancernik?).

Wesołych świąt.

Posted in Blog on 23 Grudzień 2009 by aleandra

Dużego drzewka z bombkami z czarno-białych kamieni,
Milion gobanów pod choinką,
Mało warzywnych a więcej smaczniejszych sałatek na wigilijnym stole,
Smacznego humoru

Życzy Aleandra

Ponarzekam sobie na mój piękny los

Posted in Blog, Konwent, Miasta on 21 Grudzień 2009 by aleandra

EPISODE 2012
NARZEKANIE

Komuś, komu chce się to czytać mogę jedynie pogratulować cierpliwości. Cierpliwości dla wyczytywania tekstów, w których jest tylko gadanie jak to jest wiecznie źle. Fakt – inni mają gorzej. O tym pisałam milion razy, to i teraz mogę się powtórzyć, a co mi tam, prawda? Być może większość z ludzi, którzy mnie znają uważa, że niepotrzebnie tak… zrzędzę. Czasem jednak mam wrażenie, że człowiek A znajdujący się w położeniu B nie zrozumie człowieka C, który znajduje się w położeniu D. Stara prawda, a jaka piękna. Głównie dlatego, że co dla jednego jest rajem, dla drugiego niekoniecznie. Zadam sobie więc pytanie w tej chwili, czy raj jako taki może istnieć? Chyba tylko w naszych głowach. O, a kiedyś przeczytałam książkę, w której…
I zdaje się, że to trochę przez nią trafiłam na kierunek, na którym teraz jestem, na który trochę nie mam sił i dzisiaj zachowywałam się jak nastolatka, której po prostu chce się płakać i która ma wszystkiego dosyć. Tata z piwem. Mieszkanie z rodzicem jest do pewnego stopnia męczące, szczególnie, jak gdera tysiąc razy o jednej rzeczy. Wczoraj słuchając “odkurz” to już nie miałam siły życiowej. Nie dlatego, bym była zbyt wielkim leniwcem i po prostu było to zwykłe “nie chce mi się”, ale to jest swego rodzaju wyczerpanie energii życiowej. Mam 21 lat, no i kogo to obchodzi? Mam tyle lat i to, że mam studia na miejscu wydaje się niektórym doskonałym pomysłem. Niestety, prawdą są słowa koleżanki o utrudnionej socjalizacji i dorosłości w takim wydaniu.
Nie wiem, może lepiej bym się czuła w akademiku w Gorzowie, niż w domu w Gorzowie. Człowiek w moim wieku chce pewne decyzje podejmować sam, chce zrobić coś więcej, niż zwyczajowe życie znane z liceum. Może i mogłabym się wyprowadzić, ale w tej chwili nie mam za co. I nie mam dokąd. I na pewno nikt by mnie wsparł w tym pomyśle. Już słyszę babci “Zwariowała”, taty “poczekaj, aż skończysz licencjat”, brata cośtam.
Żyć chwilą! Cudowny pomysł!
A teraz… Coś dla serialowych meneli, którym się tymczasowo stałam. (Znaczy się, oglądam seriale i to często w seryjny sposób).

(KONIEC NARZEKANIA)
<hr/>

Muzyczka.
W poprzednim odcinku:
Aleandra zawiadamia o planach na konwent.
BADUK (w tle muzyczka ;p)
Aleandra zawiadamia, że idzie spać.
CIĄG DALSZ”Y NASTĄPI…

<hr/>

A tak serio, to nie wiem, czy zawitam w lutym do Katowic. Raczej nie, zważywszy na to, że zamierzam zbierać kasiorę na Tricon, czy jak mu tam było. To z pewnością priorytet na te wakacje i już postanowiłam, że zrobię wiele, aby się na nim zjawić. To co prawda szaleństwo z lekka, ale życie jest po to, by się wyszaleć. A skoro przez to mam w jakiś sposób zacząć zarabiać, to jest to gra warta świeczki.
Szkoda tylko, że podejrzewam, iż będę musiała naprawdę zastanowić się, czy stać mnie na PYRKON 2010. Na pewno postaram się zrobić cośkolwiek, byle taniej, niż ostatnim razem wyszło, bo jednak w moim przypadku oszczędność kasy się liczy.
O, Aleandra przestała narzekać! Supcio. Dupcio. -_-’

Odjazd! (Było: Jedzie pociąg z daleka)

Posted in Blog, Konwent, Miasta, PKP, polskie on 16 Grudzień 2009 by aleandra

JA CHCĘ DO POCIĄGUUU!!!!!!
JA CHCĘ RUSZYĆ GDZIEŚ DUPSKO!!!!

Ale to niemożliwe…
-sesja się zbliża,
-święta śnięta, bo nie czuję ich,
-wolontariat musze zrobić,
-spłacam komórkę i laptopa,
-nie mam kasy od uczelni,
WIĘC

NIE MAM KASY

Za to plany wakacyjne szykują się w czasie największego, letniego upału! Łoooo macio! W dodatku z finałem – tak, jest, taa! – KONWENTOWYM! W poniedziałek, wtorek miałam taką chrapkę na konwent, że się zastanawiałam, czy na praktyki nie założyć koszulki z czaszką i reklamą Goblikonu, ale uznałam to za przesadę. Za to pozdrawiam serdecznie dsoula, jeśli to czyta, bo dzięki niemu prawdopodobnie będę w sierpniu na trójkonie! Czechy: Parcon, Polska: Polcon, Europa: Eurocon! Trickon, czy jak mu tam za jedyne 60 złotych! Po Nowym Roku będzie bilet wstępu kosztował 100 zeta. A ponieważ zobaczyłam, że PKPem da się dojechać z Krakowa do Cieszyna jakoś w półtorej godziny, postanowiłam spędzić te wakacje na Śląsku. Być może będę chciała zwiedzić:
-Katowice (hejo, Sanai, pozdróofka!),
-Kraków (tak, już się nie mogę doczekać Emi),
-okolice tych miast :).
Podróż co prawda na wariacko będzie, ale… Muszę jakoś na to zarobić. Jak? Pomysł jest taki:
-zarabiać na pisaniu tekstów na zamówienie,
-dowiedzieć się, co z uczelnią,
-w lutym załatwić sprawę lapka,
ktoś ma jakiś pomysł?

Tak czy inaczej… JA CHCĘ DO POCIĄGU!!! A niestety będzie to mało możliwe w najbliższym czasie, a w dodatku PKP wycofało połączenie Hetmana, zdurnieli całkiem. Dowiedziałam się dziś za to, że Gorzów Wielkopolski, moja wspaniała wiocha w której ciężko jest mi się zaaklimatyzować, ma bezpośrednie połączenie z Krakowem i Katowicami, co prawda nie przez pociąg, ale przez nocny autobus. Tylko, że on jest drogi jak cholera. Nie mniej jednak… I’m happy ;p czy jak to się pisze w tym gejowskim języku.

Hejo, Czytelnicy, pora wstać!:P

Inne Pieśni Dukaja

Posted in Blog on 11 Grudzień 2009 by aleandra

Zaśpiewać Wam chcę pieśń
O tym jaka wokół toczy się pleśń
Dotknąć i poruszyć ją palcem mogę
Nie wiem, czy zrobić to na nową drogę.

Symbol zepsucia niemożliwy do naprawy
Kiedyś miało wspaniały smak pikantnej potrawy
Lecz dziś nie nadaje się do strawy.

Kupiłam książkę Dukaja
O tym chciałam napisać moją pieśń maja
Słońce oświetlające przejście
W głębokim gorącu duże odetchnięcie.

Ta jednak muzyka czysta i doskonała
Bliska zgonu się stała
Tego czasu zrealizować dobrze nie umiała.

Ta pieśń chciała być o literaturze
Zamiast tego zostanie przy mej uwerturze
Przyglądać się będzie pleśni
Co by nie zniszczyć pieśni.

Pieśnio czy pleśnio, jak bardzo kolorowa jesteś?
Biała czarna zielona czerwona jak sok z czereśni
Czy też chcesz się wyrwać z kontekstu
Bo nie potrafisz opowiedzieć tego, co ja chcę?

Skończmy więc tę maluczką gadkę
Rozwiążmy więc inną zagadkę:
Kolorowe jak tęcza,
Różnokształtna jak szalona poręcza.

Odeszły smutki cierpienia,
Spękane pragnienia i rozpętane marzenia,
Ta część tu nie pasuje
I wije się w powolnej agonii.

Drzwi

Posted in Blog on 8 Grudzień 2009 by aleandra

Chciałam się zwierzyć swoim Czytelnikom, choć teraz mam wątpliwości, czy umiem to zrobić. I nie chodzi tu o to, że to idzie na forum publiczne, bo w końcu wiele rzeczy tu o sobie napisałam. Nie odkryję nic nowego, jeśli wyznam, że jestem samotna. Ale… Jest we mnie takie coś, co ostatnio twierdzi: “nie mam siły”. Czuję się bezsilna i przytłoczona otaczającą mnie rzeczywistością. A przecież nie jest ona tak bardzo porypana, żeby mogło być źle, prawda?

Nie. Nic tu więcej nie napiszę i idę oglądać Dextera. Ten to przynajmniej ma prawdziwe problemy.

Rumieńce

Posted in Blog, Miasta, polskie on 6 Grudzień 2009 by aleandra

Miałam przyjechać do Katowic. I chciałam to zrobić, jednak okazało się, że nie mam kasy na powrót. Powiedziałam więc “jak to ma być podróż w jedną stronę, to nie jadę”. I tak też uczyniłam. A później tego żałowałam…

Kursywa opisuje mój sen. Wczoraj go miałam i dziś mam wrażenie, jakby się spełniał, chociaż inaczej. Zaprosili mnie do Katowic, a później powiedzieli, że odwołują zaproszenie. Trochę żal, że nie ma odrobiny pikanterii i przygody. I chyba można powiedzieć, że kocham podróże. Przesiadki do Krakowa… Może jedna z literackich bohaterek, Pollyanna potrafilaby znaleźć w tym jakieś pozytywy. Ale mnie w tej chwili sytuacja z PKP obchodzi najmniej.
Próbowałam się uczyć dydaktyki. I mam wrażenie, że z jednej strony są to straszne bzdury, z drugiej, że dużo wiem, a z trzeciej jakoś nie mogę… Ale będę dalej próbować.
Nadal uważam, że pedagogika to jedna z bredni naukowych. Tak, wiem, dziwna jestem. Ale chyba nie znam nikogo, kto by miał o mnie inne zdanie… A jeśli tak nie jest, to nie wiem, co innego można wyrazić pod pojęciem “silena”, czyli szalona.
Życie nabiera rumieńców? Nie wiem. Ale ten weekend był w porządku. Chociaż pewnie jutro znów przyjdą do mnie smutki i zmartwienia. Takie chyba jest życie.
Moja biedna stłuczona noga zdołała się już uporać z siniakiem. Ale nie zdołała zabić odczucia wynikającego z pogody… Cóż… Innymi słowy, moje zdrowie jest do dupy.
Nie wiem, co tu bym mogła napisać. Virhossa dostał to, co chciał, a reszta Czytelników kochanych może powiedzieć, że dziś się nie opierdalałam. Więc – pozdrawiam wszystkich czytających! :]

O życiu

Posted in Blog, Gorzów Wielkopolski, Miasta, Nauka, PKP, polskie on 4 Grudzień 2009 by aleandra

Wpis dedykowany Baldwinowi De.

Przed sobą zobaczyłam muchę, która krzywo sobie poleciała i uciekła. Tak tylko wspomniałam o niej, żeby od czegoś móc zacząć. Bo jak się pisze o życiu, to można nawet o najprostszych bzdetach w codzienności – w końcu to też życie. Ten wpis jest chyba drugim, który piszę na laptopie marki Asus. I na pewno jest to dobry komputer, który będę spłacała przez jakieś dwa lata. Ale kiedyś to się musiało stać i niezależnie od tego, czy PKP da bezpośrednie pociągi z Gorzowa Wlkp. do Krakowa, to i tak wiem, że w swojej rodzinnej wsi (ok, wiem, miasto ma 125 tysięcy mieszkańców) długo już nie posiedzę.
Miałam dziś zajęcia z niejakim Segietem. W porządku było, wykład niezły, ćwiczenia… Cóż, studenci samodzielnie muszą na nich pracować, prezentując swoje wypociny na forum publicznym, tj. przed grupą, do której należą. Miały być 3 wystąpienia, nastąpiły 2, ponieważ ci od ostatniej prezentacji albo nie wiedzieli o tym, że mają na dziś mieć, albo… zapomnieli. Tak czy siak nasz prowadzący był wściekły i ja mu się nie dziwię: zaczęliśmy o 13:40, skończyliśmy o 14:10. Piękne, prawda? Oczywiście jedno z wystąpień nie udało się za bardzo, bo jego autorki nie wiedziały, jak się pisze konspekt (przecież to nie miał być plan prowadzenia lekcji, a chyba maturę mają…), no i zamiast własnych słów, przygotowały fragmenty książek. Wynudzili mnie tak, że szook, jakby to określiła jedna z moich znajomych.
Nie zaliczyłam angielskiego. Ale prowadząca zajęcia jest bardzo dobrym pedagogiem – cytuję kumpla z Wrocławia: “to jest prawdziwy nauczyciel. Widzi problem i szuka rozwiązania”. Hm, czy mi się wydaje, czy zabrzmiało to ciekawie? Ale nawet jeśli praca pedagoga jest piękna, to chyba nie czułabym się w tym zawodzie szczęśliwa. Wiem, że w teorii się na to kształcę, ale… Musi istnieć jakaś przyczyna, dla której każdego prawie ranka mówię sobie: “nie mam siły”.
Ale dziś – bo wczoraj postanowiłam, że od dziś – starałam sobie wmówić, że MAM siłę. A mówiąc tak sobie, poczułam się lepiej. Nie wiem tylko, czy potrafię, chcę i wierzę w siebie, aby zdać dydaktykę czy cokolwiek innego. Nie mniej jednak muszę się trochę pomęczyć, aby magisterka była fajna i być może spędzona w Krakowie.
Oglądam serial. Znów mnie wciągnął tak, że oderwać się nie mogę. Tak jest, mowa o Stargate Atlantis. W ciągu tygodnia przeszłam od 1 do 2 serii. Szybka jestem, bo SGA ma tylko 5 serii. Tak czy inaczej… Zastanawiam się, co by tu jeszcze powiedzieć, czy też raczej napisać.
Nie udaje się utworzenie frontu mangowego w Gorzowie Wielkopolskim i trochę mnie ta sytuacja zdezorientowała. Jeśli nie lenistwo jest tego przyczyną (a na pewno nie jest), to co? Mentalność? Doszłam ostatnio do wniosku, że moje miasto mnie dołuje i co najzabawniejsze, to przez PKP. I już dziś zaczęłam sobie planować, jak dojadę do Sanai, do Katowic w lutym bez bezpośredniego połączenia.
Czekam na brata. I… Sobie pogram, zanim zapomnę, że mam siłę.

Wieś

Posted in Blog, Go, Gorzów Wielkopolski, Konwent, Miasta, Nauka, PKP, polskie on 30 Listopad 2009 by aleandra

Co by było, gdyby…

Ala nie miała przerw w graniu Go? Gdyby codziennie z zapałem poświęcała chociaż te 15 minut na jedną partię? Albo, gdyby miała w swoim mieście klub Go? Może dziś byłaby na poziomie 3 dan?

Co by było, gdyby…

PKP nie wycofało swoich połączeń – głównie chodzi mi o Hetmana, chociaż jeżdżący do Warszawy też cierpią? Na pewno w Gorzowie uruchomiono by linie tramwajowe 4 i 5 (jak zresztą się stało dziś), ale również ludzie na forum lokalnym by nie narzekali… Co by było, gdyby PKP lepiej prosperowała swoimi funduszami? Na pewno nie wydawałaby 130 milionów na remont Dworca, na który jeżdżą tylko szynobusy i ewentualnie pociągi towarowe… Aha – no i nie mielibyśmy przewoźnika-bankruta.

Co by było, gdyby…

Ala studiowała w innym mieście? Z pewnością miałaby dobre samopoczucie i chciałoby się jej kontynuować swój popieprzony kierunek. Z kolei jednak nie miałaby laptopa (a więc magisterka w Krakowie diabli by wzięła!) i jajek z patelni, bo w akademiku ciężko często je przysmażyć.

Patrz na siebie, a nie na innych. – To piękny wniosek, ale gdy tak czasem zdarzy mi się spojrzeć na D. o rudych włosach albo na Z. o złotych włosach, to mimo, iż są z innych miast i inaczej tutaj prosperują, obie wydają się jakieś zadowolone. Ja powinnam taka być – no w końcu dorobiłam się telefonu, laptopa, pięknego pokoju który sprząta się w 3 minuty, Irca… Żyć nie umierać! Ale technika to nie wszystko. Drogi rozwojowe lekko uwięzły i mnie trochę pewne studenckie kwestie dręczą. Drażnią i wywołują strach. A to tylko moja wina, moja wielka wina…

Skończyć te studia będzie ciężko, zwłaszcza że kończy mi się wobec nich cierpliwość. Ja jestem rozczarowana, ale nie potrafię powiedzieć, czy kierunkiem, czy też może metodą nauczania w polskim systemie oświaty. Czasem zadaję sobie ciekawe pytania na zajęciach, których jednak nie poruszam. Bo jestem Polką. Jako Niemka żwawo bym zadała takie coś, że wykładowca chwilę by się namyślał nad tematem. A jako Angielka byłabym uczona czytać w taki sposób, bym lepiej rozumiała tekst, jaki mam przed sobą. Ale jestem Polką i teoretycznie powinnam być dumna ze swego kraju, który ma męczeńską historię rozłożoną na histerie zachowań na przestrzeni wieków. (Tak, wcześniejsze zdanie spodobało mi się i niezależnie od tego, jaki jest jego sens, zostaje, bo tak i już.)

W sobotę wstałam lewą nogą. Dosłownie i w przenośni. Jako pierwsze należy wziąć pod uwagę, że mój prawy dolny człon nadal jest poobijany i trochę pocierpieć i przeleżeć musi, aby mógł na nowo stać się sprawny. Wracając jednak do sprawy, cały dzień miałam doła – ja się boję angielskiego, ja już nie mam sił na pedagogikę… A więc leżę sobie do tej 13, 14… Jakbym mieszkała w Poznaniu, Jurandzie.

Wieczór jednak sprawił mi miłą niespodziankę. Pozdrowienia dla Coffee Amaretto (dobrze napisałam?).

Mam na Padu-Padu dziś opis:  “Chciałabym być edytorem tekstów”. Notatnik to dobry przykład… Od lat ten sam, prosty edytor. Czy to Windows 95, czy to Windows 7… Zadziwiające, że nic się nie zmienia :).

Dobrze się czuję ubrana w koszulkę Goblikon. Jakoś tak… Dodaje dobrego humoru. A może to ładnie dopasowany strój – czarna spódniczka, niebieskie spodnie, jasna kamizelka czy jak to się zwie… Wszystko ładnie i cacy, ale chyba na Pyrkonie 2010 kupię sobie koszulkę z logo tegoż konwentu. I będę szpanować po uczelni…

Nokia 5130 XpressMusic

Posted in Blog, Gorzów Wielkopolski, Miasta, Nauka, PKP on 26 Listopad 2009 by aleandra

Mój stały i wierny fan rozkazał mi dziś napisać nową notkę. W zasadzie mogę powiedzieć, że w tym tygodniu jestem osobą, która może powiedzieć o sobie szczęśliwa. Możliwe, że to przez to nie mam o czym tu pisać… zaraz, nie mam? Ano, chyba jestem w błędzie. Ale spójrzmy na to w ten sposób:

  • we wtorek dostałam telefon w MixPlusie – Nokia XpressMusic 5130. Podoba mi się, wygodne wszystko jest, tylko muszę się przyzwyczaić do mojego cudacznego, czerwonego telefonu (swoją drogą – zawsze chciałam mieć w tym kolorze komórkę). Tylko miesięcznie luksus ten kosztuje mnie 30 złotych…
  • Kupuję laptopa, Asusa za około 2300 złotych. W każdym razie przy okazji dostanę Internet porządnie działający i dobry o tyle, że niezależny od tego, który komp jest podłączony na kabel. To taka sieć trochę bezprzewodowa… Ale luksus ten będzie mnie kosztował 120 złotych miesięcznie…
  • Czyli jakieś 40 złotych miesięcznie będę miała na swoje potrzeby różnorakie. To nie jest wielka suma, da się za to kupić ciucha, wafelka, czy nawet podpaski…
  • Na uczelni – że się tak brzydko wyrażę – chujnia. Kazali nam robić praktyki i wolontariat między zajęciami, oczywiście co niektórzy wybitniejsi czy ambitniejsi w międzyczasie chcą się uczyć już do egzaminów… Narzekam na swój kierunek, nie wiem, co ze sobą zrobić…
  • Miałam dziś iść do doradcy zawodowego, ale nie poszłam, ponieważ moja kochana babcia ma urodziny i trzeba było do niej się wpakować. No cóż, to moja jedyna babcia, a ja mam przed sobą całe życie…
  • Dziś miałam kolosa z angielskiego. Cholera wie, czy mi poszło dobrze czy źle. Pożyjemy, zobaczymy, w końcu nie zawsze jest tak, jak człowiek chce, żeby było… A ja… Trochę się czuję zmęczona  i swoim kierunkiem i swoim miastem…
  • PKP podobno wycofuje Hetmana. To ten słynny pociąg, co z Gorzowa Wielkopolskiego odjeżdża o 5:5 rano i jedzie do Poznania, Wrocławia, Opola, Katowic, Krakowa, Rzeszowa i Lublina (przez Warszawę). Czyli moje “w dupie mieszkam” naprawdę będzie dupą… Zapadłą. Szkoda, że Państwowe Koleje Przewozowe nie mają za grosz szacunku do PRZYGRANICZNYCH terenów…
  • Pozdrawiam Virhossę. On zawsze mi przypomni o nowej notce.

Szerzę słowo goistyczne

Posted in Blog, Go, Gorzów Wielkopolski, Nauka on 21 Listopad 2009 by aleandra

Pozdrowienia dla Sethariela :].

Moje miasto ma chyba nałożoną na siebie jakąś klątwę, a żeby było śmieszniej, to i takie legendy o Kobylej Górze się znajdą… Ale, wracając do meritum, o którym jeszcze tu nie wspomniałam: miało być dziś spotkanie fanów mangi i anime, lecz nie doszło do niego z przyczyn interpersonalnych. Otóż, te osoby, które miały być na nim, odwołały spotkanie. No nic – będzie za tydzień. Wczoraj także miało być spotkanie, ale minęłyśmy się, bo nie mam telefonu komórkowego. No nic – trzeba próbować do skutku…

Tymczasem sama ostatnimi czasy dużo nie gram w Go, lecz z zapałem przymierzam się do tego, by szerzyć w swoim mieście słowo goistyczne. Otóż, na spotkanie mangowców przygarnę ze sobą goban. Podejrzewam, że większość młodzieży będzie z gimnazjum numer 21,  co daje nam nowe możliwości… Wygląda na to, że w kwestii zarówno konwentowej (po to próbuję spotkania organizować), jak i klubowej się nie poddałam. Ale…

Czekają mnie praktyki. I czeka mnie wolontariat. Spotkania z ludźmi, praca z młodzieżą. Piękne hasła, pod którymi kryje się wiele ciekawych doświadczeń. Skoro jednak tak jest, to czemu ja się z tego nie potrafię cieszyć? Szczególnie, że to – w pewnym stopniu – może być lekarstwo na samotność…

A może właśnie nie. Bo może będąc w tłumie stajemy się bardziej samotni, niż można sądzić. Nie odnalazłam miłości i chyba jej zbyt szybko nie znajdę. Jeśli do kogoś poczułam miętę, to ten ktoś w stosunku do mnie jej nie odwzajemnia. (Bo to miłość platoniczna).

A może właśnie praca w pedagogice nie jest mi pisana. A może jest. Ale jeśli jest, to byłabym radosna, mając do nauki różne ciekawe i nieciekawe g…., że się tak wyrażę. Na razie czuję pewien zawód – śmieci przedmioty nadal mamy, a tak będzie do końca licencjatu. Co gorsza, to są zawodowe przedmioty, więc… Gdybym nie poszła na wczesnoszkolną (druga specjalność mojego kierunku), to bym była bardziej szczęśliwa.

Ale może zawalę te studia i będę o tym wiedzieć już w czwartek. A może nie? Może jednak uda się napisać kolokwium dobrze?

Podobno nie ma co tracić czasu na dołowanie się. Ale czasem życie układa tak naszą sytuację, iż nic innego nie można zrobić. Nie wiem, czy tak u mnie jest. Czytelnicy zapewne zauważą, że znów marudzę. Ale…

Najchętniej bym pojechała do Krakowa, gdzie mam kochaną Emi (pozdrawiam) lub Szczecina, gdzie moja przyjaciółka studiuje (pozdrawiam), ewentualnie do Gdyni i Poznania, ale nie mam telefonu komórkowego, więc mi te pomysły za wiele nie dadzą…

Nie wiem. Muszę coś zrobić, bym była szczęśliwsza. Może więcej ćwiczeń fizycznych to spowoduje? Intelekt i ciało gdy są w równowadze doprowadzają do radości życiowej… Podobno.

Staram się nie poddawać. Dążyć do swych celów i odsuwać smutek kładąc go na karb pogody (która – żeby było śmieszniej – jest ładna ostatnimi dniami). Wiem, że człowiek może mieć poważniejsze problemy, niż te, które posiadam, ale… Co z tego? Bo jedną z największych tragedii ludzkiego istnienia jest brak zrozumienia i samotność.

Delikatne uderzenie literki D

Posted in Blog, Literatura on 19 Listopad 2009 by aleandra

NARESZCIE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

We wtorek otrzymałam długo oczekiwaną przesyłkę od Bestiariusza – “Delikatne uderzenie pioruna” Dariusza Domagalskiego. Tak tym faktem byłam podekscytowana, że ciężko było mi skupić się na dziele Stokera, ale dałam radę i jestem z tego faktu bardzo zadowolona. XIX-wieczna literatura, która ma swój urok (zonk) oraz jest klasyką fantastyki… :)

W ciągu najwyżej dwóch dni chcę przeczytać utwór Domagalskiego i zrobić jego bardzo porządną recenzję, co by dalej siedzieć na garnuszku Bestii i sobie czytać przesyłane od niej powieści. Wprawdzie będą to utwory tylko fantastyczne, choć z drugiej strony – książki to książki :). I nie sądzę, bym otrzymywała więcej, niż raz na miesiąc utwory. :]

Przy okazji dziś zauważyłam, że ostatnie pozycje mają tytuły rozpoczynające się na literkę D. Klątwa jakaś czy co…

Na pewno dotyka mnie przekleństwo wszystkich tych, którzy kochają literaturę i dużo czytają: liczba planowanych pozycji zamiast maleć, to rośnie albo przynajmniej utrzymuje się w tej samej liczbie. To ostatnie widać w moim przypadku, bo mimo, iż DRACULA została przeze mnie obczajona, to na jego miejsce weszło “Delikatne uderzenie pioruna”. A ponieważ ta książka jest priorytetowa i ponieważ nie mam większych pomysłów, co bym mogła poczytać po reszcie planowanych pozycji, te powinny raczej maleć…

W tej chwili mogłabym zacząć marudzić nad swoim życiem, ale po co?

Czeski seks.

Posted in Blog, Literatura tagi , , , , , , , , , , on 16 Listopad 2009 by aleandra

Dawno, dawno temu, w dalekiej przeszłości pisania bloga przez moją osobę miałam strategię, wedle której nazywałam tytuły notek najróżniej: XXX, seks, porno itd., itp., po czym oznajmiałam zdumionym Czytelnikom, że to zabieg, który ma na celu zwiększenie wejść na bloga. Cóż, tym razem jest podobnie; aczkolwiek Czesi faktycznie przejawiają ciekawy stosunek do seksu, bo są na te sprawy bardziej otwarci, więc na konwentach swych potrafią nazbierać cały worek kondomów…

Jak wiecie, powodowana intuicją (czy ja przypadkiem nie zaczynam się wyrażać w dziewiętnastowieczny sposób?) postanowiłam nie czekać na odpowiedź szanownych Czytelników, za którą książkę się zabrać, tylko… od razu zjeść “Długą i zgubną pogoń miłosną” [recenzja: kliknij tutaj]! A teraz… Teraz, moi Państwo przymierzam się do czytania Draculi. Bo to jest klasyka, a także dlatego, iż znajomy polecił (a on zwykle dobre książki poleca – pozdrawiam).

Tak więc, pozwolę sobie przedstawić tytuły powieści, które w najbliższym czasie zamierzam obczaić:

DRACULA – Brian Stoker bez wątpienia napisał dzieło, które na trwale wpisało się do literatury światowej…

AWANTURA O BASIĘ - czekała kilkanaście lat, poczeka sobie jeszcze trochę…

MAŁE KOBIETKI – ufam, że May pokaże i w tej książce klasę, zwłaszcza, że dzieło okazało się bestlesserem (a wówczas takie książki miały wyższy raczej poziom od dzisiejszych miernot).

AGENT FUNDACJI - Asimov przyciąga, o Asimovie nie zapominam. Wciąga, aczkolwiek przyznam, że po tych pozycjach, które już obczaiłam (“Idiota”, “Długa…”) oraz które obczaję (powyżej), powinnam od niego już całkiem być wypoczęta, więc od Agenta Fundacji będzie waliła we wszystkie strony świeżość. I kto wie, czy nie zabiorę się od razu za czytanie kontynuacji…

Zonk. Właśnie dzisiejszy dzień zleciał mi pod tytułem “narzekanie na brak zimnej wody + dlaczego nie poszłam na polonistykę, tylko na pedagogikę”.

Statystyka blogaska!

Posted in Blog, Literatura tagi on 15 Listopad 2009 by aleandra

11 listopada postanowiłam zabawić się statystykami swojego bloga – śmiechu było co niemiara, zabawy również. Skutek był taki, że serwer naliczył mi 38 wejść. Jak na razie – najwięcej w ciągu całego okresu bycia na wordpressie. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu największą popularność ma wpis zatytułowany “Głupi trójkąt – robię to specjalnie”. Dziennie dwa razy, ogółem wychodzi, że odwiedzin miał aż 17. Bardziej jednak zadziwia, że nikt tegoż nie skomentował… To może ktoś, taki – znany Wam, nie powiem – tzw. Hitler (pozdroofka od geja) klika na niego specjalnie? Hę. Hm, zastanawiając się, na czym polega fenomen tego wpisu, doszłam do wniosku, że na pisaniu o… Go! Faktem jest, że w ostatni weekend za dużo w to nie grałam, ale to chyba wina Dostojewskiego, który nie tylko wciągnął, ale i wymęczył tak, że na dziś już dam sobie spokój z czytaniem książek… Za to zadziwiające, bo teraz zastanawiam się, za co się wziąć:

AWANTURA O BASIĘ – wiadomo, lektura dla 3 klasy podstawówki, prawdopodobnie książka dość dziecinna, ale ja tej książki nie czytałam, a na webook.pl powiedziano mi, że raczej się opłaca sięgnąć po tę pozycję.

MAŁE KOBIETKI – książka przeze mnie poszukiwana na chomikuj.pl przez długi, długi, długi czas. Głównym powodem, dlaczego tak się stało, było to, że za czasów szkolnych oglądałam anime o małych kobietkach, gdzie jedna taka obcinała włosy, by na nich zarobić, czy coś w ten deseń. No, ale…

DŁUGA I ZGUBNA PODRÓŻ MIŁOSNA – tej samej autorki, co powyżej. Mam przeczucie (a wiem, że opłaca się mu zaufać), że to może być świetna książka! Aż mnie korci, żeby się za to wziąć od razu! Ale z drugiej strony co, jeśli mi nie przypadnie do gustu? Nie chciałabym odkładać na bok małych kobietek… Ojej, co robić, jak myślicie?

Unavena…

Posted in Blog, Literatura, Nauka on 15 Listopad 2009 by aleandra
  1. Jestem zmęczona. Ta prosta rzecz powoduje, że ciężko mi się zabrać za angielski. A wszystko przez literaturę… Tak, skończyłam czytać “Idiotę” Dostojewskiego, moja recenzja [kliknij tutaj]. W sumie – autor pokazał nam klasę na końcu i stwierdziłam, że dla samego zakończenia warto było męczyć się przez tydzień.
  2. Angielski? No jasne, zaraz przystępuję do akcji! Ciągle marudzę, że nie mam do dyspozycji czeskiego… Sama nie wiem, czy się opłaca kupić samouczek do tegoż, no bo po pierwsze, najpierw wypadałoby porachować się z problemowymi sprawami, a po drugie, co mi z tego, że mam dla początkujących, jak na dalszych poziomach nie będę się rozwijała?
  3. Tata koniecznie, ale to koniecznie musi mieć najnowszy program antywirusowy. Oczywiście ja tegoż nie kupię, bo po co, skoro z Internetu sobie ściągnę? Ba, już używam! No, a brat gada mi o nowych superaskich serialach, a starych nie przywozi…
  4. Jutro idę sobie nieco poprawić humor zakupami. Tak, kasę mam. Zawsze mam kasę.
  5. Ja jsem unavena…

Zakochana w Lublinie

Posted in Lublin, Miasta tagi on 14 Listopad 2009 by aleandra
Dzięki usilnym staraniom, aby w Gorzowie Wielkopolskim coś zaczęło się dziać – na przykład w kwestii konwentów mangowych czy fantastycznych – mam często kontakt z młodymi ludźmi. Jak bardzo młodszymi ode mnie? Niektórzy to licealiści, którzy nie mogą się doczekać imigracji do innego, lepszego miejsca; niektórzy to gimnazjaliści, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie się zawieruszyć, bo mają na głowie całkiem inne problemy. Ale tak czy inaczej od czasu do czasu poruszany jest motyw miejsc, gdzie można by wybyć na studia.
Z jedną taką osobą (pozdrawiam serdecznie) od czasu do czasu mam przyjemność poruszać kwestię polskich miast. Oczywiście Łodzi nie widziałam; w wielu miejscach nie byłam, ale… Koniec końców wspominam Lublin. Spędziłam tam 2 tygodnie, nie wiem, czy dobrze, czy słusznie, mogę powiedzieć, że widziałam większość tej aglomeracji. I zawsze już chyba będę bronić stolicy województwa Lubelskiego. Może nie jest piękniejsze, niż Kraków. Może nie jest ono tak wielkie, jak Wrocław. Ale to miejsce jest urocze po prostu. Gdy tam byłam, to naprawdę dobrze się czułam; nie wiem, czy to wynika z tego, że tam nie mieszkam, ale wiem jedno… Przyjemnie byłoby studiować, bo to takie… Kameralne miejsce. Dlatego pazurami, jęzorem i wszelkimi innymi brutalnymi sposobami będę broniła LUBLINA, do którego serdecznie zapraszam (co prawda nie mam tam żadnego mieszkania, ale uważam, że warto to miejsce odwiedzić).

Jutro wielki dzień

Posted in Blog, Go, Gorzów Wielkopolski, Konwent, Nauka on 12 Listopad 2009 by aleandra
Wstając rano, o ciemnym niebie i chłodnym wietrze, stwierdziłam, że życie jest piękne. To przeświadczenie udało mi się utrzymać aż do wyjścia na miasto; zanim jednak to zrobiłam, wpadłam – jak to ja – na szalony pomysł. Ni z tego, ni z owego oświadczyłam raptem wszystkim znajomym mangowcom z mego miasta, że jutro widzimy się o 16 pod katedrą. Na skutek mojej gwałtownej decyzji, niektórzy pomyśleli sobie, że robię ich w bambuko. Otóż, NIE! A żeby było przyjemniej i bardziej emocjonująco, to postanowiłam wziąć ze sobą Goban. I kamyki. Ponieważ między 13.15 a 16 nie opłaca mi się wracać do domu, to muszę wziąć te przybory ze sobą na uczelnię. Będzie… Dziwnie. Ale kiedyś musi być ten pierwszy raz – w tym miejscu chciałabym pozdrowić i podziękować pewnemu człowiekowi, którego nazywam Sheez’em, ponieważ to właśnie on zaofiarował mi swój pomysł noszenia na każde spotkanie z ludźmi Gobanu. I pewnie w Wałczu mają swój klub Go, a w Gorzowie się kisi…
Co się tyczy dalszej części dnia. Było coraz gorzej. Nieudana i samotna wycieczka do Askany sprawiła mi pochmurny nastrój. Później miałam zajęcia, za którymi nie przepadam, czyli angielski. Zapowiedź kolokwium zmrożyła mi krew w żyłach! Boję się, a jutro biegiem do nauki. Cóż, trzeba przynajmniej spróbować, jak się nie uda, to trudno…
Jeden z moich problemów to wielka niewiara w siebie. Ja to powtarzam często, ale ja to czuję! No, po prostu czuję :/. Może gdybym zaliczyła jakiś angielski czy podobną duperelę, to bym miała lepsze samopoczucie; ale być może nie, bo przecież wszystko oprócz dydaktyki zdałam i to wcale nie najgorzej. Więc… Co jest grane?
A wolontariatem pewnie zajmę się na ostatnią chwilę, gapa jedna, która dziś zauważyła, że ma pomieszany 1 rok z 2 rokiem w notatkach. A to niedobrze, niedobrze… Całe szczęście, zdążyłam się we wszystkich mych papierach połapać, po czym stwierdziłam, że mam taki boski burdel, że głowa mała! A jakie kochane pismo! Oj… No cóż – pożyjemy, zobaczymy.

Wolontasriat

Posted in Blog, Nauka tagi , , , , , , , , , , , on 11 Listopad 2009 by aleandra
Mamy taki przedmiot, który zwie się pedagogika społeczna. Według planu wykłady mamy z DOKTOR Tomczyk. Nie wiem, czy jest miła, czy jest chamska, wiem na pewno, że kocha wolontariat i dużo o nim gada. Definicja tejże rzeczy mówi nam, iż jest ona DOBROWOLNA. No i tu pojawia się problem, bo o dobrowolności nie można mówić wtedy, kiedy zmusza się do czegoś, aby zaliczyć przedmiot.
A w przypadku wolontariatu odbywany pod musem wolontariat może jeszcze bardziej zaszkodzić, niż spożytkować. Robi się może i dobre rzeczy, ale… Ale problemem głównie jest to, że niechęć przy ich realizowaniu raczej jest widoczna. Podopieczni takiego wolontariusza mogą więc go nie lubić i co, i problem się robi, bo jak tu wykonywać swoją pracę, gdy ma się wokół osoby, które Cię nie znoszą? Być może przewiduję najczarniejszy z czarnych scenariuszy, ALE…
W gimnazjum była zabawa na punkty, dzięki którym człowiek dostawał się do wymarzonej szkoły. W pewnym momencie dla jednego z roczników okazało się, że wolontariat także daje punktów. Później to wycofano (nie wiem, jak jest teraz), jednakże ta informacja zaczęła mnie zastanawiać: iść czy nie iść na wolontariat?
Nie poszłam.
Uznałam, że bycie wolontariuszem wynika z serca, a nie z odgórnych nakazów i zakazów. Co z tego, że mniej niż 10% ludzi bawi się w to? To jest prywatna kwestia; do wolontariatu trzeba dorośleć. Dojrzeć.
Jestem człowiekiem, który studiował pracę socjalną i po tym właśnie kierunku uświadomiłam sobie, że nie bardzo bym się nadawała na wolontariat. A może bym się nadawała, kto wie, ale czyny społeczne muszą wynikać z dobrych chęci, z serca, a nie z odgórnych nakazów i zakazów.
W kółko się powtarzam? To dobrze. WOLONTARIAT TO DOBROWOLNOŚĆ. Dziwi mnie, że pani doktor uznaje tę definicję i każe odbyć wolontariat, ponieważ tak jej się to widzi.
Może być to rozwijające doświadczenie. Może to być również zniechęcające doświadczenie. Tu już nie zależy to od tego, do jakiego opiekuna praktyk się trafi, lecz zależy od nas samych, od tego, jak bardzo jesteśmy dorośli, przygotowani i chętni do takich czynów.
Ja być może chcę robić dobrze ludziom – ale… Każdy człowiek robi dobre uczynki na swój własny, niepowtarzalny człowiek. Każdy widzi je w inny sposób. Bo każdy jest inny.
Ostatnio mam zniechęcenie do mojego kierunku. Jest w nim za dużo bzdur dla pedagogiki wczesnoszkolnej. Trudno, powiada się. Przecież magisterka może sporo zmienić w moim życiu zawodowym i zaczynam powoli widzieć ją jako szansę na to, by nie przebywać w podstawówce, tylko w gimnazjum czy gdzie indziej.
Ale uświadamiając sobie, że pani DOKTOR każe iść na wolontariat… Wydaje mi się, że tracę cierpliwość. Tak, w Go się tę cechę ceni; ale w tym przypadku chodzi o jeszcze pewną ważną rzecz: o awanturę. Mam ochotę zrobić tej babce awanturę, pokłócić się o tę sprawę. Wolontariat? Skoro to ma być wolontariat, to czemu pani zmusza do niego, jak z samej definicji wynika, iż jest on dobrowolny?! Zgubiła się sama idea wolontariacka. Utraciła.
Prawdopodobnie ta awantura nie przysłużyłaby mi.
Ja co prawda od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy by nie zająć się wolontariatem, ale z jednej strony… Nauka, z drugiej strony inne kwestie… Człowiek po prostu samodzielnie, przez dojrzewanie, musi dorosnąć do takiej decyzji.
Zaskoczyła mnie – już poza samym problemem wolontariatu na uczelni – jeszcze pewna rzecz. Jeden z wykładów Tomczyk, no i ona mówi coś o żebraniu. “Nawet 20 groszy dając takiemu człowiekowi”. Chciałam krzyknąć, że co za bzdury, żebrakom może i należy dawać, ale podarunki nie w formie pieniędzy, lecz w formie jedzenia, na przykład. I oni za to potrafią lepiej się odwdzięczyć, niż jakbyśmy dali im na żarcie. Z reguły staram się do tej taktyki stosować, bo wiem, że jest ona dobra i tak mnie w Poznaniu nauczono.
W gimnazjum miałam nauczycielkę od historii, którą bardzo lubiłam. Powiedziała, że wykształcenie nie oznacza, iż ktoś nie będzie chamem. Myślę, że papierek również nie świadczy o rzeczywistej wiedzy i rozwoju takiej osoby. To jest smutne. (Można oczywiście założyć, że w pewnym, nudnym już kawale o studencie, który musi wiedzieć więcej od doktora, jest jakiś ułamek prawdy).

Pozdrawiam wszystkich studentów dziennej pracy socjalnej z UAMu, a zwłaszcza tych, którzy z własnego dobrego serca zdecydowali się na wolontariat.

Impuls

Posted in Blog, Go on 10 Listopad 2009 by aleandra
Niedawno udało mi się wymyślić pewno powiedzonko, jeśli chodzi o Go. Brzmi, jakby autorem był facet i to o złamanym sercu. I raczej nie jest zbyt oryginalne, ale skoro już mi przyszło do głowy, to je tu zaprezentuję:

Kobieta, która zawsze złamie Ci serce – Go.

Albo jakoś tak. W każdym razie Motyl zna, przeczytał i nie wiem, czy jeszcze pamięta. Tak czy inaczej coś ostatnio mnie tknęło i postanowiłam lepiej grać. Nie jak dotychczas, bylejak, by stawiać na planszy kamienie, ale inteligentnie. Po latach zaczęłam myśleć! Ja umiem dobrze grać, ale… No właśnie. Nie skupiam się. NIE SKUPIAM SIĘ, NIE MYŚLĘ i przez to partia jest zła. A robię w niej straszne błędy, takie, jak:

  • kamienie rozstawione, niczym nogi panny w rozkroku (nie moje określenie, ale spodobało mi się),
  • zbyt dużo cięć,
  • grzech największy z grzechów – trochę zlekceważenie przeciwnika, trochę dawanie mu okazji do tego, by wtargnął na MOJE terytorium.

Nie chciałam pisać tej notki o Go, zanim nie rozegram partii z Motylkiem. Ta partia została właśnie rozegrana i mogę powiedzieć, że jeśli nadal będę się tak silnie starać, to powiem tak… WRÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓCIŁAAAAAAAAAAAAM! To, że granie w Internecie w Go jest bezsensowne odchodzi w niepamięć; to, że kurnik nadaje się tylko do towarzystwa i tylko to mogę robić odchodzi w niepamięć; ja chcę grać, głównie na desce 19×19 i basta! Dajcie mi kamienie, a ja Wam pokażę moje ruchy! Może nie od razu będę 2 dan, ale… Jeśli będę się starała, to wyjdę z marazmu. A jeśli wyjdę z marazmu…

Zawsze wierzyłam, że Go wpływa na ludzi. Po moich partiach widać, jak mało agresywną osobą jestem, jak dużo we mnie spontaniczności w stylu “nie myślę”. Prosty przykład – myślałam, że mam zajęcia na 10, więc na tyle poszłam, okazało się, że mam na 11:45 (bo sala była zamknięta, dziwne). Może Go da mi teraz siłę na przetrwanie tych (oby tylko) dwóch cholernych lat w Gorzowie.

Znów zaczynam oczerniać swoje miasto? No cóż, przytoczę pewną rzecz, która mnie zaskoczyła. Wczoraj na wykładzie babka do nas: “Gorzów to duże miasto, prawda…”, chciałam krzyknąć: NIE! TO NIEPRAWDA!, ale ona dalej “nawet nie wiesz, jaka ulica jest na drugim końcu miasta, znasz tylko swoje okolice”. To może być prawdą. Aczkolwiek fakt, że mamy wszystkie ważniejsze instytucje (z wyjątkiem szpitala) w centrum miasta jest dowodem na to, że Gorzów nie jest dużym miastem. Tak – mówię w kontekście Polski, bo wiadomo, że w 4 razy mniejszych Czechach to może być spore miasto. Z drugiej jednak strony, Czechy dzięki swym rozmiarom (albo i nie) mają lepiej zorganizowane życie goistyczne… Ale co ja tam wiem, nawet nie byłam tam! Może kiedyś pojadęęęę…..

Wróć.

Co trzeba zrobić, żeby w końcu na poważnie zacząć grać w Go? Nie wiem. Ale ja chcę spróbować grać lepiej. Może to wystarczy.

Długoczasowy marazm w tej grze spowodował trochę, że marnowałam czas. Może nie do końca (bo jakieś tam umiejętności w wyniku treningu zostały utworzone), ale jednak to nie to samo, co ręka dobrego nauczyciela, co staranie się o to “lepsze jutro na gobanie”, to jednak nie to samo, co CEL gry: PIĘKNIEJ GRAĆ. Bo gdy nie robię idiotycznych ruchów, to partia jest po prostu piękna.

Żałuję trochę, że tyle czasu zwlekałam z takim nastawieniem. Może potrzebowałam dorosnąć, a może po prostu nie wiedziałam, jak się z tego sidła marazmowego wyplątać. Najbliższy czas pokaże, czy rzeczywiście mi się to udało. Tylko, że…

(I tu zapewne zostanę skrytykowana przez wielu goistów.)

…Że zamierzam to robić na kurniku. No, oczywiście, ważnym jest, aby grać i rozwijać się. Ale dla mnie Go nie byłoby tym, czym jest, gdyby nie ludzie. Ciepły klimat, oto, co jest wspaniałe. Nawet w klubie Go osoby żartują, wspaniale komentują (Kamyk :D). A na KGSie… Atmosfera jest drętwa. Może to te kolorki, nie wiem. Ale drętwo tam jakoś i to mnie zniechęca.

Chciałabym podziękować wszystkim tym goistom, którzy jeszcze czytają tego bloga za pamięć. Chciałabym serdecznie pozdrowić Ashers. :)

:/

Posted in Blog tagi , , , , , on 9 Listopad 2009 by aleandra

Dupek.

Ja chcę tańczyć :(

Posted in Blog tagi , , , , , , , , , on 9 Listopad 2009 by aleandra
W zeszłym tygodniu postanowiłam skorzystać z okazji i po prostu zapisać się na choreoterapię – czyli terapia przez taniec. Pierwsze zajęcia były bardzo udane i z przyjemnością polezę na drugie, tyle tylko, że mam mały problem…
Szłam do autobusu jak najszybciej mogłam. Byłam wkurzona, bo głodna i znudzona. Niestety, skutek tego manewru jest katastrofalny: na lewej stopie zrobiłam sobie takie odciski albo sparzyłam sobie tę stopę tak, że teraz normalnie chodzić nie mogę. Aua! (To na pewno jest odcisk, szkoda tylko, że myślałam, iż już się tego przekleństwa pozbyłam).
Los dalej się do mnie nie uśmiecha w tym sensie, że na koncie mam 0 złotych. Jakby tego było mało, to DVD w kompie nie chce czytać płyt ze Stargate Atlantis i klops, bo nie chce również tego robić DVD w TV, a na dysku na kompie taty owszem, czyta, ale tak nieskładnie i nieparadnie, że trzeba się ostro nakombinować, by można było czytać napisy.
No dobra, to ja wracam do Idioty Dostojewskiego.

Głupi trójkąt – robię to specjalnie

Posted in Blog, Go, Literatura tagi , , , , , , , , , , on 8 Listopad 2009 by aleandra
Wiadomo, że im częstsze notki, tym częstsze odwiedziny, im częstsze odwiedziny, tym większe statystyki, a im większe statystyki, tym lepszy szpan “jakiego to ja mam popularnego blogaska”. A ponieważ muszę promować swe dziełko od nowa, bo nowy serwer, to robię tak często wpisy specjalnie – żeby jacyś nowi Czytelnicy tu wleźli, żeby więcej ludzi czytało… normalka.
Dzisiejszy wieczór postanowiłam podzielić między Go a Dostojewskim i jego Idiotą, do którego to postanowiłam sięgnąć pod wpływem przeczytania innego bloga, ponieważ fantastyka, jak już wcześniej wyjaśniłam, zdążyła mi się trochę znudzić. Tak to już jest ze mną… W zeszłym roku nałogowo niemal czytałam sensacyjne opowieści: Agatha Christie Mankell… Co ciekawe, jeśli chodzi o tego ostatniego, to ostatnio w Empiku widziałam jego książkę, ale była to pozycja przeznaczona dla dzieci. Mimo, że dwunastolatką nie byłam, to myślę, że za niedługi czas zdecyduję się sięgnąć po tę pozycję (zwłaszcza, jeśli ona będzie już dostępna na Sieci).
“Idiota” Dostojewskiego wydaje się książką, którą łatwo się czyta. I mimo, że jestem na początku, to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż będzie to obczajona lektura. Tak czy siak, napiszę o tej pozycji, gdy skończę, czyli albo jutro albo pojutrze :). Pożyjemy, zobaczymy.
A teraz coś o Go, bo już dawno nie było.
Mam wrażenie, że mimo wieloletniego doświadczenia nadal gram tak samo, jak na początku, ciągle popełniam te same błędy. Dziś jakoś wyjątkowo mi nie szło, robiłam cholernie dużo cięć i głupich trójkątów. Ech, zaczynam myśleć, że uznanie się za beztalencie w tej grze to nie był taki głupi pomysł… Nie mniej jednak ja już przestać nie potrafię! Uzależniłam się nie tylko od Go, ale także od ludzi, którzy tam przebywają i grają…
No nic. Pewnie jutro znów zacznę w to grać.
Mam ochotę tu napisać o wychowaniu bezstresowym, ale wiem, że i tak nikt mnie nie zrozumie, więc zatrzymam te myśli dla siebie.
Pozdrawiam!

Ciekawe, czy byłabym dziś krawcową

Posted in Blog, Literatura, Nauka tagi , , , , , , , , on 8 Listopad 2009 by aleandra
Internet mi padł. Ostatnio to częste działanie dostawcy sieci. Żeby jednak nie marnować czasu, postanowiłam poświęcić go na naukę, czyli przygotowanie referatu o wychowaniu przez A. S. Neilla. Przyznam, że po latach widzę, jak trendy w wychowaniu się zmieniają, jednak pewnym jest, iż założenia tego pana względem wolności są nadal aktualne. Wynika to z prostego faktu, iż dziś masowo stosuje się wychowanie bezstresowe, lecz jest ono błędnie rozumiane. Zawsze mnie to wkurzało, gdy ktoś mówi “o, panienka wychowywała się bezstresowo i teraz wszystkich wokół bije”. A figa z makiem, bo założenia Neilla mówią jasno – równość między dziećmi i dorosłymi polegająca na tym, że zarówno dziecko, jak i dorosły nie mogą krzywdzić drugiego człowieka, bo to ogranicza cudzą wolność. No, ale co ja tam wiem, jestem tylko studentką II roku pedagogiki na podrzędnej uczelni, w dodatku z warunkiem…
Zastanawiam się, czy rozpisać się o systemie fińskim, bo tak szczerze mówiąc nadal jestem przekonana do tego, iż jest to najlepszy sposób edukacji młodych ludzi, jak i również nic z jego założeń i organizacji prawie nie pamiętam. Tak więc chyba odłożę to na kiedy indziej.
Zaczęłam się zastanawiać, czy gdyby nie zajęcia techniczne w szkole, to dziś byłabym kimś w rodzaju krawcowej. A żeby było śmieszniej, chyba nie dane jest mi zostać wspaniałą artystką w stylu malarstwo czy co tam, bo warsztaty plastyczne, które mam na studiach nie są moimi ulubionymi zajęciami – dziwne to, ale wolę iść na teoretyczne podstawy wychowania, niż na takie duperele. Ale to pewnie wina babki, która traktuje ludzi wedle tego, czy kogoś lubi, czy nie… Argh. A co ja lubię?
Teoretycznie czytać. Fantastyka dobra jest, ale chyba właśnie zaczynam mieć jej dość. Dość głównie z tego względu, że przez całe lato naczytałam się tyle o smokach, czarach, mieczach i cholera wie jeszcze o czym (zapewne statki kosmiczne przeważają w powyższym zestawieniu), że chyba pora odpocząć. Oczywiście pozycję, którą mam nadzieję w końcu dostać od Bestariusza, przeczytam, zwłaszcza, że – z tego, co widziałam w Empiku – może to być całkiem niezła lektura. No, ale… Uznałam wczoraj, że jestem skazana na Asimova, bo on jeden jest sprawdzony, jeśli chodzi o dobrą literaturę, a ponadto… mimo posiadania dostępu do Webooka, to jednak nie daje mi on całkowitej pewności, że za taką a taką książkę warto się wziąć.
A może dla odmiany obejrzałabym sobie serial? Stargate Atlantis na przykład. W sumie mi się słabo chce, być może dlatego, że to wymaga wstania od biurka, włożenia do DVD płyty i cholera wie, czy nie będzie to wymagało kombinowania, żeby puściło na monitorze z napisami, jak jest przykazane.
Przenosząc się tu mam wrażenie, że jest o tyle lepiej, iż znam statystyki blogaska mego kochanego. Bardzo mnie cieszy to, iż wczoraj wlazło tu aż 21 osób (żeby nie było – moje odwiedziny nie są naliczane), a dziś już 7. Tak więc, postanowiłam zwiększyć liczbę statystyk tym oto wpisem :).
Pozdrawiam… Czytelników serdecznie!

Serial kontra książka, nuda a książka

Posted in Blog, Literatura tagi , , , , , on 7 Listopad 2009 by aleandra
Całkiem niedawno obejrzałam pierwszy sezon “Legend of Seeker” czy jakoś tak. Twór ten powstał na podstawie książki Terry’ego Goodkinda i mogę powiedzieć, że powieść jest zdecydowanie lepsza od jej ekranowego odpowiednika. Szczególnie ze względu na zakończenie, gdyż SPOJLER bohater nie dowiedział się, że jego ojcem jest Rahl Posępny KONIEC SPOJLERU oraz SPOJLER nie walczył w murach zamkowych ze swym wrogiem, co oczywiście powinno się zdarzyć KONIEC SPOJLERU.
Wszyscy naokoło twierdzą, że Goodkind dobrze pisze. Ale jakoś nie słyszałam, aby otrzymał Hugo/Nebulę (do której, rzecz jasna, przyczepiłam się jak rzep do ogona). Pierwsza część “Miecza Prawdy” może i by zasługiwała na jakąś nagrodę, przy drugiej widać jeden konkretny schemat fabularny, a trzecia… Nie wiem jakim cudem, ale próbuję przebrnąć przez “Bractwo Czystej Krwi” i nie mogę. To jest po prostu nudne. To już chyba ciekawsza była czwarta czy tam któraś część Diuny, co to władcą planety był czerw. Trudno jednak określić, czym jest to spowodowane, że książka Goodkinda nie chce mi wejść. Bo o ile przy Asimovie jestem w stanie przebrnąć do końca, nawet gdy powieść męczy, o tyle przy tym… No nie jestem. To ponad moje siły. A ja wiem, przez co? Mało się dzieje, a może po prostu Asimov potrafił pisać bardziej spektakularnie. No sorry – jestem przy setnej stronie na trzysta, no i nadal nic konkretniejszego się nie dzieje, dopiero co obczaili, jakiego mają wroga do pokonania. Aj, zawiodłam się na Goodkindzie i podjęłam decyzję, że do niego już nie wrócę.

Zachmurzenie nad głową

Posted in Blog on 7 Listopad 2009 by aleandra
Wydaje się, że kłótnia może niewiele dawać ludziom, którzy są w to zamieszani. Tak zwykle jest. Dziś miałam spięcie z tatą. Może miał rację, że się trochę chamsko zachowuję. A może nie miał. Może miałam rację, że ciągle mam wrażenie “moja wina”. A może nie miałam. Ale uświadomiłam sobie przykrą rzecz – potrzebuję w tej chwili czegoś ciepłego, jakiegoś miłego kontaktu z drugim człowiekiem. Sieć nie daje szczęścia. Teoretycznie łatwo można się z kimś spotkać, ale to takie gadanie. Bo żeby to zrobić, to trzeba się z kimś umówić, a jak tego dokonać, skoro… Większość osób jest poza Gorzowem, a mniejszość jest albo chora, albo niedostępna na GG/tlenie? Tak, trzeba pamiętać o nieszczęsnym telefonie.
Nie wiem, czy mam siłę pisać o nim. Wczoraj polazłam do babci, gdzie dowiedziałam się, że tata nie chciałby, abym wzięła telefon na abonament, bo on by musiał płacić, gdybym go zgubiła. Wściekłam się. Nie dlatego, że babcia się wtrąca (wbrew pozorom uważam, że skoro należy do rodziny, i to bliskiej, to ma do tego prawo), ale właśnie przez to, co zostało powiedziane. Jeśli ja zechcę wziąć telefon za złotówkę to chyba moja sprawa, prawda? Co miesiąc od państwa mam 153 złote, więc w czystej teorii powinno mnie być stać na comiesięczny abonament za 30 złotych. Ale to nie jest takie ważne, jak to, iż to moja sprawa, co wezmę. No i jeszcze jedno: co to za gadanie, że jeśli ja zgubię, to on będzie musiał płacić? Przecież to JA mam płacić! To ja mam mam ponieść wszelkie konsekwencje mojego czynu! ZDECYDUJCIE SIĘ DO JASNEJ CHOLERY JAK CHCECIE MNIE TRAKTOWAĆ! Albo coś się za mnie robi, albo nie. To takie trudne? No??? No, a najbardziej dręczącą sprawą jest to, że ja_coś_zgubię. Wiecznie robię źle rzeczy. No fajnie.
Możecie pisać o drzazgach w oku, ale trzeba wiedzieć jedno – przynajmniej raz na ruski rok człowiekowi należy się więcej czułości. A ja dziś czuję się niezwykle samotna i często chce mi się płakać.
To by było na tyle na dziś.

A dziś rano…

Posted in Blog on 7 Listopad 2009 by aleandra
Zastanawiałam się nad koncepcją bloga. Nic oczywiście nie wymyśliłam, ale uznałam, że rzeczą, która mogłaby go odświeżyć jest koniec końców przeniesienie go na wordpressa. Tak, Fani. Tak, mój zamiar, by w końcu to zrobić został zrealizowany!
Zaczynam od nowa? Nie do końca… Wpisy dało się zaimportować z bloggera. Teraz będę miała co robić – walczyć o szatę graficzną w tym, już trzecim, wydaniu blogaska mego kochanego. Oczywiście stara wersja, http://goistka.blogspot.com ciągle będzie dostępna, ale raczej już nie będzie aktualizowana.
Doszłam do wniosku, że będę na tej stronie umieszczać wszystko to, co chcę w sieci zamieszczać, a co dotyczy mojej osoby. Grafika może nie do końca, wiadomo dlaczego, ale… Materiały naukowe, o! ^_^
Tak czy inaczej… Zapraszam do czytania ;].

Z okazji pierwszego śniegu

Posted in Blog on 4 Listopad 2009 by aleandra
Dwa Michały by Aleandra

Tańcowały dwa Michały
Bo to były piękne pedały
Jeden mały drugi duży
Żeby było w parze do podróży

Podróży do Świętego Mikołaja
Żeby nie płakała Maja
Bo nie dali jej nowych majtek
Pedały wybrały się na statek

Dwa Michały rano wcześnie wstały
I wtedy ptaki pięknie zaćwierkały
Przestawiamy dziś czas do przodu
Żeby zegar był w porządku wobec rodu

Niestety nasze dwa Michały
O tym fakcie zupełnie zapomniały
Spóźnili się na statek
Tylko zdążył im pomachać majtek

Biedne nogi Majki
Chłopcy tylko wzięli do rąk fajki
Ich dym zasłonił jej wielkie łzy
I część stojącej na rogu podobnej do nich bzy

Tańcowały dwa Michały
Bo to jednak były piękne pedały
I ogromnymi dziewczęcymi
Nie przejmowali się łzami

Komcie się posypały

Posted in Blog on 3 Listopad 2009 by aleandra

O!
To ten blog ma jeszcze Czytelników!
Nie chce mi się rozmyślać o tym, co spieprzyłam w swoim życiu, bo uważam, że to by mnie zdołowało, a mam taaaaAAAAKI fajny humor…
Swoją drogą, nie uważacie, że ciągle dołowanie się oznacza, że coś jest nie tak? :P
Ale kogo ja się pytam… Pewnie poprzednio załapałam komcie, bo wpis kontrowersyjny. Gdzieś trzeba się wyżywać.
Uważam, że trochę się wyczerpała formuła tego bloga. Ale nie przestanę tu pisać, bo się od tego uzależniłam. No cóż.
Swoją drogą, taniec to fajna rzecz.

Wyglądała, jakby miała, a nie dała bo nie miała

Posted in Blog on 2 Listopad 2009 by aleandra
Nie tak dawno temu pod przystankiem w stronę Silwany a umieszczonym niedaleko dworca PKP pewna kobieta zapytała mnie, czy mogłabym jej kupić bułkę z pieczarkami za trzy złote. Jest to gorzowski specjał i myślę, że każdy turysta jest zobowiązany przez sam pobyt tu zakosztować tegoż. Wracając do pytającej, to oczywistym było, że to żebraczka – miała brudne spodnie i smutny wzrok. Niestety, odmówiłam jej, bo w torebce miałam niewiele jak 20 groszy, a to stanowczo za mało na jej wymarzone danie.
Moja sytuacja nie wygląda najlepiej. Po pierwsze, groszaki znów uratowały moją skórę (o_O;), pozwalając mi na zebranie 1,10 złotych, czyli niezbędnej kwoty do kupna biletu tramwajowego. Tak, tak. Dzięki nieuprzejmości pani w dziekanacie nie mam podbitej legitymacji studenckiej. Napisałam, że nieuprzejmości a nie z mojej winy, bo ta pani doskonale widziała wypełniony indeks. I wiedziała, że chcę zapłacić warunek. Ah ta Polska – urzędnik zamiast zastanawiać się, jak pomóc ludziom, to jeszcze musi utrudniać im życie, bo – jak to powiedział mój dobry znajomy (pozdrowienia!) – problemu nie da się rozwiązać.
Tak więc jestem bardzo wdzięczna bratu za nie przywiezienie ze sobą zapasowej komórki. I tak, wiem, że ona była sprzed ery potopowej, ale co z tego, skoro pozwoliłaby na wykonanie przelewu w mbanku i jutro spokojnie bym pojechała na uczelnię? A tak? Śfiństwo.
Oczywiście można się upierać, że muszę się nauczyć wartości rzeczy. Można się upierać, że trzeba ponieść pewne konsekwencje. Szkoda tylko, że na razie wychodzi bardzo zabawna rzecz – to nie rodzina, lecz znajomi mi bardziej pomagają w tarapatach, w jakich się znalazłam. Śmieszne, prawda?
A wracając do nauczania i wychowania. SAMI SOBIE JESTEŚCIE WINNI. Doszłam ostatnio do wniosku, że jestem jednym wielkim błędem wychowawczym. Nie da się uniknąć takowych, ale chyba nie aż tak. A mówiąc, iż jestem błędem wychowawczym mam na myśli to, iż mam uczucie, jakby rodzinka nagle obudziła się ze snu i przyjęła do wiadomości, że mam sobie sama radzić. Bo co, bo dorosła jestem? Tak, tylko wyżej wspomniana bezdomna też nie ma czternastu lat, a nie można takiej osoby nazwać zaradną życiową. Dorosłość nie znaczy samodzielność, o nie.
Niedawno na jednym z wykładów Segieta było o wychowaniu propagowanym przez A. S. Neilla. Wykładowca tak to określił: “Wychowanie do wolności”. Piękne określenie, wiele mówiące. Ja dotychczas żyłam sobie smacznie i przyjemnie, chociaż mam wrażenie, że najważniejsze życiowe decyzje nie ja podejmowałam, lecz rodzina.
Co, znowu narzekam, że nie znalazłam się tam, gdzie powinnam? A owszem, Gorzów może i jest fajną mieściną, ale w małych dawkach. Często żałuję, że nie wybrałam kariery poza tą cholerną stolicą województwa lubuskiego. Która, na domiar złego, jest zadupiem. Jak to mój wujek wspomniał ostatnio, tutaj nic się nie dzieje. True…
Dobra, lecimy dalej w najlepsze narzekanie.
Więc wracając do wychowania (lol), to uważam, że wychowywać należy KONSEKWENTNIE, a więc zmusza nas to do stosowania przez dłuższy czas jednej, wybranej przez nas metody. Już mniejsza z tym, czy będziemy bić dzieciaka, czy też go przytulać nawet we śnie. Ale, gdy chcemy zmienić sposób postępowania to już nie jest takie proste. Bo człowiek ma psychikę, a ta psychika może doznawać urazów – takich, które skutecznie do czegoś zniechęcą. W każdym razie, kiedy nagle zmienia się metoda, taki człowiek może zaznać szoku… Tak, tak, czasem trzeba takową terapię zastosować, ale mówię tu o przypadkach z zasady lekkich i takich, w których występują delikatne dosyć osoby, czyli mam tu głównie na myśli siebie. Bo nikogo nie krzywdzę, żeby mnie można było wsadzić do więzienia, bo też staram się jak mogę pomagać innym. To, że otwarcie piszę na tym blogu, że nie znoszę mojego taty wynika tylko i wyłącznie z tego, że za dużo z nim przebywam. Każdy kiedyś ma dość… No właśnie.
Pod obrazkiem na tym blogu dałam wspaniały cytat z wypowiedzi mojego dobrego znajomego z Wałcza (pozdrowionka!). Ten sam człowiek napisał mi nie tak dawno temu, że jego mama zabroniła mu brać od kogokolwiek proponowane przez gospodarzy (jak będzie on w gościach, oczywiście) jedzenie w stylu śniadanie, obiad itd. Ta kobieta podobno potrafi się wkurzyć kiedy – jak to nazwała – ktoś takimi uczynkami chce ograniczyć jej wolność.
No i patrzcie państwo, WOLNOŚĆ.
Ale ja nie jestem wychowywana do wolności. Nigdy nie byłam. Może pozwoliłam sobą kierować przez całe życie, a może nie, ale co ja na to poradzę? Dziecko nie może, bo nie ma wystarczającej siły nawet fizycznej przeciwstawić się cudzej woli, która rozciąga nad nim władzę. A co więcej, nie jest w stanie wiedzieć tego, co dorosły – najlepiej pedagog – wie o wychowaniu. I o samodzielności. Skutek jest taki, że może ono nie być świadome tego, iż powinno się uczyć zaradności. Ale skąd to ma wiedzieć? Tylko przypadek spowodował, że pewnego pięknego dnia wzięłam do rąk książkę “Nowa Summerhill” i pochłonęłam ją.
Tak czy siak, to nie moja wina, że rodzinka zrobiła mi to, co zrobiła. Owszem, pozwolono mi iść na pracę socjalną, ale chyba nic więcej. NIC do diabła więcej. Czy jest czego żałować? Do wolności zawsze się tęskni, a jak może być mowa o niej, skoro cały czas masz nad głową kogoś, kto Ci jęczy: zrób to, zrób tamto siamto?
Nie trzeba było okazywać aż tyle troski, kiedy były do tego okazje. Ale kiedy trzeba było pomóc, to miało się to w dupie.
Ktoś mógłby powiedzieć, że teraz sama podtrzymuję uraz do pewnych osób, karmię się tym. Może i tak jest, może i nie. Ale w każdym bądź razie, moje wypowiedzi są jednoznaczne: jeśli rodzinka będzie potrzebowała pomocy to udzielę jej tylko wtedy, kiedy uznam, że sytuacja wygląda bardzo źle. Oczywiście nikt nie pomyśli, że tak się stanie. Część osób pewnie uzna, że to niemożliwe, bo jestem głupia.
Szkoda.
Po licencjacie zastosuję metodę w stylu Beherit – “uciekaj jak najdalej od rodziny”. Dobrze mi to zrobi.
A to, że w moim wieku znajomi są ważni? Że zamiast jęczeć radośnie w łóżku yyyy, dobra, nieważne. Że zamiast jęczeć radośnie, to ja się nad sobą użalam? Przynajmniej tyle mam wolności.
No oczywiście, że trochę przerysowywuję sytuację, ale do diabła, jestem zwyczajnie wściekła na rodzinkę.

Inni już byli, teraz moja kolej

Posted in Blog on 29 Październik 2009 by aleandra

1 myśl: “wziąć” (of course, sobie),
2 myśl: “działa toto?” (sprawdzając, czemu jest czarny ekran),
3 myśl: “oddać”,
finał: “dziękuję” (z radością w oczach).

Poszłam dziś zdobyć wpis z wuefu do indeksu. Misja się udała, ale do dziekanatu już nie zdążyłam zanieść tego. No nic, trudno, jutro też jest dzień (a po co mam się przejmować instytucjami?). Przy okazji przy schodach na górę budynku, w którym się toczyły zajęcia wychowania fizycznego znalazłam komórkę. Nawet nie wiem, jaki model. Jakiś taki. Rzecz wyglądała niepozornie i nie wiedziałam, czy zostawić czy też wziąć. Zdecydowałam jednak, że trzeba oddać do portierni, bo może ktoś się zwróci po rzecz. Jak się okazało, słusznie, dziewczyna była zadowolona bardzo, że zguba do niej wróciła.
1 punkt dla mnie. Mam jeszcze do spłacenia parę innych, które również są spisane na konto tym wszystkim, którzy w Poznaniu, Raciborzu oddawali mi komórkę.
Właściwie… Rano chciałam napisać o tym, jak ja nie lubię reformatorów polskiego szkolnictwa i dlaczego. Zamierzałam podjąć również temat o wychowaniu i samodzielności, ale… Nie mam na to sił. Chyba dlatego, że posiadam zbyt dobry humor na to.

I to już chyba koniec telefonicznej telenoweli

Posted in Blog on 27 Październik 2009 by aleandra
Potrafię zgubić telefon w okolicznościach, jak nikt inny. Umiem także go odnajdywać, jak nikt inny. Niestety, nie pobiję już rekordu Guinnessa, bo bardzo wątpię w to, że tata pojechał po telefon. I właśnie dlatego można mówić o końcu telefonicznej telenoweli: ta komórka już się nie znajdzie. Było minęło, czas na nowy produkt. Takie życie, w końcu era gubienia komórki gdzie wlezie i kiedy wlezie dobiegła końca. Dla mnie telefon miał największą wartość o poranku, kiedy mnie budził, abym już polazła do szkoły. Trudno, jakoś sobie poradzę.
Ponadto dziś usiłowałam zdobyć wpis u Madej. Oczywiście nie udało się. Trudno, jutro do dziekanatu, a potem – w razie czego – do prodziekana.
Ale najgorszym wypadkiem – właściwie, w sensie dosłownym nawet – dnia dzisiejszego był upadek na szyny kolejowe… Bolało jak diabli, a potłuczenia będę miała przez jakiś czas i będą się one trochę dawać we znaki.
Dziwny to dzień! Dużo się działo, mało napisałam. Pozdrawiam :)

Literatura: Opowieści z Ziemiomorza

Posted in Literatura on 26 Październik 2009 by aleandra
Windows zrobił mi wczoraj kawał. Gdy się zwichnął, chciałam go zresetować. Marchewka nie podziałała, to postanowiłam kijem. W nagrodę otrzymałam czarny monitor z kursorem w tle. Ponieważ do 12:00 w nocy pozostało trochę czasu, postanowiłam porobić coś ciekawego. Zrzuciłam z półki te książki, których jeszcze nie czytałam i stwierdziłam, że po oglądnięciu pewnego filmu będę się zastanawiać, jaka lektura ma być przeze mnie obczajona.
Dzieło, które pojawiło się w telewizorze, a które obserwowałam i słuchałam nosiło tytuł “Pulp fiction”, zrealizował go Quentin Tarantino i pierwszy raz oglądałam ten film. Najbardziej spodobała mi się scena, gdy Travolta, jadąc z kumplem samochodem “przypadkowo” rozwalił łeb towarzyszowi z tylnego siedzenia.
Nie mając dziś pomysłu na realizację naprawy komputera, postanowiłam rzucić się w wir czytania. Można być zaskoczonym, że wygrała Ursula K. Le Guin swoimi “Opowieściami z Ziemiomorza”, bo mimo, iż jest ona dobrą powieściopisarką, to mi jej książki bardzo ciężko wchodzą (cholera wie, czemu, ale chyba trzeba być do nich odpowiednio nastrojonym). W każdym razie dzieło to to po prostu zbiór opowiadań z tytułowego świata. Teoretycznie nie przepadam za krótką formą literacką, lecz… No właśnie. Większość opowieści z Ziemiomorza niesie ze sobą przesłanie i jest po prostu magiczna. Raz, że wydarzenia opisywane z niej są po prostu zlepkiem początków i końca pewnej ery, dwa, że po prostu Le Guin ma talent. Weźmy taką “Uczennicę maga” bodajże Trudi: jest tam o magii, o jej nauce. Zaskoczę: w Ziemiomorzu także o tym jest, ale w przeciwieństwie do “Uczennicy”, wiedza przekazywana czytelnikom NIE NUDZI! Dobry autor to taki autor, który potrafi wpleść na jednej stronie różne wątki w taki sposób, by na niej nie było burdelu i żenuady. Trudno mi odpowiedzieć jednoznacznie, dlaczego “Opowieści z Ziemiomorza” tak mi przypadły do gustu, jednak najpiękniejszą i najlepszą z nich jest “Szukacz”, ale to pewnie taka moja słabość…
Tak czy siak, głupota Windy XP spowodowała przerwanie mi w połowie książki Asimova: “Fundacja”. I na tym – a nie, jak chcieliby niektórzy, na Internecie – opierało się moje cierpienie. Jutro z pewnością skończę, bo do Asimova mnie ciągnie. Ale w gruncie rzeczy cieszę się, że mogłam od niego odetchnąć, bo chyba tego mi brakowało.
A co do studiów… Pożyjemy, zobaczymy.
PS.: Pozdrawiam Pandę (nie smuć się!), i Motyla.

Ciężkie lata dla moich znajomych

Posted in Blog on 24 Październik 2009 by aleandra

Brak jasnego dostępu do jubilerstwa,

Brak jasnego dostępu do bohemistyki,
Brak jasnego dostępu do całkowitej samodzielności,
Brak jasnego dostępu do pieniędzy (a więc również),
Brak jasnego dostępu do założenia firmy,
Brak jasnego dostępu do znajomych.
To na razie tyle ;). I aż tyle. Ktoś inteligentny powiedział, że to, co chce się zrobić jest proste – wystarczy to zrobić. Prawda, jakie to proste? Ale człowiek to nie tylko działania, to również umysł i uczucia, a te są bardzo różne i nie raz potrafią stworzyć takie wahania, że wahadło by się nie powstydziło. No i cóż, wstałam, obudziłam się, po czym stwierdziłam, że życie jest do d., bo tu w Gorzowie nie ma warunków do rozwoju i jest zastój totalny.
Danie sobie na luz spowodowałoby szereg poważnych problemów. Na przykład konieczne pójście do pracy i ból, że nie ma się konkretnego zawodu. Trudność w pewnym sensie polegałaby również i na tym, iż najlepiej by mi się mieszkało poza granicami Gorzowa. Z kolei cała rodzina by się pewnie na mnie zwaliła z jękiem, krzykiem i ogólnym marudzeniem STUDIUJ! TRZEBA!
Nie danie sobie luzu powoduje natomiast, że będę się męczyć nie tyle na studiach, ile w miejscu, w którym je robię – bo przyznam, że w tej chwili bardzo kiepsko potrafię sobie wyobrazić pracę w innym zawodzie, niż pedagogika. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale jedna rzecz jest całkowicie pewna: skoro zrobiłam już rok i brnę w to cholerstwo dalej, to nagłe przerwanie spowodowałoby tylko, iż zmarnowałabym połowę czasu na zrobienie sobie zawodu.
A teraz przechodzę do rzeczy.
Rozmawiałam dziś ze znajomą, która jest dla mnie kimś w rodzaju autorytetu. Dlaczego jest tak, a nie inaczej, to długa historia, która sięga jeszcze czasów gimnazjum i po prostu… Można w skrócie napisać tak: “ciepła znajomość”.
Wszelkie papiery – nawet, jeśli “papier jest tylko papierem” – mogą się przydać. Warto mieć to na uwadze… Ale kochana Dzika powiedziała jeszcze, że ona robiła kursy. Że jeśli kierunek mi nie przeszkadza, to warto skończyć.
Dlatego, mając na uwadze to, że zniewolony człowiek narzeka jak diabli, trzeba również powiedzieć, że nadchodzą ciężkie lata dla moich znajomych, bo będą zmuszeni słuchać mojego marudzenia, na przykład…
Brak jasnego dostępu do znajomych,
Brak jasnego dostępu do bohemistyki,
Brak

Literatura: Fundacja i Imperium

Posted in Literatura on 22 Październik 2009 by aleandra
W 1996 roku nagrodę “Retro Hugo” otrzymała książka “Fundacja i Imperium” Isaaca Asimova. Podkreśla się, że ona dotyczy tej części wyżej wymienionej pozycji, której nazwa brzmi “Muł”. Generalnie trzeba przyznać, że całość wyróżnia się choć trochę na tle pozostałych dzieł Asimova, które czytałam – bo w trylogii o Imperium nie było tak sprawnie zaznaczonych elementów, jak tutaj. Przyjrzyjmy się bliżej i oto, co uzyskujemy:
-typową powieść space operową Asimova, czyli walkę o władzę,
-genialnie opracowaną intrygę, która kojarzy się bardziej z kryminałem, niż legalnymi działaniami,
-socjologia kontra psychologia. Co sprawia, że historia staje się historią? Działania jednostkowe, które mogą coś zmienić? Czy też może one się nie liczą, lecz znaczenie mają działania zbiorowe? Tu dochodzi jeszcze pytanie, czy istnieje przeznaczenie i czy można rzeczywistość obliczyć w sposób matematyczny (jak się okazuje – NIE, bo im dalsza przyszłość, tym więcej błędów; nie bierze pod uwagę możliwych zawsze zmian, które mogą się dokonać w społeczności ludzkiej)? Tutaj mam wrażenie, że Asimov minął się z powołaniem, studiując biotechnologię czy co to tam było zamiast socjologii,
[dop.:] mity. Ślepa wiara w los…
-uczucia: co sprawia, że się tak a nie inaczej zachowujemy, jak można grać (manipulować) innymi oraz do czego może doprowadzić odrzucenie przez społeczeństwo pewnej jednostki…
Książkę oceniam wysoko – 8,5/10. Dlaczego? Ano, za genialną intrygę. Co prawda w pewnym momencie domyśliłam się, kto kim, ale sam pomysł jest geniaulny :). A ja mam słabość do kryminałów.

Co nas nie zabije, to nas wzmocni…

Posted in Blog on 22 Październik 2009 by aleandra
Ostatnio oglądałam serial Stargate SG1. Zakończeniem tego produktu są dwa filmy, a w jednym z nich mniej więcej taki tekst się pojawia:
-Boże!
-Twoi bogowie cię nie posłuchają, musisz się ukorzyć przed Ori [czy coś w ten deseń - oczywiście, widać religijny fanatyzm na 1 rzut oka].
-To powiedzenie wyrażające ogólne niezadowolenie.

Obawiam się, że w tej chwili mogłabym użyć tekstu “Boże” w wyżej przedstawionym kontekście. Bo ja i zadowolona, i spokojna nie jestem. Jestem smutna. Tak, teoretycznie wszystko zaczyna się układać pomyślnie, ale czy aby na pewno?
Pewna znana mi osoba mówiła mi, że dużo narzekam. A ja wczoraj przeczytałam, dlaczego ludzie tak postępują. Coś w tym jest, a chodzi o to, że jak czują, iż ich wolność jest ograniczana, to są nieszczęśliwi. Ja sobie nie przypominam, bym w czasie moich wędrówek po Polsce jakoś narzekała. Ogólnie to jest to głupie zachowanie, na które traci się nie dość, że energię, nie dość, że czas, to jeszcze wypróbowywuje się przez nie cierpliwość osób drugich i trzecich i innych. Ale owszem, jakby ktoś analizował moje obecne życie, to mam prawo czuć się z deka mało wolnościowa, bo:
-ktoś za mnie kupuje ciuchy (wtf),
-ktoś mi każe to, to i to zrobić (wtf),
-czuję przymus, tak, trzeba studiować,
-nie wiem, co ze sobą zrobić,
-widzę mało możliwości do spełniania swych pragnień,
-nie ma zjadacz_kur ;_; a tego to bym się poradziła.
Aha, a na dodatek:
-sfera towarzyska nie jest zbyt duża,
-nie mam zawodu,
-nie mam odwagi,
-nie mam uczucia, że sobie poradzę,
-czuję, że rzeczywistość, która mnie otacza niewiele mi daje w sensie naukowym.
Ogólnie “nasza dziewczynka”, czyli Ala zaczyna się dowiadywać, że życie to nie tylko różowe baloniki i krakersy, ale także ciężka praca nad sobą i swoimi marzeniami, to również odwaga. Trzeba być szalonym, żeby udać się w gąszcz Polski bez odpowiedniego zasobu finansowego, ale trzeba być odważnym, żeby postawić sobie jasno wyrazisty cel, dążyć do niego i zmienić coś w swoim życiu na lepsze. Problem polega na tym, że dokonanie CZEGOKOLWIEK, co choć bardziej zmienia mój żywot wymaga zdecydowania, a przede wszystkim – odwagi. No i wiedzy, że TO SIĘ UDA. Wiary w siebie, a tej mi ostatnio zdecydowanie brakuje, może nawet jest na minusie. Co prawda zaczynam się stawiać w stylu “że co, ja taka zła, a samemu mu się tego nie udaje”, ale w ogólnym rozrachunku to jest maska, która raczej mało daje.
“Nasza dziewczynka” znów nie wie, czy chce być tym cholernym pedagogiem, czy też woli kopać rowy.
Nie jestem osobą, w której obudził się instynkt macierzyński. Co gorsza, mam wrażenie, że w takim systemie edukacyjnym osobowość na zawsze zostanie na tyle spartolona, że aż strach temu czemuś wydawać na pastwę losu własne potomstwo.
Dobra, a jak to ma się do pedagoga…
Dawno temu miałam iść do doradcy zawodowego. I oczywiście, jak wiele innych ważnych spraw, tego nie uczyniłam. To się nazywa działanie i odwaga, co? Ale może gdybym poszła, to bym wie… Nie, cholera, nie wiedziałabym. Głównie dlatego, że to ja mam decydować o sobie, a nie ktoś za mnie podejmuje decyzję.
Czyżbym znów dała się wrobić? Tak jak z liceum?
Jednostka urodzona w takiej, a nie innej rzeczywistości, jednostka będąca mną czuje się w tej chwili trochę rozgoryczona swym położeniem. Walczy ze sobą, by się nie poddać, a jednak dziś się poddała. Próbuje w oddali dojrzeć cel, ale jest on zbyt daleki, by to osiągnąć. Niekoniecznie dlatego, że nie wie, jak to zrobić. Raczej z tego powodu, iż spełnianie własnych pragnień jest trudne. I mam wrażenie, że moja wiedza o życiu jest zerowa.
Jestem osobą wyrafinowaną. No dobra – nie jestem, a przynajmniej w większej części mej osoby. Ale niektórzy tak mogą o mnie uważać: ponieważ zrobiłam X rzeczy, żeby napisać o tym i o tym. Bo potrafię wydębić od ludzi bransoletkę za 3 euro. Ale…
Często i gęsto mam wrażenie, że aby stworzyć jakąś książkę, dobrą powieść, to trzeba mieć jakieś pojęcie o życiu. A ja mam raczej o nim niewiele wiedzy. Siedzę w domu, uczę się idiotyzmów i jedynie, co mi się może przydać w przyszłości, to przyzwyczajenie do samotności.
AKTYWIZACJA!
Dupa, nie aktywizacja. Może samodzielne życie bardziej uczy podejmowania decyzji w stosunku do siebie. Trzymanie pod kloszem niewiele mi dało i szczerze, w pewnym momencie swego życia nawet miałam żal, że wyfrunięcie z domu skończyło się, jak się skończyło.
Nie wiem, czy to, co teraz wypisuję to zgorzkniałe rzeczy. Być może tak naprawdę chcę skończyć te cholerne studia pedagogiczne, choć smutne jest to, że mam wrażenie iż nawet po nich nie będę wiedziała, co robić ze sobą. Ktoś mi powiedział – “kochasz te studia”. Nie, kurwa. Studiów w takim wydaniu nie kocham, jedynie co, to uwielbiam gadać o polskiej sredukacji i problemach współczesnej młodzieszy.
W tym miejscu pozdrawiam Czechów, którzy tego bloga czytają. Wiem, że przynajmniej jeden się znajdzie.
Chcę uciec tam, gdzie lepiej się żyje. Albo inaczej – chcę żyć tam, gdzie będę czuła się wolna i będę miała grono przyjaciół. “Przyjaciele przychodzą i odchodzą”. To proste. Trudne jest natomiast to, że mam świadomość, iż prawie każda osoba, która tutaj, w Gorzowie, żyje, a która nie ma 30, 40, 50, 60, 70, 80, 90, 100 lat przeprowadza się do innej aglomeracji. Kraków, Szczecin, Poznań, Warszawa, Wrocław etc.
Powinnam szukać wewnętrznego spokoju. Medytacja, na przykład. No, ale co ja mam robić, jak nie jestem zadowolona ze swego życia? Albo może i jestem, ale nie wiem o tym. Prawdopodobnie potrzebuję kogoś, kto by mi mówił “dasz radę, poradzisz sobie”. W końcu… Ludzie robią rzeczy niemożliwe, prawda?
Wiem, że spory udział w moim zachowaniu ma ma marna kondycja fizyczna, ale nie czuję się na tyle dobrze tutaj, aby samodzielnie nad tym pracować. Przecież zwykle nie mam wpływu na to, co do żarcia jest kupowane…
Możliwe, że rozmowa z tatą by mi po prostu pomogła. Ale szkoda tylko, że ja i tak wiem, że nie za długo wszystko potrwa, że on mi nie ufa, a tak generalnie to woli dać 200 złotych na duperelę, niż na mnie (tak, typowo kobiece podejście).
Trzeba być silnym, a nie miętkim?
W ostatnich czasach sporo myślałam o życiu. Czemu jest tak, a nie inaczej. Dlaczego, dlaczego? Wymyśliłam to, co powyżej przeczytaliście.

Dup-Con

Posted in Blog on 20 Październik 2009 by aleandra

To tak na wszelki wypadek, jakby formuła tego mojego bloga całkowicie się wyczerpała. Oczywiście może też być tak, że to nie wina “formuły”, ale moja wina, ponieważ zaczynam gadać jak emo i zaczynam myśleć, że trzeba to wszystko pier… no dobra, demonizuję. Ale cóż. Może gdyby nie te rzeczy, które ostatnio mnie spotkały, to bym nie była tak badziewnie nastawiona do świata? Ale światełko w tunelku chyba już jest…

Poznań woła

Posted in Blog on 15 Październik 2009 by aleandra
Jak już wiecie, byłam w różnych dziwnych miastach. To powoduje, że przemieszczając się po swojej ojczystej – że się tak górnolotnie wyrażę – ziemi, mam skojarzenia właśnie z tymi różnymi aglomeracjami. W okolicy Ronda Santockiego bodaj, tam gdzie zbudowali niedawno Lidla w stronę Teatralnej najbardziej mi się przypomina Opole. Nie wiem, czy to bliskość uczelni, czy też podobna okolica tego sklepu, jak była w stolicy województwa opolskiego… Tak jakoś. Ogólnie jednak – z racji doświadczenia roku w Poznaniu – najbardziej mi się przypomina właśnie Wielkopolska. Bo ponuro się zrobiło na dworze. Śniegu jeszcze nie ma, lecz chodzi o deszcz i zimno. Jesień nigdy chyba nie sprzyjała pozytywnej postawie do życia, jednak to, co się dzieje ze mną teraz to mieszanka wręcz wybuchowa.
Moja kumpela (pozdrawiam) wspomniała kiedyś o chęci do życia inaczej. W innym mieście, znaczy się. Nie przypominam sobie, żeby miała podobne do moich doświadczenia, tym bardziej, że jest ona z mego rocznika i już jest na trzecim roku, lecz… Zaczęłam się zastanawiać, czemu człowiek taki jak ona tęskni do “innego życia”.
Ja wcale się nie spieszę (śpieszę?) do wizyty w tzw. Pozku. Nawet nie specjalnie chce mi się tam wracać, by zrobić magistra, co podobno wiele absolwentów gorzowskiej PWSZ czyni. Wiem jednak, co straciłam i z jakiegoś dziwnego powodu najbardziej mi nie żal uczelni, lecz dwóch rzeczy: wolności i znajomych.
O ile wiadomo, o co chodzi z tą drugą rzeczą, o tyle tzw. wolność jest względna. Ale mam wrażenie, że człowiek właśnie w czasie studiów ma ochotę się wyszaleć. Być może błędem byłoby powiedzenie, że im młodsza osoba, tym pragnąca więcej wolności. To raczej w wieku policealnym, kiedy idzie się na uczelnię, pragnie się zaznać takiej swobody w decydowaniu o samym sobie… O, już jestem człek dorosły i mogę 24 h na dobę pić piwo w ciągu pierwszych pięciu dni nowego miesiąca, a później lecieć na najtańszych zupkach chińskich i wodzie z kranu, żeby przeżyć. O, widzita, mogę sam/a zadbać o swój ubiór, jutro do ciucholandu pójdę. A te 500 złotych, które dostałam na miesiąc to ja wiem na co wydam, na elektronikę…
W domu jest fajnie. Ale wymuszanie przez tatę wykonania poleceń “posprzątaj” lub “pomyj naczynia” psuje zabawę. A w szafie mam tyle ubrań od babci, że nie wiem, jak je mam poskładać i taki bajzel mam, że strach zaglądać. W dodatku mam aż tak ich dużo, że nie ma sensu kupować nowych – no bo po co? A za tym też się tęskni…
Wolność, gdzie tu wolność?
Może to przesada. Ale mam wrażenie, że jedną z cech mojego życia, które mi przeszkadzają, to ta, w której ktoś za mnie decyduje, w co mam się ubierać. Owszem – często ciuszki są ładne, ale, do diabła, nie ja je kupowałam…
Prawie załatwiłam warunek z dydaktyki i prawie udało mi się załatwić wszystkie wpisy do indeksu. Oczywiście po drodze pojawiły się pewne techniczne problemy, których się nie spodziewałam, ale cóż…
Zaczynam się bać, że sobie nie poradzę. Obawiam się również, że zaczynam się poddawać. Ponieważ jednak zależy mi na ostatecznym oddaniu indeksu do dziekanatu, żeby mieć z głowy pierwszy rok, jutro pójdę do budy. Inaczej bym tego nie zrobiła… Ale chyba to nie wszystko – mam przeczucie, że jak sobie coś odpuszczę, to później coraz więcej będę, aż wszystko się… zjebie.
Czy tę notkę pisze człowiek szczęśliwy? Czy ja powinnam się cieszyć, bo jestem na pedagogice?
Ostatnio pisałam tekst na potrzeby mojego zina i cośtam bredziłam po-pedagogicznemu. Odniosłam wrażenie, że to jest to! Fajna praca, fajny temat…
Ale figa z makiem.
Ok – pozdrawiam Czytelników.
PS.: W listopadzie zamierzam odwiedzić Poznań.

Jaki pogląd jest kontrowersyjny dla Zwierzaka?

Posted in Blog on 9 Październik 2009 by aleandra
Dzisiaj na wykładzie u niejakiego Segieta sprawdzamy listę obecności na ćwiczeniach z nim… S – Segiet, St – Studentka…
S: Królik!
St: Jestem!
S: Koza!
St: Jestem!
S: Co za zwierzyniec…
Tak czy inaczej chcę informować, że powyższe zdarzenie dość nas rozśmieszyło – na sali było tylko dwóch mężczyzn. W sumie lubię takie żarciki prowadzącego i widać, że chce z nami przyjemnie współpracować, jakkolwiek nie zawsze jest to możliwe. Tym bardziej, że spora ilość osób naprawdę przeszkadza na wykładzie niczym jakieś dzieciaki z liceum i nie wiem, czy to przez sam fakt bycia na pedagogice, czy też przez fakt, że ludzie tu trochę mało są dorośli, zawdzięczamy takiemu stanu rzeczy.
A tak naprawdę chciałam wszystkich poinformować, że ta notka nie ma na celu obrażania kogokolwiek, czy szykanowania, czy cholera jeszcze wie co można zrobić. Po prostu zaznaczam, że poniższe wypociny mogą być bzdurne, jak i kontrowersyjne, szczególnie dla osób o tzw. słabszych sercach, ale raczej w kwestii wrażliwości, niż faktycznej cielesności.
Jak większość z Was zdążyła się domyślić, z okazji dnia, w którym Komitet Noblowski ogłosił laureata Pokojowej Nagrody Nobla… Chciałabym skomentować to wydarzenie, gdyż mój umysł znalazł w tym pożywkę w kwestii rozrywki. Inaczej tego nie można nazwać.
A zatem: Obama dostał Nobla za… nie całokształt. Nie za to, że powiedział, że chce pokoju na świecie. Nie za styl, jakim rządzi. Tylko za to, że jest po prostu tzw. Czarnym. Mogłabym go nazwać “Murzynem”, ale ponoć to jest jeszcze bardziej obraźliwe, niż nazywanie czarnych czarnymi. W sumie w dzisiejszym świecie czasem nie wiadomo jak się wyrażać, bo a nuż kogoś się obrazi? Wracając do nieszczęsnego Obamy, dostał Nobla za wcześnie. On nic nie zrobił. Nie dokonał jeszcze niczego istotnego. Można nagradzać za pojedyncze ratowanie życia, ale on nie jest lekarzem. Można też nagradzać za spektakularne uczynki, które w dłuższej perspektywie mają swoje skutki – jak na przykład działalność Wałęsy. Ale Obama tego też nie dokonał. Prowadzi dwie wojny, na trzecią z Iranem się zanosi… Wiadomo, że każdy by chciał pokoju na świecie. Ale właśnie dlatego, że prezydent hamerykanów jest czarnym, a nie białym, dostał nagrodę Nobla. Bo gdyby był białym… Albo nie otrzymałby jej wcale, albo otrzymałby ją w rok później, według bardzo pozytywnego scenariusza.
Ale… Tak szczerze mówiąc, zwykle nie obchodzi mnie kto, co kiedy i za co otrzymał Nobla. Problem z tą nagrodą jest taki, że przez lata uchodziła po prostu za prestiżową i to chyba najbardziej na świecie. I w momencie, kiedy właśnie zabierałam się za kolejny stopień uzależnienia od czytania (uwierzycie, że dziś nie przeczytałam ani jednej strony książki?), wróciłam do zaniechania tego uzależnienia. O co chodzi? O to mianowicie, że widząc w środę w bibliotece babcinej pozycję pod szyldem “Nobel” zachciało mi się obczaić wszystkie książki nagrodzone tą właśnie nagrodą. Ale… Pamiętając własne opinie na podstawie nieszczęsnego “Starego człowieka i morza” (wybacz Vir), artykułu z Newsweeka postanowiłam nie wciągać się w to. Wrócić na stare, fantastyczne śmieci na razie. I może w końcu zabrać się za medytację.
Jeśli kogoś uraziłam – sorki panowie i panie, ale i tak wierzę, że najinteligentniejszą rasą ludzką są Azjaci!

Jak Hugo, to i notka

Posted in Blog, Literatura on 8 Październik 2009 by aleandra
W 2004 roku bodaj książce “Koniec dzieciństwa” Arthura C. Clark’a została przyznana tzw. Retro Hugo. I tak, to jest pozycja, którą właśnie obczaiłam i mogę się wypowiedzieć o niej…
Przede wszystkim można uznać ją za klasykę. I nie dlatego, że została wydana w latach 50′ XX w., ale dlatego, że znalazła wiele naśladowców. Niektórzy z Czytelników (czyt. fanów :P – pozdrawiam) kojarzą serial “Ziemia – ostatnie starcie”. Była to historia, w której pewnego pięknego dnia na Ziemię przybywają obcy i… Zmieniają rasę ludzką – przede wszystkim w kwestii techniki. Cóż, mogę powiedzieć, że nie jest to oryginalna rzecz i generalnie… pomysł na serial mógł wziąć się właśnie przez “Koniec dzieciństwa” Clarka. Ale to nie wszystko. Tak, Stargate SG1 jest dobrym serialem, ale jest tam rasa pewna, która osiągnęła praktycznie koniec ewolucji – co przypłaciła bezpłodnością. Zdaję sobie sprawę, że może to nie być pierwszy wytwór tego typu w historii telewizji i zdaję sobie sprawę, że Clark również mógł go wziąć skądś indziej, a jednak czasy, w których jego książka powstała trudno nazwać czasami, kiedy na podstawie badań genetycznych można byłoby wysnuć podobny wniosek.
Ale wracając do książki… Dla czytelnika spodziewającego się krwi, wybuchów, akcji i seksu jest to raczej pozycja nudna. Można powiedzieć, że nic się nie dzieje. Mnie osobiście ta lektura nie zadowoliła, jednak jestem w stanie zrozumieć, że w dziele tym ważniejsze jest coś innego: przesłanie i to ponoć osobiste, od samego autora tegoż. “Koniec dzieciństwa” to po prostu filozofia opakowana w science fiction. Jeśli ktoś chce akcji to odradzam tej pozycji, ale jeśli ktoś zastanawia się, co będzie, gdy ludzkość w końcu zakończy swoją ewolucję… Niech przeczyta tę książkę.
A tymczasem ja chyba wrócę do Asimova, a konkretniej – “Fundacja”…

Czas na nowy post

Posted in Blog on 7 Październik 2009 by aleandra
Ku radości moich fanów blogowych (pozdrawiam) postanowiłam napisać nowego posta. Można wymyślić różne powody, a najprościej jest odpowiedzieć: bo tak mi się zachciało, a komu się nie podoba, ten trąba.
Tydzień miałam nie najlepszy, czyli pełen stresów. Powiem tak – to wyłącznie moja wina i to nie dlatego, że ja mam te stresy, ale dlatego, że ja się tymi stresami przejmuję. Zbytnia emocjonalność nie prowadzi do niczego dobrego i w sumie dopiero dziś jakoś się zdołałam trochę chociaż zrelaksować, choć nie do końca, bo byłoby znacznie lepiej i łatwiej to zrobić, gdybym się wyspała. Oczywiście własne zapominalstwo i godziny otwarcia dziekanatu temu nie służą, ale cóż, jutro nadrobię zaległości (ponieważ nie ma angielskiego). Tak, udałam się do dziekanatu, by załatwić sprawę oświadczenia, iż jestem studentką dla ZUSu. Z oddaniem indeksu mniej się przejmuję, lecz z zapłaceniem za warunek bardziej. Cóż, to szczegół, że nie mam za co zapłacić i muszę pożyczyć od taty i to szczegół, że może się wściec, widząc termin wydania 200 złotych w środę, a nie na przykład za 2 miesiące. Tak czy siak – muszę jak najszybciej załatwić sprawy z uczelnią, bo po co mają się toczyć ciągle… A ja chcę się zająć innymi, ważniejszymi sprawami.
Na jednym z ostatnich wykładów czy ćwiczeń była mowa o praktykach w tzw. poradni pedagogicznej. Ktoś tam je sobie załatwił i miał całkiem ciekawe przeżycia, jak sądzę. Ale… Zaczynam myśleć, że życie to jeden wielki scenariusz, którego człowiek jest realizatorem. Oczywiście z filmów czy książek wynika zupełnie co innego: zdarzenia są nie raz niespodziewane, niezwykłe, a nawet jeśli są prawdziwe, to nic nie wskazuje na to, iż bohater został w jakikolwiek sposób na nie przygotowany. Ja natomiast mam wrażenie, jakbym właśnie odbierała najpierw przygotowanie do danego zdarzenia, a później je samo. Przykład? Dawno temu wymarzyłam sobie, iż będę pomagać ludziom, co oczywiście spotkało się z mojej strony nieudanym przedsięwzięciem, ale… Zapoznanie się z życiem studenckim jako takim raczej mnie przygotowało do sukcesów na uczelni. Przy pierwszej sesji często jest ciężko zdawać wszystko… Przy drugiej sesji trochę łatwiej, ale… W zasadzie jeszcze jedna sprawa: wśród niebieskich migdałów o których nadzwyczaj często myślę jest takie chyba pragnienie, abym po prostu zajmowała się dziećmi w sposób…
Nie, nie napiszę tego.
Chyba po prostu muszę się zastanowić nad tym, co to jest życie, czy życie to scenariusz. Bo ono w tej chwili wydaje się proste: masz pragnienie, to go robisz. Problem w tym, że ja chyba całkowicie podświadomie je realizuję. Ale czy naprawdę chcę?… To zabawne, bo jakoś nie specjalnie uśmiecha mi się praca w podstawówce, a mam wrażenie, że na tych głupich studiach właśnie do tego nas przygotowywują. Jasne, że mamy specjalność wczesnoszkolną, ale jest ona DODATKOWA.
Tak, nadal nie wiem, czego chcę. A to, co chcę, jest szalone.
Cóż, ta notka jest całkiem bez sensu, ale skoro ją napisałam, to i umieszczę. Jak to w Czechach mówią? CAU, POZDRAV!

Zamknięta na radość

Posted in Blog on 5 Październik 2009 by aleandra
Dzięki swojej wspaniałej grupie, która mnie nie raczyła powiadomić o zmianie dzisiejszej godziny ćwiczeniowej (bo pewnie nie miał kasy na komórce, ale dziwnym trafem jedna osoba na trzy została o tym powiadomiona) przegapiłam ćwiczenia. Dzięki temu, że pewna miła osoba postanowiła mnie samochodem odwieźć wróciłam do domu przed tatą, przez co mi nie chciał uwierzyć, jakobym była dziś na uczelni i dostałam za to ochrzan. Ale czuję się już lepiej po sobotnich problemach żołądkowych, co zresztą mało obchodzi mojego tatę.
Brzmi jak… nie napiszę marudzenie. Napiszę co innego: ból. Ból. Ból.
Buddyzm mówi, że życie to cierpienie. To brzmi dosyć… smutno, wręcz pesymistycznie, ale jakby się zastanowić, to czego dowodem jest to, że ludzie, szczególnie Polacy (Czesi nas wyprzedzają na liście krajów, gdzie się najlepiej żyje! My na 41, oni na 36 miejscu) narzekają? Może właśnie tego, że życie to cierpienie.
Być może mam zaburzenia hormonalne. Być może powinnam już być dzisiaj w dziekanacie po to, by załatwić warunek i inne sprawy. Ale… Jadąc tramwajem coś chciałam sobie postanowić. Chyba to, aby zdobyć z czegośtam piątkę na semestr. I to… Otworzyłoby przede mną całą smugę radości. Czułam, jak coś nie pozwala mi dotknąć tego fajnego uczucia “tak, jeah, zrobię to, dam radę, jestem szczęśliwa, świat jest piękny, słońce świeci, a ja jestem w tramwaju i patrzę jak ludzie wsiadają i wysiadają”. No, bo to byłoby za proste.
Coś hamuje moje cieszenie się. Coś. Tak, jakbym była zablokowana na taką radość, jakbym uważała, że to coś złego, bredniarskiego. Albo jakbym się bała to zrobić: JUŻ! JUŻ TRZASK! Nie ma.
Co powinnam zrobić? I jak to zrobić?
Być może mam w głowie klucz do tego wszystkiego. Ale żeby go użyć, trzeba mieć odwagę go włożyć do dziurki od drzwi. Całkiem możliwe, że to może być trudniejsze od odblokowania tychże w pewnym kiblu w Opolu, z którymi w wakacje miałam przyjemność mieć styczność.

Kamyk na niebie

Posted in Literatura on 1 Październik 2009 by aleandra
Zabrałam się do czytania książek nagrodzonych Hugo z jednego powodu – nie muszę się w końcu zastanawiać, co teraz obczaić. I to jest dobre. A w dodatku daje to również odpowiedź na pytanie, czy wszystkie książki, które otrzymały to wyróżnienie są dobre. Piszę tu o tym głównie dlatego, że niedawno doszłam do wniosku, iż Nobel wcale nie jest prestiżem – skoro nagrodzone zostają jakieś cegły (patrz: Stary człowiek i morze). No i jeszcze trafiłam na artykuł w Newsweeku o tym, jak często jurorzy z Akademii przyznającej to wyróżnienie nie patrzą wcale na przesłanie i styl, tylko na własne poglądy. To mnie całkiem zniechęciło do czegoś, co robi wiele osób uwielbiających czytać – obczajanie literatury noblowanej. Ale dobra, przejdźmy już do “Kamyka na niebie”…
Isaac Asimov napisał tę książkę w roku mniej więcej 1951 (akcja na początku toczy się w 1949 i jestem skłonna uwierzyć, że faktycznie pisarz tworzył ją w owym czasie), chociaż nagrodę Hugo otrzymała w 2001. Szkoda tylko, że twórca tegoż dzieła nie dożył tak wspaniałej dla niego chwili, bo 2 kwietnia 1992 roku zmarł. Ale cóż, nagroda to nagroda, ale czy słusznie przyznana?
Muszę przyznać, że jest to porządna dawka dobrej literatury. Chociaż nie jest ona jakaś odkrywcza, to jednak przyzwoitość “Kamyka na niebie” widać od razu. Oprócz standardowego świata występującego w science fiction, czyli skolonizowana galaktyka, jest w niej wiele… myśli, które mogą być, mimo ich wieku, ponadczasowe. To, że człowiek jest głupi nic nie zmieni chyba. Te cytaty zresztą widać w kolumnie obok ;). Tak czy inaczej, “Kamyk na niebie” jest dziełem poprzedzającym słynną “Fundację” Asimova i należy on do trylogii o galaktycznym imperium. Stąd też wniosek, iż właśnie przeczytane przeze mnie dzieło można uznać za klasykę swego nurtu. Ale oprócz paru ważniejszych myśli, oprócz wieku pozycji… Czy ona zasługuje na Hugo?
Odpowiedź jest prosta i niewiele mówiąca: nie wiem. Ale przeczytać warto, bo to porządne dzieło ze science fiction.
PS.: Bardzo mi się podoba tytuł tej książki. Jest taki… Romantyczny. Z większym przesłaniem. I nieodparcie kojarzy się z “Kamienie na szaniec”… (co zresztą może wydawać się w jakiś sposób logiczną konsekwencją, podobieństwem zamierzonym tytułu… No bo czymże jest Ziemia wśród przestrzeni międzygwiezdnej, w dodatku ta Ziemia, którą nękają liczne nieszczęścia?).

Albo głupota albo determinacja – oto jest pytanie

Posted in Blog on 30 Wrzesień 2009 by aleandra
Mamy ostatni dzień września. To dla wielu studentów ostatni dzień wakacji, ale niektórzy już zaczęli zajęcia, na przykład ja. Chodzę tam, gdzie II rok pedagogiki opiekuńczo-wychowawczej ma zajęcia i powoli dochodzę do wniosku, że wcale nie jestem pewna, czy chcę mieć coś wspólnego z dzieciakami, szkołą i edukacją w Polsce. Oczywiście nie jestem osobą, której ten kierunek w ogóle nie interesuje (jak dziś się ktoś przyznał na ćwiczeniach o wychowaniu), ale też nie jestem taką, której jest on pasją. Powiem nawet więcej… Psychologia jest fajna, bo prowadząca jest fajna (lol). A tak serio to gdy chodziłam do liceum zastanawiałam się, czy by nie pójść na pedagogikę. Poszłam na pracę socjalną i trudno powiedzieć, czy to błąd. Z perspektywy czasu zaczynam myśleć, że to, co miało miejsce w Poznaniu bardzo dużo mi dało, jeśli chodzi o życie.
Może przez szkołę, może jednak przez tą nieszczęsną porażkę boję się, że nie poradzę sobie. Może jednak przez to, iż miałam kiedyś kompleks ogólniaka (teraz mi to powiewa) boję się, że nie jestem tak dobrze przygotowana, żeby tu sobie poradzić. Ale myślę, że to jest tylko taki stereotyp, który mam w głowie, bo życie już niejeden raz udowodniło mi, że wszystko (albo znaczna większość) zależy od nas. Jednakże mogę powiedzieć, że praca socjalna dała mi jakieś podłoże i może dzięki niemu dałam sobie radę na I roku pedagogiki. A nawet jeśli niekoniecznie, to jednak przez sam fakt, iż miałam 2 razy socjologię, coś a’la propedeutyka edukacji, psychologię było mi po prostu łatwiej przetrwać.
Ja – przyznaję się – jestem słaba. Wbrew temu, co większość ludzi o mnie uważa, jestem słaba. Łatwo mi się zniechęcić i poddać. Łatwo powiedzieć, że życie jest bez sensu i codziennie kupować puszkę alkoholu, bo innej drogi nie ma.
Ale zaczynam sobie uświadamiać, że jeśli nawet nie trafiłam na swój kierunek, to jednak nie jest on zły. Zawiera w sobie te elementy, które mnie najbardziej interesują w pedagogice: WYCHOWANIE. Chociaż cała teoria o tym pojęciu jest nudna jak flaki z olejem, to jednak fajnie jest się w nią zagłębiać, jeśli trafi się na coś w stylu “przypadek taki a taki powoduje, że pedagog najlepiej aby tak postąpił”, chociaż – tak, jak w psychologii – tu nie ma prostych rad i scenariuszy na wychowanie. Zaczynam sobie uświadamiać, że nawet, jeśli pedagogika nie jest moim powołaniem, to te studia sprawią po prostu, że będę hardniejsza. Brak poddawania się to nie wszystko – trzeba jeszcze stawić czoła przeszkodom, a w moim mniemaniu nauczenie się stu pytań na jeden przedmiot jest ogromną przeszkodą.
A i jeszcze jedno. Przyszłam na wykład i zostałam poinformowana, że studia nauczycielskie, czyli pedagogika, wcale nie są łatwymi studiami. Dziękujemy za wsparcie…
Przezwyciężenie własnych słabości, a jeśli chcę coś innego studiować na “lepszym” (co za bzdura do kwadratu, pewnie na większości państwowych uczelni jest podobnie ciężko, oczywiście wiadomo, że medycyna, prawo, filologie obce są trudniejsze, ale to inna para butów) uniwerku, to mi się taki trening parcia przed siebie przyda.

Piwo prawdę Ci powie

Posted in Blog on 28 Wrzesień 2009 by aleandra
Nie mam sił do tego bloga…
Aczkolwiek chciałam napisać, że kupiłam piwo, bo mi się wydawało, że jest do dupy. I smutno. Tak jakoś. Ale NIE! Po wypiciu niecałej puszki piwa Ala stwierdziła całkiem co innego, co przy okazji nawiązywało do jej wcześniejszego zamyślonego humoru na uczelni:
-pierwszy rok znów zaczyna…
-to już dwa lata…
-Basia ma fryzurę podobną do Agaty (Akademik)…
-Basia jako przyjaciółka…
-Poznań…
Zanurzając się we wspomnieniach, stwierdziłam ze zdziwieniem, że to już dwa lata. Dziwne, ale prawdziwe. A ja jestem na drugim roku, chociaż jeszcze nie oddałam indeksu. Ale jestem i mam w dupie resztę problemów. Tak, czy inaczej, kupiłam piwo, czego nie robię, bo go nie piję, bo mi słabo… ale jednak został dokonany zakup.
Kupiłam piwo…
Ponieważ chciałam poczuć studencką atmosferę! Dlatego, że jej nie czuję pomimo bycia studentką! Dlatego, że tęsknię do czasów akademika! Tu nie czuję się taka swobodna! Tu nie jest to samo życie, co bycie w akademiku! I już na zawsze będę uważała, że prawdziwą, studencką atmosferę czuje się w akademikach, gdzie ludzie siadają na schodach zapalić papierosy, gdzie jest brudno aż groza, że ludzie obok robią hałas taki, że nie da się spać, że generalnie jest się biedny jak mysz kościelna…
Pozdrawiam wszystkich studentów i tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę ze studiami.

To już nie jest lekka komedyja…

Posted in Blog on 27 Wrzesień 2009 by aleandra
Próba trzecia i ostatnia w napisaniu notki o “Czarodziejce” Johna Varleya. Powieść – druga część trylogi “Tytan” czy coś w ten deseń, otrzymała w 1981 nagrodę Hugo. Powiem tak. O ile w ogóle nie rozumiem jury, które przyznało tę sławetną nagrodę “Tytan” (pierwsza część), o tyle jestem w stanie to zrobić, przyglądając się kolejnej pozycji z tego cyklu.
Otrzymujemy tu już całkiem inny klimat, gdzie humor może i występuje, lecz w dawkach mrocznych i raczej słabych. Lektura zmusza nas do myślenia, stawiając pytania, takie, jak:
-czy bohaterem może być pijaczyna?
-czy Bóg jest kimś, kto bawi się światem?
Muszę wspomnieć tu o budowie tego dzieła, bo jedna rzecz mi nie daje spokoju (uwaga, będą spojlery! Kto ma w planach tę pozycję, niech minie cały ten akapit). Książka podzielona jest na rozdziały, lecz w takim sposób, aby nie spojlerować czytelnikom, co jest bardzo trafnym rozwiązaniem ze strony autora. Rzadko – niestety – takie coś się udaje, ale widocznie dla chcącego nic trudnego. Otóż, jest taki rozdział, zwany “Objawienie”. I jest to jeden z najbardziej przerażających elementów w książce. Że niby przesadzam? Nie sądzę, by pechowej bohaterce o imieniu Gaby było do śmiechu w momencie, kiedy okazało się, że leci w stronę tej, którą usiłowała pokonać. W trakcie czytania zamurowało mnie.
A więc autor przestał rozśmieszać czytelnika. Zaczął mu zadawać pytania, kto jest bohaterem, na ile jest to realne oraz pijaństwo…
Gdybym miała kogoś przekonać, że science fiction i fantasty to nie są bajeczki (jak miałam okazję całkiem niedawno przeczytać taką opinię), to bym polecała drugą część tej trylogii. Idealnie się do tego nadaje, chociaż zapewne czytelnikom, którym się zwykle nie chce czytać książek, może się nie chcieć sięgnąć po “gruby” tomiszcz.
Ja teraz jestem na ostatniej części trylogii, “Demon”. Chociaż ta część nie ma Hugo, na tyle, na ile przeczytałam, jestem w stanie stwierdzić, że to coś się dobrze czyta. I warto…
A póki co – jutro czeka mnie jeden z tych dni, które wolałabym odsuwać w nieskończoność. Tak się obawiam, jak nie wiem co. Irracjonalnie jakoś tworzę sobie problemy, przez które miałabym nie być na drugim roku. Ale… Wiem, że będzie dobrze. Musi być!

290 post na blogu

Posted in Blog on 24 Wrzesień 2009 by aleandra
John Varley napisał trylogię o bogini Gai w wydaniu science fiction. Oczywiście, pierwsza część, którą dziś zaczęłam i skończyłam liczy sobie ponad 300 stron podobno. Chwalę się? Okej – lubię wyścig z czasem na książki. To trochę jak dążenie do celu: “przeczytać duuuużą książkę” w ciągu jednego dnia. Wyścig z ambicjami, bo “moja babcia jednego dnia potrafi przeczytać duuuużą książkę”. Właściwie nie wiem, czemu tak się zachowuję, ale wiem jedno – od czytania łatwo się uzależnić. Na mnie już chyba nie ma lekarstw. Co oczywiście może niezbyt zadowalać tego @$#%$#@!@!#, który mi tu wstawia komcie pod pseudonimem A. H., ponieważ coraz rzadziej piszę tu i coraz rzadziej czuję napisania sens notki. Ale skoro poprosił, niech mu będzie…
“Tytan”. Pierwsza część. Książka science fiction z fantasy. Załoga statku kosmicznego, dalekosiężnego (skojarzenia z pociągiem dalekobieżnym) podlatuje do księżyca Tytana, bo coś na nim odkryła… I następuje przewidywalna katastrofa, skutek jednak – jest trochę mało przewidywalny. Tak, powtórzenie było zamierzone, a zresztą, nie będę się w to dziś bawić, bo dochodzi trzecia w nocy. I nie wiem, czy jest sens kłaść się o tej godzinie, skoro jutro muszę wstąpić rankiem porankiem do babci. No, ale cóż… W ostatnich dniach miałam okazję usłyszeć takie pozytywne opinie (pod którymi się jak najbardziej podpisuję), jak: “postrzelona”, “śmieszna”. Chociaż to ostatnie jest przeze mnie mało rozumiane, to nie mam nic przeciw temu, żeby ludzie dzięki mnie się śmiali. Ba, jest to przyjemne, chociaż w pewnym momencie w moim życiu ubzdurałam sobie, że nie ma nic lepszego, niż napisanie mega wzruuuuszającej płaczliwej książki. Może się myliłam.
A wracając do Varleya… Tak, Varley zdecydowanie zasłużył sobie na tę notkę. Bo jego powieść ma kilka… poziomów. (Jak się odmienia słowo “dno” w liczbie mnogiej w sensie “kilka”? O_o;) Oczywiście, jest to książka napisana z humorem, czego doskonałym przykładem jest końcówka tejże. W pewnym momencie myślałam, że nie przestanę się śmiać. Odwoływanie się do samego gatunku science fiction czy do wspaniałej, a jakże inaczej, powieści “Diuna” Franka Herberta powoduje, że chce mi się wołać: “to jest dobre dzieło!”.
Ale Varley zadaje parę innych pytań.
Jaki byłby Bóg, gdyby istniał? Czy byłby szalony? Co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi? (Ja z pewnością mogę się utożsamiać z główną bohaterką Circco, bo i ona, i ja jesteśmy szalone i podróżniczki ;p). Jaki jest sens wojen?
I może by coś się jeszcze znalazło. Ale generalnie ważne w powieści jest też to, że świat, w którym mają żyć bohaterowie jest… No właśnie – odkryjcie sami.
Na początku nie wiedziałam, czemu to dzieło otrzymało “Hugo”. Ale teraz już wiem – wciągnęło tak silnie, że w jeden dzień przeczytałam tę lekturę i CHCĘ WIĘCEJ! Pochłonęło też sporo emocji. Chociaż w roku 2009 “Tytan” nie jest jakimś oryginalnym dziełem, to pewnie na swoje czasy był nim bardzo. A zresztą, nie wiem.
Ostatnio mi się marzy o podróżach. Do Wałcza… Szczecina… Oczywiście do Krakowa. O praktykach w innym mieście. Staram się myśleć, jak zrobić tak, żeby się nie skończyło to, jak ostatnim razem. Ale z powodu swych zwariowanych marzeń “Och, pojechać gdzieś” postanowiłam, że będę zbierać na plecak podróżny. Najlepiej ze stelażem. I tu… Należą się moje podziękowania znajomemu pewnemu, któremu pewnie w ciągu najbliższych paru dni jeszcze kilka razy będę chciała podziękować, przywalona euforią, radością i wdzięcznością. No cóż, taka już jestem. W każdym razie, pozdrawiam Kwiatka :).
W poniedziałek idę załatwić niektóre zaległe wpisy. I w poniedziałek pierwszy wykład, uch. :)

Melpomena jest ze mnie dumna

Posted in Blog on 22 Wrzesień 2009 by aleandra

Powiem tylko tyle i aż tyle:

JESTEM NA II ROKU PEDAGOGIKI OPIEKUŃCZO-WYCHOWAWCZEJ Z DODATKOWĄ SPECJALNOŚCIĄ WCZESNOSZKOLNĄ!
:P
Wszystkim Czytelnikom i znajomym podziękowania za trzymanie za mnie kciuków w trakcie moich egzaminacyjnych i zaliczeniowych przygód :).
(Tak, zdałam socjologię – wszyscy dziś ją zdali; najsłabsza byłam z grupy, bo się najmniej do tego przykładałam, ale i tak mam ocenę lepszą, niż na sruamie, bo 3,5 ;p)

Już tylko najmniejszy problem :)

Posted in Blog on 21 Wrzesień 2009 by aleandra
HA!
Jutro mam nadzieję, że niejaka Melpomena będzie mogła być ze mnie dumna! Nie wiecie kto zacz? W sumie ja też nie, ale w liceum dawno temu uczyłam się takiego wiersza, co tam było “i bądź dumna Melpomeno”, coś z pomnikiem ze spiżu :).
Byłam dzisiaj po wyniki z edukacji zdrowotnej. Moje roztrzepanie chciało, żeby dziś był ostatni termin zaliczenia tego przedmiotu. A ja nie znałam wyników. No i… Okazało się, że mam 4! Jupiii, cieszę się jak dziecko ^.^
Jeszcze tylko socjologia zdana i będę mogła z dumą powiedzieć: “Ala na 2 roku!”. Ale spokojnie, do jutra jeszcze parę godzin…
(: To na razie tyle.

Prośba o dobre słowo na niedzielę

Posted in Blog on 20 Wrzesień 2009 by aleandra
Potrzebuję dobrego słowa. Czegoś, co nie spowoduje u mnie “kurwa, pierdolę”. Coś, co mi doda skrzydeł, że się tak poetycko wyrażę. Za mało mam optymistycznych myśli, a wczoraj już zjadłam czekoladę i nie mam czym pożywić mózgu na dobre myślenie. Brakuje mi wiary w siebie, pewności, że jutro pójdę po prostu o wpis, a nie o zaliczenie, no i brakuje… Proszę o dobre słowo, no! -.-

Puknij się w bambuko

Posted in Blog on 20 Wrzesień 2009 by aleandra
1. Potrzebuję umycia mózgu. Prędko! Jak najszybciej! Mam już dość siedzenia na dupie w Gorzowie Wielkopolskim. I towarzystwa taty, który jednak nie jest aż taki zły, ale jednak mam go dość. Niestety, brak pieniędzy mojej chęci wyjechania gdzieś wcale nie pomaga. Ale może się uda coś zrobić? PKS do Szczecina z mojego miasta zawiezie w około dwie godziny. Co oznacza, że opłaca mi się wybrać do tej mieściny chociażby na jeden dzień. Co prawda nic nie zobaczę, ale spotkam się przynajmniej z Agatą, na co liczę.
2. Plany planami, a ja mam tu jeszcze do zaliczenia socjologię. Co prawda w zeszłym roku akademickim ją zdawałam i zdałam, więc to jest szczegół. Ale i tak się obawiam “co to będzie, co to będzie”. Dodatkowo zęby mi zgrzytają na uświadomienie sobie, że naprawdę nie mam pojęcia, czy zdałam tę cholerną edukację zdrowotną, chociaż nie dalej, jak po wynikach się pytałam kochanej Basi i ona stwierdziła, że zdałam. No, a w poniedziałek będzie ostateczne zaliczenie…
3. Jak widać, lubię robić sobie problemy i dodatkowe nerwy. To się między innymi objawia tym, że znów częściej zaczynam grać w go w Internecie, niż w realu (gdzie w ogóle w to nie gram). I byłoby to całkiem fajne, gdyby nie jeden, smutny fakt, a mianowicie: jak na 7 lat stażu to gram strasznie. Talentu nie mam, ale o tym wiem od dawna…
4. No i nie pójdę na drugi kierunek, bo uzyskałam warunek z dydaktyki. Cóż, nadal twierdzę, że jest to sytuacja dość śmieszna. Z ćwiczeń 4,5. Koleżanka, która przy mnie zdawała egzamin oczywiście dostała takie pytania, na które bym odpowiedziała i zdała. A mało tego, w czerwcu miałam “co to jest test dydaktyczny”, wczoraj było “co to jest korekta testu dydaktycznego”. A na dzisiejsze stwierdzenie kochanej Ryby, że to mogą być różne rzeczy, stwierdziłam, że muszę, ale to muszę wziąć od Basi tę cholerną książeczkę z pytaniami i odpowiedziami, bo inaczej bieda będzie. Ale! Jeśli naprawdę będę na II roku studiów, to będzie o tyle zabawnie, że chór będę miała obowiązkowy. I coś będę musiała z tym nieszczęściem zrobić, bo nie wyobrażam siebie cokolwiek śpiewającą… No i też jestem ciekawa, jakie przedmioty czekają nas na III semestrze (jak to ślicznie brzmi!).
I to na razie tyle.

Do kilku razy sztuka

Posted in Blog on 18 Wrzesień 2009 by aleandra
Miałam dziś egzamin. Poprawkowy, oczywiście. Ponieważ był to przedmiot zwący się “dydaktyka”, było do przewidzenia, że obleję. 75 pojęć wykutych na blachę… A żeby nawet nie na blachę, to trzeba je jeszcze trochę zrozumieć. Tymczasem żadne z tych pytań, które dostałam do rąk nie spełniało powyższych kryteriów. Wieść o warunku chłodno przyjęłam, no bo co – mam się załamać? Rozpłakać? A, że się tak brzydko wyrażę, walić w dupę to! Są na świecie gorsze rzeczy, niż powtarzanie przedmiotu. W dodatku studenci na głowie mają nie tylko jeden warunek, ale także i inne, co oznacza, że wcale nie jest u mnie tak najgorzej, jakby się wydawało. Że koniec świata bliski, wszyscy wiemy, ale to nie oznacza, że mamy marnować czas dołowaniem się. Zresztą, mam poważniejsze problemy. Oj tak, mam poważniejsze problemy.
Mimo, ze jestem zbyt wielkim leniem, aby móc sobie pozwolić na przenosiny się na inną uczelnię do innego miasta, dziś z zaskoczeniem stwierdziłam, że przez warunek tego zrobić nie będę mogła. Zaraz, zaraz, przecież i tak nie chciałam!
Ale znam pewną bardzo inteligentną osobę, która powiedziałaby, że wyjście z mojej sytuacji jest proste. I to, że ono jest takie, można od razu niemal zrobić.
Niestety, ja ani nie jestem obdarzona ponadprzeciętną inteligencją, ani nie jestem zaradna, ani też odważna. No dobra – podróże w Polskę to nie to samo, co wywrócenie do góry nogami swego istnienia.
Mówią mi: przestań narzekać. Znajdź przyjaciółkę.
A dupa tam.
Co mi na miejscu po “przyjaciółce”, skoro i tak za około 2 lata się wyprowadzam stąd?
Poza tym przyjaciół poznaje się w biedzie i to nie na przestrzeni dwóch lat, tylko w ciągu lat. Im więcej czasu spędzonego wspólnie, tym większa gwarancja, że tak, to jest ta przyjaźń właśnie. Zresztą, pamiętam, jak to było z Agatą.
Tak czy inaczej… Teraz w tym Gorzowie Wlkp. nie mam nikogo, do kogo mogłabym pójść w sytuacji krytycznej. Mówią, że life is brutal, a skoro tak, to nie ma sensu pieklić się o jakiśtam-warunek, tym bardziej, że “najważniejsze, że jeszcze studiujesz”.

Seksmisja: hasło "kurwa mać"

Posted in Blog on 16 Wrzesień 2009 by aleandra

Tytuł doskonale obrazuje mój humor, stan emocjonalny i przede wszystkim zaskoczenie na wyrok przyznany mi przez pewnego jegomościa (pozdrawiam) na kurnik.pl oczywiście w pokoju Go. Oczywiście, jak wszyscy wiemy (a przynajmniej mniejszość Czytelników), goiści mają to do siebie, że często zmieniają nicki. Jak ja tego nie znoszę! W końcu człowiek sam już nie wie, czy gra z kumplem, czy z obcym. Ale zaraz, zaraz… Czy przypadkiem ja sama nie zmieniłam niedawno pseudonimu na kurniku? A i owszem. No to pojawił się problem…


Ja siadam do stołu zagrać.
Znajomy: znasz zasady?
Ja: Hmm, znam
Znajomy: kiedy się kończy gra?
Ja: np wtedy, kiedy przeciwnik zrezygnuje
Znajomy: specyficzny przypadek
Ja: może nas nie będzie dotyczył
Znajomy: skoro nie znasz zasad, to dobranoc
I tym ostatnim akcentem mnie zaskoczy. Ja, która podobno gra od siedmiu lat (aż żal się przyznawać, taki mam poziom), nie znam zasad? Interesujący wniosek. Ale cóż, może nie w humorze był…
Ja nie mam dobrego nastroju. Męczy mnie wszystko to, co młodych: samotność, brak zrozumienia, poczucie bezsensowności życia itd.
Ale o tym chyba nie będę się tu rozpisywać, bo kto by tam chciał słuchać jęczenia Cioci Ali

Oj, niedobrze, niedobrze.

Posted in Blog on 13 Wrzesień 2009 by aleandra
Jest mi dziwnie.
Zebrałam dowody, że to, co mi powiedziano jest prawdą. Niestety wewnętrzny smutek i utrzymywanie go w ryzach nie jest prostym zadaniem, a najtrudniejsze w tym wszystkim jest to, żeby uwierzyć w tę informację. I niestety, słabiuchno mi idzie, oj, słabo…
Ale ja chyba nie chcę dopuścić do siebie tej wieści. To tak jakbym miała znów powtórzyć sytuację sprzed kilku lat, a która wydarzyła się, jak się dowiedziałam o śmierci z jednej babć. “Już nigdy… już nigdy” i się rozpłakałam.
W tej chwili nie jest mi wesoło, chociaż z pozoru niewiele rzeczy w moim życiu się zmieni. Ale to tak zawsze lepiej, gdy ma się świadomość, że istnieje jakieś futrzątko, do którego można podejść, wziąć na rękę, przytulić, pogłaskać, popłakać się, wsłuchać w mruczenie i uspokoić się.
Ekehm, no bo widzita, Panie i Panowie, nie chce mi się wierzyć, że moja kochana kotka, która jest pochodzenia niemieckiego, rasy perskiej, urodzona w 1994 roku, nie żyje. Po prostu nie chce mi się wierzyć.
Jest to o tyle trudne, że ona tak jakby zawsze była. Znam przejaw mojego – w tej chwili – zachowania dobrze i sądzę, że to jest zaznaczenie, takie ostateczne, mojego przywiązania do mojej kociusi.
No nie wierzę. Ale… Może faktycznie, jak wyszłam to była taka pustka. Pustka wokół podwórka. A wyszłam po to, by sprawdzić, czy faktycznie kot nie żyje.
Kot nie żyje…
Wstrzymuję swój płacz, przy jajku niemal się popłakałam, bo wmawiałam sobie, że “to nieprawda, to głupi żart”. Ale czy w takich rzeczach można sobie żartować?
Teraz jakbym się trochę uśmiechała, a jednocześnie nie do końca. Jest we mnie jakaś niewiara, po prostu…
I ulga. Świadomość, że ja już nie jestem winna temu, że zwierzę cierpi, robi swoje. Ale najwiekszą ulgą jest to, że kot w ogóle nie cierpi. Poszedł sobie… Do nieba.
Nie ma już kotki? Miau? Nie ma…?
Ja nie chcę! :/
Ja chcę kota… mojego kota… przytulić i… Argh, chyba się zaraz popłaczę.
Ja rok temu jakoś napisałam wiersz. O kici. No i proszę…
Kicia, 1994-2009?
Było nie-było przeminąć

W starym pudle się zamykając
Kruche kości zatrzeszczały powoli zamierając
Każdej wiosny o takim samym słońcu
Stary kot przysiadł na murawie
By nie móc już otworzyć oczu spełniając swoje
Ostatnie czuwanie

Kici… kici, kici, gdzie jesteś…

Nowa szata graficzna

Posted in Blog on 12 Wrzesień 2009 by aleandra

Zdjęcie, które wykorzystałam do zrobienia rysunku na bloga zostało wykonane przeze mnie w Katowicach. Jest to jedno z tych, które może bardziej zastanawiać… Od jednej strony zadbany, od drugiej nie budynek. Nie jestem pewna, ale dla mieszkańców tamtejszego miasta informuję, że są to okolice prawdopodobnie ulicy Warszawskiej.

Tak czy siak, zmiana wyglądu bloga zrobi dobrze. Nie wiem tylko, czy oczy nie będą boleć od czytania białych napisów na czarnym tle, ale jakby co, to KOMENTARZE.
Ok, ja lecę :P. Pozdrófka!

Pozostały dwa starcia

Posted in Blog on 11 Wrzesień 2009 by aleandra
Co by tu napisać, żeby się popisać?
Przede wszystkim chciałam pozdrowić rodzinkę, skoro to czyta :].
Powinnam w tym miejscu złożyć wyjaśnienie, dlaczego tak długo nie pisałam. Po pierwsze, dostawca Internetu miał bardzo poważne chwile słabości. Przez ostatni tydzień net to mi padał, to mi wstawał i tak co chwila, w końcu stawało na tym, że nie mam Sieci przez kilka godzin. Ba, w piątek była awaria, wczoraj druga… No, ileż można?! Się wkurzyłam na dobre i rozmyślając o tej sprawie dziś, doszłam do wniosku, że jeśli dalej tak będzie, to trzeba się poważnie zastanowić nad zmianą dostawcy.
Ale jest dobrze. Ba, szybko działa. No i działa, co jest najważniejsze. Także mam nadzieję, że gdy skończę pisać tę notkę, to net jeszcze będzie działał.
Co poza tym… Nic niezwykłego. Nie mam weny na pisanie tu, a za każdym razem, gdy próbuję, to mi słabo/średniawo/w ogóle nie wychodzi. Cóż. Tak czasem bywa.
Zgodnie z przewidywaniami zdałam dzisiejszą poprawkę, którą można porównać – że się tak wyrażę – do pierdnięcia. Aczkolwiek samo jej istnienie to tylko niepotrzebne zawracanie mojej głowy bzdurami. Znaczy – sorry, zdawałam socjologię. Jest to przedmiot którego nie lubię (tak, braciszku, zdania nie zmienię) i jest to jednak dziedzina, którą uważam za naukę, w sprzeciwieństwie do pedagogiki.
Pozostał mi teraz egzamin z socjologii, no i dydaktyka. Ałać, tego ostatniego to ja się boję. Cholera już mnie bierze, jak widzę nazwisko Kruszewski, Okoń, Ktośtamjeszcze, no i bzdury w stylu “co to jest inteligencja niższa”. Nie wiem, co umiem, czego nie umiem, co się naumiałam, czego się nie naumiałam… Zdaję sobie sprawę, że zdać to coś będzie ciężko, pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że dam sobie radę. Proponuję więc w środę 16.09 od godziny 10:00 trzymać za mnie kciuki. Bo spodziewam się tłumu przed gabinetem pani rzecznik praw studenckich (cholera…), no i podejrzewam, że nie będzie mieć dobrego humoru. Ale… Może obawy zostawię na boku.
Cóż mogę więcej napisać? Nie wiem. Ostatnio jakoś brakuje mi tematów na notki tutejsze… :/ może pewien człowiek o pseudonimie Virhossa (wierny fan, pozdrawiam!) podpowie o czym mam tu pisać? Bo jak nie on, to kto?
Tak czy siak, życzcie mi powodzenia na dydaktyce.

Trzy miłości

Posted in Blog on 2 Wrzesień 2009 by aleandra
Trzecia miłość…

- Chciałabym być poszukiwaczką przygód. Jechać za słońcem, mieć jedną tylko walizkę, nie
wiedzieć, gdzie będę jutro.
- Zapewniam cię – powiedziałam łagodnie – że to męczące. I po jakimś czasie
wszędzie zaczyna być tak samo. Powątpiewała.

To cytat z książki “Czekolada” Joanne Harris. Główną bohaterką jest niejaka Rocher, która posiada 25 lat na karku i dopiero co zatrzymała się w pewnym francuskim miasteczku, uprzednio podróżując praktycznie po całym świecie. Ja może nie mam za sobą aż tak wielkich wędrówek i tak wspaniałej frajdy, ale… Zdaje się, że doświadczenie wojażowe, którego nabrałam, mówi wyraźnie: ONA MA RACJĘ. Pod koniec byłam już bardzo, bardzo zmęczona… Ale zwiedzania świata, a nawet Polski, wydaje się wspaniałą rzeczą; trzeba tylko umieć odpowiednio je rozplanować finansowo, a nie jak ja – prawie na spontana, bez przygotowania XD. Tak czy siak – może nie jest to moja trzecia miłość, ale z nią się łączy. POCIĄGI! Nadal nie wiem, dlaczego potrafię stać godzinami na dworcu i gapić się w nie, dlaczego tak męczę artykuły o wszelkich głupotach PKP, dlaczego znam niemal na pamięć przejazd Hetmana, a w ogóle to brakuje do tego, bym właziła na forum o pociągach.
Druga miłość…
Może nie było tak rewelacyjnie, jak się spotkałam. Oczywiście poznałam I E – spotkanie z wychowawcą miała no i z ważniejszymi osobami również. Wszystkie klasy pierwsze tego typu zajęcia posiadły, tylko I E miała wolne jako jedyna klasa. Kto ma moc, ten ma władzę. Autorytet również musi być. I nie miętki, ale TWARDY! Przemowa w stylu “jak nie będziecie chodzić do szkoły, to nie pozdajecie” i w stylu “jak będziecie się starać, to będzie fajnie” oraz “jak narozrabiacie rozpoczniecie ze mną wojnę” byłaby niczym, gdyby nie to, że osoba przemawiająca umiała przekonać młodzież – miała w sobie coś takiego, co kazało słuchać.
Dzieciaki, jak to dzieciaki – z początku wystraszone, zdezorientowane, potem zainteresowane, a pod koniec lekcji znudzone, bo one chciałyby już wyjść pobawić się. W sensie – poruszać się. W tym wieku to naturalne.
Oczywiście doszło do spotkania z Zawadzką. Stare dobre czasy mi się przypomniały… Chemia! 1 klasa! CHCĘ MIEĆ 3!!!!!!!! KOŃCZĘ PIERWSZĄ KLASĘ I HONOROWO CHCĘ MIEĆ TRÓJĘ!!!!!!!!! Ale byłam z siebie niezwykle dumna, gdy na moim świadectwie ukończenia tejże klasy widziałam: matematyka: 3, chemia: 3. Że oceny marniutkie? Dla jednego osiągnięcie jest 6 z polskiego, dla drugiego 2 z fizyki. Swoją drogą w I E znalazł się człeczyna, który jest w okolicach piętnastu lat. Nic nadzwyczajnego, u mnie siedziały nawet osiemnastolatki.
Ale starają się walczyć z wagarami i to jest słuszne.
:) Fajnie było, szkoda, że mnie czekają tylko 2 spotkania jeszcze z pedagogiem… Chyba brakuje mi inwencji.
Pierwsza miłość…
KSIĄŻKI! Oczywiście zamiast uczyć się, to czytam książkę :P. Ale nie mam motywacji, bo nie znam terminu poprawek :/, więc trochę do kitu a dziś byłam to sprawdzić w samym PWSZcie.

I będzie I EEEEEEEEEE?!

Posted in Blog on 1 Wrzesień 2009 by aleandra
Rok szkolny 2009/2010 uważam za R O Z P O C Z Ę T Y!
To był mój najkrótszy dzień na praktykach. Poszłam jak na paluszkach, zestresowana taka, do gimnazjum. Najszkoły w pozytywnym sensie. Czułam się, jakbym zaczynała 4 rok w tej placówce. Przyglądałam się młodym ludziom: ten nie zdał jakieś poprawki, ale to nic, bo nie jest sam, drugi jego kolega także miał pecha; te witały się całuskami i uściskami “heeej, (…) no chodź tu”; gdzieś na schodkach minęłam bandę dziewczyn, którym zachciało się zapalić skręta; oczywiście zza budynku wychodzili ci, którzy przed chwilą go skończyli. Generalnie latem myślałam, że jest źle – że świat się kończy, bo młodzi już nie palą. No i tu figa – dalej to oczywiście robią, przy czym udają, że nie nie, to nie ja, tylko on. Jedna para oczu spojrzała na mnie wrogo i ze zdziwieniem. No bo co tu robi taka wyrosła panna?! Odpowiedź prosta: czeka na panią pedagog, która nie tylko teraz będzie się mną zajmować jako opiekunka praktyk, ale także która w przeszłości wiele razy mi pomagała. Ba! Siódemka to szkoła, którą uważam za dobrą szkołę – a jeśli mówi to absolwentka tejże, to coś znaczy, hę?
O ile do pani chemiczki jako dyrektorki szkoły zdążyłam się już przyzwyczaić, o tyle ze zdziwieniem – spoglądając dziś ukradkiem na plan lekcji na WWW szkoły – stwierdziłam dwie rzeczy. Otóż, niż demograficzny to nie bujda! Patrzę na pierwsze klasy… A gdzie podziała się literka G?!?! Moja kochana literka G! III G! III G jak gówno :P. A tak serio, to widzę teraz, że człowiek zawsze i wszędzie będzie narzekał, a i tak zgraja z nas była całkiem całkiem w porządku. No, ale przecież jest jeszcze I E…
EEEEEEEEEEEE?!?!?!?! Pedagog będzie wychowawczynią tejże klasy?!!?
O rany! Ale frajdaaaaaaaaaa! Ja chcę poznać te dzieciaki, poopiekować się nimi, pohartować ducha i ciała! Buhahahahhaa!
Nie no, jakaś taka teraz się zrobiłam napalona. No, myślę sobie, że fajnie będzie. Fajniutko! Nowe wrażenia, spostrzeżenia, naprzeciw przygodzie, że hej! Łoj… Ale mię rozniosło! Co prawda w zeszłym roku miałam durnego pecha, że nie trafiłam na dobrych, fajnych ludzi, ale myślę, że teraz mi się uda. Niby nic prostszego zaliczyć praktykę. No a jaka frajda! FRAJDAAA!!! Chociaż jeszcze nie wiem, co w tym fajnego, żeby widzieć młodych ludzi (dziwnie młodzi – jacyś tacy niscy i jakoś tak niedojrzale się zachowują) i się nimi zajmować, to jednak zawsze chyba byłam ciekawska fachu pedagogicznego… Ha! Wydało się!
Co jednak nie zmienia faktu, że dydaktykę uznałam za jedną z większych bredni pedagogiki, której nie uznaję za dziedziny naukowej.

Ulica Kosynierów Gdyńskich, Wieprzyce… Kto mówił, że u nich nie przestrzegają przepisów na drogach?

Posted in Blog on 29 Sierpień 2009 by aleandra
Kumpel dał mi tego linka. Tak, jest on o moim rodzinnym mieście i tak, jest on na wykop.pl. Wynikła tam z tego całkiem niezła dyskusja – kto i co powinien robić na drogach. Zastanawia mnie jednak to, ile z dyskutujących żyje w Gorzowie Wlkp.? To jest dość ważne zagadnienie, bo z moich obserwacji wynika, iż tutaj nie panują normalne, drogowe przepisy. Tu panuje piractwo drogowe i to najgorszego kalibru, bo ludzi nie obchodzi nawet to, że ktoś sobie idzie – tak, cholera jasna, IDZIE – na pasach na ZIELONYM świetle w dodatku. Ile razy było tak na Wieprzycach, że ja szłam, a tu nagle jakiś idiota ledwo się zatrzymał? Z tego, co zapamiętałam z pierwszych lat szkoły podstawowej (sic!) wynika, że kierowca powinien się trochę przed pasami zatrzymać. A już na pewno przed każdymi powinien ZWOLNIĆ, do diabła. Ale nie, oni sobie jadą i nic nie robią. Bo my nie mamy policji i nie mamy fotoradarów. A ulica Kosynierów Gdyńskich? Centrum miasta. No i z jednej strony faktycznie są pasy, przy których jest zielone światło i to pieszych trochę ratuje. Ale z drugiej, od strony parku… Łomatkojezu. Są pasy, nie ma ŚWIATEŁ. Ile razy taki dupek ledwo się przede mną zatrzymywał… Grrr!
I tak – piszę tu tak, jakby kierowcy to było całe zło tego świata. Ale należy im się od czasu do czasu lanie.

Kiedy student musi się uczyć…

Posted in Blog on 28 Sierpień 2009 by aleandra

Kiedy student musi się uczyć
Idzie do Tesca po zakupy
Tam spędza dwie godziny plus jedną w kolejce
Kiedy student musi się uczyć
Godzinę autobusem wraca do domu
Kiedy student musi się uczyć
I jest już w swoim domu
Sprawdzi wnet pocztę na swoim Gmailu
Kiedy student musi się uczyć
Po Gmailu sprawdzi stan konta w banku
A tam zero złotych
Kiedy student musi się uczyć
­
I ma zero złotych
Bierze się za zlecenie po nocy
A nazajutrz o 8 ma egzamin poprawkowy.

A tak w ogóle: smutno mi. Nadal nie wiem, kiedy mam poprawkę… No i cóż? Zdrowie nawala (oczywiście z mojej winy), poza tym samotność doskwiera… Żyć nie umierać!

Kupa mięci mięci kupa

Posted in Blog on 28 Sierpień 2009 by aleandra
Dedykowane Virhossie na pamiątkę #$$##$@ nocy
Początek
Nowa notka
Środek
Nowa notka
Koniec.

Dzisiejszym sponsorem notki jest poprawka…

Posted in Blog on 26 Sierpień 2009 by aleandra
FRUSTRACJA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Pytanie związane z upośledzeniem umysłowym. Ala znajduje materiały do nauki i je sobie przepisuje myśląc o tym i owym. I robi to, przepisuje, robi to, przepisuje. Plask! Odezwała się w niej frustracja. No bo jakże to? Ma do czynienia z czymś, co jest… Sprzeczne nie tyle z jej poglądami, ile z wyobrażeniem o osobach upośledzonych. I nie, ja je pozytywnie widzę. Ale nauka JUŻ NIE! To, co tu widzę w literkach jest zaprzeczeniem sytuacji, aby pewien Hiszpan z tą dolegliwością mógł studiować.
To już drugi raz. A zresztą, jakoś nie uważałam i nie uważam pedagogiki za dziedzinę naukową.
Teraz muszę to powiedzieć: uczę się bzdur. A jeśli nie bzdur, to nieaktualnych informacji.
FRUSTRACJA!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dzisiejszym sponsorem notki jest webmajster strony konwentowej

Posted in Blog on 25 Sierpień 2009 by aleandra
Hi!
Robimy stronę konwentu naszego gorzowskiego! Grafikę mamy, tylko obawiać się zaczynam, że czasem mogą być niezłe problemy z kodem na niej. Nie wiem, czy są to normalne, podstawne strachy, ale wiem, że jeśli webmajster ma problem z zamianą kodu ISO na UTF to w dalszej robocie może być niewesoło.
Oczywiście, trzeba wyluzować. Ja jednak mam dość specyficzny stosunek do stron WWW, mimo, że od paru ładnych lat się nimi nie zajmuję. Jeśli robisz jakąś WWW, to zrób to jak najlepiej potrafisz. Nie na odwal się, ale bardzo porządnie – tak, aby kod był na wysokim poziomie i nie sprawiał generalnie problemów ludziom. Ja doszłam do wniosku, że umiałam pisać świetnie różne strony (do celów duperelowatych raczej, ale to inna sprawa), bo miałam taki stosunek: coś dla ludzi musi być zrobione najlepiej. W pewnym momencie się okazało, że mam w stronie mniej błędów, niż strona mojego brata. A przynajmniej w taki sposób to pamiętam – i zaznaczam to zdanie, bo ludzka pamięć jest nieobiektywna i dosyć subiektywna, czyli kłamliwa. Wracając do strony konwentowej…
ISO czy UTF? Widzę, że jest to kwestia, która dzieli webmajstrów. Generalnie dla języka polskiego nie ma to zbytniego znaczenia, ale jeśli strona ma mieć jakieś japońskie wygibasy, to już powinna mieć unicode. Ta jednak informacja nie przeszkadza temu, co by ludzie się na ten temat zażarcie kłócili…
Właściwie z webmajstrem strony konwentowej doszło do małego starcia z moją osobą. Być może faktycznie powinnam dać luzu, bo w końcu gostek robi coś za darmo, a skoro obojętne jest, czy ISO czy UTF…
Z drugiej strony nie ma co ukrywać, że facet działa głównie na polu grafiki komputerowej. I nie ma co ukrywać, że webmajster, który ma problem ze zmianą kodowania na stronie oraz wkurza się w sposób, jakby miał napięcie przedmiesiączkowe z tegoż właśnie powodu może mieć potem grube problemy ze zrobieniem czegoś ważniejszego i innego… Głównie chodzi mi o to, że jak już nasz kochany konwent dojdzie do skutku i będziemy powoli zamykać program, to będziemy chcieli, żeby konwentowicze zgłaszzali własne punkty programu. Bo tak się praktykuje na tym świecie, a przynajmniej w Polsce i taki formularz właściwie należy do standardów. Może nie jest coś takiego trudno napisać, ale…
Każdy ma obawy jakiegoś typu. A strona WWW to zwykle i najczęściej wizytówka czegokolwiek, a już szczególnie konwentu. A ponieważ mam nie tylko rygorystyczny stosunek do zabawy w webmastering (pomysł, abym wróciła do tegoż pojawia się stale i ciągle powraca, pytanie tylko, czy chce mi się pracować jako webmajsterka), ale także jestem grubo zaangażowana w tworzenie konwentu u nas w Gorzowie… No cóż.
Póki co spuszczę z tonu. Życie pokaże, co wyjdzie…
PS.: Jestem w Bestariuszu! Wprawdzie o tym wiedziałam już od jakiegoś czasu, ale dopiero w zeszłym tygodniu coś bardziej się ruszyło na ten temat. Teraz pozostanie mi tylko czekać na książeczki do recenzji, mlask, mniam i ogólnie będzie zabawa :). Uwielbiam czytać, a nowości są niezwykle kuszące, tylko… Wymagają kasy, a ponieważ ja chcę ją wydać albo na potrzeby gorzowskiego konwentu, albo na własne potrzeby, to… ;P. Cóż ^_^.

Pod latarnią najciemniej

Posted in Blog on 23 Sierpień 2009 by aleandra
Czwarty dzień. Chęć nie ustała, wymusza na mnie różne dziwne rzeczy, na przykład przeglądanie strony Grodzkiego Domu Kultury w Gorzowie Wlkp. To miasto ma 125 tysięcy mieszkańców i udaje ciemne zadupie pod latarnią. Tymczasem na oficjalnej stronie wcześniej wspomnianego przybytku kulturalnego napisane jest, iż istnieje grupa “Eter”, czyli grupa tancerzy ognia. Niestety nie ma do nich podanego kontaktu, ale będzie można się z nimi skontaktować później, jeśli chodzi o ZOFAK. A z tego, co wiem, to póki co stoimy trochę w miejscu…
Wyboru za bardzo nie ma, jest to dopiero czwarty dzień. Załatwienie szkoły trochę czasu zajmuje, a ja chcę – żeby szybciej poszło – informować ludzi, iż to Star Wars (lub to, co istnieje jako oficjalne stowarzyszenie fantastów w moim mieście) organizuje konwent fantastyczno-mangowy. Co prawda nijak ma się to do rzeczywistości i tematyki serii wymyślonej przez Georg’a Lucasa, ale “Bastion Chaosu”, który zajmuje się tym pomysłem i do którego postanowiłam należeć niestety nie jest jeszcze oficjalnym stowarzyszeniem, na co będziemy musieli poczekać ze… dwa miesiące?
Ale ludziom powiedzieliśmy już, że robimy konwent. Największa w tym wina to moja wina, bo gromadzimy i gromadzę ludzi. Powiedziałam do znajomego mangowcy: “potrzebuję mangowców do programu mangowego na konwencie”. Powiedział, że popyta. Popytał, popytał i stwierdził: “ode mnie masz dwóch. Od znajomego znajomego masz trzydziestu”. Bazyl, naczelny Tawerny RPG i gorzowianin (“Gorzów jest ładniejszy od Wrocławia. Naprawdę”) nie powiedział NIE konwentowi w swoim mieście. On to tylko skomentował “szaleństwo”, a ponieważ nie jeden kon przygotowywał we własnej osobie, wie najlepiej, co mówi i jestem skłonna się z nim zgodzić. Niestety, mamy do czynienia także z ludźmi, którzy nie wróżą nam sukcesów. Trzy główne tezy to:
1. Nie uda się wam, bo tu nic się nie udaje.
2. Konwenty są komercją, a my jesteśmy przeciwni komercji.
3. może zróbcie konwent w Szczecinie?
Szczególnie zastanawiać może to trzecie. Szczecina ma niejeden konwent na swoich barkach, więc po co mu dokładać kolejny? A już szczególnie, że zarówno ja, jak i Bastion Chaosu w ni ząb nie mają wspólnego z powyżej wymienionym miastem. Poza tym – nie możemy być gorsi od Zielonej Góry, która organizuje (w miarę regularnie, bo z tego, co się zorientowałam, to w zeszłym roku nie było tejże imprezy) Bachanalia Fantastyczne. I przy pomocy kogo! Tamtejszej uczelni, tamtejszego budżetu miasta, tamtejszego klubu fantastycznego… Wiem, że mam ambitne plany. Ale wiem również, że nie można powiedzieć “ej, to się nie uda”.
Widać to szczególnie na portalu mmgorzow.pl. Napisałam tam kiedyś tekst “Pretensje do miasta Gorzowa”. Gorycz, smutek – że tu nic nie można… Ale gdy wróciłam ze słynnej już miejscowości Racibórz (słynna, bo małe zadupie to to a przez siedem lat robiło konwenty fantastyczne; poza tym to właśnie tam zgubiłam telefon komórkowy, którego nie mam do dziś), postanowiłam nie fakować (to określenie to zamiast “kija” czy czegoś gorszego, bo mi się to już znudziło) i działać. Działanie widać od razu – wszystko poprzestawiam do góry nogami. Ten robi stronę konwentu, ten zbiera trzydziestu ludzi, ten twierdzi, że goiści na pewno się stawią w Gorzowie… Oh jea, to by było piękne i nie wiem, czy zbyt piękne?
Miałam nadzieję, że VI LO, czyli popularna Czereśniowa będzie chętna do współpracy przy przygotowywaniu konwentu. Zdziwiło mnie to, że jest wręcz odwrotnie – spoko, rozumiem, iż stawia się warunki zawsze i wszędzie; to normalne. Inna rzecz, że można sympatycznie to robić, czego – jak się domyślam – nie udało się dokonać obecnej dyrci tegoż liceum. A szkoda, bo mnie to tam rybka, czy VI czy I LO, czy może 7 gimnazjum. Żal mi jest tego pomysłu głównie z tego względu, że u nas to zawsze różne dziwne imprezy i różne ciekawe inicjatywy przez młodych były organizowane albo w II LO albo w I LO – czyli w najlepszych liceach w mieście. Wiedziałam, że w dwójce zawsze od groma znajdą się osoby, które z namiętnością grają w RPGi i inne tego typu zabawy. A jedynka organizuje ponoć turniej Warhammerowy, co jest już bardzo ciekawym zjawiskiem. Ja sama znam ze dwie osoby, które mają kontakt z tą szkołą i to życiowy. Tzw. Przeszkod, który właził swego czasu na #fantastyka i obecnie studiuje w Warszawie; tzw. kolega od trzydziestu ludzi mangowców chodzi (bo ma około 17 lat) do tej szkoły, zwanej potocznie także Puszkinem. Idea zrobienia konwentu w VI LO spodobała mi się, bo byłoby to trochę niekonwencjonalne działanie: zawsze I albo II w coś takiego się bawiły. Ale, jak już wspomniałam, mnie to tam rybka. Jeśli VI nie chce, to weźmiemy to, co chce…
Mam nadzieję, że mój pomysł na mówienie szkołom “Star warsy chcą organizować konwent fantastyczno-mangowy” pomoże nam w znalezieniu takowej do współpracy. No, jest jeden szczegół – kolega kolegi (ten od 30) powiedział, że spróbuje załatwić szkołę na początku września. Moja reakcja to: “O_O”. On jest co prawda młody, z wielu rzeczy może sobie nie zdawać sprawy, ale z drugiej strony… Dobrzy pedagodzy dobrze wspierają młodzież. I tak jest zawsze.
Chyba napisałam już wszystko to, co chciałam napisać o konwencie. Za to mogę wrócić do sprawy GDK.
Bo ja nie wiem, gdzie jest Grodzki Dom Kultury w Gorzowie Wlkp. Dlatego też postanowiłam zajrzeć na tamtejszą stronę i…
Fotografia. Kij z poezją, fotografia.
Za mniej, niż 130 złotych.
Fotografia.
Po takim obczajeniu sprawy powiedziałam swojej ukochanej Adzi: “ja chcę do grodzkiego domu kultuuury!!!”.
Może się skuszę na tamtejsze spotkania z fotografią…
Halo, nudzi mi się? Tak. Halo, masz poprawki we wrześniu?… Spoko, co będzie, to będzie, a wczoraj grzecznie się uczyłam i dziś zamierzam zrobić to samo.
Pozdrowienia!

Sponsorem dzisiejszej notki jest Jinnai.

Posted in Blog on 22 Sierpień 2009 by aleandra
Bardzo ciężko jest zmusić się do napisania notki na blogu. Żeby było zabawniej, wbrew pozorom dużo się dzieje.
Jak to zwykle bywa, Aleandra potrafi zrobić wokół siebie ogromne zamieszanie. Przyznaję, że we wcześniejszych okresach życiowych czułam się często zakłopotana takim obrotem sprawy; myślę jednak, iż obecnie należę do osób, które:
- są przyzwyczajone do takiej rzeczywistości,
- kochają na swój niecny sposób to wykorzystywać do swoich ciemnych celów.
A zatem, Drodzy Czytelnicy, cóż takiego zachodzi w moim życiu, iż twierdzę, że nie powinnam się nudzić?
Po pierwsze… Staram się zrobić coś ze swoim życiem. Cokolwiek by to nie było, po prostu czuję, że nadszedł na to czas. Zdrowie, psychika… Studia. Przede wszystkim udało mi się stwierdzić, iż realizowanie własnych marzeń sprawia ogromną frajdę i radość człowiekowi. Późne odkrycie, prawda? Ale mimo wszystko, człowiek uczy się całe życie.
Po drugie… Drugi numer Debiutextu jest w fazie końcowej. Czytelnicy webook.pl powinni na początku września ujrzeć tenże. Co prawda mało tekstów, ale mimo wszystko są ludzie, którzy oczekują tegoż z niecierpliwością. Na szczęście/nieszczęście, skład numeru i zrobienie do niego okładki to już nie moja broszka.
Po trzecie i chyba najważniejsze, w – powiedzmy – środę wpadłam na świetny pomysł. Właściwie nie wiem, skąd mi on przyszedł do głowy. Tuż po powrocie z Goblikonu musiałam odpocząć od podróży, zamieszania wokół siebie. A gdy w końcu doszłam do siebie (około 2-3 dni -.-), powiedziałam: robię konwent fantastyczno-mangowy w Gorzowie Wielkopolskim! Wiele razy pytano się mnie, dlaczego postanowiłam zrealizować tę szaloną rzecz. Odpowiadałam zwykle (i nadal będę to czynić), że to wina moich marzeń z dzieciństwa… Najpierw chciałam pójść na konwent. Co prawda TYLKO mangowy, ale jestem przekonana, że na fantastyczno-mangowym istnieje znacznie więcej możliwości dobrej zabawy, niż gdyby ta rzecz była ograniczona do jednego typu rozrywki (powiedzmy). Później i to niezależnie od tego, czy pojechałam na Pyrkon, czy nie, bardzo chciało mi się ujrzeć jakiś konwent w moim rodzinnym mieście. A próbując nie narzekać i nie fakować po powrocie z rajdu po Polsce, jestem osobą, która robi coś zamiast fakowania na ten temat.
FAK. To skrót konwentu, żeby nie było. Pełny brzmi: ZOFAK. Ziemie Odzyskane I: Fantastycznie Amatorski Konwent.
Zapraszam serdecznie…

Życie to nie kurtka

Posted in Blog on 19 Sierpień 2009 by aleandra
12 lipiec 2009-16 sierpień 2009. Najlepsza przygoda w moim życiu, którą pewnie będę pamiętać do końca. Aczkolwiek nie obyło się bez szczęścia i paru zgrzytów, to muszę powiedzieć, że zastanawiałam się całkiem niedawno, co bym zrobiła, gdyby nagle się okazało, że nie mam pieniędzy, pociąg mi uciekł i całe stado nieszczęść spadłoby na mnie. Doszłam do przerażającego wniosku, że nie mam pojęcia. Rozmawiając ze znajomym o tym, stwierdziłam, że oprócz zwyczajowych dwustu złotych na podróż, trzeba mieć w zapasie sto złotych na ten cel. Cóż…
Może w przyszłym roku powtórzę taką wędrówkę, chociaż głowy nie dam, że tak będzie. Na pewno postaram się to lepiej zorganizować i więcej kasy mieć. A póki co myślę o czymś innym.
Tutejsi ludzie wydają się ludźmi, którzy siedzą na tyłku i nic nie robią, a narzekać potrafią. Typowi Polacy? Ale ja nie przypominam sobie, by Zuzia (pozdrowienia! :*) jakoś pławiła się w swoich problemach życiowych. Liczy się działanie. A poza tym, gdy wróciłam do domu, to postanowiłam NIE NARZEKAĆ. Teraz jak mi ktoś jęczy “do nauki”, “nie da rady”, to ja go ostrym słownictwem kopię w tyłek: “przestań pierdolić”. Zwykle działa.
Ja wiem, że na moje miasto można narzekać. Ale w Krakowie, Katowicach, Lublinie, Opolu, Raciborzu także można narzekać. Jakoś nie spotkałam się z ludźmi, którzy by to robili. Przypadek? Jeśli tak, to pozytywny – bo przecież człowiek żyje nie po to, by jęczeć, ale po to, by CIESZYĆ SIĘ ŻYCIEM!
Motylku! Dziękuję, że mi pomogłeś. Dotarłam trochę przez Ciebie do tego momentu w życiu, w którym teraz się znajduję i powiem, że od dawien dawna nie czułam się tak szczęśliwa albo tak zadowolona z życia, jak teraz. I powiem nawet więcej – PRÓBUJĘ SIĘ UCZYĆ na poprawki. A to już coś znaczy, prawda?
Życie to nie kurtka, którą można zostawić gdzieś i później odzyskać pocztą. O nie trzeba dbać. Zazwyczaj ludzie tego nie potrafią robić, bo jest to diabelnie trudne, ale nikt nam nie przeszkodzi w radości chwili. Gdybym miała powiedzieć, czemu się cieszę ze swojej (podobno marnej) egzystencji, powiem to tak: bo mogę. Bo czuję, że spełniam swoje szalone marzenia. Bo świat stoi przede mną otworem.
Cieszę się, że byłam na konwencie w Raciborzu.
Wpadłam dziś na pomysł, aby zrobić to, co od dzieciństwa prawie że było moim marzeniem: KONWENT W GORZOWIE WLKP.
Szaleństwo? Z wiecznie narzekającymi ludźmi tak. Z typami, którzy myślą, że na konwent wchodzi się za darmochę albo 2 złote, tak. Ale mam świadomość, że trzeba spróbować. Bo Racibórz NIE JEST ani centralnym miastem, ani tym bardziej dużym miastem, ba – jest mniejszy od mojego zadupia, z którego mają wycofać sąd jakiśtam, przez co dziś soczyście zaklęłam. I nie nastawiam się na to, że imprezę uda mi się zorganizować w przyszłym roku – przecież najpierw potrzebujemy do tego ludzi. Możliwe, że przez dwa lata uda mi się zrobić coś w tej sprawie. Tak czy inaczej: spróbuję.
A że niby miałam robić prezentację Go, która się nie odbyła? Drobiazg. Przecież na konwencie będzie lepsza tego reklama i oczywiście wykorzystam poznańskich i szczecińskich goistów. W końcu kto, jak nie ja, jest mistrzem w wykorzystywaniu ludzi do własnych i niecnych celów?

Nie marudzić, bo posiekam i usmażę na kawałeczki.

Posted in Blog on 18 Sierpień 2009 by aleandra
Wróciłam do Gorzowa Wielkopolskiego.
W ciągu tych dwóch dni i jednej nocy stwierdziłam, że to miasto powinno się nazywać Gorzów Marudny/Maruderów.
Babcia, Tata (taaaaaak, Ty;p) marudzą mi. Ile można słuchać? Dajcież spokój, ludzie. Życie to nie kurtka, którą można zostawić w Lublinie i dostać później pocztą. Myślicie, że ja nie wiem?
Staram się nie narzekać. Po cholerę? Trzeba działać. Jutro przystępuję do ataku! Do doradcy zawodowego marsz!:P
Konwent w Gorzowie? A czemu nie? Jak zdobędę doświadczenia jako helperka, no i jak zbiorę ludzi ostatecznie z Gorzowa i zaproponuję, by POLCON na tym moim zadupiu się odbywał…
Klub Go w Gorzowie? Z tym trudniej. Ale cóż!
Opole? Podobne do Gorzowa Wlkp., ale ponoć brudniejsze.
Najładniejsza dzielnica mego miasta? WIEPRZYCE! Buhahahhaa, wygrałam!:P
Pozdrawiam :D

Stare śmieci

Posted in Blog on 18 Sierpień 2009 by aleandra

Pozdrowienia dla tych tu dwojga i Czytelników ;) z Gorzowa Wielkopolskiego!
ostanowiłam częściej słuchać muzyki. Chyba dotarło do mnie, że muzyka łagodzi obyczaje.
Obiecałam swoim Czytelnikom, że opiszę to, co było na Goblikonie. Było… Fajnie! Uważam, że EDkowy LARP się udał :). I żarcie wszystkim smakowało ^^. Ogólnie warto było i nie żałuję. Trochę żal, że tenże konwent był ostatnim w Raciborzu. Ale… Zostają mi jeszcze Pyrkony! :P.
* * *
Nie chce mi się drążyć już trochę tematu jak było, co było itd. Uważam, że teraz jest czas na
układanie sobie wszystkiego w główce. To niekoniecznie prowadzi do tego, że w każdej notce będę pisała o tym, jak to mnie goszczono w Katowicach na przykład. Raczej znajdzie się tu miejsce dla ogólnych refleksji w stylu “często towarzystwo Diabła i jego ekipy to żenujące towarzystwo i lepiej uciec do Żeszuy :)”.
Gdyby ktoś jeszcze nie zauważył – obok, w czerwonej ramce wstawiłam zdjęcia z miejsc, z których bywałam :). A ponieważ ja:
a) muszę przygotować spis treści do nowego numeru Debiutextu,
b) muszę posprzątać i zrobić pranie,
c) muszę iść do apteki po coś na odciski,
d) muszę przejrzeć notatki z dydaktyki,
c) muszę… no nieważne ;),
to pozwolę sobie tu zamieścić pewną fotkę – tak na pełne podsumowanie z wnioskiem: BYŁO WYRĄBIŚCIE I CHCĘ TO PRZEŻYĆ JESZCZE RAZ!

Koniec. Podsumowanie

Posted in Blog on 17 Sierpień 2009 by aleandra

Wnioski:

1. Nie mam kurtki, telefonu i kluczy do domu.
2. Żyję!
3. Schudłam i jestem zmęczona.
4. Ja chcę to P O W T Ó R Z Y Ć!!!! To była niesamowita przygoda, którą na pewno będę chciała powtórzyć. To było fajne, poznać ludzi, przeżyć coś nowego, stwierdzić, że w Lublinie najlepiej się czułam…
5. A teraz CAST, czyli podziękowania:
ZUZI za gościnę na 2 tygodnie i towarzystwo (pozdrów Mamę, Tomka i Kota),

EMI i JAU za gościnę i wspaniałe towarzystwo (ja: szła laseczka do dzieweczka… ładnie śpiewam? emi: ładnie, a z jakim sensem -> GENIALNE!),

MADZI za gościnę i wspaniałe żarcie! :) I prezentację Opola,

OLI M., za towarzystwo w akademiku,

ANI za gościnę i towarzystwo w Katowicach,

OGIemu za pożyczenie 30 złotych,

MOTYLKOWI za pożyczenie 50 złotych i wsparcie psychiczne,

VEERSowi za pożyczenie 20 złotych oraz koszulkę i towarzystwo,

Qsorix’owi (pewnie źle napisałam Twojego nicka, wybacz, zmęczenie) za Zoo i pizzę w Opolu,

SANAI za spotkanie z głupawką w Katowicach i wodę (chwała Tobie za to!),

Pewnemu człowiekowi, który jako jedyny przyszedł do krakowskiego klubu Go i ze mną zagrał,

Towarzystwu na Goblikonie,

Organizatorom Goblikonu (było fajnie!!!),

PIRANCE za towarzystwo w Lublinie i pokazanie mi co ważniejszych rzeczy w tym mieście,

AMIGOWCOWI, że miał do mnie cierpliwość.

Jeśli kogoś zapomniałam – wybaczcie.

Jestem zmęczona. Wczoraj o 14:16 miałam pociąg osobowy z Raciborza do Kędzierzyna-Koźla, gdzie o 15:36 miałam wsiąść do Hetmana. I tak zrobiłam, więc w domu byłam o 22:56. Cały dzień jazdy, 466 km. Cóż: opłacało się, bez względu na to, co zgubiłam, czego nie zabrałam, jak się zadłużyłam. Czuję, że te wszystkie podróże coś mi dały. Wniosek jeden jest – POLSKA JEST, PO PROSTU JEST, ŁADNA! I bez pierniczenia, że można olać nasz kraj (tzn. Polskę) i jechać do innego kraju, bo tam jest lepiej. Cudze chwalicie, swego nie znacie – jestem przeciwnikiem tego powiedzenia i powiem szczerze, że planuję powoli przyszłoroczny wojaż. Nowa przygoda, nowi ludzie, a przede wszystkim coś, co mnie rozwija. Szkoda tylko, że na stopowanie nie mam odwagi, ale taki minus bycia kobietą. Może kiedyś i na dłuższe dystanse. Szkoda tylko, że wraz z powrotem na stare śmieci wróciłam także do taty, który ciągle mi marudzi. Ile można słuchać? Poprawki, praktyki i inne duperele są tylko i wyłącznie moimi problemami, chociaż mogę zrozumieć, że można się tym martwić. Zaprawdę powiadam Wam: zdziwiłam się dziś, że spałam do 14 (poszłam spać o 3 w nocy, ale w takim razie w normalnym przypadku mogłam spać do 12), a i to tylko dlatego, że tata mnie obudził burzeniem kibla. Inaczej pewnie spałabym do 17.
Konwent w Raciborzu należał zdecydowanie do udanych imprez. Miałam trochę doła, bo nie wiedziałam, czy tata się martwi, co z babcią, a poza tym komórkę zgubiłam… No, ale jak to zwykle bywa z komórką, trafiła na osobą, która chce mi to oddać. Ja nie wiem, czemu ciągle na takie osoby trafiam (vide: Poznań), ale w sumie głupi ma zawsze szczęście.
Teraz w Gorzowie poodaję długi, poszukam doradcy zawodowego, poprawię swoje zdrowie, pouczę się. Życie mi się rozkręca i mnie zakręca tak, że potrafię zapomnieć o zwykłej wodzie na herbatę. Aj, aj!
No nic, pozdrawiam Czytelników. Jak odpocznę to może więcej szczegółów z konwentu. :)

Katowice oślizgłe są

Posted in Blog on 12 Sierpień 2009 by aleandra
Aleandra: Jestem od wtorku w Katowicach. Wspaniałe miasto (ironia). W sumie ładne budowle, ciekawe centrum. Oczywiście Plac Wolności widziałam i jest w nim oryginalna rzecz: zabudowa na drzewie. Będzie zdjęcie później (w poniedziałek?) z tego. Teraz siedzę u Sanai, mojej znajomej z webook.pl. Fajnie jest, milutko. Mieszkam u znajomej z couchsurfingu i też jest fajnie.
Widziałam Rynek katowicki. Nie reprezentuje się zbyt wspaniale… Taka po prostu zwyczajna uliczka, jeszcze będę chciała znaleźć katedrę. Ogólnie miasto ma brzydki dworzec, ale da się przeżyć. W końcu jest to duża miejscowość i widać to gołym okiem, na przykład po tym, że ksero na dworcu, czyli w teoretycznie jednym z najdroższych miejsc w mieście (vide: Poznań) kosztuje 7 groszy. Jest deszczowo. Ale w Lublinie TEŻ było deszczowo. I również miałam swoje zielone buciki. W takim razie… Uznałam, że Katowice są śliskim miastem. Często, jak idę na “piechtę”, to właśnie się ślizgam i przeklinam (Sanai: Zwłaszcza na pasach).
Miałam spotkanie z Amigowcem i Rei. Było fajnie. Najprawdopodobniej wpadnę do nich jeszcze dzisiaj, ponieważ – TAK, TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK, TAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAK, dotarły pieniążki! Motylku, chwała Ci! :* I pozdrowienia z Katowic specjalnie dla Ciebie! :)
Sanai: Aha. (Śmiech). Niee. Oprowadzałam Cię po całym mieście. I ciągle marudziłaś, że masz zły humor! I w ogóle nie chciało mi się chodzić i myślałam jakby tu pizgnąć do domu. (Powaga). Odkryłam, że Amigowiec słucha tego samego, co ja w sklepie z winylami. Dobraaa, yyy. Oooo. (śmiech).
Aleandra: Sanai stała na przystanku z różową bluzką z białym A na sobie. Ja, zajęta sprawami najwyższej wagi, podeszłam do niej trochę później, niż oczekiwała. Łatwo ją było rozpoznać. (Sanai: No bo specjalnie się tak ubrałam). Generalnie powiedziałam “hej” i dziewczę biedne miało zonka, bo nie wiedziało kto ja. Ale jak odkryło po moim pytaniu “co tam”, to się rozkręciła.
Sanai: Mmmmmm. Co? (śmiech). O czym mam powiedzieć? Niee! Aaaa, pomyślałam sobie “co to za dziewczyna”, potem poszłyśmy do sklepu z czekoladkami na Warszawskiej, a potem łaziłyśmy w kółko.
Aleandra: Tak, KÓÓÓÓÓÓÓÓÓÓŁKA! Robienie kółek to moje ulubione zajęcie! Pamiętajcie o tym moi kochani Czytelnicy ;P.
Sanai: No i potem poszłyśmy do Empiku i kontemplowałyśmy literaturę różnoraką. No i tyle. A potem pokazałam jej moje GIMNAZJUM. Zaprowadziłam ją pod Heliosa, ale się okazało, że Amigowiec miał być na przystanku. Przez przypadek poszłyśmy tam, gdzie ja się zawsze zatrzymuję, no ale potem przeszłyśmy na drugi przystanek. No i tam wszyscy staliśmy i pomyślałam “ooo, co to za ludzie”. (Szatański śmiech opętanego szaleńca). (Robi Was w balona, wcale nie śmieje się. -> dop. Aleandra).
Aleandra: A później sobie gadamy o tym, jakiej muzyki Amigowiec słucha i że ona też taką lubi. Ja jej na to, że: NA KONWENTACH CO 99,9% MĘŻCZYZN UBIERA SIĘ NA CZARNO I MA DŁUGIE WŁOSY. Oczywiście Virhossa skomentowałby to w ten sposób, że oni wszyscy są gejami, ale nie słuchajcie tego geja, bo sam nosi się na czarno, a nie może nosić długich włosów, bo pewnie miałby afro zamiast zwykłej kitki.
Sanai: ŁIiiiiiiiii! Fajnie! :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
Aleandra: Dobra, kończymy, bo tu mamy do wszamania pyszne ciacho! Mlask.

Katowice ratują budżet

Posted in Blog on 10 Sierpień 2009 by aleandra
Spłukana jestem. Wszystko to, na co liczyłam po prostu uciekło mi sprzed nosa i zostałam z tzw. ręką w nocniku. Nie jest tak źle, kumpel mi pożyczył 30 złotych, do jutra na pewno będzie, być może nawet jeszcze dziś. Czyli starczy na bilety do Katowic, gdzie nocleg za free znalazłam.
Dostać się do Raciborza i Gorzowa Wlkp.? No problem, na pewno w piątek będą już pieniądze, bo przesyła się kasę w ciągu 5 dni roboczych. Jeśli nie, to oczywiście zrobię coś wariackiego i na wariata pojadę stopem.
Blalalalallaalalalala. Tak, wiem, maruderzy zaczną mi gadać, że to niebezpieczne! Groźne! Zabiją mnie! Zgwałcą! Poćwiartują! I Bóg wie, co jeszcze! Tylko czemu ja nie mogę, inni mogą? Fakt, kobiety nie mają łatwo. Ale z tego, co wiem, to taka Marta przecież jechała stopem…
Opole to dziwne miasto.
Opowiadałam już, co mnie spotkało w czwartek, piątek i wczoraj?
Czwartek: Zaczepia mnie pewien 50-latek. Stawia mi loda (z polewą toffi, rodzaj włoski), po czym ja mu mówię, że muszę już zmykać. No to się pożegnaliśmy.
Piątek: Wychodzę na miasto, specjalnie o późnawej porze (21?), żeby zobaczyć oświetlenie Młynówki (to tzw. bajorko) i się opłacało. Wracając jednak inny 50-latek chce mnie zapraszać na piwo czy wino. Ja mu mówię, że nie mam ochoty. No, ale mimo odmów nie chce się odczepić, więc sobie idziemy w stronę akademika, przy akademiku się rozstajemy.
Niedziela: Wracam właśnie z festiwalu folklorystycznego w Muzeum Wsi Opolskiej i… O lol, przejeżdża obok mnie piątkowy 50-latek… I znów chce zapraszać na drinka. Odmawiam, on jedzie dalej.
Wtf? Dobra, może jazda na stopa to niebezpieczna rzecz. Najwyżej będę zaczepiała tylko kobiety.
No nic, jutro jakimś dziwnym pociągiem będę musiała się wybrać do Katowic, tylko nie wiem jeszcze jakim, bo z jednej strony nie chce mi się czekać w Opolu, a z drugiej… Może sobie zrobię przejazd osobówką, będę na miejscu o 16, zjem sobie obiad i poczekam, czytając książkę?
Bo wieczorem to może być pośpiech, a ja nie chcę pośpiechu – ja chcę jak najtaniej.
No zobaczymy jeszcze, co się da zrobić, żeby było fajnie i cacy. Na szczęście zaczęło się wszystko pieprzyć dopiero w ostatnim tygodniu mojej przygody, co oznacza, że przy ogromnym wysiłku społecznym (-Pomożecie? -POMOŻEMY!) jakoś się uda być na Goblikonie i w niedzielę w Gorzowie Wlkp.
Dziwne są te wakacje. Zanim wybyłam w Polskę, to bardzo chciałam wpaść do Krakowa. Myśląc, że załatwiam sobie nocleg we Wrocławiu, załatwiłam właśnie w Krakowie, zupełnie nie mając nadziei, że do Krakowa w tym roku w ogóle trafię. Wyjeżdżając w świat miałam trafić na pewien konwent (ponoć nieudany, ciekawe dlaczego) w Chorzowie, przy czym wizyta w Katowicach jest po prostu obowiązkowa. Plan ten się nie powiódł, a oto jutro, ot tak sobie, jadę na Silesię, czyli do Katowic.
Fajnie sobie podróżować trochę na wariata. Ale następnym razem:
a) więcej budżetu muszę mieć,
b) lepiej rozplanowane, bo to tak trochę “być czy nie być w X” skutkuje zapłaceniem 74 złotych za 4 dni mieszkania w akademiku. A gdyby nie to, to bym była ciut bardziej spokojna o swój los… To można podać jako “nagła potrzeba noclegu”.
A w dodatku w sobotę zdarzyło mi się coś do dupy. W torebce mi się wylał soczek, skutek był taki, że straciłam baterie do aparatu, które sobie kupiłam. Jutro mając do dyspozycji 20 złotych na przejazd do Katowic i 10 złotych na żarcie, będę musiała z tego wyhaczyć ok. 6 złotych na baterie, bo ja tak nie lubię nie mieć w zapasie.
A na koniec słowa kiczowatej piosenki disco polo by Boys (lol, to jeszcze istnieje? XD) dedykuję wszystkim swoim Czytelnikom, bo pewnie uważają, że słowo “szalona” najlepiej mnie oddaje.

“Miłość odchodzi” – słyszę znów z Twoich ust.
Zawsze prawda miała jakiś sens.
Te dni jak bajka, piękne jak tysiąc róż.
Ty się śmiałaś zawsze no i cześć.

Ref.: Jesteś szalona, mówię Ci.
Zawsze nią byłaś, skończ już wreszcie śnić.
Nie jesteś aniołem, mówię Ci.
Jesteś szalona.

Na pożegnanie dajesz mi uśmiech swój.
Ty odchodzisz, wszystko kończy się.
Kochałem Cię i Twe szaleństwa mocno tak.
Ty się śmiałaś zawsze no i cześć.

Opravdu, dobry den?

Posted in Blog on 9 Sierpień 2009 by aleandra
To była całkiem udana imprezka. Jedynym mankamentem był bardzo niski budżet, ale dało radę. Czeski język usłyszałam i to nie raz. Oczywiście mają zupełnie inny akcent, niż my, Polacy. I oczywiście na scenie Czesi szaleli. Zabawny komendant był niezadowolony z zupy, a tamtejsze dziewczyny widłami musiały wyganiać z łóżek swoich chłopów. Przykład mentalności Czeszek? Uz se bojim :P. Czy jakoś tak :).
Bardzo udanym występem był występ Przysieczanek. I mówię to nie tylko z perspektywy muzyki, ale także z perspektywy… aktywnego udziału w postaci tańca na scenie. Przysieczanki brały kogo popadnie, by piosenka Opolska dziewoja się udała. I udała się nieźle. Byłam bardzo zadowolona z występu, chociaż szkoda, że mam astmę, bo to znacznie ogranicza mój taniec, a mogłabym duuużo tańczyć.
Z braku budżetu wysokiego powędrowałam dziś nad dworzec spacerkiem i tak samo wróciłam do akademika.
I, o dziwo, okazuje się, że noclegi w sierpniu jakieś się znajdą… Jak się uda, to może do Katowic wpadnę, bo to dość blisko opola jest. I stamtąd prosto na konwent.
Tymczasem trochę się spaliłam, ale opalenizna jest podobno ładna.

Żeby mi się chciało jak mi się nie chce

Posted in Blog on 9 Sierpień 2009 by aleandra
Odciski na stopach od ciągłego łażenia na piechotę do miasta i z powrotem są nieznośne. Co gorsza, nie wiem, czy pewien krem na te sprawy mi się zepsuł, ale to za chwilę zobaczę.
Drobne-groszaki to wspaniała sprawa. Zawsze mi ratują życie, bo ja nie umiem oszczędzać i rezultat jest taki, że będę pobierać lekcje od Jinnaia (pozdrowienia) w tej sprawie.
Miałam dziś iść na festiwal organizowany w Muzeum Wsi Opolskiej. Czemu nie? Jest to jakieś zajęcie, jest to jakaś atrakcja. W sumie się cieszę, że wczoraj nie przepłynęłam po tym nieszczęsnym ścieku, bo bym dziś nie miała na tę rozrywkę. Śniadanie zjadłam dosyć spore, wydaje mi się. Dlatego po drodze to sobie tylko sok kupię. No i w akademiku podejrzewam będę około 18-19, ponieważ o 17:30 kończy się śpiewanie czeskij piosenkij i polskij piosenkij.
Jako, że jestem w marnej sytuacji finansowej (głównie z własnej winy), to nie pozostaje mi nic innego, jak dorzucić parę słów o Opolu.
Więc, po pierwsze, jest tu Okrąglak. Czyż to nie znajoma nazwa? Tata czasem mówi, że “baterie najtaniej kupić za okrąglakiem”. Dobra, ale te baterie to w Gorzowie, a w Opolu Okrąglak prezentuje się dużo bardziej wyraziście: jest wielki, dzieją się w nim czasem fajne imprezy, ale… Asfalt wokół się topi, jest to właściwie jedna z najbrzydszych budowli, jakie miałam okazję w życiu zobaczyć i oczywiście mam wrażenie, że to jest pozostałość po komunizmie. (Komuno, wróć! – Nie daj Boże, skoro takie budowle miały szczęście powstawać).
Tymczasem monitor trochę pada, to stary typ, który już chyba nie jest produkowany (tak, to ten typu kwadratowego i dużego). Gdy popatrzyłam na niego stwierdziłam: to rozumiem. Widać, że nie stać ją na porządny sprzęt. Bo może woli wybrać się do Berlina… Ale w Hance miałam okazję spotkać tylko jedną osobę z Gorzowa Wlkp. (wtf), która w dodatku zabrała ze sobą wspaniały sprzęt: mikrofalówkę, czajnik elektryczny, laptopa, Internet za około 80 (czy 130 złotych – nieważne, ale dość wysoka cena) i cholera wie, co jeszcze. Miałam wrażenie, że baba wcale nie jest biedna, tylko bogata jak diabli, więc nie rozumiałam za bardzo, po jaką cholerę ona mieszka w akademiku.
A wracając do Opola. W przeciwieństwie do Lublina w tym mieście da się zgubić. Parę razy traciłam orientację w terenie, raz źle pojechałam.
I żal.pl się robi, bo jak chciałyśmy kupić mapę stolicy województwa opolskiego, to oczywiście jej nie było.
Fajnie byłoby mieszkać w Opolu?
Z pewnością dzieje się dużo, bo tu jest jakaś impreza kulturalna, tam… Ale miałam o tyle szczęście, że trafiłam akurat na taki tydzień. Kontynuacja impry z poniedziałku będzie dopiero za tydzień, czyli jak będę smacznie chrapała sobie w gorzowskim łóżeczku, wymęczona po trzech dniach zabawy, niedospania i całkowitego wariactwa w games roomie (o tak, zamierzam się tam przejść, a co!).
Akademik, w którym mieszkam nazywa się “Spójnik”, należy do Uniwersytetu Opolskiego i jest duży. Trudno mi powiedzieć, jaki standard ze sobą prezentuje w trójkach, gdyż ich po prostu nie ma. To powoduje, że trzeba stwierdzić uczciwość zarządzających tym miejscem. Nocleg jest tańszy, niż w poznańskim Jurandzie – kosztuje tylko 18 złotych za nocleg, podczas gdy w stolicy Wielkopolski to 20.
Jestem bardzo uprzedzona do Hanki, więc stwierdzam, że każdy akademik od niej będzie lepszy. Fakt, że najwyższe standardy mają akademiki poznańskiego Uniwersytetu Przyrodniczego na Słowiańskiej bodajże.
(Ida do mnie ostatnio, że się przeprowadza, ja do niej, gdzie, ona, że na Grunwald. Znana mi nazwa, lecz w tej chwili już nie pamiętam w jakiej części położona i czy tam kiedyś byłam. Znak, że muszę wpaść do Poznania?).
Tutejsze standardy oceniam dobrze. Są dwa łóżka, są dwa przyzwoite biurka, jest szafka na przyprawy, jest mała szafa podzielona na dwójkę, no i wszędzie na półki (nie ma ich dużo) można dosięgnąć. Dwójki w Hance są większe, ale za to trójki to horror. Nie zawsze, ale w moim przypadku tak było. Sprawdźcie kiedyś pokój 245, o ile nie remontowali go i nie przemianowali na dwójkę (a nie zdziwiłabym się, gdyby tak było, bo już za moich czasów były zmiany podobne).
Tak czy siak, mimo publicznych pryszniców i kibli (na korytarz), to oceniam “Spójnika” dobrze. Klimat studencki mi się tu podoba, to raz. Dwa, że po prostu w dwójkach się lepiej żyje. Łatwiej o przyjaźnie i łatwiej o wygodę. A z tego co pamiętam, to w Hance nawet w dwójce był tylko jeden stolik. Bida, panie, bida!
Oj, już jedenasta. Powoli będę się musiała zbierać. Jak wpadnę na to, co jeszcze napisać, to napiszę. Papas.

Zabójczy upał

Posted in Blog on 8 Sierpień 2009 by aleandra
Nie mam sił na łażenie po miescie. Nie w takim upale i nie w takim humorze. Chyba jestem juz zmeczona tulaczka swoja. Ale z drugiej strony znajduje tu czas, aby przemyslec pewne sprawy.
Nie pisze teraz z akademika, ale z kafejki. Co najdziwniejsze, wole zaplacic. No, ale szukam tez spokoju i obecnosci ludzi, a moja wspollokatorka oczywiscie jest w porzadku, tylko jak ostatnio weszlam do pokoju to jeszcze spala. A i oczywiscie to imprezowa dziewczyna, wiec nie ma mowy, aby w pokoju dlugo zagrzala. Tak czy inaczej, chyba nastala pora na to, zeby opowiedziec troche o Opolu.
To miasto przypomina mi Gorzow Wielkopolski. Czesto doszukuje sie podobienstw miast, ale niekoniecznie. Nie z nazwami, nie z wielkoscia. Zreszta – niewazne.
Opole jest przyzwoitym miastem, w ktorym faktycznie jest troche wiecej mozliwosci, niz w mojej rdzinnej miescinie.
W poniedzialek mam nadzieje dostac pieniazki od Motylka (pozdrawiam), jak i od panstwa. To ostatnie wynika z tego faktu, iz w poprzednich miesiach zawsze kolo wlasnie tego dnia leciala kasa na konto. Inna sprawa, ze nie mam pojecia, czy faktycznie mi wysla, bo ta kaska ma byc niby od pazdziernika do czerwca… Ale co ja tam wiem.
Nie to jednak jest moim najwiekszym zmartwieniem. Najwiekszym zmartwieniem jest moje zdrowie oraz studia. Wiadomo, ze poprawki kazdemu sie zdarzaja, ale ja potrzebuje doradcy zawodowego, bo po co mam marnowac czas na cos, co – jak wiem – do zatrudnienia mi sie nie przyda?
Marudze? He? Nie wiem.
W poniedzialek bylo fajnie. Poszlam z moja gospodynia (pozdrowienia) na dobry film, a akurat na taki mialam ochote. We wtorek bylo fajnie, o ile pamietam to polazlam z Qsoriqem do ZOO. W srode bylo fajnie, bo Muzeum Wsi Opolskiej musi byc fajne. Chyba jutro znow sie przyszykuje do Muzeum Wsi Opolskiej i pojde na festiwal, ktory ma sie tam odbyc.
Na dzis mialam w planach przejazd na brejce, która robi za rzeke, ale nigdy nie udaje mi sie zapamietac jego nazwy. Cos ze sciekami czy cos. Chcialam rowniez pojechac nad Turawe, co oczywiscie mi sie nie udalo, bo przegapilam pierwszy autobus do tego miejsca, a pozniej calkowicie mi sie odechcialo.
Jest zbyt goraco.
A najlepsze jest to, ze noclegu w Raciborzu nie udalo mi sie zalatwic, mimo moich prob. Super. Co poza tym? Slabo mi sie chce jechac na konwent. Wojaz wojazem, ale moze jakbym sie wybrala jesienia czy w czerwcu to bym miala pogode cacy, bo tak miedzy lipcem a sierpniem i sierpniem to pogoda jest smiercionosna.
Jakos wroce do Gorzowa w niedziele. Zobaczymy, jak to wszystko wypadnie.