HISTORIA (dla) KOSASHIEGO

Prolog

Znowu mi wszystko zabrał, pomyślał Anioł przypatrując się wysokiemu mężczyźnie, który stał spokojnie przed nim. Twarz nieprzyjaciela była pozbawiona wyrazu; jedynie błękitne oczy wskazywały, iż przed George’m nie stoi rzeźba.

-Czego chcesz? -Spytał Anioł.

-Już niczego. -Odpowiedział wróg. -Sądzę, że wszystko, czego pragnąłem już dostałem. Dzięki, George.

Anioł przełknął głośno ślinę. Co mógł mu odpowiedzieć? Jak miał bronić nie tyle siebie, co ją?

-Oddaj mi moją Agafe! -Ryknął w końcu. Nieprzyjaciel wybuchnął śmiechem.

-No, czyżby? Zachowujesz się paradoksalnie, jak na tego, kim jesteś.

-Kosashi… -Warknął. -Dobrze wiesz, że ja już nic innego nie mogę.

Słowa zamarły w powietrzu niczym echo bólu. Ta wypowiedź skrzywdziła George’a bardziej, niż jakakolwiek Kosashiego. Zachwiał się.

-Cóż, niespodzianka polega na tym, że sami sobie jesteśmy najgorszymi wrogami. -Stwierdził nieprzyjaciel Anioła.

-Co ze mną zrobisz?

Wróg podrapał się po głowie, mruknął, po czym uśmiechnął się i rzekł:

-Dam ci wszystko, oprócz naszej ukochanej, magii i skrzydeł.

Problem z Kosashim był taki, że ten Diabeł nienawidził George’a.

-Co nie znaczy, że nie będziesz mnie męczył.

-Oczywiście. Przecież, bracie, oboje wiemy, jak siebie kochamy. A ja uwielbiam zabawy.

-Jeśli jestem zabawką, to ty także.

Nieprzyjaciel Anioła roześmiał się.

-Doprawdy? -Spytał. -A co nam z życia zostaje, jak nie rozrywka? Wolisz cierpieć? PROSZĘ BARDZO!

George zaczął spadać w dół. Wyrwał się z bieli, przebijając się przez nią i leciał prosto w ciemną otchłań, aż w nią spadł.

Agafe

Bóg wiedział, gdzie się znajdowała. W pierwszej chwili kompletnie ją zamurowało. Miała się bać? Wyglądało to, jak jakiś ciąg czerwono-żółtych skał gdzieś w Ameryce. Może i tak to wyglądało, gdy się nie spojrzało w górę… Gdzie chmury były białe, ale za to niebo już czerwone. I nie można było dostrzec słońca, zakładając, że ono istnieje. Ta kraina była pusta i wydawała się obca. Nie wroga, ale właśnie obca.

Stała pośrodku niczego i zaczynała odnosić wrażenie, że nie tylko stoi na ziemi niczyjej, ale także jest tu jedynym gościem. Przeszła parę kroków. Nie lubiła samotności…. Ciągle uciekała albo do znajomych, albo…

Czy George jeszcze żyje? Czy nic mu nie jest? -Na myśl o Aniele serce biło jej szybciej, a jednocześnie wzbraniała się przed ostateczną odpowiedzią na te pytania. Być może nigdy nie pozna prawdy, a póki co…

-GRIAIAIAIIIAIAIAIAIAAAAAAAAAAAAUUUUUUUUUUUUCH!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! -Był to nagły ryk wyrywający się z nieba. Kobieta nie tylko zatrzymała się, ale także zamarła z przerażenia. Cóż to mogło być?

Z chmur wynurzył się wielki, czarny stwór, który miał metrowe skrzydła, wielki ogon zakończony kolczugą i wyglądał dokładnie tak, jak ma wyglądać dostojny osobnik będący smokiem.

-Witaj. -Odezwało się stworzenie, wbijając swój czarny wzrok w Agafe. Ta, mimo najszczerszych chęci, nie miała odwagi się odezwać. -Jesteś darem od Kosashiego? Cóż, nie musisz odpowiadać. Witaj w moim świecie, świecie smoków!

c.d.nastąpił: (05.10.2010)

Bała się i on to widział. Zawsze ludzka reakcja na jego gatunek go smuciła. Odchrząknął i powiedział:

-Jestem Nirgiz. Nie bój się, dotknij mnie.

Drżącą ręką dotknęła śliskiej, czarnej skóry smoka i gdy tylko to zrobiła, zaczęła go głaskać. Co prawda pod palcami czuła pewną lepkość przyklejającą się do jej skóry, lecz ona nie zwracała na to uwagi. Coś poczuła od istoty przy niej i odebrała te uczucia jako spokój, a następnie miłość.

-Nie chcemy cię skrzywdzić. -Rzekł smok.

-Chcemy? -Zdziwiła się.

-Spójrz w niebo.

Uczyniła to i jej oczom ukazało się tysiące większych lub mniejszych ziomków Nirgiza. Miały różne kolory – od najciemniejszego, do białego. Z wrażenia zaparło jej dech w piersi.

-Jakie to piękne! -Nieomal krzyknęła z zachwytem.

Zapomniała o samotności i o strachu przed nieznanymi jej istotami. Teraz zdolna była tylko do podziwiania potężnych gadów i…

-Jak się nazywasz? -Spytał Nirgiz.

-Agafe.

Smok zagwizdał. Wiedziała, że jego twarz wyraża uśmiech.

-Jesteś prawdziwym darem. -Rzekł. -Kosashi wiedział, co robi!

Na dźwięk tego imienia wszystko do niej wróciło; smutek i rozpacz. Ten świat jest piękny, ale przecież George był gotów poświęcić życie za nią. Czuła się trochę winna jego cierpień, bo w jakiś nieokreślony sposób wyczuwała, że Anioł nie znajduje się w najszczęśliwszej sytuacji jego życia.

Smoki to zobaczyły. Niektóre przysiadły na skałach, inne wleciały w białe kłębowiska chmur. Tak naprawdę tylko Nirgiz został przy niej i w tej chwili pożałował, iż jako smok nie może przytulić tej pięknej kobiety. Rzekł tylko:

-Cokolwiek cię martwi, wiedz, że musisz to zostawić za sobą.

-Ale… Ale George chciałby, abym mu pomogła…

-Znalazłaś się w obcym świecie, Agafe, i musisz to zaakceptować, bo powrotu stąd NIE MA.

Nigdy już nie wróci na studia pedagogiczne? W sumie nie było jej tego żal, ale kto wie, czego miała dokonać, gdyby nie los. Marzyła kiedyś o wielu rzeczach, takich, jak własna szkoła, ale z drugiej strony… Zawsze musi być ta druga strona, a tymczasem niebo nad nią ciągle było czerwone i zachwycało już tylko.

-Jak to nie ma? -Spytała najspokojniej, jak umiała.

-Jesteś darem Kosashiego, darem dla nas, smoków, moja droga. Twoja reakcja na dotyk mego ciała wskazuje jasno, że jesteś idealna do naszego celu i nie zamierzamy cię oddawać, a on nie może złamać swego przyrzeczenia nam danego.

-Czego chcecie?

-Chcemy, abyś została naszą władczynią. Będziesz musiała nas reprezentować wśród ludzi, mówić im, jaką wspaniałą rasą jesteśmy i dlaczego. Obecnie bardzo cię potrzebujemy.

-Dlaczego?

-Bo od dziesięcioleci nie mieliśmy władcy i z tego powodu trochę wyginęliśmy przez ludzi. Jest nas tysiąc, a było kilkanaście razy więcej. Jak mamy się rozmnażać, skoro ciągle jesteśmy zagrożonym gatunkiem?

No tak. Wygląda na to, że nawet wśród gadów występuje instynkt macierzyński, czy jak to nazwać. Może i rozumiała działania smoków, ale męczyło ją, iż od pewnego czasu jest traktowana jak rzecz.

-Nie jestem rzeczą! -Wygarnęła.

-Nikt tak nie twierdzi…

-Ależ wręcz przeciwnie! Każecie mi robić czegoś, czego nie wiem, czy chcę, chcecie bym była taka i owaka, a Kosashi wziął mnie jak rzecz! Gdzie jest podmiotowość, ja się pytam?! Dlaczego, dlaczego nie mogę być z George’m?! -Ni z tego, ni z owego, Agafe rozpłakała się i padła na kolana.

Minęła dłuższa chwila, nim się uspokoiła, ale na jej twarzy nie było widać ani odrobiny uśmiechu.

-Jeśli jesteś dla nas naprawdę świetnym darem -stwierdził Nirgiz -to i tak do nas wrócisz, zatęsknisz. Mogę cię zawieźć do krainy ludzi, byś zobaczyła, jak się tam żyje. Po pięciu dniach wrócę i zdecydujesz coś to cóż, wezwiemy Kosashiego i powiemy mu, jak sprawa się ma.

Dotarło do niej, że te gady mają dobre serce. Chcą pokoju i gdy tylko mogą, dają szczęście. To, że jest… że traktuje się ją jak rzecz, to wina tylko jednego człowieka: Kosashiego. To jego powinna nienawidzić, na nim powinna się wyżywać.

-Niech będzie. -Odpowiedziała, wstając.

Spojrzała na grzbiet smoka i nieporadnie się zaczęła na niego wpinać. Gdy już tego dokonała, stwierdziła, że nie ma czego się trzymać. Założyła więc, że skoro skóra smoka jest lepka i się przykleja, to właśnie po to, by towar… ona nie spadła.

Wystartowali. Na początku dość wolno mijali czerwone skały na ziemi, jednak po dwóch minutach stworzenie rozpędziło się na tyle, by Agafe nie była w stanie dostrzec jakiegokolwiek sensownego widoku, który się pod nią roztaczał. Może to i lepiej, mniej będzie tęsknić za Nirgizem?

Nim się spostrzegła, lądowali już na pustej ziemi, wokół której stały drzewa. Kobieta zeszła ze stworzenia i poczęła rozglądać się wokoło.

-Niedaleko jest jakieś miasto, w którym są ludzie. -Powiedział smok. -Do zobaczenia za pięć dni!

Odsunęła się od niego na tyle, aby Nirgiz mógł wlecieć w powietrze. Obserwując jego odejście, stwierdziła, że w tym miejscu niebo jest błękitne. Chyba tylko w krainie smoków jest całkowicie inaczej, pomyślała. Ruszyła przed siebie.

Nie powiedziano jej, którędy ma iść. Szła więc w pierwszym lepszym kierunku, jaki sobie wymyśliła. Mijała drzewa, od czasu do czasu jakieś stworzenie przebiegało tuż przed jej nosem. W końcu zmęczyła się spacerem i postanowiła usiąść na chwilę. Zdążyła spostrzec, iż niebo zrobiło się ciemniejsze. Zastanawiała się, czy nie idzie w kompletnie złym kierunku, czy też po prostu jest pora zachodu słońca.

Usiadła i zamierzała oprzeć się o pień drzewa, ale to drzewo przez swe gałęzie chwyciło ją za ręce. Zaczęła wrzeszczeć i wyrywać się, lecz roślina jeszcze bardziej ją sznurowała i podnosiła do góry. Ostatecznie znalazła się nad drzewem. Wisiała przerażona pod czarnym niebem.

-Ratunku! -Wrzasnęła. Wiedziała, że to beznadziejne. I prawdopodobnie za chwilę umrze. Zamarła, gdy poczuła na plecach lekkie muśnięcia gałęzi. Chciało jej się ryczeć, ale tym mogła tylko pogorszyć swoją sytuację. Za to głośno bijącego serca nie umiała już uspokoić.

Wrzasnęła, gdy poczuła, jak coś się w nią wbija. A potem zalała ją fala ciemności.

1

Pierwszym widokiem było słońce na nieboskłonie. Podniosła rękę w górę i ujrzała czerwone paznokcie. Zmarszczyła brwi, bo nie pamiętała, by przed Kosashim robiła sobie manicure. Wokół niej roztaczał się las i polana. Usiadła. Czuła się głodna i spragniona, ale przede wszystkim pijana. Pijana czymś, czego nie umiała nazwać, bo tego wcześniej po prostu nie znała.

Najgorsze, że nie miała bladego pojęcia, ile czasu upłynęło. Przynajmniej noc… Nagle usłyszała znajome chrząknięcia wydawane przez smoka. Wstała i zobaczyła, jak czarny smok przechodzi obok drzew, lekko szurając.

-Gratuluję -rzekł -wybrałaś drzewo magii.

Na moment ją zatkało, a później spytała:

-Jak drzewo magii? Ile już minęło?

-Dziś jest dzień twojej decyzji, Agafe… A drzewo magii, cóż, jest to drzewo, które, jeśli się do niego przytulisz, obdarzy cię mocą. Miałaś ogromne szczęście, że na nie trafiłaś.

-Taki las… Ale ja się dopiero obudziłam i…

-Z tego lasu nie ma szans, byś dotarła do ludzkiej mieściny. Miałaś tu być i uzyskać jakąś rzecz, która umocni twoją pozycję naszej władczyni.

-Oszukałeś mnie!

-Owszem, trochę. Jesteś darem i my ten dar wykorzystamy.

-Nie jestem rzeczą!

-Powiedz to Kosashiemu.

Zamilkła.

-Chcę wrócić! -Krzyknęła.

-Przykro mi, ale to niemożliwe. -Usłyszała za sobą znajomy głos. Odwróciła się i zobaczyła jego: błękitnookiego nieprzyjaciela Anioła, tego, który wpakował ją w te problemy.

-Nie jestem rzeczą! -Wygarnęła.

-I jak rozumiem, nie zrobisz tego, o co cię proszę.

-Nie!

-Biedny George, on cię tak bardzo kocha…

-Co mu zrobiłeś?!

-Delikatnie mówiąc, poddaję go w tej chwili próbie. Po wszystkim sprawdzimy, czy nie ześwirował…

-Co mu robisz?!

-Chodź, to ci pokażę. -Uśmiechnął się jadowicie. Wyciągnął przed siebie rękę. Kobieta niepewnie wzięła ją.

Smok zobaczył, jak dwie postacie znikają i westchnął. Cóż, poczeka…

Ciemność zmieszała się z oślepiającym blaskiem ognia. Zmrużyła oczy.

-Gdzie jesteśmy? -Spytała.

-Witamy w piekle! -Padła odpowiedź. -A dokładniej w jego ognistej krainie.

Zrobili parę kroków, po których zobaczyli zwinięte w kłębek postacie. Było ich dużo – ale jedna z nich leżała nad brzegiem legowiska i wyglądała znajomo. Agafe niemal pobiegła do George’a, który sprawiał wrażenie nieprzytomnego i skręconego z bólu. Na jego ciele pływały żółte płomyki.

-Co do cholery -wybąkała.

-Dotknij.

Bała się, ale zrobiła to. Poparzyła się.

-Tak więc -nie czekając na jej sensowną reakcję, dotknął ją i zniknęli z tego miejsca grozy. Znów znaleźli się w lesie, przy Nirgizu, który znudzony wpatrywał się w niebo. -Tak więc, moja droga, jeśli chcesz go tak zostawić, twoja sprawa.

-A poza tym coś mi grozi? -Spytała, próbując ogarnąć sytuację. Za dużo naraz się działo.

-Hmmm, pomyślmy. Smoki cię uwiężą w skale aż zmądrzejesz? Albo ludzie się zorientują, że masz magię bez pozwolenia i zechcą cię zabić? Które rozwiązanie jest lepsze?

Westchnęła ciężko. Niezależnie od tego, czy chciała, czy nie, czy miała, czy nie wyrzuty sumienia przez George’a, została postawiona na przegranej pozycji. Jakby kazano jej stać nad przepaścią i z tyłu przyłożono do jej głowy pistolet.

Była głodna…

-Niech wam będzie, ale masz uwolnić George’a! -Zażądała.

-Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. -Rzekł Kosashi, robiąc dworski ukłon, po czym zniknął.

-Ech -westchnęła ciężko. Słabo jej się zrobiło. Smok zaniepokoił się. -Głodna jestem.

-A zatem wsiądź na mój grzbiet. Zawiozę cię do twego pokarmu.

Tak uczyniła. Tym razem nawet nie próbowała podejrzeć wspaniałych widoków, tylko położyła się na grzbiecie stwora i zamknęła oczy. Było jej tak niedobrze i słabo… Jeśli szybko nie znajdzie posiłku, to naprawdę będzie w niewesołej sytuacji. Pozwoliła ulecieć myślom.

Chyba straciła przytomność. Otworzyła oczy dopiero wtedy, kiedy coś ją szturchnęło w plecy. Pierwszą rzeczą, którą ujrzała była ogromna karczma z nazwą „Zatruty orzeł”. Nie miała pojęcia, kto mógłby jeść w tak okropnie nazwanym miejscu, ale w tej chwili było jej to zupełnie obojętne.

Zeszła ze smoka i już miała odejść, gdy w pewnej chwili zorientowała się, iż nie ma pieniędzy.

-Kasa -rzekła -nie mam pieniędzy.

-Zdobądź inaczej jedzenie. -Zaproponował Nirgiz.

-Jeszcze czego -mruknęła władczyni smoków i ruszyła w stronę budynku.

Gdy tylko postawiła swe stopy na podłodze w „Zatrutym orle” wszystkie oczy w pomieszczeniu zwróciły się ku niej.

-Zapraszamy! -Rzucił barman za ladą. -Dla władczyni smoków wszystko!

Agafe podeszła do baru i spytała:

-Za co?

-Za przysługę! Tylko małą, drobną przysłudzeczkę, a żarcie darmo!

Kobieta podrapała się po głowie, po czym rzekła:

-Podajcie co macie dobrego, a później… Później zobaczymy.

Dali jej mięso oblane sosem grzybowym i lampkę wina. Gdy zaspokoiła głód, mogła już spokojnie zastanowić się nad swoją sytuacją. Po pierwsze, skąd tutejsi wiedzieli, że ma być… Jest władczynią smoków? Co to oznaczało? Jaki interes ma barman?

-A więc, władczyni smoków -rzekł karczmarz -muszę cię prosić, żebyś nas uwolniła od pewnego stwora.

-Jakiego?

-Demona, co wypija krew! -Krzyknął barman. W lokalu zaszumiało od rozgorączkowanych rozmów.

-Wampira?

-Nie! Kobieto, wampir nie wychodzi w dzień! A ten tu nie tylko to robi, ale także jest czarny!

-Może murzyn wampir?

-Co to murzyn?

Tym razem to ją zamurowało. Owszem, znajduje się w ludzkim świecie, ale czy to ma oznaczać, że w każdej ludzkiej krainie są Azjaci, murzyni, biali, czerwoni, etc.? Widocznie nie.

-Nieważne -rzekła. -I co ja mam z nim zrobić?

-Znaleźć i zabić!

W karczmie rozległa się pełna poparcia wrzawa. „Tak!”, skandowali ludziska przy stolikach. Ta sytuacja… Agafe czuła, jak ta sytuacja zaczyna ją lekko przerastać. Jeszcze niedawno była miłą, potulną studentką pedagogiki, a teraz nagle ma walczyć z czymś nieznanym, w dodatku nie mając za krzty umiejętności walki wręcz? Zadrżała, przełknęła głośno ślinę i zapytała:

-A mogłabym się zastanowić?

W pomieszczeniu zapadła niemal grobowa cisza. Czuła, że popełniła okropną gafę. Na swoje usprawiedliwienie miała tylko tyle, że nie znała kompletnie zasad tutejszego życia.

-Dziękuję za posiłek -powiedziała -ale zupełnie nie wiem, jak wam pomóc.

-Jak nie?! -Wrzasnął barman. -W końcu jesteś władczynią smoków!

-Ale od niedawna i nie umiem się posługiwać magią…

-OSZUSTKA!!!!! -Ryknął karczmarz. -WYNOCHA!!!!

Ludzie zaczęli podnosić pięści do góry. Dłuższe rozglądanie się nie miało sensu – wstała i zaczęła biec w stronę wyjścia. Niektórzy rzucali w nią resztkami jedzenia. Gdy tylko znalazła się na zewnątrz, sytuacja się uspokoiła, ale ona nawet tego nie zauważyła; podbiegła do swego czarnego smoka, wdrapała się na niego i rzekła:

-Leć!

-Co zrobiłaś? -Chciało wiedzieć stworzenie, wznosząc się w górę.

-Odmówiłam zapłaty za posiłek.

-Podoba mi się! Masz charakterek!

W dodatku o taki charakter nie podejrzewała siebie. Zwykle na uczelni była przyjaźnie nastawioną osobą, która ciągle przyklaskuje cudzym posunięciom… Ale skoro została wystawiona na ten świat, to może w końcu nareszcie nastał czas zmian? Odnowy? Żeby się nauczyła walczyć o siebie!

Ale to, co zrobiła było raczej wyrazem jej ostatnio tłumionego tchórzostwa; raczej mieszkańcy tego miasteczka nie zapamiętają ją pozytywnie, a zdaje się, że to o dobrą opinię chodziło smokom…

Znów znaleźli się nad czerwoną krainą. Czerwone skały rozciągały się na kilometry; na nieboskłonie takiegoż koloru świeciły gwiazdy. Musiała przyznać, że co jak co, ale krajobrazy tu miała pierwszej klasy.

Stanęli na ziemi. Zeszła z Nirgiza i westchnęła ciężko.

-Raczej nie będziecie mieli przeze mnie dobrej opinii -rzekła.

-Ale przynajmniej masz charakterek.

Za jej plecami rozległo się klaskanie, a gdy odwróciła się napięcie, zobaczyła znienawidzoną przez siebie postać.

-Brawo! -Rzekł Kosashi, podchodząc do niej. Przestał szpanować swymi dłońmi. -W ten sposób czynisz swoją decyzję zostania władczynią smoków beznadziejnie głupią.

-Uratowanie George’a nazywasz głupie?! -Krzyknęła z oburzeniem. Miała ochotę przywalić wrogowi.

-Oczywiście. Facet na to nie zasługuje. -Uśmiechnął się. -Ale ja byłbym właściwym wyborem.

-Spierdalaj!

Uderzył ją pięścią w prawy policzek. Nieomal upadła.

-Uważaj, co mówisz -powiedział spokojnie. -Bo przez takie właśnie drobiazgi możesz sobie narobić dużo biedy.

-Nie jesteś moim panem -odparowała, zachowując równowagę.

-Ależ jestem. Przecież to dlatego traktuję was i wszystko dookoła jak rzeczy, prawda? Jak inaczej mogę pokazywać władzę? I cóż… George mówił, jakaż z ciebie wspaniała, ciepła, pogodna osóbka… mylił się chyba co do ciebie.

-Ale to mój… -Urwała.

Co mój? Ukochany? Czy naprawdę go kochała? Ostatnio kierowała się wyrzutami sumienia i pragnieniem życia. Więc może są tylko przyjaciółmi? Za bardzo za nim nie umierała z tęsknoty…

Kosashi się roześmiał.

-W każdym razie -rzekł -narobiłaś sobie dziś niezłego bigosu. Świat cię znienawidzi. Cóż… Może bardziej byś się nadawała na demona…

-Przestań! Ja naprawdę nie wiem, jak mam z tym ustrojstwem walczyć! Wszyscy czegoś ode mnie chcą, ale ja nie umiem! Nie znam żadnego zaklęcia, nie wiem, jak to zrobić, żadnych karate!

-Biedna, mała, porzucona dziewczynka… Powiedz coś jeszcze, twe słowa są dla mnie jak dotyk jedwabiu.

Nienawidzę go, pomyślała. Tak chciałabym go zabić. Milczała.

-Cóż -rzekł. -Mam propozycję nie do odrzucenia… Nauczę cię wszystkiego, czego potrzebujesz, jeśli będziesz na moich usługach.

-Chciałbyś. -Odpowiedziała. -Nie jestem rzeczą i nie pozwalam się tak traktować!

-A zatem poczekam, aż cię ukamieniują i trafisz do piekła. Ciao! -Po tych słowach zniknął.

Tylko cisza miała w sobie pełno napięcia. Agafe spojrzała na swego czarnego towarzysza i spytała:

-Gdzie mogłabym się nauczyć posługiwać magią?

-W Krainie Samotności. -Odparł smok. -Ale cena… Ceną jest samotność przez…

-Dupa z tym, lecimy!

-Jesteś pewna? Raz powziętej decyzji nie można zmienić.

-Jestem samotna, więc nie marudź!

Jest samotna, ale w tej chwili, mając za partnera Nirgiza tego tak bardzo nie odczuwała. Najwyraźniej później będzie się zastanawiała nad tym problemem.

Polecieli tak wysoko, że zamiast obrazów tego świata widziała białe chmury pod sobą. Nie przeszkadzało jej to. Zapewne ma przed sobą całe życie, a skoro tak, to zdąży sobie pooglądać niecodzienne rzeczy.

Nie wiedziała, ile czasu upłynęło, nim smok obniżył swój lot. Wyszli z białego kłębowiska i ujrzeli ogromny zamek żółtego koloru. Zajęła się liczeniem wież: jedna, druga, czternasta… Ogromem swym zadziwiał i skłaniał do refleksji nad kosztami budowy. Ten wspaniały twór, który dnia niej zdawał się być budowlą gotycką, miał wielkość ogromnego miasta. Potwierdzało się to za każdym razem, gdy stwór zbliżał się do niego: poszczególne elementy już nie były klockami z dywanu, lecz stały się potężną rzeczą, w której raczej mało jest zabawy.

Wylądowali. Gdy tylko Agafe zeszła na twardy grunt ziemi, z pobliskiej wieży wyszedł niski i gruby mężczyzna o łysej głowie. Miał na sobie coś, co wyglądało jak ciemnoniebieska koszula nocna. W prawej dłoni trzymał czarne berło zakończone trupią czaszką.

-Witaj -rzekł nieznajomy. -Z czym do nas przybywa władczyni smoków?

Zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. Znów to samo: skąd oni wszyscy wiedzieli, kim jest?

-Z prośbą. -Odpowiedziała. Miała nadzieję, że nie powinna dodawać „panie”, bo nie miała ochoty się uniżać. A co, skoro już tu jest, to niech ma jak najwięcej korzyści z imprezy. -Chciałabym, aby ktoś mnie nauczył walki z magią, żebym miała oparcie w swych… misjach. -Zmarszczyła brwi. Zdała sobie sprawę, że władczyni smoków jest nazywana tak nie tylko przez to, że te gady chciały jej służyć, ale także przez to, że broni ludzkich istot.

-Uczyć cię, pani, magii? -Mężczyzna wyglądał na naprawdę zdumionego. -Ależ to nie do pomyślenia! -To powiedziawszy, ryknął śmiechem. Gdy się uspokoił, spojrzał na czarnego gada i rzekł: -Nirgiz, możesz wracać do domu. Kiedy będzie po wszystkim to wezwiemy cię po twą panią.

Smok skinął głową i bez słowa wzleciał w górę, tak szybko, jakby był tylko złudzeniem.

-Chodź ze mną. -Powiedział gospodarz zamczyska. -Jestem Slavir, pan tego zamku.

Weszli do wieży, gdzie otoczyło ich pełno obrazów namalowanych na ścianach. Tuż przed sobą mieli wąskie schody o małych stopniach, a droga na górę była spora: według obliczeń kobiety, musieli przejść ze cztery piętra zwykłego bloku. Gdy znaleźli się na stopniach, Slavir zapytał:

-A jak ciebie zwą?

-Agafe. -Odpowiedziała. -Mam jeszcze nazwisko, ale nie sądzę, by ono tu miało jakieś znaczenie.

-Ach, nazwiska mają znaczenie i to ogromne. Pozwalają na stwierdzenie, czy ktoś jest zamożnym, czy nie. Ale może w twoim wypadku faktycznie jest to nieważne, bo podejrzewam, że smoki nie wybrały cię ze względu na nieumiejętność posługiwania się swym darem.

-Darem? -Mruknęła gniewnie. -Żeby go zdobyć, musiałam przeżyć istny koszmar na drzewie!

Władca zamku roześmiał się. Czemu go to tak bardzo rozpogadzało?

Milczeli. Gdy w końcu znaleźli się na górze, pachnieli potem od wysiłku. Przeszli z rysunkowego pomieszczenia wieży do salonu o purpurowych ścianach, przy których stało kilkadziesiąt półek z książkami. Pośrodku tego miejsca ustawiono dwa fotele i jeden, mały, okrągły stół z mahoniu. Meble miały ten sam kolor.

Usiedli.

-Cóż -rzekł Slavir. -W naszej historii zdarzyło się kilka razy, że zjawili się u nas ludzie z Nudnego Świata. Podejrzewam, że stamtąd pochodzisz, bo kompletnie nie wiesz, o czym gadam, a widzę to po twej twarzy. Jest u was jakaś magia?

-Wróżki, jakieś jasnowidze, ale raczej mało ludzi w to wierzy…

-Nie ma prawdziwej magii! -Ofuknął ją. -Magia istnieje tylko w naszym wspaniałym świecie, zwanym Kramem. Tak, wiem, w Nudnym Świecie świat jest nazywany po prostu światem i nic ciekawego tam nie ma. Ale cóż… Teraz, twoja sytuacja jest następująca: z jakiegoś powodu smoki ciebie wybrały i z jakiegoś powodu musisz nauczyć się nie tylko magii, ale także walki. Problem w tym, że moje usługi są płatne.

-Przysługa za przysługę, jak mniemam?

-Otóż to, już zaczaiłaś zasady…

-Przez przypadek, odmówiłam współpracy z mieszkańcami czegoś, co chce zwalczyć murzyńskiego wampira.

Slavir mimo woli się roześmiał. Żeby demon był w ten sposób nazywany, to jeszcze nie słyszał!

-Czego chcesz? -Przerwała mu Agafe.

-Cena za umiejętność walki będzie prosta, władczyni smoków: musisz mi opowiedzieć swoją historię od A do Z. Ciekawy jestem, nudno tu, a ja jeszcze szukam jakiegoś towarzystwa. Jeśli chodzi o magię, to cóż…Musisz oddać mi jednego ze smoków.

Wiedziała, że gady są żywymi stworzeniami, ale czy przypadkiem nie na zasadzie zwierząt domowych w jej świecie? A nawet jeśli nie, to co jej zrobią? I jeszcze jedno pytanie: skąd miała wiedzieć, czy coś przystoi, czy też nie? Westchnęła ciężko. A ma jakiś inny wybór? Najprościej w świecie było zapytać o to.

-A mam jakiś inny wybór?

Tylko się nie śmiej, poprosiła w myślach Agafe. Niestety, Slavir zrobił to, czego tak bardzo nie chciała. Mimo że to była tylko chwila, jej wydała się całą wiecznością. W końcu mężczyzna się uspokoił i odpowiedział:

-I tak, i nie. Możesz mi dać coś innego, ale równie cennego. Lecz nie wiesz, co ma tę samą wartość, co smok i raczej nie spodziewam się, że ufasz mym słowom.

A tak, stwierdziła kobieta. Zapomniałam o tym, że naiwność i zaufanie raczej nie wchodzą w grę dla osoby tak… Agresywnej? Wojowniczej? Jak określić to, kim się postanowiła stać?

-To bez znaczenia. -Odpowiedziała. -Jedynym problemem jest to, że w zasadzie masz rację co do wartości… A zatem, wybierz sobie smoka, tylko nie Nirgiza.

-Hm, cóż. Dobrze, niech będzie Aleander. Pewnie nie wiesz, który to, ale na dźwięk swego imienia powinien przylecieć. Nie zamierzam ci ułatwiać spraw w tym świecie, Agafe, bo to nie moja działka. Poza tym, gdybyś wiedziała wszystko, może byłoby dla ciebie nudno. A więc… A więc zostaje tylko jedna rzecz, władczyni: twa historia.

Zaburczało jej w brzuchu.

Mężczyzna klasnął w dłonie. Na stole pojawił się talerz brokuł i kubek z herbatą.

-Jedzenie gratis. -Rzekł. -A teraz słucham panią.

Nie wiedziała, co powiedzieć, a najwyraźniej z tego zadania nie mogła się w żaden sposób wycofać. Który to już raz, kiedy ktoś każe jej coś zrobić, stawiając ją w sytuacji bez wyjścia? Trzeci?

-A co chcesz wiedzieć? -Spytała.

-To, jak do tego doszło, że tu trafiłaś.

Chyba nadszedł czas, aby się nad tym zastanowiła. Szczerze, sama miała słabe pojęcie o tym, jak doprowadzono ją do tej sytuacji. Z całą pewnością jednak bez poznania George’a nie byłoby to możliwe.

-Ja… -Zaczęła. -Po prostu pewnego dnia na studiach poznałam George’a.

-Anioła, jak mniemam. -Skomentował. -To wiele wyjaśnia. I w zasadzie zamyka całą historię.

Anioła? Jakiego znowu Anioła? Tak, wiedziała, że nie jest normalnym władanie mocami nadprzyrodzonymi, ale przecież skądś się one wzięły w ludzkiej wyobraźni. I dlaczego jedno zdanie miałoby wyjaśniać wszystko?

-Nie rozumiem. -Odpowiedziała. -Jak wyjaśnia wszystko?

-A nie powiem. -Uśmiechnął się chytrze. -To jednak nie oznacza, że masz przestać mielić jęzorem.

-Więc sytuacja wyglądała tak… -Wzięła do ust pierwszą brokułę. Nie przepadała za tym typem jedzenia, ale nic innego nie było w najbliższej okolicy. -Że ja byłam na trzecim roku i…. -I nagle zalała ją fala wspomnień: -I miałam problemy z uczelnią, robiła mi świństwo za świństwo, a George’a spotkałam w ławce w parku, kiedy tam siedziałam i płakałam za swoją niedolą, i on powiedział, że mi pomoże…

W tym momencie Slavir wybuchnął śmiechem.

-To ci dopiero! -Rzucił. -I co, jesteś mu wdzięczna za bycie w Kramie?

-Nie, nie wiem. -Odpowiedziała bez namysłu. -Może i to lepiej, może nie, ale na Nudnym Świecie miałam dość chamstwa i niejasnych zasad i tego całego kierunku.

-A co studiowałaś?

-Pedagogikę i wcale się z tego nie cieszę, bo ja nie przepadam za dziećmi i w ogóle nie wiem, dlaczego to gówno mnie tak… wciągnęło! Prawie nikt, kogo znam, nie powie, że pedagogika to dobry kierunek!

-No dobrze, nie nudź już. -Wyraźnie powstrzymał się od śmiechu. -Mów dalej.

-No więc to było tak, że ja siedziałam na tej ławce i płakałam i byłam wściekła na cały świat, a on po prostu podszedł do mnie i spytał: „w czymś pomóc?”. I to było piękne i ja… mnie to zaskoczyło, oniemiło… Oniemie… Onie…

-Dobra, dobra, oniecośtam, co dalej?

-I odpowiedziałam mu, że uczelnia mnie wychujała i mam tego dosyć i stąd znikam, i rzucam tę śmieszną budę i w ogóle…

-Wychujałaś? Tak mu po prostu powiedziałaś? -Zaskoczenie gospodarza było autentyczne.

-Wściekłość nie wkłada miłych słów do ust. -Zmarszczyła brwi i zaczęła się zastanawiać, czy to czyjś cytat, czy to ona sama go wymyśliła. Wyrzuciła sobie, że jak bardzo by to zdanie było genialne, nie oznacza to jeszcze, że ona taka jest. -W każdym razie, on też był studentem, ale zupełnie czego innego, bo pracy socjalnej i miał dobre serce, no i zaczęliśmy znajomość.

Urwała. Sielanka była długa, bo trwała z pół roku. A później…

-Ta znajomość dość długo trwała i była piękna… Ale nie wiem, czy to miłość, czy co… Ale później Kosashi się wtrącił na takiej zasadzie, że mnie po prostu złapał na mieście i powiedział, żebym z nim poszła do jakiegoś najbliższego lasu. Nie zgodziłam się, bo go nie znałam, obcy facet, myślę sobie, czego on chce, przecież to nie dworzec…

-Dworzec?

-Dworce w Nudnym Świecie gromadzą wyrzutków społeczeństwa i całą patologię oraz czasami bogaci tam chodzą do prostytutek.

-Ach, kontynuuj o Kosashim.

-No i nie zgodziłam się, to on coś zrobił i nie pamiętam co, bo straciłam przytomność. Obudziłam się w Kramie.

-Cóż to za piękna historia! -Podsumował Slavir. -A więc, moja droga… Twoja obietnica została spełniona, a teraz ja muszę swego przyrzeczenia dopełnić.

Wstał, klasnął w dłonie. Po prawej i lewej stronie stolika, na podłodze, pojawiły się złote puchary wypełnione białym płynem i nie sprawiało wrażenia mleka albo wina.

-Co to? -Spytałam.

-Jeden to magia, drugi to walka. Wypij je.

Wstała i zajrzała do jednego z kielichów. Nie musiała się schylać, bo były to wysokie i ogromne nawet naczynia: rączka z metr, a wnętrze mogło i chyba nawet to robiło, pomieścić ze dwa litry napoju. Podeszła do drugiego i stwierdziła, że w obu jest po tyle samo trunku.

-Jak ja mam tyle wypić?! -Oburzyła się.

-Nie wiem, twój problem.

Bez słowa wyszedł z gabinetu, pozostawiając samą sobie władczynię smoków. Ta przez chwilę stała, pogrążona w zamyśleniu. Jakie jest prawdopodobieństwo, że dzięki jakiemuś napojowi nauczy się posługiwać zarówno magią, jak i walką? W Nudnym Świecie było to niemożliwe, a jednak… Wiele tutejszych rzeczy takie było. Może nie jest oszukiwana i śmierć jej nie grozi? Tak, czy inaczej – za bardzo nie miała wyboru, bo tylko spróbowanie pokaże, jak jest naprawdę.

W kubku, który stał na stole znajdowała się herbata. Bez wahania wylała ją na podłogę i zanurzyła naczynie w białej cieczy. Moment wahania, który jakimś cudem zwalczyła i wypiła wszystko jednym haustem. Napój smakował jak sok z brzoskwini, jednak jak na ten rodzaj picia, coś było z nim nie tak. Zakręciło jej się lekko w głowie i miała ochotę na jeszcze jedną szklankę. Nagle uświadomiła sobie, dlaczego – chciała CAŁOŚCI. Całości czegoś wspaniałego. Napiła się drugiej szklanki trunku.

Wypij całość -odezwał jej się w głowie jedwabisty głos. -A przestaniesz być pijana.

Agafe bardziej odczuwała skutki uboczne mlecznobiałego picia jako wariowanie, niż upijanie się, ale i skoro nic jej nie zabija… Łyknęła trzecią, czwartą i ostatnią szklankę brzoskwiniowego smakołyku.

-Brawo -znów odezwał się ten głos. -Ja jestem Lidia i znam się na magii, jak nikt. Mogę ci przekazywać wiedzę w razie potrzeby, ale raczej sama już będziesz wiedzieć, jak zrobić, żeby coś narobić, bo moja i twoja wiedza, Agafe, są połączone.

-A skąd pewność, że nie zwariowałam?

-A spróbuj usmażyć te drzwi!

Wiedziała, o które chodzi – o wyjściowe. Wystawiła przed siebie otwartą dłoń, zamknęła i znów ją otwarła. Z jej wnętrza wyleciał promień ognia, który strzelił prosto w wejście i je spalił na popiół.

-A tak przy okazji, co podarowałaś temu sukinsynowi?

-Aleandra i opowieść o tym, jak się tu znalazłam.

-Cóż, współczuję smokowi. Ale nie wiedziałaś o tym, że on go zabije, zje, a niejadalne części wywiesi jako ozdobę…

Władczyni smoków poczuła ogromne wyrzuty sumienia ze swego czynu.

-Ty… -Jęknęła -nie żartujesz?

-Osoby w mojej postaci zostały poddane kwarantannie kłamstwa i jeśli ją złamią, to ich dusza zostanie zamordowana.

-No, dobrze… -Urwała. -A jedyny sposób, by do tego nie doszło, to…

-Zamordowanie go!

-Zamordowanie?

-Tak!

Agafe zamilkła; wprawdzie chciała być suką, ale nie sądziła, że jest zdolna do zabijania jakiegoś człowieka. A jednak, musiała coś zrobić, aby Aleandrowi nic się nie stało.

-Proszę! -Jęknęła Lidia. -Proszę!

-No, dobrze… -Zgodziła się niechętnie.

Wszak na tym świecie było zupełnie inaczej, niż w krainie, w której wcześniej żyła. Nie oznaczało to, że ma nie mieć wyrzutów sumienia po skrzywdzeniu kogoś, ale z drugiej strony… Życie Slavira albo Aleandra. Stawka w tym przypadku była jasna, a kto tu się bardziej liczył? Uświadomiła sobie, że jako władczyni smoków, powinna przede wszystkim bronić swoich przyjaciół gadów. A zatem…

-Pomścisz mnie! -Podsumowała brutalnie osoba w jej głosie.

-Pomszczę?

Nie musiała dostawać słownej odpowiedzi, żeby wiedzieć, iż Slavir wpakował Lidię do lochu i zagłodził ją na śmierć. Tym samym niechęć do tego niepozornego mężczyzny w niej wzrosła. Podeszła do drugiego kielicha i napełniła kubek.

-Nie rób tego -ostrzegła Lidia. -Proszę!

-Dlaczego?

-Bo sprowadzisz na siebie nie tylko mnie! Twoja głowa może tego nie wytrzymać!

Trudno. Musiała zwiększyć swe szansę w potyczce ze Slavirem; machnęła ramionami i wypiła kubek po kubku. Przy drugim pojawił się w jej głowie kolejny, tym razem męski głos:

-Ukatrupię tego skurwiela!

-Kim jesteś? -Spytała Agafe.

-Diamond. -Odparł. -I zabiję tego skurwiela!

Kolejna osoba, którą władca Krainy Samotności się pozbył w brutalny sposób. Czuła w sobie złość dwóch osób i sama zaczynała ją odczuwać, jako, że jednemu z jej smoków groziło niebezpieczeństwo. Wyglądało na to, że zamierza się zamyślić, gdy usłyszała przeraźliwy skrzek zza okna. Wyjrzała z niego i zobaczyła ciemnobrązowego gada, który próbował uwolnić się z siatki. Bez wahania Agafe zeskoczyła z otworu w wieży i powoli zaczęła lądować na ziemi.

-Przestań! -Ryknęła. Nikt nie wiedział, do kogo to słowo było skierowane, jednakże zwierzę trochę się uspokoiło. Zaczęła się powoli przechadzać wokół czegoś, co więziło smoka i doszła do wniosku, że wie, jak go uwolnić. Wyciągnęła przed siebie rękę i gada otoczył ogień, co umożliwiło mu wzniesienie się i wlot w chmury.

-Co zrobiłaś?! -Ryknął Slavir, zjawiając się za plecami władczyni smoków.

-To, co powinnam. -Odrzekła, zwracając się w jego stronę.

-Złamałaś umowę!

-Ja? Nie, kochany. Ja tylko uratowałam życie smokowi, bo niczego ci nie obiecywałam, skurwielu!

Stał oniemiały. To niemożliwe, aby to była Agafe. Chyba, że… Przełknął głośno ślinę. Stało się najgorsze, co mogło się stać po wypiciu napoju, które jej podał.

-NIRGIZ! -Ryknęła kobieta. Powoli zaczynała się unosić w powietrzu. Minęła chwila, nim smok się zjawił. Zdziwił się; coś nauka za szybko trwała, ale przynajmniej odniosła pewien skutek.

Ale jakim kosztem?

Władczyni usiadła na grzbiecie zwierzęcia i pofrunęli w siną dal.

2

Stała na czerwonej ziemi w samotności. Wpatrywała się w niebo i zastanawiała się, w jaki sposób się tu znalazła. Któryś ze smoków stwierdził, że Nirgiz ją tu przywiózł. Odczuwała też wdzięczność Aleandra za uratowanie mu życia, chociaż nie miała pojęcia, jaki był związek tego wydarzenia z jej osobą.

-Tracę zmysły -rzekła.

Odpowiedziała jej cisza. Potarła czoło, siadła na ziemi, która okazała się być przyjemnie ciepła i zaczęła przypominać sobie wszystko, co pamięta. Od którego momentu jednak powinna to zrobić? Machnęła ramionami i stwierdziła, że chyba od początku jej przygody z tym dziwnym światem… Czas sobie wszystko ułożyć w głowie po kolei.

Była wcześniej osobą, która chciała mieć jakąś ideę i coś zrobić dla świata i jej kraju. Osoba, jak ona nie wierzyła, iż człowiek jest zdolny do niesamowitych okrucieństw – a dla niej samym okrucieństwem była hipokryzja, jaka rządziła w zawodzie pedagogów. Marzyła o własnej szkole i po dwóch latach studiów z opiekuńczo-wychowawczej była pewna, że jej się uda. Była też gotowa stawić czoła wszelkim nowym wyzwaniom, jakie rzucał jej świat pod jej stopy. Wszak co miała do roboty? Licencjat to dziecinna igraszka z jej zdolnościami literackimi; a sama pedagogika to taki gatunek, w którym nie trzeba się uczyć. Niestety, nagle zrobili jej problem bez powodu. W momencie, gdy myślała, że wszystko ma zaliczone, okazało się, że to nieprawda. Nie dali jej nawet szans na obronę. A uczelnia jasno sobie zażyczyła: oddaj jak najszybciej indeks, bo zostaniesz wykreślona z listy studenckiej! Wtedy powiedziała że ma dość. Ale jeszcze nie do końca się zdecydowała, więc poszła do jednego z najpiękniejszych parków świata – Parku Róż. Kwitnące jeszcze wtedy kwiaty dawały jej nikłą otuchę. Usiadła na ławce i rozpłakała się. Co ma zrobić, co, Boże, ma zrobić?! Droczyła się przez trzy lata z systemem tylko po to, by na końcu on jej powiedział: zwyciężyłem! Fakt, że była ciut niezadowolona ze swego kierunku, ale w ostatnim roku… Nagle zobaczyła światło nadziei. Brutalna rzeczywistość popchnęła ją na ziemię.

I wtedy, niczym prawdziwy anioł, pomógł jej George. Po prostu zauważył, że piękna istota płacze. Podszedł i spytał:

-Przepraszam, stało się coś?

Opowiedziała mu o tutejszej szkole wyższej i o tym, jak byli bliscy wydalenia jej.

-No i nie wiem, co robić -rzekła mu szczerze. -Mam tego dość, niech się uczelnia martwi!

-Pomogę ci. -Odpowiedział zupełnie szczerze, a ona spojrzała na niego ze zdziwieniem.

-Jak?

-Porozmawiam z nimi w twoim imieniu.

-A czy ja sama…

-Ty ich nie przekonasz, mnie może się to udać.

Zaufała mu – być może pod wpływem jego miękkiego głosu, który miał w sobie tyle melodii, tyle uroku… I faktycznie, niedługo po wszystkim rektor chciał się z nią zobaczyć. W obecności George’a. Cała rozmowa rozegrała się w jego gabinecie i prawdopodobnie miała charakter tajny. A dziewczyna kompletnie pojęcia nie miała, w jaki sposób temu mężczyźnie, jakby wyrwanemu ze snu, udało się przekonać władze uczelni, by dali jej święty spokój.

Była mu wdzięczna, tylko nadal nie wiedziała, jak się z nim kontaktować – to on doskonale znał ścieżki dojścia do niej i z nich hojnie korzystał. Wkrótce stali się parą i widziano ich na uczelni.

Agafe, siedząc wśród skał, zachciało się załkać. Tęskniła za nim i co gorsza, pojęcia nie miała, czy Diabeł, jak nazywała w myślach Kosashiego, dotrzymał danego jej słowa… Ale widok Anioła więzionego w ogniu jeszcze jej nie dręczył i czuła, że jeśli szybko się nie dowie, w jakiej George jest sytuacji, to zacznie miewać koszmary. A noc nieubłaganie się zbliżała… a w każdym razie ona czuła się coraz senniejsza.

Lekki powiew wiatru dotknął jej ciała. Położyła się i patrzyła w czerwień nad sobą. Widok uspokajał, chociaż jej zbierało się na tęsknotę za znajomym otoczeniem. Uczucie to pogłębiło się, gdy stwierdziła, że przydałaby się tu czekolada. W sumie…Fajnie by było mieć przy sobie kogoś bliskiego, jak chociażby Marikę. Ale czy teraz było jej gorzej? Nie, podobnie… I na Nudnym Świecie była zmuszona staczać boje z samotnością. Właściwie to chyba było jej lepiej… Nie musiała się męczyć z porąbanym kierunkiem i hipokryzją; ta myśl dodała jej otuchy.

Ziewnęła. Poukładanie sobie tego wszystkiego w głowie mogło zająć trochę czasu. Ale przecież ona miała go pod dostatkiem, prawda? Tylko strasznie chciało jej się spać. Wiedziała, że to miejsce ma swój urok, w którym dobrze się czuła, a mimo to jakoś nie mogła opanować tęsknoty do pewnych osób, z jakimi miała wcześniej styczność.

-Tęsknisz? -Usłyszała za sobą znajomy, męski głos. Odwróciła się napięcie i ujrzała Kosashiego. Mężczyzna miał na sobie czarny garnitur.

-Nie twoja sprawa. -Odpowiedziała lodowato. Czuła w sobie lodowatość w stosunku do tej istoty stojącej przed nią.

-Oczywiście, że nie. -Rzekł spokojnie. -A jednak, moja droga, jesteś moją ofiarą, więc twój stan…

-Odczep się! -Krzyknęła. -Zabiję cię!

Ostatnie zdanie go zaskoczyło – nie treścią, lecz brzmieniem w dosłownym znaczeniu. Głos jakby miał inną, niż zwykle, barwę. Zastanawiał się, czy skądś go kojarzy, ale trudno było dopasować coś znanego do nowo poznanego.

-Przecież ci się tu podoba, Agafe.

-Dla twojej wiadomości, skurwysynie, jestem Lidia! -Skoczyła na niego, a on zdołał się cofnąć i uniknąć ciosu w brzuch. Nie miał czasu głowić się nad tym, co się stało. Walka skończyła się równie nagle, jak się zaczęła: zdołał uderzyć ją prawym sierpowym w twarz. Padła na ziemię, dysząc.

-Świetnie, droga Lidio. -Powiedział. -Zapomniałem, że jesteś wredną suką.

Czy te słowa były na serio? On tego nie wiedział – przeżył tyle, że połowy swego istnienia nie pamiętał. Gdzieś, w jakiś tajemniczych okolicznościach mógł poznać Lidię, która go za coś znienawidziła. Tylko co było tego powodem i czy powinno go to obchodzić?

Nad ziemią, pod krwistym niebem nie rozbrzmiały słowa. Kobieta wpatrywała się w górę, jakby z rozmarzeniem. A może to było coś całkiem innego?

-Wiesz -powiedziała jakby z nutką melancholii -chyba jednak tęsknię za Nudnym Światem…

-A chciałabyś do niego wrócić?

-Może na jakiś czas, aby zobaczyć…

-Jest pewien problem, moja droga, wszystko kosztuje. Chciałbym ci dać to za darmo, ale… Nie takie są zasady tego świata. Ja jestem tu kupcem, więc ofiaruję ci coś w zamian za to… Podwójna oferta, śmieszne, prawda? -Roześmiał się.

-Nie wiem, o co ci chodzi. Umieściłeś mnie w jakimś obcym miejscu i rzekłeś, że powrotu nie ma, a teraz…

-Bo zbliża się czas, kiedy nie powinno ciebie tu być, zwłaszcza na tym etapie rozwoju.

-Zależy ci?! -Wstała. Wyglądała na zbulwersowaną. -ZALEŻY!? Niby jakim cudem, kurwa?!

-Czy rozmawiam ciągle z tą samą, grzeczną dziewczynką, co się zwie Agafe? -Zapytał.

-Tak, a bo co?!

Jeśli zadawał sobie jakiekolwiek pytania odnośnie ostatnich minut, to nie dał po sobie tego znać. Jego twarz nawet nie drgnęła.

-W każdym razie, Agafe, musisz wrócić do Nudnego Świata przynajmniej na jakiś czas.

-A co w zamian?

-Twój George… Pewnie zechciałabyś go zobaczyć?

Przypomniał jej o wątpliwościach, które nagle na nią spadły tego wieczoru. A co, jeśli Kosashi rzeczywiście nie spełnił swej obietnicy? Czy teraz może ją oszukiwać? Czy powinna ufać temu diabłu wcielonemu? Pewnie nie – wszak wpakował ją w kłopoty, zrobił…

-A jaką mam gwarancję, że nie oszukujesz mnie?

-Żadnej nie masz, ale i tak musisz być w Nudnym Świecie w tym momencie.

-Dlaczego?

Ciekawiło ją to, dlaczego upierał się przy tym i właśnie dlatego postanowiła trochę się spierać; wszak nie była zakochana w Marice; ile razy musiała się żegnać z ludźmi? Była do rozstań przyzwyczajona… A to, że człowiek czasem pomyśli o czymś, to jeszcze o niczym nie świadczy. Może lepiej, aby teraz odwiedziła swój dawny świat, niż później tego żałowała?

-Bo tak. -Usłyszała twardą odpowiedź.

-A więc dobrze. Ale najpierw George!

Kosashi wziął władczynię smoków za prawą dłoń i zniknęli z czerwonej krainy. Zjawili się za to tam, gdzie – jak się wydawało – wcześniej ukochany Agafe przebywał w ogniu. Wokoło jednak otaczała pustka.

-Poszukaj go sobie. -Powiedział. I poszedł w górę.

Znów podobna sytuacja: sama sobie, na nieznanym terenie… Podejrzewała, że to może być Piekło, ale skoro tu pełno bieli i niczego nie było, to ona nie wiedziała, czy można to miejsce nazywać w ten sposób.

Ruszyła się. Cieszyła się, że mogła wcześniej pomóc George’owi; teraz wiedziała, że jest dla niej czymś więcej, niż przyjacielem. Tak wcześniej było, jeszcze na Ziemi, ale był to pierwszy poważny związek, z którym miała do czynienia w życiu. A może jedyny? Może mieli się kochać całe swe życie?

Bo niewątpliwie George jako mężczyzna robił wrażenie, a umysł… Miał piękny. Wszystko w nim było takie. I można sobie zadawać pytanie: czy to człowiek czy sen? W świetle tego, co się zdarzyło…

Szła przed siebie. Nie wiedziała, czy dobrze idzie, ale nie zwracała na to uwagi. Ta podróż mogła trwać wiecznie; jej jedyny mógł być wszędzie.

Nie była pewna, czy George to człowiek. Wszak ten tu, bardzo zły Kosashi, skądś musiał się wziąć. Wciąż nie była pewna tylu rzeczy! Mogliby przynajmniej trochę jej powiedzieć, bo ta cała tajemnica to naprawdę nie w porządku rzecz wobec niej.

Postanowiła, że zapyta wprost o dręczące ją sprawy Anioła. Skoro są dla siebie ważni… Przynajmniej miała nadzieję, że nadal zależy mu na niej. Mimo to bała się: a co, jeśli przez ognistą torturę zaczął ją nienawidzić? Przełknęła głośno ślinę i nagle zatrzymała się. Przed sobą miała drewnianą ławkę, na której siedział znajomy mężczyzna. Miał na sobie strój księdza. Wstał.

-Hej! -Powiedziała i podbiegła do niego. Czuła się tym widokiem zaskoczona.

-Hej. -Odpowiedziawszy, uśmiechnął się. -Dziękuję za przerwanie mojej tortury.

-Naprawdę to zrobił, nic ci dalej…

-Tak, jemu można ufać, mimo wszystko.

-George… -Chciała go zapytać o to, kim jest, dlaczego nosi taki dziwny strój, ale głos utknął jej w gardle.

-Tak?

-Ty… czemu nosisz taki strój?

-Dla zmyłki. Wiesz, ile kobiet mnie podrywa? Z takim strojem mam zapewnioną wierność wobec ciebie.

Nie wiedziała, czy w głosie usłyszała nutkę ironii. Nie miała pojęcia, czy to było przeczucie. Zdawała sobie jednak sprawę, że on kłamie. Niepewnie odsunęła się od niego.

-Ty… ty kim jesteś? -Zapytała.

-Człowiekiem. -Odrzekł.

-Nie wierzę! -Wrzasnęła całkiem nieoczekiwanie, nawet jak dla samej siebie. Znów poczuła pełną złość. Hipokryzja! To tego nienawidziła w swoim Nudnym Świecie! Szczerość! To tego pożądała w jej świecie!

-Powiedz mi prawdę. -Zażądała twardo.

-Jestem człowiekiem. -Powiedział spokojnie. -Co nie znaczy, że zawsze nim byłem.

-A kim byłeś przed?

-Aniołem. Gdy ciebie poznawałem, to byłem już człowiekiem.

Tym razem mu uwierzyła; ta historia miała swój sens. Anioł bez skrzydeł? Na ziemi, ot, tak? Czy zatem – skoro już to wiedziała – powinna dalej się dopytywać?

Postanowiła pójść na całość.

-Kochasz mnie jeszcze?

Twarz George’a spoważniała. Co miał jej odpowiedzieć? Z pewnością chciałaby prawdy, ale czy Kosashi tego by chciał? W tej chwili Anioł najmniej się liczył w tej rozgrywce.

-Nie. -Odrzekł lodowato.

Wydawało się, że świat się zawalił. To… to było niemożliwe! Spędzili razem tyle pięknych chwil! Na co dzień wiele słów sobie dawali, a w ostatnich momentach tego związku nawet się pocałowali. A teraz co? Nagle nic? Ona nadal coś do niego czuła, a on… Może to przez te tortury? Zadrżała.

-Przykro mi. -Powiedział. -Ale takie są reguły gry. Idź już, Kosashi czeka.

Niechętnie odwróciła się napięcie i zaczęła się wracać. Szła wolno. Rzeczywistość wydawała jej się ponurym snem, a umysł próbował uporać się z nagłym szokiem ostatniej wiadomości. Nawet nie zauważyła, kiedy dotarła do celu. Po prostu wpadła na demona, odsunęła się gwałtownie i wrzasnęła:

-Ty skurwielu!

-Tak? Dziękuję, a teraz chodź. -Nie czekając na reakcję kobiety, wziął jej dłoń w swoją, po czym zniknęli.

Znała to miejsce. Byli w parku pełnym róż.

-Miłej zabawy. -Rzucił i rozpłynął się w powietrzu. Nawet nie zdążyła zaprotestować, ale w końcu sama chciała takiej sytuacji. Cóż… Może to i lepiej, że się tak stało? Przez styczność ze starym środowiskiem zapomni o nieudanej miłości, swej porażce kolejnej…

Wyszła z parku. Rozglądnęła się po swoim mieście: nic a nic się nie zmieniło… Ale co miało być innego w ciągu paru dni? Machnęła ramionami i podeszła na przystanek, odczekała chwilę, wsiadła do tramwaju – gruchota i podjechała na Wieprzyce. Gdy znalazła się na docelowym osiedlu, poza pojazdem, przeszła przez ulicę, poszła w stronę Dobrej, następnie skręciła w Krzyżową. Parę kroczków i… Była na miejscu. Była w domu!

Zapomniała jednak, że przez to całe zamieszanie zgubiła zarówno torbę, jak i klucz do domu. Zadzwoniła więc.

Zrobiła to, zanim pomyślała. Nie było jej trochę czasu… Prawdopodobnie rodzina się martwi i szuka; będzie chciała wiedzieć, gdzie była. Jak powie prawdę, to uznają ją za wariatkę; jak powie kłamstwo, to mogą to rozpoznać… Ona w końcu nie umiała kłamać. Spróbować jednak było opłacalne.

Z domu wyszedł wysoki mężczyzna o czarnych włosach. Stanął jak wryty i gdy sobie uświadomił, kogo ma przed oczami, podbiegł do furtki ją otworzyć.

Szczęśliwy koniec?

Padli sobie w objęcia. Ojciec wydawał się wzruszony, jakaś łza popłynęła po policzku. Ona czuła się szczęśliwa – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Z wolna ruszyli ku otwartym drzwiom chałupy.

-Gdzie byłaś? -Spytał, gdy już weszli do małego przedpokoju.

-A, gdzieś… W ciemnym miejscu, nie pamiętam… I nie chcę o tym mówić… -Padła odpowiedź, jakby lekko zdenerwowana. Ponadto Agafe czuła się bardzo zmęczona.

-Cieszę się, że jesteś. -Powiedział mężczyzna. -Wszyscy się o ciebie martwiliśmy. Policja nie mogła znaleźć… Boże, te nerwy!

Oni bardzo przeżywali to nagłe rozstanie, ona – miała za sobą masę bajecznych niemal przygód.

-Głodna? -Spytał rodzic.

-Tak.

Po chwili siedząc na kanapie w zielonej kuchni zajadała się czterema kromkami chleba z wędliną i pomidorami. Popijała herbatę – czego jej strasznie brakowało w krainie smoków, czy jak to nazwać. Teraz to wszystko wydawało się snem, czymś nierealnym.

Ziewnęła.

-Jestem okropnie zmęczona -rzekła. -Muszę iść spać…

Jak powiedziała, tak zrobiła. Zasnęła szybko, a był to kamienny sen. Gdy się obudziła, zauważyła godzinę czternastą na jednym z zegarków ściennych w swoim pokoju. Miała ich tu od diabła i trochę; sama nie wiedziała, co ją w nich fascynowało. Śmiała się kiedyś, że po licencjacie pójdzie na kurs jakiś i zostanie zegarmistrzem. A teraz?

A teraz była wypoczęta. Wstała, poszła do kuchni i zrobiła sobie standardowe śniadanie. Miło było znaleźć się w rodzinnym gronie; w znajomych pokojach.

Oczywiście po śniadaniu zasiadła przed swym laptopem, obok którego leżała komórka. Czy ktoś dzwonił? -Zastanowiła się. Zaczęła przeglądać połączenia: babcia, ktoś niezidentyfikowany, Likame… Ta ostatnia pewnie się martwi. Agafe westchnęła ciężko i napisała do niej sms’a: „Jestem już w domu. Wpadaj!”.

Po chwili nadeszła odpowiedź: „Za godzinę będę”.

Co słychać w szarym, ponurym świecie? Weszła na jakiś portal informacyjny i z żenadą stwierdziła, że rząd podwyższyl podatki, na granicy prawa zlikwidował sklepy z dopalaczami, a sam Kaczyński chce wytworzyć nowe województwo z Warszawy. Czyli to, co zwykle: żenada. Dziwić się można tylko, jak ludzie mają do tego jeszcze siłę… A tak, przepraszam: za komuny było gorzej. A przynajmniej tak to widzi propaganda historyczna w szkołach.

Wysoka dziewczyna o długich, rudych włosach, zielonych oczach i kruchej sylwetce stanęła przy furtce i zadzwoniła. Władczyni smoków wybiegła z domu, otworzyła wejście i przytuliła swoją przyjaciółkę.

-Tęskniłam! -Stwierdziła.

-Ja także.

W końcu usiadły w zegarowym pokoju Agafe. Na początku milczały.

-Więc… -Zaczęła Likame.

-Kiedyś powiedziałaś mi, że wierzysz w smoki. -Odpowiedziała jakby z rozmarzeniem jej rozmówczyni. -Nadal tak sądzisz?

-Pewnie! One gdzieś tam muszą być!

-I są… Ale nie opowiesz o tym nikomu. Nie chcę, żeby inni uważali mnie za szaloną.

-Dobrze, kochana.

-Więc… wszystko zaczęło się od tego, że w drodze na uczelnię jakiś typek mnie złapał, po czym straciłam przytomność. Jak ją już odnalazłam, to byłam w miejscu, gdzie skały i niebo są czerwone… A wokół pełno pięknych, potężnych gadów… Smoków.

-Och!

-Chciałam wrócić do domu, ale uparcie twierdzono, znaczy, jeden ze smoków, czyli Nirgiz, twierdził, że jestem darem od tego, który mnie w to miejsce rzucił, czyli Kosashiego. Darem dla nich… Miałam być ich władczynią smoków, czy czymś takim. Nie chciałam się zgodzić, ale…-Urwała. Likame siedziała wsłuchana w jej historię. Nie wiedziała, czy w zielonych oczach przyjaciółki dostrzega marzenie, czy niedowierzanie… Może wszystko to razem? Czy, gdyby zabrała ją ze sobą… Ta nie byłaby o wiele szczęśliwszą istotą, niż teraz?

-Pamiętasz może mojego chłopaka, George’a?

-Tak.

-No więc ja nie chciałam się zgodzić ze swoją nową rolą, ale Kosashi pokazał mi torturowanie George’a. Leżał w ogniu…

Jeśli do teraz Likame nie wierzyła w całą tą historię, to właśnie przestała to robić. Po co ukochana osoba miałaby nawet w wyobraźni torturować swego kochanego?

-Kosashi powiedział mi, że przestanie to robić, jeśli zgodzę się na rolę władczyni smoków. Słowa dotrzymał, a ja się zgodziłam… Natomiast teraz był problem, że nic nie wiedziałam o tym świecie, ba, nawet mocy w nim potrzebnej nie miałam… Smoki stwierdziły, że pozwolą mi wrócić do swego świata, jeśli po pięciu dniach pobytu w tutejszym mieście tak zdecyduję. Nirgiz zawiózł mnie do lasu i powiedział, że znajdę drogę… I tak, znalazłam drogę, ale do bólu… -Skrzywiła się. -Jakieś drzewo mnie zaatakowało, uwięziło i zaczęło we mnie wbijać… -Urwała. Głos uwiązł jej w gardle.

-Spokojnie. -Usłyszała przyjemny głos zielonookiej towarzyszki. -Rozumiem, że to było okropne…

-Straszne! Strasznie… Strasznie bolesne przeżycie. Jak straciłam na nim przytomność i potem ją odzyskałam, to się okazało, że pięć dni jakoś minęło i już musiałam wracać…

-Smoki cię oszukały?

-Tak, powiedziały, że to specjalny las, a ja akurat miałam szczęście, że trafiłam na drzewo magii.

Dziewczyny westchnęły ciężko.

-I co było dalej? -Spytała Likame.

-A dalej… Dalej chciałam się nauczyć posługiwać magią. I trafiłam do takiej szkoły, gdzie ponoć jest ciężko, a ceną za na naukę jest samotność… No i wypiłam tam jakiś napój bodajże i później nie pamiętam, co się działo.

-Jak nie pamiętasz?

-Po prostu, nie mam bladego pojęcia. Próbuję sobie cokolwiek przypomnieć, ale nie mogę… Jakoś nie chce…

-Może… Może z czasem wróci pamięć?

-Nie wiem. Trochę się boję.

-A jak tu wróciłaś?

-Kosashi mi kazał, cholera wie, dlaczego. Powiedział, że na trochę powinnam tu wrócić. Ale gdy znów będę musiała wrócić tam…

-Zabierzesz mnie! Zabierzesz mnie!

-Ja nie wiem, czy będę mogła.

-Proszę…

-Ale ja naprawdę nie wiem! Wszystko zależy od Kosashiego!

-Namów go, proszę.

-Zrobię, co w mojej mocy…

Niewątpliwie Likame była jedną z osób, za którą najbardziej Agafe tęskniła w krainie smoków. Jej towarzystwo mogło trochę osłodzić samotność, pobyt tam… I wyjść na zdrowie, to niedobrze, gdy człowiek nie ma komu się zwierzać. Ale z drugiej strony Likame była tu znacznie szczęśliwsza, niż Agafe: miała nie tylko chłopaka od kilku lat, ale także doskonałą płacę z bardzo satysfakcjonującej pracy. I ona, władczyni smoków, miałaby jej to wszystko zabrać? Z drugiej strony to decyzja Likame…

-A twój kochany? -Spytała Agafe.

-Dawid? Ech, no tak… O niczym nie wiesz… Rzuciłam go dwa dni temu, bufon jeden. Nakryłam go na oglądaniu jakiś pornoli i się z nim tak pokłóciłam, że nie ma szans…

-Rany, ale historia!

-Twoja to historia! Niesamowita i piękna…

-Ta, może jakby było w opowiadaniu to…

Spojrzały na siebie ze zrozumieniem: napiszą historię. Nie będzie ona fikcją, ale ludzie tak pomyślą. I przez to będą mogły uwalniać z siebie przeżycia, jakby pisały pamiętnik.

Podeszły do komputera; Likame znalazła jakąś pufę i na niej usiadła. Włączyły Open Offica, tą wersję sprzed komercjalizacji i zaczęły tworzyć historię o krainie smoków.

Pół godziny smażenia tekstu i Agafe musiała wyskoczyć do łazienki w wiadomym celu; potem miała trafić do kuchni zrobić jakąś przekąskę i herbatę dla nich.

Ktoś o lodowatej dłoni zakrył usta Likame. Ta siedziała, jak słup soli – wystraszona i napięta. To na pewno nie była Agafe. A więc kto?

-Nie bój się. -Szepnął jej do ucha. -Nie zrobię ci krzywdy. Jestem Kosashi i mam dla ciebie propozycję. Będziesz z Agafe w krainie smoków pod jednym warunkiem: będziesz ze mną współpracować. Wiem, że się zgodzisz. Twoje zadanie to dostarczenie mi informacji o wszystkim, co jej dotyczy.

Ręka zniknęła. „Nie!”, powiedziała dziewczyna, ale nikogo nie było w pokoju. Przywidziało jej się to? Czy po prostu obcując ze swoją przyjaciółką musi mieć na uwadze, że mogą zdarzyć się dziwne rzeczy, nawet w Nudnym Świecie?

Agafe zjawiła się z dwoma talerzami, na których był bigos. Postawiła na biurku i poszła do kuchni po herbatę. Likame nie zdążyła w tym czasie skomentować nowego zajścia z Kosashim, a po namyśle stwierdziła, że zostawi to dla siebie. Może to faktycznie nie jest taki zły pomysł? Jeśli Kosashi był odpowiedzialny za to, co się działo z Agafe, to może poczuł się w końcu zobowiązany do jako-takiego pilnowania jej?

Kiedy herbata pojawiła się na biurku, przyjaciółka władczyni smoków spytała:

-Ty naprawdę nienawidzisz Kosashiego…

-Tak. Przede wszystkim zabrał mi George’a!

No tak… Zupełnie zapomniała. Nic bardziej nie unieszczęśliwia człowieka, niż miłość skazana na porażkę.

Zjadły posiłek i zaczęły pracować nad powstającym tekstem. Nawet nie zauważyły, kiedy na dworze zrobiło się ciemno, a na zegarku widniała osiemnasta.

-Jak nazwiemy historię? -Zapytała w pewnym momencie Likame.

-Hm… Może… Kroniki krainy smoków?

-Chyba niezbyt oryginalnie, ale na razie nie mamy lepszego pomysłu. -Westchnęły. -Rany! Osiemnasta! Muszę już się powoli zmywać.

Pożegnały się. Agafe była zadowolona ze spotkania. Nareszcie mogła uporządkować w głowie ostatnie wydarzenia… Szkoda, że teraz to wszystko wydaje się jakąś bajką. Uświadomiła sobie, że jutro nastanie poniedziałek i chyba czas wybrać się na uczelnię. Ach, te niedokończone sprawy, które ją męczyły. W momencie, gdy doszła do takich przemyśleń, poczuła się naprawdę zmęczona. Ile jej nie było? Tydzień? To dość czasu, by zdążył się wytworzyć nowy bałagan na uczelni.

3

W momencie, gdy zjawiła się na ostatnim piętrze pomalowanego na złoto budynku Politechniki Gorzowskiej w grupie trzeciego roku zawrzało. Wszyscy spojrzeli na nią, zaskoczeni. Jakaś niska, czarnowłosa dziewczyna w różowej sukience podeszła do Agafe i spytała:

-Dlaczego nam nie powiedziałaś, że nie możesz w środę występować?

No tak: mieli zrobić na ten dzień jakąś prezentację. Gdyby nie durny Kosashi, przygotowałaby się do tego zadania wzorowo, jak zawsze.

-Ja nie wiedziałam, że zajdą takie wypadki. -Padła odpowiedź Agafe. -Poza tym… co jeszcze słychać na uczelni?

-No, pani Kamińska powiedziała, że nie zaliczy ci praktyk. W ogóle na nich nie byłaś i chciała wiedzieć, co się z tobą dzieje.

Trochę dziwne było to, że gdy władczyni smoków nagle zniknęła, to naprawdę nikt nie zainteresował się powodem. Bo gdyby ktoś z tych ludzi to zrobił, to wiedzieliby o jej zaginięciu…

A kiedy wróci do krainy smoków? Równie dobrze mogło to nastąpić tak nagle, jak ostatnim razem. Ale jeśli nie będzie kontynuować tu nauki, to co będzie robić?

Sęk w tym, że ta cała sytuacja naprawdę ją męczyła. Kierunek ją zawiódł, ludzie ją zawiedli… Może wyobraża sobie sytuację w czarniejszych barwach, niż powinna, ale…

-Wiecie -rzekła nagle -chciałam z wami się pożegnać. Dzięki wszystkim za te lata! Jadę do Pragi. Życzcie mi powodzenia!

Zbiegła ze schodów, zostawiając za sobą zaskoczonych ludzi. Była jedenasta, to jeszcze czas. Na dole skręciła w prawo i niemal wbiegła do dziekanatu. Ten spojrzał na nią zaskoczony – zwykle ludzie nie otwierają gwałtownie i z trzaskiem drzwi.

-Dzień dobry. Poproszę karteczkę o rezygnacji ze studiów. Tak, wiem, powinnam iść zaraz do biblioteki, co też zrobię.

Zdziwienie dziekanatu narastało. Ale dali jej tę karteczkę i nawet nie zostali pożegnani słowem „do zobaczenia”. Ale Agafe mimo wszystkich ostatnich wydarzeń wierzyła, że zechcą jej zrobić tę przyjemność i dać pieczątkę na papierze o rezygnacji. Rezygnacji z wyższego wykształcenia, po prawie trzech latach…

Ale kraina smoków i Nudny Świat na takich zasadach nie mogli ze sobą współżyć. Albo jedno, albo drugie. Tak, za to też powinna nie znosić Kosashiego, ale… czerwone niebo, gady… Magia… Czyż to nie piękna odskocznia od rzeczywistości, jaką znała?

Gorzów Wielkopolski to niewielkie miasto z perspektywy jego mieszkańców i młodych ludzi. Piętnaście minut od Teatralnej jest centrum tej aglomeracji z pociągami i wspaniałą, gotycką katedrą. Kolejne piętnaście minut to dojście do potężnej galerii handlowej, skąd zaledwie rzut beretem od drugiej siedziby Politechniki Gorzowskiej z jej biblioteką. Po tylu minutach od wizyty w dziekanacie Agafe była na miejscu. Podała niskiej, tęgiej i z okularami bibliotekarce karteczkę w milczeniu. Ta podpisała i podbiła wszystko, co trzeba było, chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła: jej klientka już zniknęła za drzwiami.

I znów dziekanat. Tam panie dały jej wszystkie papiery, jakie miały z nią związane: świadectwo maturalne i jakieś inne kartki. Dziewczyna włożyła je do torby, dość niestarannie, podziękowała i wyszła. Nareszcie jej małe piekiełko związane ze studiowaniem idiotycznej dyscypliny skończyło się.

Powoli podchodziła do wyjścia z budynku, z którym wiązało się pełno wspomnień… I nagle usłyszała oklaski. Stanęła jak wryta, spojrzała na bok i ujrzała Kosashiego siedzącego przy czarnym stole.

-Brawo -rzekł -więc jednak nie jestem taki zły.

-Pedagogika jest zła, a ty jesteś jeszcze gorszy! -Żachnęła się.

-O tak, w końcu zabrałem ci George’a. I zwyczajne życie, ale nie wiem, o co te pretensje.

No właśnie, o co? I tak na Nudnym Świecie nie była wystarczająco szczęśliwa. Przełknęła głośno ślinę i rzekła dość niepewnie:

-Ja tęskniłam za ludźmi.

-Niewątpliwie. -Wstał. -Chyba zbyt gwałtownie cię im wyrwałem.

-Zostaw mnie.

-Nie zamierzam zrobić ci krzywdy. Za jakieś cztery dni ty i Likame będziecie w krainie smoków.

-Likame?

Uśmiechnął się. Podszedł do niej i rzekł:

-Oczywiście. Walczę o twoją miłość, a skoro ta przyjaciółeczka jest tak ważna, to możesz ją sobie wziąć.

-Nigdy cię nie pokocham! Nigdy!

Kosashi wybuchnął śmiechem. Czyżby wątpił w słowa swej ukochanej? Bo jakże mogła kogoś kochać, kto nagle wyrwał ją ze znanego świata, zabrał miłość, ba, pozwolił na cierpienie na drzewie… To ma być miłość?!

Odeszła od niego dwa kroki.

-Wrócisz do krainy smoków, tak czy inaczej. A teraz żegnaj. -I zniknął.

Zostawił ją trochę onieśmieloną i wściekłą. Niewątpliwie był to wredny typ. Przynajmniej wiedziała, kiedy mniej więcej pożegnać się z rodziną. Nie zmartwi taty, ani cioci; nie zmartwi nikogo, kogo kocha. Tym razem będzie lepiej, na pewno. I samotność w nowym świecie przestanie istnieć dzięki Likame. Czyż świat nie jest piękny?

Wróciła do szarej rzeczywistości, gdzie musiała się dowlec na tramwaj na Wieprzyce. Gdy to czyniła, zastanawiała się, jak uzasadnić swoje kolejne zniknięcie, tak, żeby nie mogli się nią komunikować telefonicznie. Bardzo wątpiła w to, czy… A może? Może warto wziąć komórkę, aby sprawdzić, czy faktycznie nie ma zasięgu? Przynajmniej będzie mogła grać w Tetrisa, gdyby jej się bardzo nudziło.

Pochłonięta myślami, nawet nie zauważyła, kiedy wróciła do domu.

*

Jedna z największych polskich firm miała swoją siedzibę w dawnym budynku Urzędu Skarbowego. Był to wieżowiec, stojący gdzieś między centrum a tzw. dzielnicą Staszica. Firma zwała się Dragon Arch i studenci a także absolwenci najlepszych uczelni w kraju bili się o staż czy pracę w niej. Łatwo parła do przodu; miała już pięć kontraktów rządowych i walczyła o następne. Innymi słowy – istnienie jak w raju.

Oczywiście właściciel Dragon Arch musiał być geniuszem w tym, co robił. I był, a na imię mu było Likame. Ta czerwonowłosa kobieta miała na sobie sukienkę, której czerń przechodziła w błękit. Niewątpliwie, wyglądała pięknie i w tej właśnie chwili wyglądała przez okno swego błękitnego gabinetu, umieszczonego na ostatnim, dwudziestym piętrze. Widok na miasto rewelacyjny, szczególnie w nocy. Jakoś… Jakoś nigdy nie miała czasu, aby uwiecznić go na fotografii. Postanowiła to zrobić dziś wieczorem – kto wie, kiedy przyjdzie jej wejść do nowego świata?

Skoro wszystko było tak różowo, dlaczego zdecydowała się na tę wyprawę? Świat jest za duży, a życie za krótkie, by ciągle spędzać je w czterech murach. Wiedziała, że jej zastępca zrobi to, co do niego należy; nie musiała się martwić o przyszłość firmy nawet wówczas, gdyby nie miała z nią kontaktu przez kilka lat. No, chyba, że polski rząd postanowi zniszczyć Dragon Arch tak, jak to było z Optimusem… Jednak, ostatecznie, zwyciężyłaby. Ale to przemyślenia, które nic nie dają.

Poza tym tęskniłoby jej się za Agafe; ich przyjaźń trwała od wielu, wielu lat i zaczęła się niewinnie: od gobanu. Teraz znajomość nie chce się zwijać, wręcz przeciwnie. Cóż, lepiej jest spędzać wieczory z kimś ukochanym, informować kogoś innego o jego ruchach, niż co dzień zastanawiać się, czy żyje i mieć głupią nadzieję…

Rozległo się pukanie do drzwi.

-Wejść. -Powiedziała. Nawet nie odwróciła się napięcie.

-Dzień dobry -rzekła pogodnie niska kobieta o krótkich blond włosach. -Chciała mnie pani widzieć?

-Ach, tak. -Likame uśmiechnęła się, teraz spojrzała na przybyłą i gestem zaprosiła ją, aby usiadła w czerwonym fotelu naprzeciw mahoniowego biurka.-Więc mam dla ciebie dobrą i złą wiadomość.

-Zacznijmy od dobrej, dobrze?

-Twoja pensja zostanie podwyższona do równowartości mojej. Możesz sobie zrobić jakieś zastępstwo, co byś nie miała za dużo na głowie. Niestety, zła wieść jest taka, że moje obowiązki będą na tobie ciążyć, dopóki nie wrócę. I nie wiem, czy kiedykolwiek to się stanie.

-Co?

-Jadę w bardzo ważnej, rodzinnej sprawie do Japonii. To oczywiście do wiadomości publicznej. W rzeczywistości… Udaję się w bardzo niebezpieczne miejsce. Wiem, jak bardzo chciałaś przejąć moją firmę. -Blondynka zarumieniła się, jakby z zakłopotaniem. -Mam nadzieję, że tego nie spierdolisz.

-Ja także… A mogę się dowiedzieć, w jakie miejsce naprawdę wyjeżdżasz?

-Nie, moja droga, nie możesz i niech tak zostanie. Z tego, co się jednak orientuję, zniknę za mniej więcej trzy dni. Do tego czasu kontrakt z Estonią już powinien zostać zawarty. Co do reszty, wszystko leży w twoich rękach, ale ty o tym doskonale wiesz.

Wiadomości były szokujące. Rozmówczyni Likame nie mogla wydobyć z siebie jakiegokolwiek głosu, chociaż bardzo się starała. Równowartość pensji jej szefowej w jej rękach… Ale i obowiązki… Czyż to nie jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe?

-Dlaczego ja? -Spytała.

-Tylko tobie ufam. Zapracowałaś solidnie na to. Chciałam już w zeszłym roku podwyższyć pensję, ale.. Teraz masz dwukrotnie większą, niż wtedy byś miała.

-A kiedy się ciebie spodziewać?

-Nie wiem. A co do moich służbowych plików z hasłem… Sądzę, że nasi specjaliści nie będą mieli problemów z ich rozszyfrowaniem.

-Dlaczego mi ich nie podasz teraz?

-Im bardziej o coś walczysz, tym staje się to cenniejsze. Możesz już iść.

I kobieta wyszła, zostawiając swoją szefową samą. A Likame czekała na noc. Tym razem zrobi zdjęcie miasta, wywoła je i weźmie ze sobą.

Ujrzy smoki. Jakie one są? Najbardziej marzy jej się czarny, z błękitnym znakiem archlinuksa na grzbiecie. Pewnie tak nie będzie; trafi się jakiś brzydki, ale mimo wszystko… Przygoda czeka!

*

Dni podobne jedne do drugiego przeminęły, jakby nigdy ich nie było. W głowach pozostały tylko wyjaśnienia, dokąd zmierzają. Rodzinne słowa, pożegnalne zdania pracowników. Pogoda wyglądała, jakby było jej żal Likame i Agafe, które stały w tej chwili na środku pokoju tej ostatniej. Przy sobie miały dwie czarne, podróżne torby. To tak dla zmylenia otoczenia. Ta pierwsza czuła się nieco spięta.

-Denerwuję się. -Rzekła.

-Oj, nie denerwuj się. -Słowa proste i być może zbędne, ale wpłynęły na Likame kojąco. Nagle zjawił się Kosashi.

-Witajcie. -Powiedział i dwornie się ukłonił.

-Po co to przedstawienie?! -Wrzasnęła władczyni smoków.

-Sądzę, że to miłe przedstawienie. -Głos mężczyzny był spokojny, jakby wrzask poprzedzający go nigdy nie miał miejsca. -Zgodnie z umową, czas wracać do krainy smoków.

-Ale zanim to zrobimy, chcę wiedzieć, dlaczego w ogóle pozwoliłeś mi tu wrócić?!

-Agafe, uspokój się.

Dziewczyna wstała i z oburzeniem krzyknęła:

-Powiedz!

-A co mi dasz?

Usłyszał milczenie, po czym uśmiechnął się złośliwie.

-I wzajemnie. -Odparł. -Czas na nas.

Z pokoju zniknęły trzy postacie i dwa bagaże.

Kosashi, torby i Agafe zjawili się w miejscu, gdzie skały były czerwone, a niebo oprócz takiego koloru nosiło pełno smoków. Władczyni jakby się ocknęła, rozglądnęła się i wrzasnęła:

-A gdzie Likame?!

-Obawiam się, że będziesz musiała na nią poczekać pięć dni.

-Co?!

-Szczerze, żeby tu przeżyć to musi mieć do swej dyspozycji magię.

Nagle wszystkie bolesne wspomnienia o lesie powróciły do niej, grzmotnęły ją w głowę tak, że omal nie straciła równowagi.

-Pozwolisz jej… -Wydusiła z siebie.

-Oczywiście. Zresztą, śmiem twierdzić, że gdyby nie ja, to i tak zostałaby zawieziona w tamto miejsce przez swego smoka.

-Zabiję cię, skurwielu!

Kosashi potarł dłonią czoło. Coś mu ta sytuacja zaczynała przypominać. Dziewczyna rzuciła się na niego z gołymi pięściami. Bez większego wysiłku odepchnął ją rękoma. Padła na ziemię.

-Ile razy chcesz to robić? -Spytał. Jęknęła. Podszedł do niej i chwycił ją za włosy, podnosząc do góry. Bolało. -Zapytałem, ile razy chcesz tę samą sztuczkę powtarzać?

-Do skutku!

-Niedobrze jest zadzierać z bardzo złą rzeczą, Lidio.

Był pewien, że Agafe byłaby zdolna się zdenerwować, ale taką samą pewność miał co do tego, że tylko Lidia mogła go zaatakować. Szkoda tylko, że władczyni tego nie będzie pamiętać.

Lidia milczała, patrząc się w swego przeciwnika. Nienawidziła typa; zdawała sobie jednak sprawę, że jest od niego słabsza, jednak do trzech razy sztuka.

-Chciałbym ciebie ukarać -powiedział -ale nie mam czasu. Tak więc, następnym razem wymyśl coś o wiele lepszego. A teraz, papa!

I zniknął.

Oszołomiona Agafe znów nie wiedziała, co się wydarzyło. A Nirgiza nie było w pobliżu, bo – jak podejrzewała – szukał pożywienia dla nich wszystkich.

4

Likame czuła się źle; las wyglądał obco i potężnie. Bała się, choć podejrzewała, że Kosashi przeniósł ją dokładnie w to miejsce, w jakie chciał, aby trafiła. Gdyby nie miała do czynienia z zupełnie nową sytuacją i gdyby nie jej niespodziewane osamotnienie, być może zwróciłaby uwagę na złote liście, które spadały; może były naprawdę z tego kruszcu? Przeszła parę kroków, przypominając sobie mrożącą krew historię Agafe. Jak bardzo jest prawdopodobne, aby trafiła do tego samego lasu, co ona?

Zrobiła parę kroków. Jeśli to ten sam las, w jaki się wpakowała jej przyjaciółka, to gdzie może znaleźć drzewo z magią? I czy będzie bardzo bolało? Z opisu, który dostała od Agafe wynikało, że cierpienie może być niesamowite. Ale, skoro już tu jest…

Nadepnęła na coś. Poczuła, jak to coś – a spojrzawszy w dół przekonała się, że to korzeń drzewa – owija jej nogi. Stała jak sparaliżowana, patrząc się w drewniany sznur, który wiązał całe jej ciało. Drżała, miała ochotę wrzasnąć. Ale czy to miało sens?

Kiedy poczuła dotyk drewna w intymnym miejscu krzyknęła.

-Starczy! -Usłyszała męski, twardy głos i przełknęła głośno ślinę. Drewno na niej przestało się ruszać. Zobaczyła przed sobą wysokiego mężczyznę o krótkich, czarnych włosach i brązowych oczach. Miał na sobie biały garnitur. Podszedł do kobiety, delikatnie dotknął jej policzka i pocałował ją w usta. Mimowolny pocałunek dał jej namiastkę rozkoszy. Nadal jednak chciało jej się wrzeszczeć.

-Nie bój się. -Rzekł delikatnie i pozwolił spojrzeć jej w jego oczy. Były piękne. -Jam jest Astaroth, a ty przybyłaś do mego lasu. Mogę wiedzieć, po co?

-Po magię. -Odpowiedziała. Niezbyt jej się udało powiedzieć to spokojnie.

-Ach, tak. Cóż… Ciekawe. Puść ją!

Drzewo wykonało rozkaz. Tymczasem nieznajomy się uśmiechnął, a z jego pleców wyrosły potężne, czarne skrzydła. Likame cofnęła się.

-Hm, cóż. Każdy by się bał demona. -Stwierdził Astaroth. -Powiedz mi, moja droga, czy ty może coś wiesz o tym, że pewne moje drzewo zmarło z braku magii?

-Nie. -Powiedziała.

-NA PEWNO?

Zlękła się. Uświadomiła sobie, że oprócz zwyczajnego strachu czuje jakąś złą energię w pobliżu. Chciała się uspokoić, ale demon podszedł do niej i przywarł do niej. Przytulona, zabrakło jej słów.

-Na pewno? -Powtórzył delikatnie pytanie.

-Ja… Nie wiem… Agafe tu wcześniej chyba była i dostała od drzewa…

Astaroth szepnął do swej towarzyszki:

-Czy ty też pragniesz magii?

-Tak… -Odpowiedziała niemal bez wahania. Poczuła, jak jego duża dłoń głaszcze jej delikatne plecy. Musiała przyznać, że mimo strachu, iż wyrządzi jej krzywdę, miał niezwykły urok.

-Mogę ci dać pod jednym warunkiem. -Spauzował. -Zostaniesz moją kochanką.

Chciała mu odmówić, ale on miał takie piękne, brązowe oczy.

-N… -Urwała i nie dokończyła, bo ponownie ją pocałował. Tym razem rozkosz była bardziej ognista. Już wiedziała, że w życiu nie czuła tak wspaniałych pocałunków. Niebo w gębie. I prawdopodobnie, gdyby zrezygnowała z Astarotha, już nigdy by ich nie doznała.

-A jeśli nie? -Spytała nieśmiało.

-A jeśli nie, moja droga, posiądę cię SIŁĄ.

On miał takie piękne oczy. Jakby patrzyła w kryształ w kolorze ciemnej herbaty. Tylko energia, która go otaczała emanowała złem. Ale jego ciało… Na ziemi byłoby bardzo pociągające. Przecież on jest bardzo pociągający.

-Jesteś taki piękny… -Wymknęło jej się. Pogłaskała męską, delikatnie wyrzeźbioną twarz i pocałowała go.

-Cieszę się, że ci się podobam. -Odpowiedział z uroczym uśmiechem. Delikatnie dotknął jej prawej piersi. Wydało jej się, że on jest jedną wielką substelnością. Zaczęła szybko oddychać. Dłoń powoli zsuwała się w dół.

*

Martwiła się o nią. Być może magia w tym świecie była czymś, co decyduje o przetrwanie, z drugiej jednak strony… Jak ktoś kochany ma cierpieć… Zadrżała na samą myśl. Była głodna, otworzyła swoją torbę podróżną i wyjęła z niej bułkę z wędliną. Na razie wystarczy, jak wróci Nirgiz to się zastanowi, co dalej. W zamyśleniu zaczęła się bawić telefonem. Grała w swoją ulubioną grę i…

-Drrrrrrrrryyyyyyyń! -Rozległ się dźwięk z komórki. Zaskoczyło ją to, widziała, że jakiś numer próbuje się z nią połączyć. Odebrała.

-Halo? -Spytała.

-O, hej. Jak podróż? -Usłyszała głos swojego taty. Zatkało ją zupełnie. Jakim cudem jest tu zasięg?

-E, w porządku. Pociąg dotarł bez opóźnień do Poznania. -Zmarszczyła brwi. -Teraz czekam na ten do Krakowa, ech…

Bardzo miała ochotę spytać: „jak udało ci się do mnie dodzwonić”, ale musiała przygryzać język, aby tego nie zrobić. Coraz bardziej czuła, że ktoś sobie z niej robił żarty, chociaż z całą pewnością w tej właśnie chwili rozmawiała ze swoim rodzicem.

-Zmęczona, co?

-Ano, zmęczona. Ale co zrobić, tyle marzyłam o Pradze…

Tyle marzyła o czeskiej stolicy i w końcu do niej nie dotarła. Za to znalazła się na jakimś totalnym zadupiu, gdzie prawdopodobnie będzie musiała walczyć o życie. Czuła się coraz gorzej.

-Muszę już kończyć, odezwę się jutro. -Powiedziała i rozłączyła się.

Zaczynała sobie przypominać wszystko to, co zostawiła za sobą. Czy naprawdę była tak nieszczęśliwa w Nudnym Świecie, aby to zrobić? Studia – kierunek wybrała zły, ale ludzie? Tylko poza nim widziała jakiś sensownych towarzyszy. RPGi i inne głupoty? Konwenty jej się podobały. Studenckie życie, do którego tęskniła także. A teraz i jego nie będzie mogła zasmakować. Czy powinna tęsknić za swoją ojczyzną?

Usłyszała nad sobą smocze wołanie. Spojrzała w czerwone niebo i jej oczom ukazał się potężny gad w czerni. Obniżał lot, by po paru minutach spokojnie wylądować naprzeciw niej. W paszczy trzymał jakieś czworonożne zwierzę, z którego ściekała krew.

-Hej. -Powiedziała. -Smacznego.

-Witaj ponownie, władczyni. -Odpowiedział Nirgiz, upuszczając zdobycz na ziemię. -Co tym razem knujesz?

-Nic… Martwię się o Likame.

-A kimże ona jest, pani?

-Przyjaciółką. Kosashi… On ją dał do tego lasu, gdzie zdobyłam magię.

-Przeżyje. Mamy teraz pilniejsze sprawy. Pamiętasz, jak mieszkańcy wioski chcieli, abyś zabiła jakiegoś czarnego demona, co pije krew?

-Murzyna wampira? Pamiętam.

-Rozszerzył działania. Trzeba działać!

Kiwnęła głową. Miała ochotę zaprotestować, ale przecież walczyć i czarować już umiała… Co z tego, że nic z tych czynów chyba nie będzie pamiętać? Może to i lepiej?

Wstała. Podeszła do smoka i wspięła się na jego lepki grzbiet. Wzlecieli w górę. W czasie lotu nadal była obojętna na widoki; straciła nadzieję, że spośród chmur uda jej się zobaczyć jakieś niezapomniane obrazy. I bardziej zajmowała się tym, czy jej nowa i pierwsza trudna misja się powiodą. Bo jeśli nie…

-Masz wystarczającą moc i wiedzę, aby go pokonać -rzekł Nirgiz.

-Obyś miał rację.

Przelecieli nad jakimś lasem i nad paroma wioskami. Zatrzymali się przy knajpie, która wydała jej się znajoma, chociaż nie zwróciła na jej nazwę uwagi. Wokół zebrało się parę ludzi.

-To ona! -Ktoś z tłumu krzyknął. Wyglądało, jakby wzbierający tłum coraz bardziej się wzburzał.

-GRIAIAIAIAIAIAIAIAIACH!!!!!! -Ryknął smok, po czym zapanowała grobowa cisza w najbliższych paru kilometrach.

-Przepraszam za ostatni wyczyn -powiedziała niepewnie Agafe -ale z tamtymi umiejętnościami nie poradziłabym sobie z murzyńskim wampirem… -Przez obserwatorów przeleciało zdumienie. -Teraz pragnę zrobić to, co już dawno być powinno… Złapię tego murzyna i go zabiję…

Pomyślała, że gdyby takie coś wydarzyło się w Nudnym Świecie bez wątpienia zostałaby oskarżona o rasizm. Ale ona nie miała ani krztyny nienawiści w sobie do innych ras. Po prostu, brakowało jej określenia na to, co niepokoiło tutejszych mieszkańców, a „murzyn” był najszybszym i najlepszym określeniem według niej.

Podszedł do niej krępy staruszek, spojrzał w oczy i rzekł:

-Pani, będziemy wdzięczni. Potwór grasuje… Niszczy wszystko… Prosimy!

-Ale jest jeden warunek. -Rzekła, marszcząc brwi. -Nie będziecie krzywdzić smoków. Ba, będziecie… Będziecie szerzyć dobre słowo o nich!

Tłum radośnie zaczął wiwatować. „Władczyni smoków! Smoki! Tak! TAK!”, krzyczał.

Wszystko pięknie, tylko ona nie miała najmniejszego pojęcia, w jaki sposób zapolować na murzyna. Podejrzewała, że trzeba zacząć od detektywistycznej roboty, a później można ruszyć w pościg. Smok znów zagrzmiał. Wokoło zapanowała napięta cisza.

-Chcę wiedzieć, gdzie ostatnio był widziany ten stwór -rzekła spokojnie, niemal cicho.

-Jest już w Arzanach -odezwał się starszy człowiek. -Wygląda, jakby w każdym jednym miejscu po parę osób zabijał i przenosił się w inne.

-Jak daleko stąd do Arzanach?

-Piechotą, pani, dla zwykłego człowieka ze trzy tygodnie. Dla smoka, ze cztery dni.

Agafe spojrzała na Nirgiza.

-Dzięki. -Powiedziała, skoczyła na smoka i już ich nie było, pochłonięci przez chmury.

-Chyba sama będę musiała tego dokonać -powiedziała dość niepewnie.

-Sama? -Zdziwił się Nirgiz.

-No bo ona, Likame, jest w magicznym lesie i… -Westchnęła ciężko.

-Podróż faktycznie może nam trochę zabrać, a w międzyczasie muszę odpoczywać, władczyni. Poślę po Likame Archa.

-Kto to?

-Smok. Jeden z najpiękniejszych i najbardziej samotnych istot, jakie jest w naszym stadzie. Ludzie zabili jego rodzinę, odizolował się od reszty plemienia… Teraz będzie musiał w nie wejść ponownie.

-Niech tak się stanie.

Gdy smok leciał, ona spała; gdy ona była przytomna, gapiła się w czarne niebo pełne gwiazd, a smok odpoczywał. Czas mijał spokojnie, zazwyczaj na polanach pełnych kolorowych kwiatów lub zielonej trawy. Zjadali to, co Nirgizowi udało się zapolować, ale to ona rozpalała ognisko; za każdym razem coraz sprawniej przygotowywała posiłek. Lubiła te chwile samotności, które jej podarowano. Tylko czasem przypominała sobie Nudny Świat i za nim tęskniła. A najbardziej tęskniła za Likame, co nazwała ironią losu.

Uparcie zbliżali się do Arzanach. A piątego dnia byli już niemal na miejscu: z daleka widzieli wieże strzelające wysoko w niebo o barwie pomarańczy. Widok mógł zachwycać, jednak jej styl zabudowań tychże kojarzył się z islamem, co w głębi duszy niepokoiło Agafe. Islam, wróg kobiet. Może nie będzie tak źle? Zresztą, ostatecznie musi zapolować na jakiegoś dziwnego wampira, może to nieistotne, w jakim mieście on działał. Jeśli jeszcze był w Arzanach.

Gdy byli gotowi do odlotu, Nirgiz skontaktował się z Archem.

-Witaj. -Powiedział pierwszy.

-Witaj. -Odpowiedział drugi.

-Mam dla ciebie zadanie.

-Nie chcę.

-Nie masz wyjścia, wszystkie inne smoki są zajęte.

-Robisz mi to specjalnie.

-Takie życie. Arch, przestań się obijać! Mam tego dość, rozumiesz!? Słyszysz?!

-Nirgiz, ja…

-Wiem! Zrób w końcu to, co do smoka należy! Poleć do magicznego lasu i przywieź do Arzanach kobietę o imieniu Likame. To twoje zadanie! I ani słowa więcej, jasne?!

Połączenie się urwało.

-Możemy lecieć. Niedługo powinnaś zobaczyć się ze swoją przyjaciółką. -Rzekł Nirgiz.

Agafe wdrapała się na jego grzbiet. Ruszyli.

*

Likame. Była szczęśliwą posiadaczką magii. Lubiła chodzić po tym mrocznym lesie. Odkryła, że złote liście naprawdę są z tego kruszcu, wobec czego parę z nich włożyła do kieszeni swej błękitno-czarnej sukienki. Jej ukochany, demon Astaroth, musiał zniknąć do swego świata na jakiś czas. Kochanie się z nim dawało jej tyle radości… Nigdy jeszcze nie miała tak wiele z niej w czasie seksu.

Był koniec piątego dnia, gdy zobaczyła na niebie czarnego smoka, który zarówno na grzbiecie, jak i brzuchu miał znak jednoznacznie kojarzący się z archlinuksem. Czuła wzbierającą się w niej ciekawość. Zwierzę obniżało lot, by po parunastu minutach wylądować naprzeciw niej: czerwonowłosej kobiety o suchej sylwetce.

-Witaj. -Rzekł gad. -Zwą mnie Arch. Kazali mnie zawieź ciebie do Arzanach.

-Co to? I kto kazał?

-Nirgiz, władca smoków. Osobiście mi się to nie podoba, ale jest moim dowódcą, więc muszę wykonać te rozkazy. A Arzanach to miasto, gdzie władzę trzymają ludzie…

-Jacy ludzie? Nie pojadę, dopóki nie poznam więcej szczegółów.

-Nie znam ich.

-Więc nie pojadę! -Postanowiła. -Nie będę się pakowała w jakieś gówno!

Między nimi zapadło milczenie. Cóż smok mógł w tej sprawie zrobić? Rozumiał uczucia tej kobiety, stojącej przed nim.

-Cóż. -Stwierdził Arch. -Ponoć ludzie mają wolną wolę.

-Bo mają.

Już miała zamiar się odwrócić tyłem do zwierza; jednak nie zdążyła, bo poczuła pociągnięcie za włosy. Lekkie, lecz wystarczające, aby jęknęła. Kiedy została puszczona, spojrzała za siebie i zobaczyła wściekłą twarz demona.

Kosashi z miejsca podziękował jej prawym sierpowym w twarz. Padła na ziemię. Kopnął w brzuch i rzekł spokojnie, jakby nigdy nic:

-Nie wysłałem cię tu na wakacje, tylko po to, byś mi dostarczała informacje o Agafe.

-Sam nie możesz ich zdobyć? -Wydusiła.

-Mogę, ale jest pewien techniczny problem, który zwykle nazywa się brakiem czasu. Po to cię wysłałem w to miejsce, abyś ułatwiała mi pracę.

Próbowała wstać, ale została obdarowana jeszcze jednym kopniakiem w brzuch. Jęknęła.

-Będziesz współpracować, moja miła.

-Jesteś zły…

-Astaroth także, nie udawaj niewiniątka.

-Jesteś gorszy…

Uśmiechnął się.

-A skoro tak -rzekł -to może tylko to wiesz.

Pstryknął palcami. Jeden z korzeni drzewa owinął się wokół jej rąk i wykręcił do tyłu. Znów jęknęła, ale z uczuciem, że lada chwila jakaś kość w niej zostanie złamana.

-Przekonujące, czy mam do tego dodać jeszcze trochę fajerwerków?

Milczała. To mu się nie podobało; tracił tylko czas, a zależało mu na zdobyciu wiernego współpracownika. Nie miał ochoty na gwałt, zresztą… Dawno temu obiecał sobie, że tylko z jedną osobą będzie się kochał.

-A więc twierdzisz, że masz niezwykle silny charakter. Ciekawe…

Likame była przerażona, ale jakaś część w niej sprzeciwiała się poddaniu. Z każdą jednak chwilą to ostatnie słabło. Serce biło szybko, raczej za szybko dla człowieka. Czy dostanie zawału?

Poruszył ręką, drzewo pociągnęło tak kobietę, że zmuszona była klęknąć. Mimowolnie drżała, choć starała się zachować odwagę. Może nie będzie tak źle, przecież Astaroth nie zrobił jej krzywdy… Kosashi klasnął w dłonie. Na dole pojawiły się cztery czarne stworzenia: tułów psa, szyja węża. Spojrzały na tego, kto je przywołał, po czym pobiegły za plecy rudowłosej. Ta zadrżała i poczuła ciarki na plecach. Istoty zaczęły ujadać. Krzyknęła, gdy któreś z nich podrapało ją po plecach.

-I? -Spytał demon.

Nie zdążyła odpowiedzieć, bo poczuła, jak coś wgryza się w jej łokcie. Krzyknęła przeraźliwie. Jeszcze jeden ból i zalała ją fala ciemności, a potem wielkie nic.

Było spokojnie. Ptaki fruwały między drzewami i śpiewały swe melodie. Słońce leniwie schodziło za horyzont. Otworzyła oczy i stwierdziła, że leży na trawie. Przy niej siedział Kosashi. Sam jego widok sprawił, że zadrżała.

-I jak? -Zapytał, jak gdyby nigdy nic. Miała ochotę uciec albo zabić potwora. Najważniejsze, żeby zniknął jej z oczu. -Dlaczego nie chciałaś ze mną współpracować?

-Zdrada… -Szepnęła.

W rzeczywistości nie wiedziała, co nią kierowało. Może strach przed zdradą najlepszej przyjaciółki? A może chęć pozostania w tym lesie, gdzie jest bez końca szczęśliwa? Czy też zwykła, ludzka przekora?

-No cóż, nigdy nie ma się wszystkiego. -Odpowiedział pogodnie. Przełknęła ślinę. Ból łokci był coraz bardziej odczuwalny. -Czy już będziesz grzeczna? To bardzo ważne, moja droga.

Poczuła, jak męska dłoń dotyka jej głowy i ją głaszcze. Odsunęła się trochę.

-Będę… -Wyszeptała.

Będzie. Rozpłakała się.

-Jutro rano Arch zawiezie cię do Arzanach. -Rzekłszy to Kosashi zniknął.

A ona na to nie zwróciła uwagi, tylko wylewała swe łzy. Co gorsza, ból w ranach coraz bardziej jej przeszkadzał.

-Mogę ci pomóc. -Rzekł Arch, ociężale podchodząc do niej.

-Jak?… -Spytała… Prosząco? Błagalnie? Z nutą nadziei w głosie.

-Poliżę twe rany, pani. Ma ślina wyleczy je, obiecuję.

-Zrób to…

Arch powoli oblizywał rany swej pani. Piekło ją, tak, że momentami traciła przytomność. Ale w końcu smok skończył ten ceremoniał i po jakiejś półgodzinie poczuła ulgę; miała wrażenie, jakby ból odszedł w zapomnienie.

-Dziękuję. -Powiedziała.

Niebo było ciemne. Spojrzawszy na nie, zamyśliła się. Czy przybywając tu nie porzuciła przypadkiem szczęścia?

*

Nad horyzontem wisiała wielka, czerwonozłota kula. Delikatne, białe obłoki okrążały ją tylko, budując złudzenie przyjemności. Na pomarańczowych, strzelających do nieba wieżach nie było okien; budowle te były zakończone metalowymi kopułami. Przestrzeń między nimi była zabudowana prostymi budkami z szarych cegieł. A gdyby tak spojrzeć z góry na Arzanach, zobaczyć można by było ogromną, pomarańczową kreskę, która stwarza dwie połówki tej aglomeracji.

Arch wylądował przy samej linii. Likame powoli zeszła ze swego stwora i z niepokojem się rozejrzała. Zimno jej było, zadrżała.

-Pani? -Spytał smok.

-Zimno mi. -Odpowiedziała.

-Mnie także.

-Wiesz może, co to za kreska? -Wskazała na linię. Zwierzę pokręciło przecząco głową. Musiała przyznać, że Arch był piękny.

Rozejrzała się. Po jednej części kreski budowle miały otwory ukształtowane na wzór okien bez szyb; po drugiej – były to tylko bryły w szarości. Ona znajdowała się na stronie z budowlami bez wejść. Im dłużej stała w miejscu, tym bardziej odczuwała nie tylko chłód, ale także pustkę. Powoli ruszyła przed siebie, przecinając pomarańczową kreskę. Zauważyła, że powietrze trochę pocieplało. Marszcząc brwi, kroczyła wolno. Domy miały zarówno okna, jak i drzwi; wszystko jednak zaciemniono szmatami. Zupełnie tak, jakby mieszkańcy pragnęli się ukrywać przed czymś, ale pod ręką mieli tylko tkaniny.

Jakaś dziecięca twarz wychyliła się zza jednej szmaty. Po chwili zniknęła, zabrana przez dorosłego. Likame czekała, starając się powstrzymywać strach przed nieznanym; na nowym gruncie czuła się zupełnie niepewnie. A ręce bolały, chociaż coraz mniej.

Z jednego budynku wyszedł niski i tęgi mężczyzna. Miał na sobie łachmany, a w prawej dłoni trzymał coś, co miało kształt laski z ostrym zakończeniem. Widać było, że się bał. Mimo to podszedł do nieznajomej i wycelował w nią swoją prowizoryczną broń.

-Kim jesteś?! -Wrzasnął.

-Dobry człowieku -odpowiedziała zupełnie spokojnie -nazywają mnie Likame. Przybyłam tu, aby wam pomóc.

-Skąd wiesz, że potrzebujemy pomocy?!

-Nie wiem, ale wasze budynki informują o strachu. Chcecie być niewidoczni, więc to robicie chociaż pozornie.

-Jak możemy ci zaufać?!

Nad tym pytaniem trzeba było się zastanowić trochę dłużej. Uśmiechnęła się smutno – mógł to być błąd, ale nie mogła się powstrzymać przed tym odruchem – i rzekła:

-Jest tu ze mną smok, a smoki są dobre.

Mężczyzna rozejrzał się i tuż przy pomarańczowej linii znalazł czarno-niebieskiego gada. Musiał przyznać, że zwierzę wyglądało bardzo elegancko. I wiedział, że kobieta miała rację: te stworzenia pomagają tylko ludziom o dobrych duszach.

-Wejdź. -Rzekł.

Poszła za nim. Wnętrze było zaniedbane, lecz tylko z perspektywy brudnych, zgrzybiałych ścian. Na podłodze stały padoukowe meble i były one czyste. Gospodarz wskazał na krzesło, usiadła na nim.

-Jest jakaś legenda, wedle której kiedyś przybędzie władczyni smoków i pokona zło, które nas gnębi. -Rzekł, spoczywając naprzeciw swego gościa.

-Ja nie jestem władczynią, ale jej szukam. Pojęcia nie mam, gdzie może być.

-Ja również nie. Ale wczoraj do nas przybyła jakaś kobieta, ponoć na smoku wleciała i ponoć Mrok ją przyjął bardzo gościnnie.

-Mrok?

-To ta druga strona. Przyznać trzeba, że to sprytne, aby wróg uznał ją za przyjaciela.

-Oczywiście. Chciałabym wyruszyć do niej, jak tylko opowiesz mi, co się tu dzieje i dlaczego. Prosiłabym o historię, jeśli można.

-Dina! Dina! -Ryknął. -Herbaty dla gościa! Niestety, mamy tylko to w zbędnych ilościach. Wszystko inne… Rozumie, pani, pola nie dają plonów.

-Straszne.

-Nie tak bardzo jak to, że mieszkamy obok Mroku. To są ludzie, którzy czasem w nocy zamieniają się w ciemne istoty i wypijają ludzką krew. Zostali stworzeni setki lat temu…. -Urwał. Niska kobieta, także tęga, na stół podała dwie szklanki z brązową cieczą, po czym zniknęła w kuchni. -Nie chcieliśmy tego, ech. Arzanach kiedyś było miastem o wielkiej reputacji, ale… -Widać było, że mężczyźnie z takim bagażem historii było ciężko. A może kłamał? -Kiedy ostatni ludzki władca tej krainy żył, ze wszystkich stron zagrażały nam obce państwa. Chcieli coś, co tylko my posiadaliśmy: złotą herbatę. Ten napój, pani, był lekarstwem na wszystkie choroby. I był bardzo rzadki, a przez to bardzo drogi, ale był. Teraz już go nie ma, bo ziemia, wie pani, ziemia stała się nieurodzajna. Ale nie zapomnieliśmy o smokach i wierzymy, że ich władczyni przybędzie pewnego dnia i nas uratuje od Mroku.

-Ach. A powód, dlaczego tak się stało…

-Oczywiście, ostatni ludzki władca tej krainy zażyczył sobie najlepszej obrony na świecie. Magowie naradzali się, cóż to mogłoby być i stworzyli ludzi… O właściwościach Mroku. Wojownikami byli świetnymi i są nimi do dziś. Ale muszą się żywić krwią ludzką. My jesteśmy pokarmem, niedożywionym.

Likame nie skomentowała ostatniego zdania; zamyśliła się. Jeśli tak sprawa miała wyglądać… Agafe może znajdować się w poważnym niebezpieczeństwie, zakładając, że jeszcze żyje.

-A czemu po prostu nie uciekniecie? -Zapytała w końcu.

-Ponieważ cały teren jest otoczony bańką, przez którą tylko Mrok może swobodnie się poruszać.

Westchnęła; zdobyła wszystkie niezbędne informacje do działania.

-Pomożemy wam -rzekła i dopiła ostatni łyk herbaty.

Wstała, podziękowała, wyszła i podeszła do swej pięknej bestii. Pogłaskała ją po lepkim grzbiecie, uśmiechnęła się i wspięła się na Archa, który bez wahania wzbił się w chmury.

-Ponoć jest tu jakaś bańka, przez którą nie można się wydostać -rzekła.

-Nic takiego nie wyczułem, ale możliwe, że jest ona tylko na dole.

-Sprawdźmy.

Nic nie przeszkadzało wchodzeniu wyżej i wyżej, wyżej… W końcu lot im się znudził, zaczęli się zniżać. Zatoczyli krąg wokół Arzanach i wylądowali przy budowli, przed którą roztaczała się pomarańczowa kreska – wydawało się, że bez końca.

Likame podeszła do niej. Chciała przez nią przejść, ale nie mogła. Kilkukrotne próby dowiodły, że mieszkaniec miasta miał rację. Wsiadła z powrotem na smoka.

-Co teraz? -Spytał.

-Poszukajmy Agafe.

Chwila milczenia i odezwał się Arch:

-Nirgiz mówi, że jest w południowej wieży bez okien i śpi.

Mimo zmiany środowiska, przyjaciółka Likame nadal potrafiła spać do dwunastej, albo i później. Czerwonowłosa kobieta zachichotała.

-No to w drogę! -Rzuciła.

*

Władczyni smoków spała w wieży bez okien. Nie przeszkadzało jej to – w domu raczej rzadko chciało jej się wietrzyć mieszkanie, szczególnie zimą. Najważniejsze, że łóżko było wygodne. Chrapała i nie chciała się obudzić. Było tak przyjemnie…

-GRAIAIAIAIAIAIAIAIAIAIAIACH!!!!!!! -Zagrzmiał smoczy głos zza murów. Agafe gwałtownie usiadła, wystraszona, zlana potem i z zza szybko bijącym sercem. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy uświadomiła sobie, że to tylko jakiś gad wydaje niezidentyfikowane bliżej dźwięki. Miała ochotę legnąć się znów, ale Nirgiz ponownie zaświergotał.

-Wstawaj! Zaraz przyjdzie po ciebie Likame! -Powiedział do niej w myślach.

-Po co? -Spytała. -Przecież…

Urwała, słysząc na schodach jakieś wrzaski, niepodobne do ludzkich. Zamiast mężnie wstać, skuliła się w łóżku i czekała na najgorsze. Uświadomiła sobie przy okazji, że o ile wie, gdzie się znajduje, to bladego pojęcia nie miała, jak do tego doszło. Przełknęła ślinę.

W drzwiach pojawiła się Likame i zamknęła je za sobą równie gwałtownie, jak je otworzyła. Zaryglowała drzwi, spojrzała na swą towarzyszkę i rzekła:

-Chyba pomyliłaś strony sporu.

-Nie wiem. W ogóle nie wiem, co się działo od wczorajszego przybycia tu.

-Jak nie wiesz?

-Nie pamiętam! -Przyznała rozpaczliwie Agafe, w końcu wstając z łóżka. -Ale miło byłoby wiedzieć, co tu się dzieje.

-Najkrócej mówiąc, są dwie strony sporu. Teraz walczymy z Mrokiem i to oni są tymi czarnymi istotami, co wypijają ludzką krew.

-Ale chyba da się ich jakoś pokonać?

-Prawdopodobnie, ale bladego pojęcia nie mam, jak.

-Można… Można zburzyć wszystko, co należy do Mroku. Z drugiej jednak strony, to może niewiele dać…

W drzwi coś zaczęło łomotać.

-A jakbyśmy zniszczyli coś, co dało początek Mrokowi? -Spytała nagle władczyni smoków.

-Magowie chyba dawno nie żyją.

-Ale czar żyje!

-To odkryj, jaki to był. Chyba szukanie igły w stogu siana, szczególnie, jeśli nie wiemy, gdzie on jest.

Wejście do pokoju coraz bardziej rysowało się pęknięciami. Nagle rozpadło się ono na pojedyncze części drzewa, a do wnętrza wpadło trzech mężczyzn odzianych w czarne stroje. Wszyscy oni mierzyli w kobiety swymi mieczami.

-Jesteście więźniami! -Ryknął jeden z nich.

Agafe uśmiechnęła się, podbiegła do niego, otwartą dłonią wycelowała w policzek. Atakujący wrzasnął, upuszczając miecz.

-Masz! -Rzuciła broń do Likame. -Nie wiem, kim jesteś, ale nie ma czasu!

Jak to nie wie, kim ja jestem, przemknęło przez głowę właścicielce Dragon Arch. Dłużej nie miała czasu się nad sprawą głowić, zaatakował ją jeden z Mroku. A zza drzwi przybywali kolejni.

-Niech to licho porwie Darrana! -Wrzasnęła władczyni smoków.

-Pojęcia nie mam, o kim mówisz -przyznała spokojnie Likame, próbując kogoś zabić. Uświadomiła sobie, że najwyżej rani nieprzyjaciół. Czy w takim razie mają szanse na wygraną?

-To ten drań, który wymyślił to cholerne zaklęcie dla Arzanachu! Tylko muszę znaleźć jakieś miejsce, żeby go zneutralizować! -Cięła jakąś szyję. -Cholera, nie ma okien! A przed nami cała armia tych dziwolągów!

-A kimże jesteś?

-Zwą mnie Lidia… -Skoczyła na jakiegoś trupa, cięła kogoś, znów podskoczyła na coś, w ten sposób powoli zbliżała się do wyjścia. -Ja spróbuję znaleźć jakieś miejsce, a ty walcz!

-Co?!

Ciało Agafe zniknęło z oczu Likame. Ta wściekła się; cięła gdzieś coś, już nawet nie zwracając uwagi, co wyprawia mieczem. W myślach zawołała Archa.

-Mógłbyś spalić górę i przylecieć po mnie? -Zapytała.

Smok przed przystąpieniem do ataku na kopułę zdążył zobaczyć, jak Agafe wybiega z wieży. Władczyni krzyknęła imię swego gada, który przyleciał. Nie tracąc czasu, skoczyła na jego grzbiet, wciąż tnąc, gdzie popadnie. Bez wątpienia miały do czynienia z armią czegoś, co mogło kiedyś uchodzić za ludzi, ale nawet ich trupy zamieniały się w czarne, jakby plastikowe ciała.

Nirgiz zanurzył się szybko w delikatnym jak jedwab obłoku.

-Uf, bezpieczni! -Rzekła Lidia.

-Tak, ale zostawiłaś na dole swoją przyjaciółkę.

-Przyjaciółkę? Nie znam jej. Nawet nie mam bladego pojęcia, czemu nagle te dziwadła nas zaatakowały… Chciałam się trochę pobawić i klops.

-Agafe, proszę…

-Nie jestem Agafe, tylko Lidia!

Nie zwróciła uwagi na odpowiedź swego zwierza. Zaczęła się zastanawiać. Znała zaklęcie, którego użył Darran. Nie wiedziała tylko, jak silne się ono stało przez te wszystkie lata… Ile to już by było? Ze dwieście lat w przybliżeniu. Neutralizacja potrwać może chwilę, a może znacznie dłużej.

-Nie ma wyboru -zadecydowała. -Muszę zneutralizować to głupie zaklęcie.

Zamknęła oczy. Przywołała w myślach słowa, których użył mag, aby stworzyć ochronę dla Arzanachu. Połączyła je po paru minutach z neutralizującym słowem Teagren. Całość zaczęła powtarzać, jak mantrę.

Tymczasem Arch wzleciał w niebo. Na grzbiecie nosił zmęczoną Likame, która położyła miecz przy sobie; ponoć nie zrobi krzywdę smoku, jeśli właścicielka tegoż nie zechce. A lepka maź stworzenia doskonale nadawała się na klej podtrzymujący bagaż.

-Zastanawiam się, czy ona nie zwariowała od stresu -podjęła tezę przyjaciółka Agafe. Dryfowali spokojnie wśród chmur.

-Ciężko powiedzieć, Nirgiz twierdzi, że to wygląda na rozdwojenie jaźni.

-No to ładne bagno.

-Podejrzewa, że jest to zapłata za naukę tejże w tym zamku, co to szkolą magów i czarownic. Albo i nie, bo zwykle to samotność jest ceną.

-Samotność jest jej przyjacielem, nie ciężarem.

-Wątpię, czy Lidia sama siebie zechce zneutralizować.

Likame roześmiała się; była to bardzo zabawna myśl.

-A może da się coś takiego skombinować?

-Nie, bo doskonale zdaje się wiedzieć, które słowa służą do czego w magii.

-Z drugiej jednak strony to właśnie tego Agafe potrzebuje w tym świecie.

-A ty?

Nie odpowiedziała. Wiedziała, do czego tęskni; często musiała siebie ganić za odpływanie myślami do wspaniałego, męskiego ciała… Smukłego i mającego skrzydła. Astaroth wydawał się bardzo pociągającym demonem.

Na dole zaległa cisza. Mrok jakby przestał próbować dosięgnąć swych wrogów. Raczej miano do czynienia z ludźmi, którzy nie wiedzieli, gdzie są i po co, niż z ponurymi wojownikami zła.

-Udało się! -Oświadczyła radośnie Lidia. Nirgiz zaczął obniżać lot. -Ale właściwie… co się dzieje?

-Agafe -jęknął z niesmakiem Nirgiz -właśnie zneutralizowałaś czarną magię.

-Tak? Ciekawe…

-Nie udawaj. Wiesz doskonale…

-Ale ja naprawdę nie pamiętam! Tylko byłam w wieży… -Spojrzała na jej resztkę; dach kompletnie spłonął. Teraz jego resztki leżały na schodach.

Dwa smoki wylądowały na ziemi.

-Agafe? -Spytała niepewnie Likame, schodząc ze swego zwierza. Obok niej zjawiła się władczyni smoków.

-Tak, to ja. Ale nie wiem, co się tu działo.

-Podawałaś się za jakąś Lidię, może kojarzysz?

-Nie, ostatnim razem rozmawiałam z nią przy zdobywaniu umiejętności magicznych…

-Cóż, powiedziałabym, że masz problem, ale z drugiej strony to jest jeszcze nieszkodliwe.

Otoczyli ich ludzie. Nie miały pojęcia, czy byli oni kiedyś na usługach Mroku, czy też to są mieszkańcy z drugiej części miasta.

-Ciekawe, co się stało z barykadą. -Zastanowiła się Likame.

-Jaką barykadą?

Przyjaciółka nie odpowiedziała. Była zmęczona; dość, że prawdopodobnie będzie musiała o tych wydarzeniach opowiedzieć Kosashiemu… Na dźwięk tego imienia spochmurniała.

-Co się stało? -Zapytała Agafe. Chciała przytulić swoją towarzyszkę, ale ta odsunęła ją.

-Nic. -Padła odpowiedź.

Po co ma martwić tym władczynię smoków? A zresztą, pewnie lepiej by było, gdyby ta nie miała o niczym pojęcia.

-Sprawdźmy linię. -Powiedziała.

Z wolna zaczęły posuwać się w stronę granicy, a tłum przed nimi się rozsuwał, zaś za nimi szedł w ich ślady. Zatrzymali się naprzeciw pomarańczowej linii, Likame westchnęła ciężko i poszła przodem. Swobodnie przesunęła rękę nad przejściem.

-Widać, zniknęło. -Powiedziała.

Tłum krzyknął radośnie. Podszedł do nich ten sam człowiek, który wcześniej gościł u siebie właścicielkę Archa.

-Dzięki wam, moje panie -powiedział, kłaniając się. -Czego chcecie w zamian?

-Szerzenia dobrej opinii o nas i smokach. -Odparła bez wahania Agafe.

-I to wszystko?

-Oczywiście.

5

Lot upłynął im spokojnie. Gdy tylko wylądowały na czerwonej ziemi, z czarnej torby podróżnej rozległ się dźwięk dzwonka z telefonu komórkowego. Likame niemal zeskoczyła ze swego smoka, podbiegając do bagażu i wyjmując z niego przyczynę hałasu.

-Halo? -Spytała, nim zdążyła się zastanowić, dlaczego coś takiego, jak komórka, działa na tym świecie.

-Cześć, Likame. -W głośniku odezwała się obecna szefowa Dragon Arch. -Długo nie mogłam się do ciebie dodzwonić…

-A zapomniałam ze sobą wziąć telefon, jak wybierałam się do Aisai. Ten błąd może się powtórzyć, bo ja jestem obecnie w dość dziwnym stanie psychicznym…

-Coś się dzieje?

-Nie, nie. Po prostu mam dużo spraw na głowie i wiesz, tak jakoś czasem czas mi się urywa. Co u was?

-Zdobyli wymarzony kontrakt.

-Gratuluję! Ale przecież Estonia go podpisała, jak wyjeżdżałam.

-Nie Estonia, znaczy, Estonia tak, ale tym razem na naszą ofertę zgodziła się Francja!

-Gratuluję. Co im powiedziałaś?

-Że zniknęłaś. Żartuję.

Agafe przestała słuchać rozmowy swej przyjaciółki. Gapiła się w ogniste niebo i myślała: czy naprawdę jej się tu bardziej podoba, niż na Nudnym Świecie? Czuła się szczęśliwsza mimo braku widoków na Pragę? Może i tak. Zdecydowanie nie miała na sobie ciężaru zaliczeń, płacenia czegokolwiek co wiązało się z uczelnią. Może tylko… Może tylko czasami przyłapywała się na myśli, że George nadal ją kocha. Ale to tylko złudne marzenie, niedogonione pragnienie, po którym pozostaje smuga cienia. Ale czy naprawdę? Czy Anioły mogą przestać kochać?

-Dobre pytanie nie jest złe. -Odrzekł na to Kosashi. Władczyni smoków drgnęła gwałtownie; niemal ją wystraszył na śmierć.

-Przestań! -Krzyknęła.

-Ładnie współpracujesz ze smokami, widzę. Może by tak cię nagrodzić?

-Daj mi spokój, jeśli łaska!

-Nie denerwuj się. Zresztą, nie do ciebie przyszedłem.

-Co? -Jej zaskoczenie było autentyczne. -Potrzebuję geniusza. -Wskazał na Likame, która spokojnie rzekła do telefonu:

-Zadzwoń jutro, jeśli chcesz. Muszę kończyć. -Po czym odłączyła się.

Demon podszedł do czerwonowłosej kobiety i spytał:

-Masz chwilkę na osobności?

Agafe poczuła się nieswojo. Po cóż by demon miał zawracać głowę jej przyjaciółce? Odepchnęła te niepokojące myśli na bok. Zobaczyła, jak para znika. Chyba nie ma czego się obawiać, to w końcu jej najbardziej zaufana osoba. Westchnęła. Nirgiz zapytał myślowo:

-Nie jesteście głodne przypadkiem?

-Trochę. Ale drewna chyba też tu nie znajdę.

Bo wokół czerwonych i ciągnących się – wydawałoby się – nieskończenie skał królowała pustka. Było im tu dobrze, ale jeśli mają mieć przygrzewane żarcie, to raczej warunki były kiepskie.

-Zaraz wracam. -Zakomunikowawszy to smok wzleciał w powietrze. Jego dostojna sylwetka z gracją wchłaniała promienie słoneczne. Ktoś, kto raz zobaczy taką istotę zawsze w głębi duszy będzie jej zazdrościł piękna.

Władczyni smoków musiała przyznać, że jej się nudzi. Zaraz pomyślała o laptopie i książkach, których tu nie miała. I nim zdążyła rozwinąć to rozumowanie, przed sobą zobaczyła Likame. Właścicielka Archa wyglądała na przygnębioną i pobitą: zaczerwieniony, spuchnięty lekko lewy policzek.

-Jezus Maria! -Wrzasnęła Agafe, pobiegłszy do przyjaciółki. -Co się stało?! Co on ci zrobił?!

-Nic. -Padła odpowiedź.

-Likame…

-Zostaw mnie w spokoju, dobrze?

Dziewczyna zaczęła odchodzić za jakąś skałę, która zasłaniała z pół horyzontu. Właścicielka Nirgiza stała nieco osłupiała, zmartwiona. Coś się działo, a ona nie wiedziała, co. Najbliższa jej osoba nie chce sobie pomóc, a Kosashi krzywdzi wszystko, co kocha… Kosashi. To imię zabrzmiało taką nienawiścią, że trochę się wystraszyła. Przecież nie zabijał jej bliskich. Ale zabrał George’a, a to najlepszy dowód na to, by spodziewać się takiego czegoś po nim. W końcu to demon.

Smok wrócił i nie był sam; otaczało go z siedmioro jego ziomków. Każdy z nich trzymał w łapach stos drewna. Bezceremonialnie zwierzęta upuściły ładunek na ziemię, sprawiając, że Agafe była zmuszona uciec za jakąś skałę przed toczącymi się wszędzie belkami.

Chciała to jakoś skomentować, ale zanim to zrobiło gadów już nie było. Miała nadzieję, że przywożenie towaru skończyło się.

-Ech -westchnęła ciężko.

Następnym ładunkiem smoków było dużo mięsa czworonożnych zwierząt. Nie miała pojęcia, skąd oni to wszystko brali, tym bardziej, że wyglądało to tak, jakby te rzeczy im się po prostu pojawiały w łapach w czasie jakiś lotów… Na tę myśl uśmiechnęła się. Kiedy wyszła ze swojej kryjówki, próbowała się nie potknąć o belki. Te porozrzucane były wszędzie, jak okiem tylko sięgnąć. Zauważyła, że Likame już pozbierała niektóre w stos i kazała go podpalić.

-Jak tam? -Spytała Agafe. Ciągle walczyła z napływającymi myślami o krzywdzie przyjaciółki, ale przecież ta sama to powie, kiedy będzie gotowa.

-A nic. Zmęczona.

Usiadły na jakieś belce i stwierdziły, że jak na ławkę to jest niezła rzecz.

-Tak sobie myślę, że jaka szkoda, że nie mamy komputerów. -Stwierdziła władczyni.

-I kto tu jest uzależniony?

Zaczęły się ze sobą droczyć. Skończyło się na przytuleniu i podjadania już przysmażonych części posiłku. Gdy skończyły, postanowiły się przespać.

-Gdzie śpisz? -Spytała Likame.

-Na ziemi. Twarda, ale pewien Czech mówił, że to jest najzdrowsze łóżko.

Roześmiały się.

-No co ty, ja będę spać na swoim Archu. Najlepsze legowisko na świecie! -Rzuciwszy to, podbiegła do właśnie czarno-niebieskiego smoka i wlazła na niego, układając się wygodnie.

-Też tak możesz -zasugerował Nirgiz.

Skorzystała z jego rady. I spało jej się najlepiej, odkąd znalazła się w smoczej krainie.

*

Były wypoczęte. W milczeniu spoglądały w niebo o barwie krwi.

-Fajnie tu -powiedziała Agafe.

-Tak sądzisz?

-Można zapomnieć o szarych dniach… -Urwała. -Ale kąpiel by się przydała.

Westchnęły. Mimo obcego świata, nadal istniało coś takiego, jak higiena osobista i niestety lub stety, nie można jej pomijać, gdziekolwiek by się było. A one w dodatku nie posiadały mapy obecnego miejsca, więc czuły się trochę zagubione.

-Pewnie Nirgiz będzie wiedział. -Rzuciła Likame.

Smok, jakby na wezwanie, wyleciał spoza białych chmur.

-I co knujecie? -Spytał, lądując.

-Chcemy się wykąpać. -Powiedziała właścicielka Archa. -Właściwie to musimy się wykąpać.

-Z jakieś dwie godziny drogi stąd znajduje się jezioro. Raczej nikt tam nie bywa, bo miejsce jest odcięte od ludzkości.

-Jak odcięte?

-Pewnymi wężykami, pewnie niegroźnymi dla nas…

-Ale ludzie i tak się ich boją…

-Jedziemy! -Zadecydowała Agafe, wstając. -Mam dość uczucia smrodku konwentowego!

-A to dziwne, bo ty konwenty lubisz bardziej, niż ja.

-Ja się muszę umyć! Nie po to harowałam przez te kilkanaście lat, żeby nagle opinia się zepsuła!

-Dobrze, dobrze, niech ci będzie…

Likame już nie raz przyznawała, że jej przyjaciółka to dziwna mieszanka: z jednej strony robi to, a z drugiej czuje to. Nie, żeby to była hipokrytka… Ale nie możesz jeździć na Goblikona do Raciborza (konwent zaprasza wszystkich w 2011 roku), jeśli nie przygotowujesz się psychicznie na brak czasu dla higieny lub coś w ten deseń. Tymczasem Agafe bardzo często rozpaczała wręcz, gdy w domu nie było ciepłej wody albo w ogóle jej nie było, bo rura potrafiła się zatkać kilka razy w roku.

Lot do celu był spokojny: minęli czerwień nad sobą, wpakowali się w biały puch będący chmurą, zamarzyli o wacie cukrowej, wymienili parę słów o rzeczach zupełnie nieistotnych.

W końcu zjawili się nad małą wysepką, która zdawała się być odcięta od reszty świata, chociaż większy ląd nie był daleko; nawet najsłabsze statki były w stanie przebyć tę drogę bez problemów. Drzewa były nieprzyzwoicie wysokie; dwa wlazły w chmury. Likame zaczęła się zastanawiać nad tym, czy to nie jest przypadkiem iglasty gatunek, ale Agafe ją wyprzedziła:

-O, choinki!

Może i były to te drzewa, ale niepokojący był fakt, że wszystko wydawało się puste.

-Cicho! -Rzuciła Likame.

Wsłuchali się w powietrze, któremu nie przeszkadzały żadne drgania.

-Lądujemy, byle ostrożnie. -Zawyrokowała Likame.

Z chwilą, gdy smocze łapska dotknęły piasku w drzewach rozlegały się ptaki.

-Tu tak zawsze -poinformował Nirgiz. -A teraz do mycia, bo śmierdzicie porządnie!

Woda wydawała się przyjazna: nie tylko wszystko przez nią prześwitywało, miała również temperaturę z Morza Śródziemnomorskiego. Gdy właścicielka Archa się rozbierała, Agafe przystanęła i spojrzała w niebo. Miała dobry humor, a przynajmniej tak jej się wydawało. Tylko tak jakoś… Chciałaby się przytulić do kogoś, kto nie jest kobietą, powiedzieć mu o swoich zmartwieniach, przebywać z George’m. George? Ciekawe, czy on jeszcze żyje, ale jakie to miało znaczenie w chwili, gdy jej nie kochał? Dlaczego Anioł może mówić takie rzeczy?

-Co jest? -Spytała Likame. Miała na sobie stanik i majtki, nie wyglądało na to, aby była chętna bardziej się prezentować.

-Myślę o George’u. Tak jakoś.

Czy ona go naprawdę kochała? Co się robi, gdy jest się zmuszonym rozstać? Jak długo należy rozpaczać? Ale mimo wszystko dotyk męskiej dłoni prawie zawsze bywa kojący. Tak, jak Astaroth, który… Na tę myśl Likame poczuła żądze. Jego niesamowity sposób rozpalania kobiet mógł naprawdę zaimponować. Szkoda, że nie wiedziała, jak go ponownie spotkać i bladego pojęcia nie miała, czy to się jeszcze stanie.

Agafe ciągle stała a’la słup soli.

-No, rozbieraj się, nie każ mi samej się kąpać. -Popędziła ją przyjaciółka.

Władczyni smoków zrzuciła z siebie wierzchni ubiór, zostawiając tylko bieliznę. Wszystkie ich ubrania były rzucone niedbale na piasek. Nie martwiąc się o konsekwencje tegoż, wlazły do wody.

-Jaka fajna -rzekła Likame.

-Śliczna, śliczniuteńka. Jeszcze tylko mydła brakuje.

-Przecież jest piasek, ponoć można się nim myć.

-Ale najpierw się pokąpiemy! Do pracy rodacy!

Po jakimś czasie żeglowanie po wodzie znudziło im się. Wyszły na brzeg i stwierdziły, że im trochę zimno.

-Ręczniki! -Krzyknęła Agafe. Drżała lekko.

-To ty miałaś pomysł, aby od razu lecieć tutaj, więc cierp. -Powiedziawszy to Likame wyszczerzyła zęby w uśmiechu. To było w pewien sposób zabawne.

Usiadły na piasku i zaczęły obserwować błękit nieba skalany białym puchem.

-Dawno go takiego nie widziałam -rzekła Likame.

-Tak…

Jak na polecenie, obydwie zamyśliły się. Każda o czymś innym… Właścicielce Archa w pewnym momencie przyszło do głowy, że Agafe jest tak szczęśliwa, iż trudno ją sobie wyobrazić jako myślącą o problemach kobietę. Prędzej zastanawiała się nad niebieskimi migdałami…. Ale skąd przyjaciółka władczyni smoków mogła to wiedzieć? Sama chciałaby być na miejscu Agafe.

-Jesteś szczęśliwa -rzekła którejś minuty medytowania Likame.

-Nie wiem. Chyba…

„Nie wiem” to najczęstsza odpowiedź właścicielki Nirgiza. Dość filozoficzna i dająca autorce fory. W tej jednak chwili nawet nie przemknęło przez jej głowę to, iż może być dla kogoś przykładem człowieka radosnego, szczęśliwego. Raczej miała poczucie tęsknoty za Aniołem.

Anioł był piękny. Znalazł ją, kiedy potrzebowała bratniej duszy. Chciał dać całe królestwa świata, ale nie zdążył. Czy zwyczajnie się odkochał, czy też może coś się stało? Ile razy ona sama pisała o takich rzeczach we własnych utworach? Że ktoś nie może, bo może, ale nie może. Zakręcone, pokręcone? Ona taka była; ona chciała jeszcze wierzyć w to, że kiedyś będą razem żyć, razem przetrawiać wydarzenia życia. Gdyby nie spotkała George’a, kto wie, może to samo czułaby do pewnego wrocławianina, dla którego przejechała około 12 godzin, aby zjawić się dla niego na najwyżej cztery? Ale to przeszłość. Uczelnia… Już jej nie ma. Za dużo ciuchów w szafie? W jakiej szafie? Czy może być szczęśliwa? Czy ona jest szczęśliwa? Marzyła kiedyś o byciu kimś niezwykłym, ale życie zweryfikowało zamiary, podłamało jej… skrzydła. Jej skrzydła zostały podłamane, stała się zwyczajnym człowiekiem, który chce skończyć swoją udrękę. Zamiast alkoholizmu wybrała tworzenie; zamiast depresji wybrała krainę smoków, gdzie wszystko wydaje się piękne i baśniowe. Miała prawo czuć się szczęśliwa. Tylko tak ciężko przestać myśleć o George’u! Tak – czasami mniej, czasami więcej zajmowała się tym problemem. Ale gdy już to robiła jej dusza wołała: chcę z nim być! To wspaniały człowi… Anioł.

I zaraz sobie przypomniała piosenki „Bieszczadzkie anioły” Starego Dobrego Małżeństwa. Tyle razy słuchała tego utworu…

-Anioły są takie ciche… -Zaczęła pośpiewywać pod nosem.

-Co? -Zapytała zaskoczona Likame.

-A śpiewam sobie „Bieszczadzkie anioły” SDM.

-Zaśpiewajmy razem!

I w powietrzu zaczęły żyć dwa głosy; niekoniecznie ładne, ale za to rozśpiewane. Śpiewały razem o aniołach z którymi sobie nie pogadasz, ale za to są całe zielone. Rozmarzone, po paru minutach skończyły całkowicie zadowolone z siebie.

-Kiedyś chciałam wybrać się w góry. -Rzekła Agafe. -Ale tak z grupą większą, z jednym człowiekiem z gitarą. I posłuchać jego melodii, piosenki… O zachodzie słońca.

Marzenia są takie piękne. Większość z nich nie ma prawa się spełnić, ale samo ich tworzenie daje przyjemność lepszą od zjedzenia loda. Władczyni smoków musiała mieć nowe marzenia, może całkiem podobne do tych z Nudnego Świata; Likame natomiast zdążyła stwierdzić, iż ma ochotę dotknąć Astarotha. Gdyby tak wiedziała, co z tą udręką począć… I gdyby tak nie musiała współpracować z Kosashim, diabłem wcielonym.

Likame poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Spojrzała za siebie: przed jej oczyma stał wysoki mężczyzna o długich, czarnych włosach. Miał na sobie jakąś koszulę i spodnie, wszystko założone jakby w pośpiechu, nie bacząc na to, że są trochę zdarte w niektórych miejscach. Przyjaciółka również na niego spoglądała.

-Czego chcesz? -Spytała ta ostatnia.

-Likame.

-Zostaw ją w spokoju.

-Ponieważ? -Chwila milczenia. -Nagle zachciało ci się sprzeciwu?

-Po co ci ona, skoro to podobno mnie kochasz?

Kosashi wybuchnął gwałtownym śmiechem. Wyglądało, jakby śmiał się nie z uciechy, a z dramatu.

-Chodź, Likame. -Rzekł, gdy się uspokoił. Ta już stała na nogach. Już miała pójść za demonem, lecz władczyni smoków wzięła ją za dłoń.

-Nie odchodź. -Powiedziała.

To było jak więzienie: z jednej strony cudny świat spokoju, którego prezentem jest Agafe; z drugiej świat dziwnych stworów, które męczą, świat bez szczęścia. Więziona między dwoma wyjściami stała, nie chcąc zrezygnować z jednego i z drugiego; bo przecież oba skończą się bez happy endu.

Wydawało się, że zostali zatrzymani w czasie; mogliby tak stać całą wieczność. Wszyscy czekali spokojnie na jedną reakcję.

Puściła. Demon zaczął iść w stronę lasu, a ona ruszyła za nim.

I po co? Po co ona to robi? Czy z nim naprawdę współpracuje? Przecież Kosashi to zło; na razie odpowiedzialny jest tylko za to, że nie jest z George’m, że znajduje się w tym, a nie innym…

Znajduje się w świecie pełnym cudów i piękna, baśni i radości. Czy przypadkiem tego nie szukała? Całe życie marudziła, że to i to nie daje jej spełnienia, bo jakieś pierdoły. Teraz… Ale jakim cudem demon byłby w stanie podarować coś tak cennego bez dostania duszy? A jak to możliwe, że Anioł mógł powiedzieć: „nie kocham cię”?

Wstała, oczekując wyjścia Likame i spoglądając w spokojne wody jeziora. Na twarzy poczuła delikatny wiatr.

Zdawać by się mogło, że minęły godziny – tymczasem nie uszła nawet połowa godziny. Agafe sprawiała wrażenie zanurzonej w myślach, w tym błękitnym niebie, w tej spokojnej wodzie. Może w jakimś mniejszym świecie, który był częścią smoczej krainy mijały nawet dnie.

Usłyszała za sobą szurające po piasku stopy. Odwróciła się i zobaczyła Likame, która uśmiechała się. W dłoni miała pudełko czekoladek.

-Wręczam ci ten oto dar niebios -rzekła.

-Skąd go masz? -Zdziwiła się władczyni smoków.

-Od Kosashiego. Weź otwórz.

Przekazała smakołyki do rąk swej przyjaciółce. Ta rzuciła okiem na napis „Godiva”, usłyszała, że „są z Belgii”, po czym niedbale rzuciła je na plażę, na tyle blisko wody, aby połowa z nich się zmoczyła.

-Jeśli to od Kosashiego, to nie chcę ich. -Odpowiedziała.

-On cię kocha i chciał…

-Jeśli mnie kocha, to niech da mi George’a! -Krzyknęła.

Likame przestraszyła się. Ona miała mu dawać rady, a on miał triumfować. Ona miała spełniać się w miłości, ale nie cierpieć. Co Kosashi zrobi, jeśli dowie się o tej porażce? Bo na pewno się dowie. Nie wierzyła, by była jedynym informatorem diabła na usługach. Równie dobrze te drzewa mogły mieć uszy, które słyszał demon. W dodatku powiedział jej, aby nie informowała swej przyjaciółki o sprawie, która ich łączy. Bo jeśli powie, to może stać się coś niedobrego? Zadrżała.

-Agafe… -Zaczęła dość niepewnie, ale władczyni smoków jej przerwała:

-Chcę George’a, nie Kosashiego!

Między nimi zapanowała cisza. A może jednak powiedzieć?

c.d. Nastąpił (22.10.2010):

Sekunda – już – sekunda – miała – sekunda – powiedzieć – …

Ciurkiem popłynęły łzy po policzkach Likame.

-Co on ci zrobił? -Spytała Agafe, podchodząc do niej i przytulając. -Co on ci zrobił?!

Właścicielka Archa nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Nie w takim stanie. Bała się; była twarda, ale przecież nadal z niej człowiek. A ona po prostu kochała władczynię smoków, chciała dobrze, nie chciała być mięsem dla Kosashiego. To wiele?

Nie otarła jeszcze łez, a nad nimi wzleciały dwa czarne smoki, w tym jeden ze znakiem archlinuksa. Zaczęły wydawać swoje dźwięki.

-Czego? -Chórem spytały ich właścicielki.

-Musimy wracać. -Rzekł Nirgiz. -NATYCHMIAST.

-Dlaczego? -Spytała Agafe.

-Czuję wielkie niebezpieczeństwo. Możliwe, że to demony.

-Ale jeśli to Astaroth… -Zaczęła Likame, lecz nie skończyła.

Władczyni odsunęła się od swej przyjaciółki. Chciała coś powiedzieć, ale gady już wylądowały i zażądały swych jeźdźców. Nie było czasu ani się spierać, ani robić jakieś fochy. Bez wątpienia w pobliżu czaiło się coś złego. Kobiety wsiadły na swe smoki w milczeniu. Poszybowali w górę, prosto w chmury.

Wylądowali tam, gdzie było ich stałe miejsce. Czerwone niebo wydawało się swojskie, a rozległe skały swojskie. Czuły się prawie jak w domu, ale jeszcze trochę czasu minie, nim postanowią taki obszar nazywać właśnie „domem”.

Na razie, schodząc ze swych zwierząt czuły się tak, jakby nawet siebie traciły. Póki nie postawiły nóg na twardym podeście, póty nie odezwały się do siebie.

Likame zrobiła kilka kroków i byłaby przeszła więcej, ale Agafe zapytała:

-Co on ci zrobił?

Właścicielka Dragon Arch, firmy linuksowej, spojrzała na swą towarzyszkę ze zdziwieniem.

-Na razie nic. -Odpowiedziała.

Władczyni smoków podeszła do przyjaciółki i przytuliła ją.

-Przepraszam -rzekła. -Ja po prostu nie wiem, co się dzieje.

-Dowiesz się… Daj tylko czasowi działać.

6

Nie upłynęło dużo czasu, a stwierdziły, że się nudzą. Było już po obiedzie.

-I jak ja mam niby odróżniać dzień od nocy przy tym stałym czerwonym niebie? -Spytała Likame, głaszcząc swego smoka.

-Nie mam pojęcia -odpowiedział. -Odpoczywamy, kiedy jesteśmy zmęczeni.

-My raczej jesteśmy znudzone.

-Nirgiz też tak twierdzi, więc za jakieś pół godziny ruszamy na miasto.

-Jakie?

-A nie wiem, ale chyba mają tam jakiś problem. Cośtam zostało skradzione, czy jakoś tak.

Spotkały się przy swoich torbach. Już miały wyciągać ubrania, ale tak się zdarzyło, że telefony zadzwoniły im jednocześnie. Likame miała wieści od swej firmy, a Agafe była zmuszona wymyślić sytuację turystyczną. To dla niej lajcik, w końcu ile razy jej się dziwne rzeczy w trakcie podróżowania zdarzały?

-Tak, wszyscy wybuchnęli śmiechem -trajkotała do taty. -Ja też, jest w porządku tato.

I kiedy skończyły, znów niemal równocześnie, włożyły komórki do toreb i zaczęły szukać sensownych ciuchów.

-O, ładna, nie? -Spytała właścicielka Archa, mając przed sobą sukienkę, która była dwukolorowa: na czarnym materiale wszyto niebieskie koronki.

-Fajna, a ja założę coś prostego…

-Przecież to jest najprostszy ubiór świata -skomentowała, zakładając go.

-O, mam. -Wyjęła zieloną koszulkę i różowe spodnie.

-Ty takie kolory ubierasz?

-Nie, ale mam ochotę na róż. Głupie, ale… A zresztą. -Wyrzuciła na ziemię ubrania i zaczęła resztę przeglądać. -O, a o!

Miała przed sobą czarną sukienkę do której doszyto parę czerwonych kokardek.

-Niezłe. Dobra, zakładaj i jedziemy.

W końcu smoki doczekały się lotu w przestrzeń niebios. Zrobiły kółko dla zabawy i poleciały w stronę z daleka widocznego słońca. Bo to tam znajdował się ich nowy cel.

*

Długo nie lecieli. Wylądowali na piaskowym podłożu otoczonym niskimi, niebieskimi domami.

-Czy każde miasto ma inne kolory? -Spytała Agafe, schodząc ze swego zwierza.

-A nie wiem, ale zwykle tak. Jakoś ten świat nie lubi szarości.

Władczyni smoków już chciała pójść w stronę miasta, lecz Nirgiz ją zatrzymał:

-Ej, ciągle mam przyczepiony miecz.

Gdy Likame zakładała na siebie jakiś brązowy brązowy pas z dwiema pochwami (a w ogóle skąd ona go wytrzasnęła?), Agafe przyglądała się swemu orężowi.

-W ogóle nie umiem się nim posługiwać. -Powiedziała.

-No tak, nigdy cię nie widziałam na lekcjach z białą bronią. -Wsadziła swoją tam, gdzie powinna być. -Nie masz schowka?

-E, nie, nie pomyślałam. Masz -oddała jej miecz. -Poza tym może nie powinniśmy się nastawiać agresywnie, może ci ludzie…

-Ci ludzie są względni spokojni, ale nie wiem, czy nie wymyślisz kolejnej kradzieży jedzenia -podsumował Nirgiz. -A jakby nie patrzeć, to ostatnio mało rozrabiasz.

-Zawiedziony, co? -Zapytała Likame, stając przy swej towarzyszce.

-Odrobinkę. -Przyznał smok i wraz z Archem wzleciał do góry.

Ruszyły.

-Nieźle wojujesz -powiedziała czerwonowłosa.

-Nawet jeśli, to nic nie pamiętam.

Taki układ spraw budził zaniepokojenie. Chociaż… Może to i lepiej, zważywszy na delikatny charakter Agafe. Może i była na początku wściekła, może i chciała się buntować, ale nie wyszło. Życie tu za bardzo zadowalało władczyni smoków. I to było widać. Likame nie wątpiła jednak, że gdyby jej przyjaciółka miała zobaczyć krew, flaki i być tego wszystkiego przyczyną oraz mieć takie widoki do końca życia…. Być może radość by prysła. Chyba lepiej, jak istnieje alternatywne ego, które wszystko za nią załatwia.

Naprzeciw nich stanęło dwóch wysokich ludzi w niebieskich hełmach i takowego koloru zbroi. Nosili ze sobą kije wyglądające, jakby pochodziły od miotły. Brakowało tylko szczotki w ich dolnej części.

-Dzień dobry. -Rzekła Likame. -Nas tu przywiozły smoki, podobno…

-Chodźcie. -Odrzekli chóralnie żołnierze tonem bez emocji.

Jak powiedzieli, tak zrobili. Spacer nie trwał długo, ale przynajmniej minęli tutejszy bazar.

-Czemu wszystko tu jest na niebiesko? -Spytała Likame, a Agafe wyglądała na zamyśloną.

Strażnicy nie odpowiedzieli. Zatrzymali się przy jednym z domów o największej powierzchni i odrzekli:

-Wchodzić.

W środku było ładnie: zadbane ściany, pośrodku kanapa z fotelami przy stoliku. Szczegół taki, że wszystko było na niebiesko. Samotnie stanęły przy jakimś fotelu i czekały, rozglądając się po terenie.

-Narysuj za mnie znak archlinuksa na jednej ze ścian -rzekła Likame.

-Dobra -zgodziła się Agafe i już chciała ruszyć, ale przyjaciółka chwyciła i objęła jej ciało.

-Żartowałam, głuptasku.

Do pokoju wszedł niski, tęgi mężczyzna o włosach szurających po podłodze. Miał na sobie bluzkę, pas z kutasem i spodnie – też wszystko w błękitach.

-Jestem D. -Poinformował. -Która z was to władczyni smoków.

-Ja -przyznała się Agafe. -Słucham pana?

-Pewnej nocy skradziono nam księgę czarów. Chcemy ją odzyskać. To nasz zabytek. Usiądźcie.

Tak zrobiły.

-Więc. -Kontynuował. -Więc. Więc ktoś, kto podawał się za właściciela szkoły magii pożyczył ją od nas. Termin już minął. Chcemy odzyskać nasz skarb.

-A skąd mamy wiedzieć, że nas nie okłamujecie? -Zapytała Likame, a towarzyszka położyła głowę na jej ramieniu.

-Bo. Bo. Bo mamy to zapisane na umowie. A raczej mieliśmy, bo umowa zamieniła się w proch ze starości.

-A rozumiem, że nikt nie przepisywał jej, no i ile czasu trwała pożyczka, skoro umowa się rozsypała?

-Księgę pożyczyliśmy dwa tysiące lat temu. Chcemy ją odzyskać.

-I do kogo z tym?

-Pożyczający zwał się Slavir i prowadził szkołę magii. I. I. I jestem pewien, że go znajdziecie na miejscu.

-Możemy spróbować odzyskać księgę…

-Ty nie jesteś władczynią smoków. Niech rozkaz i sposób zapłaty wyznaczy władczyni smoków. -Jego ton był stanowczy, trudno się takiemu sprzeciwić. Wszyscy spojrzeli na Agafe, ta westchnęła.

-W zasadzie to zgadzam się co do jej odzyskania… Jako zapłaty chcę, abyście rozgłaszali dobre słowo o smokach i chcę, abyście dali nam minimum sześć mydeł.

D zmarszczył brwi. Tylko tyle?

-Dziękujemy. Rozkaz zostanie wykonany.

-A jak się nazywa wasza kraina? -Wtrąciła nagle Likame.

-Linuks. Przecież podałem tę nazwę smokom.

-Zapomniałyśmy spytać. Linuks… Pani -zwróciła się do zaskoczonej Agafe -czy mogę prosić o jedną małą przysługę?

-Tak.

-Chciałabym, aby ta kraina miała w swojej niebieskiej fladze pewien znak graficzny!

-Ach. Znak szczęścia i pomyślności. -Powiedziawszy to, władczyni smoków wstała. Zobaczyła w tym graniu okazję do zabawy i postanowiła z niej skorzystać. -Tak, poproszę jeszcze, panie D, o to, byście na flagę umieścili znak, który wam pokażę, a który przyniesie szczęście.

Likame niemal podskakiwała z radości.

Żadna z kobiet nie zauważyła, że za oknem słońce prawie całe schowało się za ziemią. W chwili, kiedy władczyni smoków dostała białą kredę jej partnerka zniknęła.

-Co się stało. -Ni to zapytał, ni powiedział D.

-To -lekkie zawahanie -to nic takiego, poradzi sobie.

Zawahała się, bo wiedziała, że jej przyjaciółka kombinuje jakąś rzecz za jej plecami. Coś z Astarothem, coś z Kosashim. Czy to takie ważne?

-Więc on wygląda tak… -Pomazała na ścianie tak, aby utworzyć znak archlinuxa.

-Podoba mi się.

*

Dostała pokój jednoosobowy. Łóżko, stolik, jakieś talerze i okno – wszystko to w niebieskich barwach. Gdy nad światem zapanuje całkowita ciemność to pójdzie spać. Albo i nie, jeśli nie będzie umiała zasnąć. Trochę ją męczyło, że najlepsza przyjaciółka ma przed nią tajemnice. Ale czy to naprawdę było tak istotne, jak się zdawało? Przecież Kosashi dał jej jako takie szczęście, beztroskie życie. To nic, że z niego diabeł wcielony, to nic, że George’a nie mogła już widzieć… Nic, wszystko nic!

Wystarczyło spojrzeć przez okno, by stwierdzić, że już pora. Miała zamiar usiąść, ale tego nie zrobiła. Stała pośrodku pomieszczenia rozglądając się po nim. Zalewana ciszą o melancholijnych nutach czuła, że ma ochotę się rozpłakać.

Znów tego nie zrobiła.

-Kurwa! -Rzuciła w powietrze. -Gdzie mój miecz?! I czemu, do diabła, nie mam pasa?!

Lidia wyszła z pokoju hardym krokiem, a jej kroki pobrzmiewały na całym korytarzu. Już miała przejść przez jakieś drzwi, lecz stanął przed nią niski, długowłosy D.

-Co się stanęło.

-Nie mam miecza, nie mam nawet gdzie go włożyć! -Poinformowała go. -Miecz!

-Po co ci miecz. Miałaś iść spać.

-Chcę miecza! Chcę rozwalić tego chuja! Slavir musi leżeć martwy, do cholery!

-Spokojnie. Spokojnie. Spokojnie. Slavir pożyczył od nas książkę. To było dwa tysiące lat temu. Teraz ty musisz się do niego dostać, aby ją odzyskać. Damy ci miecz. Damy ci wszystko, czego potrzebujesz do tej misji. Ale Slavira nie musisz zabijać.

-Nienawidzę tego skurwiela! -Rzuciła Lidia. -Gdzie ten miecz?!

D stwierdził, że wolał poprzednią postać. Ta była co najmniej niezrównoważona psychicznie.

-Poczekaj. -Poinformował i wybiegł z korytarza. Nie trwało długo, nim kobieta doczekała się paska z pochwą i penisem oraz samego miecza.

-Dziękuję! -Oświadczyła, zakładając nową zdobycz. -Dobra, teraz do smoka, bo jest tu smok?!

-Jest.

Ruszyła przed siebie jak błyskawica. Wybiegła z budynku i ryknęła całym gardłem:

-NIRGIZ!!!!!

Po chwili w niebie coś zaskrzeczało i zatrzepotało. Z nocnych chmur wyłoniła się potężna sylwetka czarnego gada. Delikatnie wylądował.

-Tak? -Spytał.

-Do tej cholernej szkoły magii! Muszę zajebać kretyna!

-Lidia?

-Tak?! -Już wsiadała na jego grzbiet. -Ruszaj!

Wznieśli się w górę.

-Skąd w tobie tyle agresji? -Spytał.

-Kretyn mnie męczył. Zabijał. Nienawidzę go i zabiję skurwiela. Tyle czasu trzymałam w sobie te uczucia, że jak teraz wypowiadam te słowa, to mi się lepiej robi!

-Lot trochę czasu nam zajmie…

-Takie życie! A w ogóle to gdzie my byliśmy?

-Ponoć w krainie zwanej Linuksem. To dziwna nazwa, ale to u nas normalne.

-Przecież wiem. I gdzie jest ta, no…

-Likame?

-Właśnie!

-Podejrzewam, że w tej chwili kocha się ze swoim miłym, Astarothem.

-Żartujesz?!

-Nie.

Nic nie odpowiedziała. To było dziwne – być w gwardii dobra i jednocześnie kochać się ze złem. Mogło to jednak oznaczać, że Likame to niezwykła kobieta.

-Ile do celu? -Zapytała.

-Dwa i pół dnia. Damy radę.

*

Właścicielka Archa nie była wyspana, ale starała się na taką wyglądać. Stanęła przed największym budynkiem w niebieskim mieście i już miała do niego wejść, gdy dwóch strażników zagrodziło jej przejście.

-Jestem Likame, towarzyszę władczyni smoków. -Poinformowała spokojnie.

-Przykro mi, nie możesz wejść do środka. -Odpowiedział strażnik po lewej. Miał czarne, kręcone włosy.

-Dlaczego?

-Rozkaz.

-Ale władczyni smoków…

-Władczyni smoków jest teraz na misji.

-I ja mam w to wierzyć?

„Arch, weź to sprawdź”, przekazała w myśli polecenie swemu zwierzęciu.

-Oczywiście. -Odpowiedział żołnierz.

-Dobrze.

Odeszła kawałek i wrzasnęła imię swego smoka. Powoli wdrapała się na gada.

-Czeka nas długa podróż i możemy przybyć po wszystkim. -Stwierdził Arch.

-Skontaktujemy się z Nirgizem po drodze przecież.

c.d.nastąpił (23.10.2010):

Były za daleko, by się ze sobą skontaktować. Arch leciał śladami Nirgiza, chociaż jego właścicielka uparcie twierdziła, że robi to za wolno.

-Lecimy z taką samą prędkością, jak oni -komentował gad. -Przestań się wiercić, bo mi niewygodnie.

Zatrzymali się na jakieś wyspie, która na pierwszy rzut oka wydawała się bezludna. Gdy jednak człowiek wkroczył w las, a później z niego wyszedł, zobaczył przed sobą niskie zabudowania w kształcie kul. Ulicami przechodziły karły – niektóre miały ostro widoczną skoliozę, innym brakowało jakiegoś kawałka ciała, u jeszcze innych schorzenie nie było widoczne.

Likame łatwo odnalazła sklep spożywczy. Zdziwiła się trochę, bo zobaczyła szyld z napisem „Żabka”.

-Kurde, mam nadzieję, że drogo nie będzie -mruknęła.

Wkroczyła do sklepu i zobaczyła na półkach różne opakowania z nie znanymi jej nazwami. Machnęła ramionami i podeszła do lady.

-Dzień dobry -rzekła do niskiego karła, który nie posiadał jednego ucha, a lewe oko miał całkiem pokryte bielmem.

-Dzień dobry -odrzekł spokojnie.

-Była tu może taka jedna, co to prawdopodobnie podawała się za Lidię?

-Lidia? O matko! -Wrzasnął sprzedawca i szybko skrył się za stolikiem. -Tylko nie rób mi krzywdy! Oddam wszystko!

-Tak? To poproszę pączki jakieś i jakieś dwie butelki wody.

Karzeł zaczął się poruszać jak w ukropie; kobieta zamyśliła się na temat tego, co też alter ego jej przyjaciółki mogło zrobić niewinnemu sprzedawcy. Choć była ciekawa, wiedziała, że zadając pytanie mogła całkiem zniszczyć wrażenie, że trzyma się razem z Agafe. A skoro miała do wyboru oddać jakąś złotą sztabkę lub wziąć za darmo fajny towar ze sklepu…

Postawił wszystko na stole i spakował do reklamówki. Podał swej klientce zdobycz drżącą ręką.

-Dziękuję. -Powiedziała. -Miłego dnia!

I wyszła. Postanowiła jak najszybciej zmyć się z tego miasta, bo jeszcze narobi sobie niepotrzebnej biedy.

Powolnym spacerkiem przechodziła przez las. Gdy przed nią pojawił się Kosashi, zatrzymała się, niepewna. Może uciec? Zapewne nie ma szans. Coś jej zrobi?

-Witaj -powiedział demon, podchodząc do czerwonowłosej kobiety. -Masz jakieś nowe wieści dla mnie?

-A ty?

-No, jakże to? Kto tu ma być informatorem, ty czy ja?

-Ja… Kosashi, ona wyrzuciła twoje czekoladki. -Cofnęła się, widząc na jego twarzy złość.

-Taaak?

-Powiedziała, że cię nie chce, a jeśli ją kochasz to… To masz oddać jej George’a.

-Ach, czy sobie jeszcze czegoś zażyczyła?

-Nie.

-I ja mam to zrobić, tak?

-Tak… -Poruszył się gwałtownie. -Nie wiem. Jeśli chcesz sprawić jej radość…

Chwycił ją za włosy. Jęknęła.

-No? -Zapytał.

-Dlaczego to robisz? -Zapytała drżącym głosem.

Może nie powinna się tak bardzo bać, wszak ostatnim razem uderzył ją tylko w policzek. Z drugiej jednak strony to był demon, a jak sama nazwa wskazuje, obecność przy nim nie wróży czegoś dobrego.

-Bo mam taką ochotę. Wytłumacz, po co miałbym jej sprawiać radość?

-Bo zazwyczaj chce się, aby ukochana osoba tak się czuła.

Jeśli naprawdę miał ochotę ją uderzyć, to zrobi to niezależnie od jej odpowiedzi. Czekała.

-Kłamstwo… -Zaczął.

-Nie kłamię! Ja staram się jedynie pomóc.

Puścił ją. Wyraźnie czuła bicie swego serca, miała nadzieję, że on nie słyszy jego.

-Niech będzie. -I zniknął.

Głęboko odetchnęła, pełna ulgi. Moment trwało, nim zdecydowała się ruszyć w stronę Archa.

*

Czas minął jakby go nie było. Nirgiz wylądował na placu przed gigantycznym zamkiem – Lidia zapamiętała budowlę jako szkołę magii. Dumnym krokiem przeszła obok strażników i nawet nie zdziwiła się, że ci jej nie zaczepiają. Tym razem zwiedzała hol, a nie część wieży. Nie śpieszyło się jej, by zobaczyć kogoś, kogo już dawno powinna była zetrzeć z tej ziemi. Powoli przemierzała korytarze z ogromnymi oknami, ściany ze srebrnymi obrazami, aż w końcu doszła do przejścia, gdzie dwóch strażników zagrodziło jej drogę.

-Zejdźcie! -Krzyknęła.

-Nie. -Odpowiedzieli strażnicy chórem. -Do kogoż to, panienko?

-Jestem Lidia! -Ryknęła. Wyjęła miecz z pochwy. -Jak mnie nie puścicie, to się skończy źle!

-Gówno nas obchodzi, kim jesteś. Do kogo?

-Nie wasza sprawa!

Strażnicy wyjęli miecze.

-Dwóch na jednego to naprawdę zły pomysł, panienko. -Rzekł jeden z nich i zaatakował.

Broniła się a on napierał z coraz większą siłą. Do drugiej dłoni przywołała ogień i rzuciła nim w strażników. Nie zdążyli odbić swymi mieczami czar poparzył ich głowy. Krzyknęli, rzucając miecze na podłogę. Przebiegła między nimi.

Zatrzymała się dopiero wówczas, gdy za plecami usłyszała czyjś głos:

-Slavir nie żyje!

Odwróciła się napięcie i zobaczyła przed sobą człowieka wyglądającego na kucharza.

-Coś powiedział? -Zapytała gniewnie.

-Slavir nie żyje, pani.

-Skąd wiesz, do kogo przyszłam?!

-Widziałem cię tu niedawno, pomyślałem, że znów do niego przybyłaś. To byłoby logiczne.

-Dobrze temu skurwielowi! Ale jak do tego doszło?!

-Miał zarżnięte gardło, a podłoga przy łóżku była umazana krwią. Są jeszcze ślady…

Poczuła ostrze miecza przy szyi.

-Nie ruszaj się -szepnął jej męski głos do ucha. Głośniej zaś stwierdził: -Dziękuję, Raf.

-Do usług, panie. -Wykonawszy ukłon, zniknął za jakimiś bocznymi drzwiami.

-On miał rację, panienko. -Powiedział nieznajomy. -Domyślam się, że skurwysyn coś ci zrobił, a ty chciałaś się zemścić. Jeśli będziesz grzeczna to wszystko może się skończyć dobrze.

-Grzeczna?

-Czyli pójdziemy teraz do mojego gabinetu, niedaleko jest.

Powoli odwrócili się napięcie, ruszyli przed siebie. Skręcili w prawo, w lewo, potem zatrzymali się przed czerwonymi drzwiami. Lidia mogła coś zrobić, lecz postanowiła grać na zwłokę. Kto wie, może faktycznie zyska dodatkowe informacje? W końcu nie miała najmniejszych powodów, aby krzywdzić nieznajomego… Jeszcze nie miała.

Oprawca otworzył wejście, powiedział. Gdy znaleźli się w środku, niedbale zatrzasnął drzwi i rzucił miecz na podłogę. Byli w brązowej komnacie z dwoma fotelami. Usiadł na jednym z nich.

-Zapraszam. -Rzekł, wskazawszy na siedzenie obok siebie. -Więc jesteś władczynią smoków? -Zapytał, gdy skorzystała z zaproszenia.

-Tak mnie nazywają. -Odpowiedziała.

-Wykonujesz różne zlecenia w zamian za szerzenie dobrej opinii o smokach…

-Skończ waść z tymi pierdołami i przejdź do rzeczy.

-Więc Slavira całkiem niedawno zabito. Na podłodze napisano „KOSASHI”. Nie jestem do końca przekonany, że to ten demon, ale… to jakiś ślad.

-Chciałabym zobaczyć to miejsce, zobaczyć grób tego skurwiela!

-Oczywiście. Tylko to chcesz w zamian za namierzenie mordercy?

-Oczywiście, zapłata będzie horrendalna. -Uśmiechnęła się złośliwie. -Chcę księgi czarów z Linuksa.

-Co?! -Krzyknął z oburzeniem.

-Powiedziałam, że horrendalnie droga i zdania nie zmienię, tym bardziej, że właśnie wam się skończyła dwutysiącletnia umowa.

Nieznajomy westchnął.

-Cóż -rzekł -jeśli taka jest cena… Niech się stanie. W ogóle, zapomniałem się przedstawić. Jestem Dali.

-To chodźmy do miejsca zbrodni.

Wstali i ruszyli. Droga nie była długa: przeszli w lewo, w prawo, dwa piętra w górę. W którym dokładnie byli miejscu na zamku, nikt nie wiedział, nawet sam prowadzący. Nie sposób było znać wszystkie zakamarki tej ogromnej, monumentalnej wręcz budowli.

Otworzyli drzwi do komnaty Slavira. Ściany pomarańczowe, podobnie jak meble, tylko podłoga jakaś taka zaczerwieniona. Lidia podeszła do niej i przeczytała:

KOSASHI

-Hm -mruknęła. -I wszystko byłoby fajnie, gdyby był jakiś sposób na dowiedzenie się prawdy o zdarzeniu.

-Sugerujesz…

-Sugeruję, że jeśli ten demon zabił, to i tak nie przyzna się, czyli powie to samo, co powiedziałby, gdyby go nie zabił. Ale sprawę oczywiście rozwiążę.

-Dobrze. Będę czekać w swoim gabinecie, strażnikom powiem, że jak się zjawisz, to nie mają prawa cię zatrzymać.

-W porządku. Pokaż grób.

Wyszli i powolnymi ruchami kierowali się na pobocze. Grób znajdował się na jakimś dziedzińcu, trumna jeszcze była wystawiona na widok publiczny. W tym miejscu dotykała cisza, pustka. Lidia uniosła brew do góry i podeszła do miejsca spoczynku. Dotknęła drewna i rzekła:

-Z mahoniu.

-Tak.

Podniosła wieko i otworzyła trumnę z trzaskiem. W powietrzu zaczął unosić się mocny odór rozkładającego się ciała.

-A fuj! -Krzyknęła.

Mimo to cieszyła się, że tak zrobiła. Miała przynajmniej stuprocentową pewność, że ten skurwiel, Slavir, leży martwy. Przyglądała się moment temu znienawidzonemu cielsku, po czym zamknęła trumnę.

-Dobrze więc, wrócę, jak się czegoś dowiem. -Oświadczyła i nie czekając na swego towarzysza, wyszła. Miała dobrą pamięć do terenów, więc bez problemu wracała się tą drogą, którą wcześniej kroczyła. Kiedy wyszła na dziedziniec Nirgiz już na nią czekał. Wsiadła na niego, ułożyła się wygodnie i wtedy smok oświadczył:

-Lecimy na Fajansa.

-Co to?

-Wyspa, na której wczoraj siedzieliśmy. Teraz czeka tam Likame.

7

Teren wydawał się przyjazny: tuż przed ścieżką wystawiono szyld z napisem w cyrylicy. Z daleka widać było Czerwone Domki – małe, skromne, ale budzące zachwyt. Ciężko je opisać, ponieważ każdy z nich miał standardową budowę i jedynie sufit sprawiał wrażenie strzelającego w górę.

Przed drzewami czekał Arch ze swoją właścicielką.

-Cześć. -Powiedziała Likame.

-Hej. -Odpowiedziała jej władczyni smoków, schodząc ze swojego. I gdy to zrobiła stanęła jak słup soli.

-Co się stało? -Spytała właścicielka Dragon Arch.

-Ja… ja nie wiem, gdzie jestem. Znów nic nie pamiętam…

-Jesteśmy teraz w Fajansie, czymś, co wygląda jak ruska mieścina.

-A… coś się działo?…

-Obiecałaś, że zdobędziesz księgę czarów dla Linuksa. Dalej nie wiem, bo nie dogoniłam cię.

-Jakie to smutne, że nie będę miał nowych wieści ze świata. -Stwierdził Kosashi, zjawiając się tuż przy ramieniu Likame. Ta zadrżała. -Ale nie twoja wina, po prostu wszelkie diabelstwa mogły pomyśleć wcześniej i odesłać cię od razu tam, gdzie jest Lidia.

-Czego chcesz? -Spytała Agafe.

-Ja? Och, to proste. Informacji. Ale ty także tego potrzebujesz.

-Więc?

Roześmiał się.

-A jak myślisz? -Zapytał.

-Nie. -Powiedziała hardo władczyni smoków.

Podszedł do niej. Likame czuła, jak jej serce wariuje. Co zrobi przyjaciółce?

-Nie?

-Jeśli mnie kochasz…

-Jeśli cię kocham, to co?

Chwycił ją za włosy. Jęknęła.

-Przestań! -Krzyknęła Likame.

-A co mi zrobisz? Zabijesz?

-Jeśli masz kogoś krzywdzić…

-Zamknąć się! -Krzyknął. Zbliżył twarz do policzka Agafe. -Potrzebujesz informacji, a tylko ja mogę ci ją dać. I nie, nie mam dobrego serca, jakby chciała twoja przyjaciółeczka. Chciałbym, abyś coś dla mnie zrobiła.

Zapadło milczenie. Władczyni smoków przełknęła głośno ślinę.

-Chciałbym, żebyś mi coś dała. -Rzekł. Pogłaskał jej szyję. -Chcę, żebyśmy uprawiali seks.

-NIE! -Krzyknęła. Wzdrygnęła się.

I zrobiła coś, czego Agafe nie miałaby odwagi zrobić: wyjęła miecz.

-Potrzebujesz informacji. -Przypomniał, puszczając kobietę.

-I dlatego skurwielu masz mnie zostawić!

Likame głos przyjaciółki wydał się trochę inny, niż zwykle. Czyżby mieli do czynienia z Lidią? Ale skąd do cholery ona mogła wiedzieć, co się działo wcześniej? Chyba, że zdenerwowała się na samo to, że ją trzymał za włosy. Albo już usłyszała wypowiedź demona.

-No cóż. Więc zdobądź sama informacje.

Agafe zniknęła.

-Gdzie?! -Wrzasnęła właścicielka Archa.

-Do piekła. -Odpowiedział.

-Że co…?!

-Posłałem ją do piekła, dla jej własnego bezpieczeństwa.

-?!

-Ciesz się. Będzie jej tam przyjemnie. -I zniknął.

Działo się tu coś, czego żadna z nich nie rozumiała.

-Niebezpieczeństwo -poinformował ją smok.

Odwróciła się napięcie, ale nikogo nie zobaczyła. Teoretycznie była sama z gadami. Zdezorientowana, rozglądała się wokoło. Nagle smoki wzniosły się do góry.

-Ej! -Wrzasnęła, ale gady już wleciały w chmury.

I w tym momencie poczuła mocne uderzenie w plecy. Padła na kolana. Była przerażona. Zdołała jednak powiedzieć:

-Przestań, Kosashi…

-Ale się mazgaisz. -Usłyszała twardy, lecz kobiecy głos.

*

Stała na białym tle, mając przed sobą błękitny napis: „WELCOME TO HELL”. Momentalnie czuła się zdezorientowana, ale gdy uświadomiła sobie, że w powietrzu unosi się zapach spalenizny nogi pod nią się ugięły.

I co teraz? -Myślała. -Czy naprawdę jestem w piekle? Jak wrócić?

Mogła się pojawić w każdym innym miejscu, ale dlaczego wybrał akurat to? Jaki miał powód, by to robić, jeśli chciał ją… nie mogła przełknąć tego prostego słowa. Wiedziała, że tego nie zrobił, nie mniej jednak jego zamiary były bardzo jasno dane do zrozumienia.

Piekło wyglądało na puste miejsce. Może i takie było, bo rozglądając się widziała tylko biel. Śmieszne, niewinny kolor w tak – zapewne – chorym zakątku, jak to. Położyła się. Nie miała sił na jakąś wędrówkę, musiała wpierw przetrawić ostatnie zdarzenia.

*

Myślała, że boli ją całe ciało. Czuła siniaki na plecach i brzuchu, ramiona też nie czuły się najlepiej. Krew kapała jej z nosa. Spróbowała się ruszyć, ale zdała sobie sprawę, że to na nic… Posiniaczone ciało nie bardzo chciało się męczyć, a związane nadgarstki i kostki nie ułatwiały sprawy.

Gdzie była?

W czymś, co wyglądało na pokój gościnny: białe ściany, stolik, fotele, kanapa… Może nadal znajdowała się w Fajansie, a może nie. Najgorsze, że potraktował ją ktoś, o kim w ogóle nie myślała, że istnieje. Baba wredna, to jedno było pewne.

-Witaj. -Usłyszała już znajomy głos. W wejściu stanęła wysoka, może nawet za wysoka jak na człowieka, kobieta nosząca czarną, gotycką sukienkę. Tylko stopy miała w czerwonych obcasach. Nieznajoma zaczęła podchodzić do swego więźnia.

-Wiesz, kim jestem? -Zapytała.

-Nie i nie wiem też kurwa, dlaczego mnie tak potraktowałaś.

-Ładnie z ich strony, że wam nie powiedzieli. Mnie to ułatwia robotę. -Uśmiechnęła się. -Ale może przynajmniej wiesz, gdzie jest Agafe i Kosashi?

-Nic nie wiem!

-Uuu, to niedobrze. Cóż… Zwą mnie Nyssa. -Kopnięcie w brzuch. -Tak czy siak, zostawić wiadomość mogę.

Oprawczyni kucnęła i zaczęła kiwać głową.

-Myślisz, że tatuaż na plecach będzie ładny? -Spytała słodko.

-Spierdalaj.

Dostała w żebra.

-Cóż -rzekła Nyssa. -Jak dam „Zginiesz, Kosashi”, to zrozumie?

Likame nie odpowiedziała, skuliła się tylko. Dręczycielka chwyciła ją za włosy i podciągnęła do góry. Była to niewygodna pozycja, ale właścicielka Archa nic na to nie mogła poradzić.

-W sumie -rzekła Nyssa -myślę, że lepsza będzie „Ona zginie”.

-Kto?…

-No, tego byś już się mogła domyślić! Ale cóż, twój problem. Gdzie ja mam nóż…

Puściła swoją ofiarę, wstała i podeszła do jakieś szafki. Otworzyła ją, chwilę przyglądała się zawartości, po czym wyjęła ostrze z metalową rączką. Ostra część była stylizowana na drobniutkie kolce. Czubkiem palca dotknęła czubka. Poleciała stróżka krwi.

-Dobry. -Oświadczyła radośnie. Spojrzała na drżącą, skuloną Likame i podeszła do niej. -Nie bój się, tylko cię ozdobię.

Gnębicielka usiadła naprzeciw swej zabawki i dotknęła dłonią jej pleców.

-Idealne. -Skomentowała, głaszcząc skórę. Chwilę trwało, nim przestała. Więźniarka poczuła dotyk zimnej stali na grzbiecie. Gdy ostrze zaczęło się wbijać głębiej w ciało, krzyknęła. -Tylko spokojnie, bo będzie to trwało dwa razy dłużej.

-To boli… -Błagalny ton nie pomógł. Płakała cicho, gdy Nyssa rzeźbiła na jej skórze kolejne litery. Gdy skończyła w pokoju było słychać tylko łkanie. Nóż schowała za pas. Wstała. -Pięknie wyszło, ale muszę już iść.

Gdy tylko Nyssa wyszła z pokoju, usłyszała za sobą krzyk rozpaczy:

-NIE!

Nie była w stanie się ruszyć. W pomieszczeniu robiło się ciemno. Na skórze czuła pieczenie i zasychającą krew. Chciało jej się pić.

Zamknęła oczy, jak tylko poczuła delikatny dotyk jakiejś dłoni na policzku.

-Spokojnie. -Usłyszała znajomy, męski głos.

Mężczyzna zaczął ją rozwiązywać. Kiedy wyrzucił sznury na podłogę, wziął ją na ręce.

-George… -jęknęła. -Co ty tu robisz…

Nie odpowiedział. Zniknęli.

*

Obudziła się wypoczęta, choć głodna. Ciągle była przy znaku „WELCOME TO HELL”. Wstała, westchnęła ciężko. Ciągle nie wiedziała, dlaczego to ją spotkało, ale jednego była pewna: to wszystko wina Kosashiego.

Najpierw zmusił ją do opuszczenia Nudnego Świata i choć teraz nie miałaby nic przeciw temu, to rozdrażnił ją tym za pierwszym razem. Potem zabrał jej George’a, w dodatku wsadzając go w jakiś ogień. Pozwolił, by cierpiała na drzewie nie wiadomo ile czasu. I delikatnie spiskował z Likame, sprawiając, że ich przyjaźń była podatna na rozpad. Nagle wpakował ją w piekło.

A przynajmniej to miejsce chciało, by o nim tak myślała. Może było w tym odrobinę prawdy – jeszcze nie wiedziała. Szła przed siebie, nie mając zielonego pojęcia o tym, gdzie jest i dokąd wędruje. Kiszki skręcały jej się z głodu. Zamiast ciepła czuła zimno, ale to chyba normalne przy takim stanie organizmu.

Spokojnie spacerowała, namyślając się. Czy dając ją w to miejsce zabrał także Nirgiza i Likame? Zapewne czymkolwiek będzie skutkowało to zdarzenie, to nie będą dobre chwile… „HELL” nigdy nie kojarzył się z pozytywem. Przystanęła.

On ją kochał? Przecież to bzdura! Ciągle sprawiał, że cierpiała, że była nieszczęśliwa! Zachował się po chamsku, pozwalając, by tylko momentalnie czuła się jak w raju. Co teraz ma do roboty? Co teraz ją czeka?

Przed sobą zobaczyła jakieś krawędzie przestrzeni – zupełnie tak, jakby biel postanowiła się ułożyć w kształty. Śnieg leżący na ławkach, schodach… Miała przed sobą widok jakiś budynków, do którego prowadziły strome stopnie. Co mogła zrobić? Czuła lodowate powietrze, drżała z zimna. Czy będąc w miejscu takim jak to można umrzeć? Czy ona w ogóle jeszcze żyje?

Powolnymi krokami weszła w śnieg. Poczuwszy lód, szybko podbiegła do drzwi. Były zamknięte, więc zaczęła w nie walić pięściami.

-OTWIERAĆ! -Ryknęła w końcu.

Zamarznie. Była pewna, że to się stanie lada moment. Już miała ponownie walnąć w drzwi, gdy te się nagle otworzyły. Przed nią stała niska kobieta o długich, złotych włosach. Miała na sobie brązową koszulę nocną.

-Słucham?

-Zimno! -Odparła Agafe i już miała wkroczyć do środka, ale gospodyni zagrodziła jej wejście ręką.

-E, panno, imię podaj, to zobaczę, czy cię wpuścić.

-Agafe.

-Właź.

Gdy kobieta znalazła się w ciepłym pomieszczeniu w kolorze różu odetchnęła z ulgą.

-Jak tam? -Spytała nieznajoma. -Usiądź na czymś, jesteś głodna?

Jeśli to było piekło, to niezwykle przyjazne. Albo ktoś robił jej kawał, albo był to świat jakiegoś schizofrenika. Ale skorzystała z zaproszenia, odpowiedziała twierdząco. Zapadła się w fotelu.

Kiedy na stoliku pojawiła się pizza, blondynka rzekła:

-Jestem Taju. -Kobieta usiadła naprzeciwko swego gościa. -Miło mi cię powitać w mym zakątku. Zostań tu, ile chcesz.

-Ale ja nie chcę tu w ogóle być. -Rzekła władczyni smoków. Postanowiła być szczera, bo tak. I było jej wszystko jedno, co się za chwilę wydarzy, skoro… Skoro nawet nie wiedziała, jaki ma status? Zmartwienie, czy też może smutek były wyraźne na jej twarzy.

-Pewnie tę odpowiedź znasz, ale możesz swobodnie przebywać tylko na terenie piekła. Nic ci nie grozi.

-Dlaczego?

-Bo tak zażyczył sobie Kosashi. Muszę przyznać, że na razie całkiem zgrabnie mu wszystko idzie…

-Nic nie rozumiem! -Krzyknęła Agafe.

-Czego? Że facet cię kocha i chce chronić?

-Chronić?! On kurwa mi wszystko zabiera!

-A jeśli powiem, że jest to konieczne?

-Gówno mnie to obchodzi! Gówno! I tak zresztą może kłamać, skoro smoki to potrafiły!

Taju westchnęła ciężko. Może ta dziewczyna byłaby w stanie w cokolwiek uwierzyć, ale nie po takich doznaniach. A ostrzegała go, ale on myślał, że zna się lepiej.

-Nie sądzę -odezwała się gospodyni -abyś miała do czynienia z kłamstwami z jego strony. Co najwyżej z niedomówieniami…

-Przestań. Zresztą, co ja mogę…

Nie chciała tego, ale wybuchnęła płaczem. Co ona mu zrobiła? Może niepotrzebnie zgodziła się na życie w smoczej krainie. Beztroskość to niebezpieczna iluzja, której należy się strzec jak ognia. Taju przytuliła ją do siebie, dając jakieś poczucie bezpieczeństwa.

-Chcę wrócić do Nudnego Świata. -Rzekła Agafe, gdy już się uspokoiła.

-Nie ma mowy. Ja na pewno ci w tym nie pomogę.

-Dlaczego?

-Bo tam nie masz szans na obronę.

-Jaką obronę? Przed czym?

-Przed złem.

-Jasne.

*

Ofiara Nyssy oprócz sukienki miała na sobie czarny sweter. Stojąc, patrzyła na Anioła. Ten spokojnie wypowiadał do niej słowa, które formalnie rozumiała – ale nie pojmowała sytuacji, jaką przedstawiały.

-Chcemy ją jakoś zmiażdżyć. -Przyznał George, mając na myśli oprawcę Likame.

-Jeśli to ma jej sprawić cierpienie, to jestem z wami. Ale… Jeśli to wszystko prawda, dlaczego nie powiecie o tym Agafe?!

-A uwierzyłaby?

-Nie wiem.

-Właśnie, a dodatkowo Kosashi nie chce jej narażać na niebezpieczeństwo.

Spojrzała na niego z wyrzutem.

-A ty? -Spytała.

-Ja?

-Przecież to ty ją kochasz!

-Kochałem. Teraz to już tylko wspomnienie…

-George! Powiedz prawdę!

-Ale ja mówię prawdę. Tak, chciałem, abyśmy byli razem… ale… Za długo się nie widzieliśmy. I jakoś nie uśmiecha mi się świat pod rządami Nyssy.

-George… Ty kretynie! Ona ciebie kocha!

Załamała ręce. Jej przyjaciółka zakochała się w Aniele, który potrafił powiedzieć: nie kocham. Czym sobie zasłużyła na nieszczęśliwą miłość?

-Czasami miłość więdnie, szczególnie ta bez pielęgnacji. -Rzekł smutnym tonem. -Ale lubię Agafe i zawsze zrobię jej przyjemność.

-A gdzie ona jest?

-W piekle.

*

-I co ja mam teraz zrobić? -Spytała Agafe popijając cytrynową herbatę.

-Nie wiem. Zależy, co lubiłaś robić w Nudnym Świecie… Bo nie wydaje mi się, aby siedzenie w łóżku było dobrym pomysłem, skoro wcześniej czy później wrócisz do smoczej krainy.

-Oczywiście, przecież żyjesz. Zostałaś jedynie gościem piekła, a nie jego mieszkańcem. Korzystaj z życia, bo w przeciwieństwie do ciebie niewiele osób miało wcześniej takie szczęście.

-Szczęście?… Przecież to piekło!

-Tak. I dlatego niewiele osób, które postanowiło tu przyjść na własne żądanie przetrwało. Jedna z najwybitniejszych postaci to bohater Dantego, jak mu tak było…

-Ale to średniowieczna książka…

-Oczywiście! A myślisz, że jak powstała? To był swego rodzaju przewodnik po piekle, ale ledwie sto lat po jego wydaniu się zdezaktualizował. -Powstrzymała się od śmiechu. -Czytałaś?

-Nie…

-A jakim to cudem? -Wstała, wyszła i weszła. W prawej dłoni trzymała torbę ze znakiem szatana. -Otwórz.

Władczyni otworzyła. Był tam aparat fotograficzny, książka Dantego, telefon komórkowy i plecak podróżny.

-Dantego potraktuj jako coś, czego śladami się idzie. Aparat fotograficzny… Jako fajne cacko, bo zdjęcia, które tu zrobisz zamienią się później w piękne inne widoczki, tak dla picu i niepoznaki, że piekło istnieje. A plecak to prezent ode mnie.

Jeśli to było piekło to było ono niepodobne do niego. Chyba, że czegoś od niej chcieli.

-A co w zamian? -Zapytała ponuro.

-Nic. Nic od ciebie nie chcemy.

-Nie wierzę.

-Bo to jest miejsce o nazwie piekło?

-Tak. I jest ono złe. Diabły, jak dają to i odbierają.

Taju wstała. Uśmiechała się niewinnie.

-Prowokujesz. -Rzekła. -A nie sądzę, by konsekwencje ci się spodobały.

-Przecież nic mi tu nie grozi.

Gospodyni wybuchnęła śmiechem. Agafe poczuła ciarki na plecach. Może nie powinna tego mówić? Wszak wszystko, co mogło ją tu spotkać to potencjalne niebezpieczeństwo. Ale znów chcą jej wmówić, że żyje w raju nie z tej ziemi. Może lepiej przekonać się od razu do jakiego koszmaru trafiła?

Gdy blondynka się uspokoiła spojrzała ponuro na swą towarzyszkę. I co teraz ma zrobić? Oczywiście, że pragnie zrobić coś niedobrego z tą duszą, ale… Kosashi, jak się dowie…

-Oczywiście, gdy sprowokujesz kogokolwiek tutaj to może się skończyć bez happy endu dla ciebie. -Powiedziała w końcu. Rzucił cię w wir piekła i teraz oczekujesz złych rzeczy, a co, jeśli nic nie jest takie, jak…

Władczyni smoków wstała i pokręciła głową.

-To, co mówisz to tylko bzdury. -Stwierdziła. -Nie bez powodu człowiek nazwał to miejsce, jak nazwał i nie bez powodu widzi go takim, jakim go widzi. Oszukasz, że dobrze mi tu będzie?

-Powiem tak… Jeśli chcesz wiedzieć, aż nęci mnie, by cię zatłuc. Problem jednak taki, że Kosashi byłby bardzo niezadowolony, gdybym to zrobiła. Sprawiasz, że znajduję się w ciężkiej sytuacji.

-Chyba nie dla relaksu tu jesteś, co?

Taju była autentycznie wściekła. Ta dziewczyna nadwyrężała jej cierpliwość. W ogóle, jakim cudem ta dziwka otrzymała status nietykalnej?! Może jednak dać jej nauczkę, mimo wszystko… Przeżyła już niezliczoną ilość cierpień, przeżyje i następne…

Blondynka podeszła do swego gościa i dotknęła jego pleców. To był twardy dotyk, zupełnie, jakby skóra Agafe dotykała zimnego kamienia. Władczyni smoków czuła, jak coś wchodzi pod jej skórę. Wrzasnęła. Nim Taju powzięła następny krok, dostała prawym sierpowym w policzek. Gospodyni padła na podłogę i spojrzała przed siebie przerażona na Kosashiego. Agafe również na niego spoglądała.

-Co wy robicie? -Spytał demon.

-Ja… -Zaczęła blondynka.

-I to by było na tyle z zasady nic mi nie grozi. -Rzekła z przekąsem władczyni smoków.

Kosashi potarł czoło.

-Czy ty masz pojęcie -zwrócił się do swojej ukochanej -że jak doprowadzisz do szału jakąkolwiek tu osobę, to może się ona obrócić przeciw mnie?!

-A czy miało mnie to obchodzić? Czy pomyślałeś o tym, by cokolwiek z prawdy mi powiedzieć?

Chwycił gwałtownie Agafe za szyję. Dotyk był trochę przygniatający, na tyle mocny, że nie była w stanie się z niego wyrwać.

-Jedyną prawdą, którą znasz jest ta mówiąca o mojej miłości do ciebie. I o ochronie ciebie. Czy ty to lekceważysz? -Puścił ją.

Nie odpowiedziała od razu.

-Ciągle mi wszystko zabierasz -rzekła -jak mam tobie ufać? Poza tym… Tak się nie robi! Jak się kocha… to… -Urwała.

-To się daje, wiem. Więc na dzień dzisiejszy daję ci tyle, ile jestem w stanie.

-Jasne! Zabrałeś mi Likame! I chcesz mi wmówić, że tu jestem bezpieczna!

-A nie jesteś?

-Nie, do cholery! To jest piekło! Tu się cierpi!

-Zupełnie, jakbym słyszał Dantego. -Jęknął. -To gdzie chcesz być, jak nie tu?

-Na Nudnym Świecie! Albo… Czemu nie niebo?

-Bo go nie ma.

-Akurat! Chcę rozmawiać z George’m!

Już miał się zgodzić, ale zrezygnował. Nikt tej dziewczynie nie przemówi do rozsądku. Likame miała rację.

-Chciałem coś jeszcze przekazać -powiedział. -Od twojego zniknięcia władczynią smoków zostaje Likame.

-Co!?

-Ktoś musi cię zastąpić, a ona sobie tym zasłużyła.

-Czym?!…

-Pomagała mi, oczywiście.

-Nie wierzę, cokolwiek ona robiła…

-Ona jest po mojej stronie, czy tego chcesz, czy nie.

Przecież to, co on robił Likame było nie w porządku. Miały prawo go nie znosić i nienawidzić. Jakim cudem jej przyjaciółka stanęła po stronie tego bydlaka?! Czuła się zdradzona.

Czy miała teraz kogokolwiek do swojej dyspozycji? George’a nie chcieli jej dać, chociaż na krótką chwilę i tylko do rozmowy… Nirgiz daleko, rodzina daleko, wszystko daleko, a najlepsza przyjaciółka weszła w konszachty z demonem!

Nikogo, niczego już nie miała. Wydawało się, że Kosashi chce coś powiedzieć, ale Agafe wzięła swój sprzęt ze stolika i wyszła.

Na mróz. Weszła prosto w zimę. Chociaż drżała, brnęła przed siebie, świadoma, że długo to nie potrwa. W końcu wyszła z lodowatej mazi i rozglądnęła się.

Pustka. I biel. Może poszła nie w tę stronę, co trzeba. Włożyła książkę i aparat fotograficzny do plecaka, który na siebie założyła. Ruszyła powolnymi krokami.

Zwykle nie musiała starać się nie myśleć, bo wychodziło jej to doskonale. Teraz jednak na nowo trzeba było poukładać wydarzenia.

Były nie w porządku. Nigdy nie spodziewałaby się takiego czegoś po Likame… Przecież znały się od dawna, wspólnie grały w Go, ba! Od czasu do czasu mieszkały razem i w ostateczności wyszło jakoś, że właścicielka Archa miała wszystko, a ona nic. Ona miała gówno.

To, co ją spotkało wydawało się tak mało prawdopodobne, że z trudem przyjmowała tę wiadomość do siebie. Zupełnie, jakby jakaś wtyczka w mózgu nie chciała dopuścić do tego, by uznała i uwierzyła w to wydarzenie. A może, zastanawiała się, nie jest tak źle? W końcu ponoć Likame współpracowała z osobą, chcącą chronić ją, Agafe. Tylko skąd miała wiedzieć, że Kosashi nie kłamie? Był demonem, a demony przecież są zdolne do wszystkiego. Wydawało się, że on rozumie inaczej pojęcie „miłość”, niż ludzie… a może nie? Przypomniała sobie słowa wykładowczyni przedmiotu terapia rodzinna: nawet osoba bijąca dziecko kocha to dziecko, problem w tym, że nie umie tego pokazać we właściwy sposób. Oczywiście, może tak było w przypadku Kosashiego, wszak odkąd go znała twierdzi, że jest jego ukochaną i to… Bardziej uporczywie, niż Anioł?

Zatrzymała się. Była głodna i smutna. Stała pośrodku niczego i nawet z oddali nie zanosiło się na to, by do czegoś doszła. Ale przecież to nieważne, bo zapewne piekło jest duże i prawdopodobnie znajduje się w niewłaściwym dla niej terenie, znaczy, no, zgubiła się. Klasyka gatunku, można by pomyśleć. Jednak wspomnienie przynajmniej dwugodzinnej przechadzki wokoło pewnego budynku w Krakowie tylko dlatego, że nie mogła znaleźć wyjścia z tej uliczki jakoś jej nie rozśmieszyło. Była zbyt zmęczona na takie sztuczki.

Usiadła. Gdyby tylko tak się nie wściekła może dostałaby coś do picia i jedzenia na drogę. A co, jeśli demon rzeczywiście ją chroni? Tylko przed czym? Jak dotychczas miała do czynienia z różnymi niebezpieczeństwami w smoczej krainie, a przynajmniej tak jej mówiono. Bo przecież ich nie pamiętała, co było bardzo frustrujące dla niej. Jak można zapominać takich rzeczy?! Co może być tak strasznego, że musiał ją wsadzić w piekło? Czy… czy naprawdę nieba nie ma? Przecież to niemożliwe, wszak ludzie od tylu stuleci wierzyli w to coś…

Głód stawał się coraz gorszy. Co prawda była w jakimś dziwnym świecie, który ludzie uznają za pozagrobowy, ale ciągle żyła i miała zdolność odczuwania wszystkich fizycznych nieprzyjemności. Czy tutaj w ogóle mogło istnieć coś takiego jak przyjemność? Ano tak, dobrze jej było, gdy piła u Taju caju… Znaczy, herbatę. Zaczęła się zastanawiać, czy „caju” to faktycznie z czeskiego napój, który tak uwielbiała. Kiszki jednak dawały jej znać o sobie, co utrudniało jakiekolwiek poprawne myślenie, jeśli nie w ogóle myślenie. Położyła się i zamknęła oczy. No tak, w pewnej książce, już nie pamiętała kogo, ale zatytułowanej „Młodzi dwudziestoletni” facet nie jadł trzy dni i dużo spał. Sen… Ponoć może dużo rzeczy leczyć. Nim się zorientowała, już zasnęła.

Nie wiedziała, jak długo była nieświadoma. O ile mięśnie czuły się dobrze, o tyle żołądek rozpaczliwie nawoływał do posiłku. Westchnąwszy, wstała i zaczęła iść. Nawet nie zastanowiła się, czy kieruje się w dobrą stronę – może miało to jakieś znaczenie wśród wszędobylskiej bieli? W ogóle, czemu piekło jest białe? Ktoś jej kiedyś powiedział, że artyści sobie wyobrażają jako sam ogień. Ale czy to nie było banalne i nudne? Może i najprostsze rzeczy są z reguły najlepszymi rozwiązaniami, ale przecież pustka to chyba… łatwiejsza do wykonania rzecz, niż jakieś ognie piekielne. Z drugiej strony na pewno jakieś istniały, bo przecież widziała męczącego się George’a w ogniach… I on jej nie kochał? To jak on mógł to zrobić? I co się z nim dzieje?

Stawiała kroki powoli, całkowicie zamyślona. Przystanęła dopiero wówczas, gdy natrafiła na jakieś stopnie w górę. Schody były bardzo wysokie, w dodatku bez poręczy i skręcające się, jakby… Ach, otaczały górę trochę mniej białą, niż ogólne tutejsze otoczenie. Zapewne nie była w stanie przebrnąć przez taką wysokość, tym bardziej, że wierzchołka tego czegoś nie widziała. Wszystko też wskazywało na to, że mogła przejść całkiem spokojnie obok przeszkody. Postanowiła to sprawdzić. Udało jej się dojść do połowy czegoś, co można nazwać masą, objętością skały. Dalej nie dało rady: jakaś niewidzialna ściana zagradzała przejście. W dotyku przypominała szkło. A skoro tak, to może była zdolna go rozbić?

Walnęła pięścią w zaporę, lecz nic się nie stało. Nagle ogarnęła ją bezsilność. To wszystko jest bez sensu. Chce się jej jeść, ma do przejścia nie wiadomo ile kilometrów w górę i w dół… Nikogo nie było, żeby jej pomógł. I co ona, taka mała, może poradzić na tę brutalną sytuację? Z jednej strony mogła zostać u tej blondynki… A z drugiej strony, czy to było jeszcze ważne, jak spędzi czas? Bo zdaje się, nie miała wyjścia i musiała przebywać w piekle.

Im więcej myślała, tym bardziej czuła się beznadziejnie. Starała się nie filozofować, ale to było od niej silniejsze. Zapewne było tak, że człowiek w takim miejscu musi czuć się niekomfortowo. Jeśli to tylko wpływ miejsca, to może uda jej się jakoś przemóc…

Zrobienie czegokolwiek wydawało się beznadziejnym krokiem. Zamknęła oczy i na chwilę oczyściła umysł. Może to była sekunda, ale dość, by się skoncentrowała nie na głodzie, nie na przykrym uczuciu, lecz na ręce mającej wyjąć aparat fotograficzny. Bo skoro i tak zdjęcia z niego się nie zachowają, to po on jej? Kiedy już miała go w dłoni spojrzała na coś przed sobą, ciężko odetchnęła i walnęła urządzeniem. Coś brzęknęło. Zobaczyła na przeszkodzie pęknięcie. A mimo to nadal miała wrażenie bezsilności. No bo w końcu to wszystko było bez sensu, prawda? Chwilę stała, gapiąc się w swoje dzieło, po czym zaczęła tłuc aparatem w niewidzialną ścianę. Zdawało jej się, że postępy idą bardzo mozolnie, ale idą! Idą…

Upuściła aparat i kucnęła. Kiszki jej się skręcały z głodu. To bolało. Jeszcze nie była umierająca – czy w tym miejscu może w ogóle to nastąpić? – ale fizyczność jej przeszkadzała. Robiło jej się słabo, tylko nie była pewna, czy to nie jest przypadkiem jej naturalny brak żelaza. Chciała zacząć coś robić, ale nie była w stanie. Bezrefleksyjnie uderzała delikatnie czołem w zaporę. Nie miała pojęcia, ile czasu to robiła – ocknęła się wówczas, gdy poczuła, jak po twarzy coś jej ścieka. Dotknięcie dłonią pokazało krew. I przypomniała sobie słowa historyka z liceum, które jakoś zostały w niej na zawsze… Że komuniści lubili torturować ludzi za pomocą ołówka, uderzając delikatnie w jedną, stałą część głowy. To oczywiście ostatecznie było bardzo bolesne… Przełknęła głośno ślinę. Dlaczego dręczą ją takie obrazy? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Rozpłakała się. I w tym płaczu jakby zatraciła siebie.

…i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów… Choć nigdy nie czytała w całości Biblii, miała w głowie te słowa. Oprzytomniała. Coś było nie tak, skoro umiała je wypowiedzieć w takiej, a nie krótszej formie. Rozejrzała się: pozornie nic się nie zmieniło. Prawie rozbita ściana, coś jakby góra i ona z lekko zakrwawionym czołem. Może ktoś ją obserwuje? Może… Ale nawet jeśli, to… To dobrze. Uchwyciła się tej ostatniej myśli, jak nadziei. Wstała, chociaż chwiejnie, wzięła do dłoni trochę rozwalony aparat i zaczęła nim bić w szczeliny.

Tłukła tak rozpaczliwie, że nim się opamiętała – znów, który to już raz – miała przed sobą przejście. Dyszała ciężko. Choć robotą była zmęczona, wiedziała, że musi przejść teraz, bo co będzie, jak ściana się odtworzy? Nie wiedziała, że coś takiego może nastąpić, ale przecież to piekło i przewidywanie najgorszych rzeczy na tym świecie powinno kończyć się powodzeniem.

Przeszła ciut niezdarnie, tworząc jakieś otarcia na łokciu, ramieniu i udzie. Nie były duże, ale nie sprawiały, że było jej wygodniej. Kiedy znalazła się po drugiej stronie to nawet się nie rozejrzała, po prostu padła na brzuch. Udało jej się, to było najważniejsze… Zasnęła.

Kiedy się zbudziła, zobaczyła przed sobą kogoś wyglądającego na chłopca. Nieznajomy miał krótko ścięte włosy, zielone oczy. Nosił szarą koszulkę i spodnie, a w dłoni trzymał błękitny balon.

-Hej. -Powiedziała.

Nie odpowiedział.

-Masz jedzenie? -Nie poddawała się.

-Nie.

-A wiesz, kto ma?

-Nikt nie ma -odparł.

Jęknęła. Przynajmniej wie, że ci tutaj nie potrzebowali czegoś takiego, jak jedzenie. A może i potrzebowali? Wszak Taju sama kosztowała smakołyków, które jej dawała. Na samą myśl o tym napłynęła jej ślina do ust. Może najlepszym wyjściem byłoby zapaść się w sen?

-Po co ci balon?

-To wszystko, co mam. Jak patrzę na niego to zapominam, że tęsknię.

-Tęsknisz?

To było dziecko. Skąd się ono wzięło w piekle? Jej przeczucia nie były dobre.

-No. Zabiłem mamę i muszę teraz za nią tęsknić. Czasem to się wżyna w mózg.

Przyszło jej do głowy, że to jest chore, ale jakże inne miało to wszystko być, skoro z założenia była w takim miejscu? JEŚĆ!

-Długo tu tak stoisz?

-Odkąd się pojawiłaś.

-Czyli?

-Nie pamiętam.

Najwyraźniej wszyscy mieli problemy z odczuwaniem normalnego upływu czasu. Długo się nad tą kwestią nie zastanawiała, bo była głodna i już nic nie myślała. Głodne dzieci nie myślą o nauce…

-Idę spać. -Powiedziała. -Dobranoc.

Położyła się w wygodnej pozycji i zamknęła oczy. Ciężko jednak było stracić świadomość. Może dlatego, że się wyspała? Tylko ten głód…

-Patrz! -Krzyknął chłopiec, spoglądając w górę.

Zmarszczyła brwi, usiadła i gapiła się w dwa czarne worki ze znakami szatana. Spadły one delikatnie na białe podłoże, nawet się nie odzywając. Wstała i podeszła do towaru. Może to jedzenie, może to woda, może to cokolwiek do jedzenia.

Otworzyła pierwszy worek. Były w nim balony. Zaczęła przeszukiwać wnętrze torby, ale znajdowała tylko same balony. Może w drugim będzie? Wysypała zawartość na biel, by przekonać się, że w środku są tylko balony i… właśnie, wyglądało to jak baton opakowany w czarny papier. Odpakowała i zobaczyła, że owszem, to był tego typu przysmak, jednak z lekka zielony.

I co teraz? Miała do wyboru: albo zjeść coś, co może się skończyć sensacjami żołądkowymi, albo nadal głodować. I przypomniała sobie, że kiedyś czytała jakąś książkę napisaną w latach bodajże pięćdziesiątych… Jakiś chłopak wtedy nie chciał jeść kolacji czy czegoś, a potem w nocy się podkradał i jak go mama przyłapała, to opowiedziała mu, jak jadła nadgniłą kromkę chleba. Kobieta przeżyła, więc może i ona przeżyje od tego czegoś, co wcale smacznie nie wyglądało? Ugryzła kawałek. Nie było takie złe, chociaż mogło lepiej smakować. Żuła powoli. Kiedy skończyła wcale nie czuła się najedzona, ale lepsze to niż nic.

-Nie podzieliłaś się -odparł z wyrzutem chłopak. -Też jestem głodny.

-Ale jesteś duchem, a ja człowiekiem. -Wstała. Przejdzie, ile będzie w stanie. Może natrafi na kogoś normalnego. Ruszyła przed siebie. A za nią chłopak.

-Jestem Mateusz -oświadczył niewinnie.

-Aha.

Coś w niej nie pozwalało na stwierdzenie: „odczep się”, tym bardziej, że to było dziecko. Ale może takie towarzystwo nie było złe? Przynajmniej samotność jej nie dosięgnie w piekle.

-Co zrobiłaś? -Spytał.

Właśnie, co zrobiła, że znalazła się w takim miejscu? Nie znajdowała na to odpowiedzi.

-Nic. -Odpowiedziała.

Może to była prawda? Żyła, jak każdy normalny człowiek, dopóki przez znajomość z George’m nie wpakowała się w smoczą krainę. A później co złego zrobiła? Może po prostu Kosashi chciał ją ukarać za to, że mu nie wierzyła? Ale skąd miała wiedzieć, że jej nie okłamuje? Smoki raz oszukały i nie wierzyła, aby zrobiły to bez zgody tego demona. Tak, jest pamiętliwa. Ale czy za to idzie się w takie miejsce, jak to? Chore, dziwne i białe.

W pewnym momencie potknęła się o jakiś kamyk. To była dobra oznaka. Zbliżali się do czegoś – miała nadzieję, że cokolwiek by to nie było to będzie w tym jedzenie. Po przejściu paru kroków stwierdziła, że idą ścieżką, która powiększała się. Kamienie były czymś na kształt kociego bruku, tylko trochę bardziej niewygodnymi. Ona miała buty, więc jeszcze w miarę dało się po nich iść. Wolała nie zastanawiać się, co by było, gdyby na bosaka musiała przejść tę drogę. Z daleka zobaczyła zarys budowli. Zawahała się. Budynek był biały i mógł być zarówno indyjską, jak i islamską świątynią. Nagłe uczucie głodu było tak silne, że ruszyła trochę szybciej, niż wcześniej; czuła jednak, że zaraz padnie. Nie była daleko – tylko kilometr od celu.

Wreszcie stanęła przed drewnianym ogrodzeniem przy którym stała tabliczka z ogromnym napisem: „WELCOME TO HELL” z mniejszym „WELCOME TO ISLAM”. Za deskami widziała charakterystyczne, okrągłe kopuły. Przełknęła głośno ślinę.

-Znam to miejsce -oświadczył Mateusz. -To getto dla muzułmanów, bo tak bałaganili w tutejszym piekle, że nawet demony nie mogły usiedzieć spokojnie. Uciekłem stąd i nie wracam.

-Tam jest jedzenie -powiedziała drżącym głosem -może nie będzie tak źle…

-Ale tu nie ma dobrych muzułmanów, to piekło.

Chciało jej się wrzeszczeć. Za płotem było jedzenie i piekło. Nie, za płotem mogły ją zaatakować wszystkie przekleństwa kobiet z arabskich krajów. Chyba ryzyko było wliczone w tę grę. Może faktycznie Taju miała rację… Nic groźnego jej się nie stanie. Ale co tkwiło pod tym pojęciem, wszak istnieją różne definicje wszystkiego…

-Wchodzę. -Powiedziała słabo.

-Powodzenia. Jak wrócisz, podzielisz się ze mną?

Trudno było uwierzyć, że ten chłopiec był mordercą. Jego pytanie było dziecinnie naiwne. Kiwnęła przecząco głową – nie miała pojęcia, jak to odbierze – po czym podeszła do czegoś, co przypominało furtkę, ale taką z drewna. Być może środowisko islamistów nie było takie złe, jak jej się wydawało. Może wystarczyło nie mieć w głowie tych lęków, aby spacerować spokojnie po piekle. Co, jeśli ona to wszystko sobie wyobraża?

-Takie jest piekło -usłyszała za sobą Mateusza. Wzdrygnęła się. -To jest rzeczywistość. Ja też widzę budowle muzułmańskie.

Gdyby miała siły, roześmiałaby się. Wątpliwości sprowadzały się do tego, co jest rzeczywistością, a co nie. To było jedno z pytań jej ulubionego pisarza. Więc jeśli to wszystko było realne… Co zrobić, by umiała czarować? Nic nie myślała i przyłapała się na tym, że tylko stoi i próbuje nie paść. Sen? Ale po co, skoro jej nie uratuje przed umieraniem z głodu. Otworzyła bramkę i weszła. Zamknęła za sobą przejście, ale morderca i tak pomyślał, że się słania.

Przed sobą miała jakiś wysoki budynek, którego zasłaniała wataha muzułmanów. Mężczyźni z turbanami, kobiety w chustach. Po co ona tu przyszła? A tak, po jedzenie. Syria… Stali odwróceni do niej tyłem. To zabawne, przyjść tu po żarcie, ale bać się, że pierwsze lepsze osoby ją zauważą i skażą na coś złego. A może nie zabawne. JEŚĆ, wołał żołądek. Przeszła dwa kroki. Z boku po prawej usłyszała jakiś szept:

-Chodź.

Odwróciła głowę i zobaczyła dziewczynkę w chuście. Nie zastanawiając się wiele, Agafe podeszła do nieznajomej.

-Chodź -powtórzyła i ruszyła przed siebie.

Szły powoli, lecz zdawało się, że nikt ich nie widział. To uczucie niewidzialności w takim świecie przynosiło do pewnego stopnia ulgę. Właścicielka Nirgiza wiedziała tylko jedno o nieznajomej – miała niebieskie oczy. Podeszli do czegoś, co wyglądało jak barak. Przystając była władczyni smoków widziała, jak gospodyni szarpie się z drzwiami. Gdy w końcu je otworzyła, zaprosiła do środka.

Agafe ledwo weszła. W środku były dwa krzesła i niski stół.

-Usiądź. -Poprosiła muzułmanka. -Jestem Fadwa. Głodna?

Gość skinął twierdząco głową, gdy tylko spoczął na krześle. Niedługo po tym na stoliku pojawił się rosół i herbata. Gdy skosztowała cały posiłek musiała przyznać, że było jej znacznie lepiej… Może nie do końca, ale bardziej dawało jej się we znaki zmęczenie, niż głód.

-Jak chcesz więcej, powiedz. -Rzekła gospodyni.

-Poproszę.

Drugie danie. I coraz pełniejszy brzuch. Kiedy w końcu się najadła do syta – bo może i zjadła dużo, ale za to powoli to robiła – zapytała:

-Dlaczego mi pomogłaś?

-Raz na sto lat zdarza się, że można komuś pomóc w piekle dobrem. A z tobą łatwiej uciec.

Oczywiście, każdy normalniejszy, szczególnie jeśli był kobietą, pragnął się stąd wyrwać… A może i nie. Fanatycy mają to do siebie, że ściśle przestrzegają zasad swej wiary. Ale ona nie była ekspertem w tej dziedzinie, więc skończyła snucie przypuszczeń i spytała:

-Czemu trafiłaś do piekła?

Nagle przypomniało jej się, że każdy może kłamać, ale czy oni wszyscy mają do tego jakieś motywy? A walić to. I tak jest zdana na Fadwę i piekło.

-Zabiłam teściową i chciałam męża, ale nie zdążyłam.

Wszyscy, kogo napotykała kogoś zabili. Może to była reguła? Ponoć takiego grzechu nie mógł rozgrzeszyć ksiądz. Jeśli trafiła do piekła za to, że Lidia kogoś mordowała, to była w niekomfortowej sytuacji o tyle, że nie pamiętała tych wydarzeń. I jeszcze jedno, ponoć żyje. A duchy nie potrzebują jedzenia…

Westchnęła ciężko.

-Muszę się wyspać. -Rzekła.

-Mam tylko podłogę.

-Starczy.

Gdy tylko położyła się na twardym podłożu przyszło jej do głowy, że niepotrzebnie obawiała się islamu. Może było źle, ale nie tragicznie. Nim się połapała, spała już.

8

Likame siedziała przy jakiejś czerwonej skale. Spoglądając w krwiste niebo rozmyślała. Jakoś dopiero teraz odczuła, że mocno brakuje jej czegoś… Kogoś do rozmowy, śmiania się, towarzystwa. Nie miała bladego pojęcia, co dzieje się u Agafe, ale sama świadomość, że ta trafiła do piekła niepokoiła. Może nie traktowała całkowicie fair swej przyjaciółki, ale ogólnie nie miało to większego znaczenia, bo lepszej towarzyszki po prostu nie miała. A patrząc na Nirgiza chciało jej się przynajmniej wyć – do pewnego stopnia robił za psa. Zaskoczył ją tym, ale może nie wszystko było w smoczej krainie odchodzące od stereotypów. Teraz dawny towarzysz Agafe leżał niby bez życia jakieś sto metrów przed nią. Miała mocną ochotę powiedzieć mu „nie przesadzaj”, ale przecież sama czuła się nie najlepiej przez brak tej jednej osoby.

Rozległ się dzwonek telefonu. Nie jej. Jak odbierze, to co? Rodzina przestanie się martwić? Wątpiła w to, bo jej przyjaciółka nawet jak się wybierała do Kostrzyna nad Odrą, to i tak była obiektem zmartwień wszystkich w rodzinie. Tak, to trochę bez sensu, bo to osoba dorosła, a teren mały, a ona znała świetnie zasady bezpieczeństwa (tylko czasem przez swoją naiwność potrafiła je wszystkie po kolei łamać).

Dźwięk ustał. Nic się nie stanie, jak pomartwią się jeszcze bardziej. Ostatecznie była bezradna, nie mogła wyprowadzić swej towarzyszki z piekła. Nie, jeśli miałoby to jeszcze gorsze konsekwencje. Ale co jej tam robią? Czy cierpi? Może i Kosashi obiecał, że nic strasznego jej nie zrobią, ale sądziła, że ma on trochę odmienne zdanie czym to jest od niej. To nie wróżyło dobrze.

-I tak nic nie wskórasz -rzekł myślowo Arch, latając sobie nad otaczającymi ich wzgórzami.

-Wiem -odpowiedziała. -Mimo woli…

-Musisz rozwiązać sprawę morderstwa Slavira.

-Teraz i tak nic nie zrobię. Nie mogę przepytać podejrzanego, bo go nie ma.

-Świadkowie?

-Arch, widziałeś co się tam dzieje… Wszyscy twierdzą, że to Kosashi. Nikt nie chciał mnie słuchać na moje „nie ma dowodów”.

-A na co są dowody?

-Ktoś zrobił zabójstwo. Podpisał się. I tyle. Koniec, kropka. Niestety, nie jestem nowoczesną policją, która ma sprzęt do badania odcisków.

-Ale można go sprowadzić z Nudnego Świata, tak?

Likame wstała.

-Nie będę pertraktować z diabłem o takie pierdoły -rzuciła w powietrze, kończąc temat. I uświadomiła sobie, że mogłaby to zrobić za inną rzecz: laptopa z Linuksem. Ale może lepiej byłoby, gdyby zostawiła komputery na uboczu, a skupiła się na swej przyjaciółce…

Przeszła ze dwa kroki i stanął przy niej diabeł.

-Cześć -rzekł. -Co nowego?

-Nic. W szkole magii wszyscy są przeciw tobie i chcą cię powiesić za jaja. W ich imieniu oświadczam, że to dlatego, co robisz Agafe.

-Ostro, ale na razie nie masz powodów do zmartwień. Jest w piekle, ale nikt nie ma prawa jej zgwałcić. Więcej nie wskórałem, ale to w końcu piekło….

-Dlaczego nie dałeś jej do nieba?

-Rozmawialiśmy już o tym, że go nie ma.

-Oczywiście, bo gdyby było, to byś ją tam umieścił.

-Kocham ją, więc tak.

Spojrzała na niego, a w jej oczach tkwiło lekkie zdziwienie. On naprawdę upierał się przy tym twierdzeniu i był niezłomny. To już coś znaczyło, ale czy ktoś taki jak on mógł powiedzieć cokolwiek szczerego? A może przed zakochaniem się był tak zły, że nie jest w stanie tego sobie nawet wyobrazić?

-Powiedz mi, uważasz, że jesteś niewinny w całej sprawie ze Slavirem?

-Tak.

-Ale wiesz, że to mówią osoby winne? A tamci… Sam zresztą wiesz, jak sprawa wygląda i to pewnie lepiej, niż ja. Jestem w stanie cię uniewinnić pod jednym warunkiem.

-Słucham.

-Pozwolisz mi na spotkanie z Agafe.

Wyglądało na to, że się namyślał. Czekała cierpliwie, mając przed sobą widok zbolałego na duszy smoka. Gdy usłyszała odpowiedź, kiwnęła głową.

*

Podłoga była twardsza od białego podłoża w piekle. Dlatego, gdy Agafe się obudziła miała wszystkie mięśnie obolałe. Zauważyła, że na stoliku znajdują się dwie kanapki i herbata, ale wszystkie okna w pomieszczeniu były zasłonięte. Ciekawe, dlaczego. Znalezienie się u Fadwy dodało jej odrobiny optymizmu do jej egzystencji. Teraz leciutko odchyliła zasłonę i od razu pożałowała.

Muzułmanie odchodzili do swej świątyni, pozostawiając za sobą, czyli pod oknem gospodyni Agafy posiniaczoną kobietę o brązowych włosach. Krwawiła z ust, z nosa i nie mogła wstać, chociaż próbowała. Nosiła na sobie rozerwaną na strzępy sukienkę.

Gdy gość Fadwy przełknął głośno ślinę za jego plecami rozległo się delikatne trzaśnięcie drzwiami. Była władczyni smoków odwróciła się napięcie i ujrzała przed sobą zakrytą od stóp do głowy znajomą muzułmankę.

-Pomyślałam, że ten widok będzie ci przeszkadzał, więc zasłoniłam okna -wyjaśniła.

-Nie jest przyjemny.

Agafe podeszła do stolika, usiadła na krześle i zaczęła kosztować kanapkę.

-Pyszna. -Powiedziała.

-Wiem… Musimy skonstruować plan ucieczki. Nie będzie to łatwe, bo każda moja próba kończyła się w… -Spauzowała. -W więzieniu.

-Ile razy to robiłaś?

-Pięć. Ale dwie głowy to nie jedna, więc sobie poradzimy. Jak ty to widzisz? -Przysiadła do swego gościa. Z uśmiechem na twarzy patrzyła, jak się zajadał.

-Nie wiem… Może gdybym wcześniej wzięła ze sobą balony…

-Balony?

-Tak, pojawiły się znienacka, kiedy szłam do was… -Przerwała. Zamyśliła się. Przybyła tu po jedzenie i je otrzymała. Ale nie chciała być w muzułmańskiej społeczności… Może, skoro spotkała Fadwę, wszystko w końcu dobrze się ułoży? Wszak widocznie nawet w piekle istnieje dobro…

-A właściwie, jak trafiłaś do piekła?

-Ja… Ja zostałam tu przysłana… przez diabła. Nie wiem, za co…

-A jak ów diabeł się nazywa?

-Kosashi.

Fadwa zamarła. Przełknęła ślinę. Wyglądała na zaniepokojoną, ale dlaczego? Czyżby się go bała?

-Boisz się go? -Spytała Agafe.

-Tak. To wredny diabeł, ale wszyscy muszą go słuchać, inaczej dotknie ich sroga zemsta. Więc mówisz, że nie wiesz, za co on cię tak traktuje?

-Gdybym wiedziała… Mówi, że mnie kocha i chce chronić, ale… -Nie, nie chciała mówić o przykrych zdarzeniach, które miała za sobą. -Ale ja mu nie wierzę.

-I słusznie. To kłamca, a diabeł nie jest zdolny do takiego pięknego uczucia, jak miłość. Bo to w końcu czyste zło!

Kosashi był czystym złem? Na razie wyglądał na kogoś, kto rzeczywiście ma zachowania opiekuńcze wobec niej, tyle, że wykonuje je niezwykle nieumiejętnie. Ale on… on przecież pozbawił ją zwykłego życia… nie, pozbawił ją beztroskiego bycia w świecie smoków. A przede wszystkim zniszczył jej miłość… George… czasami do niego czuła tęsknotę, ale ostatnio jakby nie miała na to czasu. A poza tym… Diabeł wszystko psuł. Niszczenie to jego zawód, ale czemu próbuje jej wmówić, że potrafi czuć coś takiego, jak miłość? Nawet, jeśli tak było, to przecież ona nie czuła się kochana. A może? Taju przecież chciała ją skrzywdzić, ale on ją obronił…

Pogubiła się we własnych myślach. To wszystko było takie pogmatwane. Na domiar złego jej osobista cecha, czyli chaotyczność, nie pomagała jej. Pokręciła głową.

-Dlaczego on jest taki ważny? -Zapytała.

-Ponieważ jest ostatnim księciem piekieł.

-Ostatnim?…

-Tak, bo wszyscy inni zostali wyeliminowani. Przez niego, jak przypuszczam. No to, jak widzisz plan ucieczki stąd?

-Nie wiem. Ja się dostałam przez bramę.

-Ano tak, tak. I przez bramę wyjdziemy. Nie jest to trudne, tylko… Hm, a ja widziałam za tobą jakiegoś chłopaka, jak wchodziłaś.

-Mateusz? Ale ja nie wiem, czy on tam jeszcze stoi.

-A powiedz mi, jak sobie radzisz z czarami?

-Nijak.

-Ale umiesz czarować, prawda?

-Nie. To… Ja mam moc, ale ja nie umiem się nią posługiwać… W smoczym świecie podobno wiedziałam, jak to robić, ale traciłam pamięć przy tym.

-Oj. To niedobrze, niedobrze… W ogóle po co tu przylazłaś?

-Dla jedzenia. Po drodze nic nie było.

-A Taju?

Muzułmanka zaskoczyła tym pytaniem swoją towarzyszkę. Jak na uwięzioną wśród takiej prymitywnej społeczności, wiedziała dużo. I robiła wrażenie, że znała za dużo faktów o samej Agafe. A może nie? Przecież ona, Agafe, też kiedyś znajdowała się poza tymi murami. Właścicielka Nirgiza nie odpowiedziała.

-To ja ci powiem, co zrobimy. -Zadecydowała Fadwa.

*

-Nie masz dowodów. -Oświadczył Dali. Oboje, on i Likame, siedzieli w jakiejś na purpurowo pomalowanej i urządzonej komnacie.

-A ty na winę Kosashiego masz? -Odparowała ze słodkim uśmiechem.

-Podpis. Tyle mi wystarczy.

-Taki z ciebie mag, jak ze mnie ksiądz.

-Kto?

-Kapłan, Dali, kapłan. -Poprawiła się. Nie okazała jednak swojego zmieszania. -Dowody mogą być spreparowane. Nie będę się bawić w skostniałą technikę i powiem jedno: nie wierzę w winę Kosashiego.

-Bo?

-Za dużo by na tym stracił. Chcemy waszej pomocy. Więc to już sama logika wyklucza, że to on jest sprawcą.

-Ach tak? A w zamian za uniewinnienie diabła, uzyskanie książeczki i poddanie się wam coś dostaniemy?

-Bezpieczeństwo. Doskonale wszyscy wiemy, jak sprawy się mają i nie udawaj, że nie, bo osądzę cię o kłamstwo.

-Jakie?! -Wykrzyknął z oburzeniem.

-Mówiące, że jesteś magiem.

Westchnął ciężko. Racja była po stronie Likame… Choć zabójstwo brutalne, to wyniki prymitywnego śledztwa wyraźnie powiedziały, że autorstwo tegoż można przypisać zarówno jednej, jak i drugiej stronie. Nie było świadków, odcisków palców nie zbadano, bo nie było jak, nikt się nie przyznawał do niechęci wobec ofiary, a najczęstszym pytaniem było: „kto to?”. Władczyni smoków przepytała całe stado magów z tej szkoły i każdy z nich oświadczał: diabeł jest w to zamieszany. Kosashi był ostatnim z tego gatunku, zdolnym popełnić tak okropną rzecz. I jeszcze armie… Siły zaczynają się zbierać, trzeba wybrać stronę.

-Jeśli władczyni smoków jest dobra, to dlaczego pomaga diabłu? -Zapytał.

To pytanie, proste i logiczne, zaskoczyło jego rozmówczynię. Właśnie, dlaczego to wszystko robi? Bo może czuć się jak w swojej ukochanej Dragon Arch? A może dlatego, że naprawdę nie ma innego wyboru? Czy tez dla przyjaciółki? A może przez Nyssę? Zmarszczyła brwi i powiedziała:

-Ponieważ mi się to opłaca.

Chciała wierzyć, że dzięki kolegowaniu się z Kosashim coś pomoże Agafe. Ale przede wszystkim… Tak, przede wszystkim dla zemsty.

-Jak wszyscy wiemy, siły się gromadzą. -Oświadczyła. -Pora stanąć po jednej ze stron, drogi Dali. Nie wydaje mi się jednak, aby Kosashi był zdolny zrujnować ten świat, dlatego stoję przy nim.

-Nie wiesz, jaki on był… -Mag pokręcił z rezygnacją głową. -Aczkolwiek, przyznaję, ostatnio jakby mu złagodniał charakter. I chyba nie specjalnie chce cokolwiek niszczyć, ale to nie oznacza jeszcze, że jest naszym przyjacielem.

-Oczywiście, ale wiesz, niedawno kogoś poznałam. I ten ktoś okazał się przynajmniej dwa razy gorszy od Kosashiego. To przeciw niemu chcę walczyć, bo jak na mój gust…

-A co, jeśli okażesz się błędną stroną?

-Błędną? Właściwą jest ta, która wygra. MY jesteśmy zwycięzcami. -Powiedziała to z pełnym przekonaniem. Cóż, w biznesie, jak i w życiu liczył się optymizm. I geniusz, a po wynikach jej firmy wnioskowała, że ona należy do grona inteligenckiej elity.

Dali wstał.

-Więc mam powiedzieć ludziom, że nie mamy mordercy?

-Masz powiedzieć ludziom, że nie jest nim Kosashi. Nie obchodzi mnie, kogo wybierzecie za kozła ofiarnego i czy w ogóle ktoś nim zostanie. To nasz warunek.

-I oddać wam książkę…

-Nie nam, dla przypomnienia, tylko dla społeczności Linuksa. Umowa się wam skończyła, to oddajcie cudzą własność. Akurat tego oczekiwałabym po uczciwości magów.

-Dobrze, niech wam będzie. Czy mógłbym oficjalnie tę wiadomość rozgłosić za trzy dni?

-Czemu tak późno? -Wstała.

-Ponieważ wiadomość musi dotrzeć do wszystkich. Wszyscy będą chcieli na tę imprezę dojść.

-Wy po prostu nie śpieszycie się z decyzją. Pewnie przedyskutujecie, a jak już wszystko będzie gotowe, to oświadczycie, że się myliliście.

-Władczyni smoków, wybacz, jesteśmy uczciwymi ludźmi i staramy się czynić dobro…

-Na przykład grożąc śmiercią przypadkowej osobie?

-To była obrona własna, tak mówiąc nawiasem.

-Jeśli zmienicie decyzję, to srogo pożałujecie. Ale z drugiej strony… Rozumiem was, zwykle umowy ustne są gówno warte. Do zobaczenia.

Nie czekała na jego reakcję, tylko wyszła z pokoju. Dlaczego wypowiedziała ostatnie słowa? Za długo przebywała z tym dziwnym człowiekiem? Miała jednak sukces… Dwie pieczenie na jednym ogniu, a była całkowicie pewna, że odniosła sukces.

*

Fadwa podała Agafe białą burkę. Sama taką nosiła. Była władczyni smoków chwilę miętosiła ją w dłoniach.

-Co? -Spytała muzułmanka.

-Nic… Po prostu dziwnie się czuję, zakładając to coś.

-Pierwszą burkę dostałam w wieku ośmiu lat, więc już nawet nie pamiętam, co wtedy czułam… -Uśmiechnęła się jakby do wspomnień.

Jeśli ona, Agafe, nie założy tej chusty, to będzie się rzucać w oczy i zapewne nie zrobi dwóch kroków do wolności. Z jakiejkolwiek szansy trzeba skorzystać, aby wyrwać się z tej niewesołej spoleczności.

W końcu burka znalazła się na jej głowie, a gospodyni ją poprawiła.

-I można ruszać -stwierdziła.

Stanęły przed drzwiami, Fadwa je delikatnie otworzyła. Ruszyły przed siebie, nie śpiesząc się. W tłumie wyglądały pospolicie: jak reszta muzułmanek. Tyle, że większość osób kierowała się w stronę meczetu, one zaś kroczyły ku ogrodzeniu, bramie, gdzie stało dwóch strażników z dzidami. Po jakiś stu metrach znalazły się tuż przed nimi.

-Dzień dobry. -Oświadczyła Fadwa wesolutkim głosem. -Chcemy wyjść.

-Nie. -Oświadczył jeden z wartowników. -My tylko wpuszczamy, a nie wypuszczamy.

-No, może dla ludzi, którzy przyszli tu bez układu.

-Ludzi? Kogo nazywasz ludźmi, KOBIETO?

Rozmówca wyglądał na lekko zirytowanego. Co to za stworzenia psują mu dobry dzień, pełen rozmyślań o tym, że Allach niedługo postanowi go obdarzyć wspaniałym haremem? Z drugiej strony, ta babka wydaje się dość pewna swego.

-No, nieważne. Ale mam tu układ i to bardzo korzystny.

-Mów.

-Ty dasz wolność, my damy wam niewiernych.

Strażnicy wyglądali na zainteresowanych.

-Co sądzisz, Akram? -Spytał.

-Hm… Wyglądają na szczere. Poza tym Fadwa to raczej wielkie zagrożenie nie jest.

-A ta druga?

-A wiesz, że to dziwne, ale jej nie kojarzę.

-To co robimy? Jak wypuścimy i zostaniemy oszukani, to Allach się wścieknie.

-Chłopie, tu jest piekło, co za różnica, czy Allach się wścieknie, czy nie, skoro wcześniej czy później coś niedobrego nas spotka?

-Dobra, puszczamy. -Zwrócił się do muzułmanki. Jego towarzysz otwierał bramę. -Więc… powiedz.

Fadwa uśmiechała się złośliwie. Podeszła ze dwa kroki do stróży i chciała iść dalej, ale Akram jej zagrodził drogę dzidą.

-Powiedz! -Krzyknął.

I wtedy muzułmanka spojrzała na swojego gościa i powiedziała, machając dłonią:

-Ona. Agafe jest niewierna.

Zdumieni wartownicy przepuścili wyznawczynię Allacha. Agafe nawet nie próbowala za nią pobiec. Czuła się zdezorientowana sytuacją. Co ona powiedziała? Że jest niewierną. To była prawda, jednak nie taki był plan. Miały obarczyć nim kogokolwiek innego, ale nie ją… Wspólnie… Brama się zamknęła. Akram podszedł do nieznajomej i ściągnął burkę. Spojrzał w twarz niedoszłej uciekinierki i kiwnął głową:

-Ona tu nie należy. Odwróć się.

-Ponieważ? -Spytała. Serce biło jej jak oszalałe. Przecież muzułmanie to najgorsze…

-BO JA TAK MÓWIĘ! -Ryknął.

Cofnęła się. Wtedy Akram chwycił ją za ramię i przewrócił na ziemię. Jęknęła. Gdyby umiała czarować to może jakoś by się z tego wyplątała. Ale nie, Lidia postanowiła zrobić sobie urlop. Czuła, jak mężczyzna na jej nadgarstkach zawiązuje jakiś sznur. Podniósłszy ją, zaczął prowadzić przed siebie.

-Dokąd idziemy? -Zapytała.

-Tam, gdzie imam wydaje rozkazy.

Jak miała się uwolnić, skoro była za słaba? Ani walk nie zna, ani czarować nie umie… I po co ona zaufała muzułmance? Nie powinna być taka naiwna. Ale to, odkąd tylko pamiętała, był jej problem… Ja nie chcę, ja nie chcę być w rękach islamistów! Chciało jej się wrzeszczeć, aby ktoś jej pomógł. Szli jednak w milczeniu, wśród rozstępującego się tłumu. Prosto do meczetu. Bała się, ale przecież Kosashi powiedział, że chce ją chronić. Taju powiedziała, że wszędzie może wchodzić. Ale czy to nie było już wcześniej ustalone? Że oni wszyscy kłamią, że nie powinna im ufać? A przecież, a przecież…

Weszli powoli po schodach świątynnych. Czuła panikę. Zbliżali się do imama. Wiedziała, że zazwyczaj kobiety nie mają wstępu do tej części, do której teraz idzie, ale może w piekle jest trochę inaczej? Sama zresztą widziała…

Wnętrze meczetu było szare. Trochę typowych, arabskich sklepień, znaków, ale raczej robiło ponure wrażenie. Bez wątpienia jakieś elementy rzeczywistości wyznawcy Allacha uczynili trochę inne. Dlaczego? Może im się już nie chciało? A czy to ważne? Ona teraz potrzebuje pomocy. POMOCY! A może ją wypuszczą, może nie wszystko stracone, może Kosashi, tak, ten, którego tak nie znosiła, przyjdzie jej na pomoc?

Rzucili ją na kolana, jęknęła. Widziała tylko stopy kogoś, kto chyba był imamem, czy kim tam powinien być. Westchnęła głęboko. Co ją teraz czeka? Na coś fajnego chyba nie było szans, skoro… skoro jest niewierną. Zadrżała.

-Jak się nazywasz, niewierna? -Usłyszała nieznajomy, niski głos mężczyzny.

-Agafe. -Odpowiedziała. -Przybyłam tu w poszukiwaniu jedzenia.

-Nie jesteśmy w Syrii.

-Wiem, ale to była jedyna droga…

-Jedna jest właściwa droga ku zbawieniu i zwie się ona islam. Więc przyznajesz, że jesteś niewierna?

-Tak… -Zamknęła oczy. Co miała stwierdzić? I tak by się tego domyślono. Poza tym straciła swą burkę i nikt jej nie rozpoznaje.

-Więc możesz wypowiedzieć Szehadę. Wypowiesz?

Czekali z cierpliwością. Jeśli to powie, będzie musiała żyć w niewoli przez następne lata… bo ten diabeł nie pojawia się. I może się już nie pojawi, skoro zrobiła na niego focha. Nie ma nadziei… Ale to, co czeka na nią w świecie islamu pewnie będzie straszne. Nie, ona tak nie chce… A jeśli nie chce, nie powie… Bo chyba kara będzie podobna do tego, co ją spotka jako wierzącą? Była kobietą, a kobiety tak czy inaczej tu traktowano jak śmieci.

-Nie. -Powiedziawszy to, dostała prawym sierpowym.

-Powiesz. -Powiedział to z taką pewnością, że Agafe krew zmroziło w żyłach. -Do lochu!

Podnieśli ją, i zaczęli prowadzić w dół schodów znajdujących się po prawej ścianie meczetu. Było coraz ciemniej. W pewnym momencie nic nie widziała, ale w końcu się zatrzymali. Coś zgrzytnęło. Akram ją popchnął.

-Nie powinienem tego robić -rzekł, wchodząc za nią -ale dla twojego dobra powiem ci, że lepiej, abyś przyjęła wiarę islamu.

-Ale jak przyjmę, to oni…

-Ale nie aż tak, czy ty, kobieto, wiesz, co mówisz…

-Wiem! Islam nigdy nie będzie mi przyjacielem!

-Zobaczymy.

Rozwiązał ją i poszedł, zamknąwszy za sobą celę. Ona, w zupełnym mroku, przytuliła do siebie ręce. W pomieszczeniu panował chłód. Czuła strach. Co teraz, co teraz z nią będzie? Przypomniała sobie, że zawsze w swoich opowiadaniach pisała o takich scenach… Ironia losu? Że teraz sama się tu znajduje? W duchu błagała, żeby nie traktowano jej tak, jak pewnego bohatera, którego sobie wymyśliła. Omal go nie skatowano na śmierć. Zrobiła ze cztery kroki, próbując rozglądnąć się po czymś, gdzie wszystko było niewidoczne. Mrok i samotność mogła chyba jeszcze wytrzymać. Będzie dobrze, może nie… Może Kosashi nie przybywa, bo nie ma takiej potrzeby. Chroni ją.

Kiwała się w obie strony. Co może zrobić… Czy prawdę rzekł strażnik, że będzie dla niej lepiej, jeśli stanie się muzułmanką? A może Ko…

Kurwa! Kurwa! Kurwa!, pomyślała. Przez niego znajdowała się w takim, a nie innym położeniu. Dlaczego myśli o nim jak o zbawcy? Przecież to śmieszne! To śmieszne! W ogóle nie powinna robić sobie zbędnych nadziei, bo to one są matką głupich. Roześmiała się, a później rozpłakała.

*

Plaża jak z marzeń. Błękitna woda spod której widać piasek i kamienie przyjemnie opływała zgrabne nogi wysokiej kobiety w czerwonym bikini. Z uśmiechem na twarzy patrzyła na skaczącego zabawnie kangura. Czyż to nie słodkie zwierzę? Właściwie, czego mogła chcieć od życia?

-Nyssa. -Usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się i zobaczyła przed sobą średniego wzrostu mężczyznę w czarnych dżinsach bez koszulki. -Mam dla ciebie pewne nowiny.

-Tak? A czego chcesz w zamian, Arden?

-Wszystkich pieniędzy świata.

-Bardzo śmieszne. Mów.

-Znalazłem niestabilną osobowość w społeczności muzułmańskiej w piekle. To jest ciekawe, prawda?

-A mówiąc o niestabilności, masz na myśli? -Podniosła brew do góry.

-Mam na myśli to, że może w końcu znajdziemy klucz do tamtego świata. No i przy okazji dowiedziałem się jeszcze jednej, ciekawej, mam nadzieję, rzeczy. Ale powiem ci za pocałunek.

Zaczęła do niego podchodzić szybkim krokiem. Raczej niewiele miał wspólnego z podrywem. Prędzej wyrażał gniew.

-Żartowałem! -Rzucił szybko. Kobieta zatrzymała się. -Chodzi o to, że źle wywnioskowałaś miłość naszego przyjaciela Kosashiego.

-Czyżby?

-Dużo uwagi poświęcał Likame, ale to dlatego, że ta z nim współpracowała. On jej nie kochał i nie kocha. Likame miała mu dostarczać informacji o Agafe, bodajże dlatego, aby mógł łatwiej ją kontrolować.

-Sugerujesz, że zniszczyłam plecy złej osobie?

-Tak, Nysso. To on się zakochał w Agafe i próbował pozyskać jej miłość, ale mu się to chyba nie udało.

-Trochę nie fair. -Skrzywiła się. -Może powinnam była skupić się tylko na nim…

-Skoro to on jest ci coś winien, to byłoby to naturalne. Po co miałabyś robić sobie nowych wrogów?

-Słusznie… Słusznie, tylko jak Kosashiemu utrzeć nosa…

Arden westchnął cicho. Jego towarzyszka dopiero kształtuje logiczne rozumowanie, musiała sobie przypomnieć, czym jest przyczyna i skutek. To nie było proste, ale coraz lepiej sobie radziła. Na razie to on budował jej plany na przyszłość.

-Bo ja wiem. -Rzekł w końcu.

-Zapewne, zapewne.

Spacerowali powoli po plaży.

-Trochę mnie męczy Likame.

-Dlaczego?

-A nie wiem. Niepotrzebne cierpienia…

-Za bardzo ci się kojarzy z przeszłością?

-Może. W sumie to nie wiem. Masz jakieś jeszcze inne tropy?

-W zasadzie to to, że Likame jest w Kramie, a Agafe bodaj w piekle, ale to musiałbym sprawdzić dokładnie.

-Sprawdź. Chodzenie za poszlakami jest jak chodzenie za cieniami.

Cóż za poezja! Zamurowało go, przystanął. Ona dalej wędrowała przed siebie.

-Ej, zaczekaj! -Zaczął za nią biec.

-A co mi dasz?

-To, co tygryski lubią najbardziej.

Przystanęła, a on nie mógł opanować nagłego śmiechu.

-Chono tu w końcu, Arden. -Rzuciła z wyrzutem.

Pocałował ją w policzek.

*

Noc? Nie, to ona znajdowała się w mroku. Skuliła się na podłodze, brudnej i z lekka wilgotnej. To miejsce było może i straszne, ale przecież tylko tu jest, więc nie jest tragicznie. Kiedyś bywało o wiele gorzej… Ach, była więźniem muzułmanów. Co z nią zrobią? Chyba nic strasznego, skoro Kosashi… Znowu ten przeklęty Kosashi…

Drzwi celi się otworzyły. Akram wszedł i zapytał:

-Gotowa na Szehadę?

-Nie. -Odparła. -Nie powiem jej.

-Brać ją!

Podeszło do niej dwóch dryblasów i podniosło do góry. Nagle zdała sobie sprawę, że jest spragniona. Głodna? Może, czuła większy strach, niż łaknienie. Czy ją zechcą zabić? A nie, tu, w piekle, nie może umrzeć. Więc co? Serce biło jak oszalałe. Spróbowała się wyrwać, ale była zbyt słaba na to. Związano jej nadgarstki. Zaczęto prowadzić ją ku wyjściu. Dokąd idą?

Minęli bezbarwne ściany świątyni i wyszli na zewnątrz. Wokół meczetu gromadzili się muzułmanie. Zauważyła, że niektórzy z nich trzymają kamienie w dłoniach. Po co? Czemu zadaje tak dużo… Auć! Jęknęła i zgięłaby się w pół od uderzenia głazem, gdyby ktoś nie przytrzymał jej za włosy. Ukamieniowanie…

-Przestać! -Warknął imam, stanąwszy przed nią. -Ja wiem, że to śmieć! Ale, do diabła, może w końcu zechce wypowiedzieć szehadę? I co, zechcesz? -Zwrócił się twarzą ku niej. Spojrzała w jego zielone oczy, przełknęła ślinę i przyszło jej do głowy imię: Józef…

-Nie. -Powiedziała.

Józef, pomyślała, dziadek.

-Cóż. Na własne życzenie… Na kolana!

Drżała. Myślała, że dostanie zawału serca. Nie chciała umierać, nie chciała, nic nie chciała, gdzie Kosashi…

Rzucili ją na klęczki, nie miała sił, aby się podnieść. Gdy tylko poczuła pierwsze uderzenie batu, krzyknęła, po policzkach popłynęły strumienie łez. Może była słaba, ale czuła się połamana. Ktoś zaczął w nią energicznie uderzać. Bolało, ale nic nie mogła zrobić. Czyżby po plecach spływała jej krew…

Czyżby na chwilę straciła przytomność? Gdzie była? W tym samym miejscu, pełnym muzułmanów, bieli, czymś, co się zwie piekłem… Wypluła krew. Skóra na plecach strasznie ją piekła. Czy powtórzą to? Ona tego nie chce. Ale co może powiedzieć? Że przyjmie chore zasady? Ile razy mówiła sobie, że nie zamierza stać się hipokrytką?

-Szehada? -Usłyszała znajomy, niezłamany głos.

Zdaje się, że wszyscy czekali na coś, co powie. Milczała.

-Szehada?

Nadal nie reagowała. Może w ten sposób… Krzyknęła, gdy ponownie potraktowano ją pojedynczym uderzeniem.

-Szehada?!

-Nie… -Nim skończyła, poczuła na plecach dwa ciosy. -Proszę… -Jęknęła.

-Ale powiesz szehadę?

Rozpłakała się. Jeśli powie, będzie lepiej… Ale co z tymi chwilami, kiedy zadawano jej bezsensowny ból? Zmarnują się? Nie chciała cierpieć, ale Józef… Dlaczego o nim myśli…

-Do lochu! -Wrzasnął imam.

Ledwo przytomną, czy żywą?, zaniosło dwóch dryblasów do tego ciemnego schowka, w którym była wcześniej. Rzucili na plecy, więc jęknęła. Bolało jak diabli. Przewróciła się na brzuch. Rozwiązano jej nadgarstki i ci, którzy to zrobili, wybyli na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi na cztery spusty.

Agafe płakała. Była beznadziejna. Łkała. Gdzie Kosashi?… Proszę, niech ktoś mi pomoże, myślała. Trochę trwało, nim się uspokoiła. Nic nie myślała, na plecach odczuwała ból. Jakby były całe połamane. I to ma ją chronić? Przed czym? A może po prostu w tej chwili ten diabeł jest niedostępny?

Dzień czy noc trwał? Czy to ważne? Nie wiedziała tego nawet poza murami swej celi. Dlaczego zaufała tej głupiej kurwie, Fadwie? Pewnie nie przestaną jej męczyć. Usiadła. Tak bardzo chciałaby mieć spokój. Ale mogła się zgodzić na wyznanie wiary Allacha. Czy ktoś poza nią i tutejszą społecznością by się tego dowiedział? Wątpiła. A mimo wszystko… Ubieranie nawet przez jakiś czas burki… Bycie traktowaną jak rzecz… Nie wiedziała, co jest lepsze, ale może nadal jest nadzieja dla niej? Może ktoś… Likame… Diabeł… Ktokolwiek…

Czy gdyby się zgodziła, to by była zadowolona? Wątpiła. Mówiłaby o sobie: słaba psychicznie. Kiwała głową w górę i w dół. Słaba… A tylu ludzi było twardych… I tylko dlatego o nich słyszała, że tacy właśnie istnieli. Autor „Rozmów z katem” na pewno był niesamowitą postacią. Tyle go męczyli komuniści… A dziadek Józef to był nawet w obozie koncentracyjnym. I też przetrwał. Wszystkie te wydarzenia, wszystkie te rzeczywistości były zapewne gorsze od tego, co ona teraz przeżywała. Kiwała się do przodu i w tył. Nie może być słaba, nie może. Będzie inaczej tego żałować do końca życia. Musi być… twarda. Nie wypowie szehady. I tak, i tak muzułmanie będą ją traktować jak śmiecia, rzecz. Może lepiej jest, jeśli postępuje zgodnie ze swoim sumieniem, wolą, nawet za cierpienie? Ach, baty. Dla niej, wychowywanej bez bicia, to coś strasznego. Ale kto wie, co by na to powiedziały te wszystkie dzieci, które w domu miały za przyjaciela przemoc?

Nie może być miękka. Miętka. Wybuchnęła rozpaczliwym śmiechem, a później płaczem. Niech ktoś jej pomoże…

W końcu zwinęła się w kłębek i próbowała zasnąć. Sen to przyjaciel. W końcu udało jej się zapaść w objęcia Morfeusza. Nie miała pojęcia, jak długo leżała nieświadoma w tym miejscu. To nie miało znaczenia, tak naprawdę. Obudzono ją gwałtownie, bo kopniakiem w plecy. Jęknęła. Dziadek. Rozmowy z katem. Siła. Przełknęła ślinę. Bała się. Ale chyba da radę.

-Szehada? -Usłyszała znajomy głos.

-Nie.

-Twarda z ciebie sztuka. Na pewno?

-Zostawcie mnie! -Krzyknęła.

Chwycili ją za włosy. Próbowała przegonić ich ręce, ale była za słaba. Nie miała sił. Głodowała. Poczuła bat na brzuchu.

-Boli. -Jęknęła.

Szehada. Nie, ona będzie twarda. Silna. Nie po to się męczyła, nie po to jej dziadek przecierpiał, nie po to czytała książkę „Rozmowy z katem”, aby teraz miała ulec temu czemuś, co pewnie trudno przyrównywać okrucieństwem wobec tortur z obozu koncentracyjnego i więzienia autora tej książki, jak mu było…

Znów ją potraktowali kilkoma uderzeniami. Ciągle słyszała to straszne słowo „szehada”, ale ona uparcie mówiła „nie”. Jak już powiedziało się A, trzeba było powiedzieć B, prawda? Zostawili ją omdlałą w ciemnym lochu. Wszystko ją bolało, a oczy miała opuchnięte od łez. Dziadku, dam radę, pomyślała. Znowu zapadła w sen. Błoga nieświadomość…

Otworzyła oczy i zobaczyła czarną przestrzeń wokół siebie. Czyżby zostawili ją w spokoju? Zostawili ją! W tym momencie drzwi się otworzyły. Zamarła.

Zwykle ich nie domykano, jak wchodzono do niej. Tym razem było inaczej. Nie tylko znalazła się w zamkniętym pomieszczeniu, ale także miała za sobą tylko jedną osobę. Siedziała pełna napięcia.

-Witaj. -Usłyszała Kosashiego.

Miała ochotę krzyknąć na niego: „gdzieś ty był?!”, ale przecież… Przecież to diabeł. I zrobiła na niego focha, wtedy, gdy była u Taju. Jak mogła prosić? A może winna była spróbować?

-Witaj. -Odpowiedziała, nieco zachrypniętym głosem. Odkaszlnęła. Minęła chwila ciszy, nim zapytała: -Czy możemy już iść?

-Iść?

-Tak… -Wstała, ale miała wrażenie, że jest to ponadludzki wysiłek.

Roześmiał się. Czuła, jak wszelka siła z niej uchodziła.

-Dlaczego? -Zapytał.

-Bo miałeś mnie chronić, bo…

Chwycił ją za włosy i przyciągnął do siebie.

-Tak? Kocham cię, ale ponoć nie da się nauczyć miłości kogoś do kogoś. Więc powinno mi zależeć na twoim szczęściu?

-Tak zwykle jest, kiedy się kocha…

-To takie proste? Przecież teraz jesteś w najbezpieczniejszym miejscu na świecie.

-Jak najbezpieczniejsze… -Czuła, jak głos jej się łamie.

-Nie czekają cię ognie piekielne ani gwałty, więc… Więc w ten sposób cię chronię.

-Ja cierpię! -Krzyknęła rozpaczliwie i popłakała się.

-Ale przecież mnie nie kochasz. Nie kochasz, więc…

-Jeśli byś mi pomógł…

-Tak? Wdzięczność? Cóż, moja droga, nie nauczę cię miłości do mnie.

-Ale…

-A poza tym, moja droga, to naprawdę jest bezpieczne miejsce.

-Proszę…

Rzucił ją na podłogę.

-Proszę… -Błagała ze łzami w oczach.

-Ktoś taki, jak ty -rzekł sucho -myśli, że świat należy do niego. Nie, kochana, świat należy do tego, kto ma władzę. Dałaś mi focha, sprawiłaś, że musiałem zwalczać rozpacz, nie ma tak łatwo, księżniczko.

-Za co? Bo cię nie kocham?

Skuliła się. Czekała odpowiedzi.

-Bo tak jest najlepiej. Nie oszukasz mnie teraz, wmawiając taką a nie inną sytuację. Poza tym… Wypuszczę cię, ale nie dziś.

-Kiedy?…

-Kiedy będzie po wszystkim.

-Po wszystkim?…

-Kiedy niebezpieczeństwo minie. A teraz ciesz się dobrymi chwilami.

I wyszedł, zamknąwszy za sobą drzwi. Ona płakała jak głupia. A może i była taka? Po co u Taju zachowała się, jak się zachowała… Ale przecież… Znowu kiwała się do przodu i tyłu. I nawet nie wiedziała, że ktoś do niej podszedł. Zaskoczono ją, przytulając ją do siebie.

-No już dobrze. -Rzekła spokojnie Likame. Ten głos… -Dobrze, już.

-Pomóż mi…

-Za drzwiami jest dwóch strażników i Kosashi. A ja nie umiem magii, by nas stąd wydostać.

-Nie chcę tu być… -Wybąkała.

-Nie mogę ci pomóc…

-Dlaczego…

-Bo… -Jaki miała argument? Przecież powiedziała, że nie mają szans za drzwiami; rzekła również o braku magii. Ale czy to był prawdziwy powód? Czy coś jeszcze można było zrobić? Przekonać Kosashiego, aby zmienił plan? -Ja mu wierzę, Agafe.

Więźniarka pokręciła głową. Jeśli cierpi, to jakie ma znaczenie, czy tu, czy tam… Może, gdyby nie to… wszystko jest takie…

-Dlaczego to mówisz… dlaczego mówisz o nim tak… -Spytała.

-Bo tak mi się wydaje, że tak jest. On ciebie kocha…

-KOCHA?! -Wybuchnęła płaczem. Przecież on, przetrzymując ją w takim miejscu sprawia jej cierpienie. Tak nie postępuje się z osobami kochanymi. Prawda?

-Agafe…

-Czy mówisz tak tylko dlatego, że on z tobą współpracuje?

A więc wiedziała! Agafe wiedziała, że diabeł i Likame razem pracują? Ale jak? Może i było trochę takich sytuacji, kiedy mogło to wyjść spokojnie na wierzch, ale z drugiej strony ona zawsze dostawała od niego cięgi.

-Ale ja… -Rzekła rudowłosa. Próbowała jakoś ogarnąć tę nową sytuację. Chciała dodać: gdybym mogła, to bym to wszystko rozpierdoliła. Agafe jednak weszła w jej słowo:

-SPIERDALAJ! -Było w tym więcej rozpaczy, niż gniewu.

Właścicielka Archa wstała. I patrzyła na kulącą się, rozpaczliwie wycierającą rękami łzy, które napływały i napływały, nie chciały się skończyć.

-Spierdalaj… -Jęknęła złamanym głosem Agafe.

Likame ruszyła do drzwi. Ciągle słyszała płacz swej przyjaciółki. Przystanęła i rzekła, lekko niepewna, czy słowa dotrą do niej:

- Pomogę. Pomogę ci.

I wyszła.

Ja pierdzielę. Agafe miała coś zmówić… jak to się nazywało… wszyscy ją opuścili… Dziadek. Dziadku, proszę, pomóż…, jęknęła w myślach. Może to było głupie, ale chwyciła się pierwszej lepszej myśli, mogącej ją wesprzeć.

*

Wyszła z celi, a jej wzrok natknął się na Kosashiego. Chwilę milczała, a następnie wyrzuciła z siebie wściekle:

-Ty skurwielu!

Zaskoczyła go tymi słowami. Już miał spytać, o co chodzi, ale ona po prostu podeszła do niego i grzmotnęła go otwartą dłonią w policzek.

-Ała… -Jęknął. -Za co?

-Za takie skurwysyństwo powinieneś iść w wszystkie diabły! Czy ty nie widzisz, co jej robisz?!

-Ja trzymam ją…

-Chuj z tym! Masz ją zabrać w inne miejsce, chociażby do Taju! Gówno mnie obchodzi, przed czym ją chronisz, ale jeśli masz jej takie cierpienie zadawać, to… -Urwała. Po co go strofuje? Jeśli jest downem, pomyślała, to i tak nie dotrze do niego. -Czy ty ją faktycznie kochasz, czy próbujesz wmówić nam jakąś bzdurę?

-Jeśli ma cierpieć ognie piekielne…

-Zaręczam ci, że ją to ani trochę nie obchodzi. Ona nie wie sporo rzeczy, które ja wiem. Traktujesz ją jak gówno! Nie powinieneś tak! Ona cię tak znienawidzi, że pożałujesz na resztę życia.

-Zamierzałem tych wszystkich muzułmanów jakoś ukarać, ale nie mogę jej zabrać, mam umowę…

-Idiota! Jeśli nawet ich ukarzesz, to nie masz gwarancji, że nie zrobią jej coś gorszego, czy ty w ogóle wiesz, kim oni są?! Poza tym… -Westchnęła. -Jeśli już kogoś musisz tam trzymać, to… to mnie tam trzymaj.

-No, dobrze.

Otworzył celę, zastał swoją ukochaną siedzącą i wpatrującą się w czerń. Zupełnie, jakby widziała w niej jakąś nadzieję, czy wyjście. Wyglądała mizernie. Jeśli pobyt w takim miejscu potrafił zrobić z człowieka wrak, to dlaczego Likame postanowiła się poświęcić?

Do więzienia weszła właścicielka Archa i zdała sobie sprawę, że Agafe przestała zwracać uwagę na cokolwiek. Podeszła do niej i wzięła za dłoń. Była zimna.

-No, nie martw się. -Rzekła Likame. Podała rękę przyjaciółki diabłu.

Kosashi wraz ze swoją ukochaną zniknął.

*

Położył ją na łóżku. Być może zauważyła zmianę otoczenia – z ciemności na pomieszczenie o drewnianych ścianach z paroma fioletowymi meblami – ale nie dała tego znać po sobie. Skuliła się, zamknęła oczy i zasnęła. Tak, jakby nie chciała zaakceptować nowej rzeczywistości.

-Zmęczona jest. -Powiedziała niska blondynka, mająca na sobie szarą sukienkę. -I wycieńczona.

-Myślałem, że się ucieszy. -Rzekł Kosashi. -A ty… -Spojrzał na nią wiercącym wzrokiem. -Ty masz jej nie wypuszczać. I nie wysysać z niej duszy!

-Ale ona sama tego chciała… -Taju wyszła z pokoju.

-Jesteś niepoważna.

-A ty niezwykle inteligentny, skoro pozwoliłeś jej znaleźć się w takim stanie. I co ja mam z nią zrobić?

-Nic. Ma tu być. I chcę, żeby miała jak najlepiej.

-Służę uprzejmie, panie. -Ukłoniła się. Ten gest jednak wyglądał na ironiczny.

-A swoją drogą, w lochu wyglądała na mniej wymęczoną. -Mówił to spoglądając na swoją ukochaną.

-Jak dajesz ją w ręce wariackich fanatyków, to co się dziwisz? Poza tym, ty powinieneś najlepiej wiedzieć…

-Ja dałem? To ty ją wypuściłaś!

-Sama wyszła, gwoli ścisłości. Poza tym, co mi prawisz wyrzuty, skoro wiesz, kim jestem.

Uśmiechnęła się. Kosashi tylko westchnął. Był zmęczony. Wprawdzie czekoladki na Agafe nie podziałały, ale może obecność Taju mu pomoże? Słabo rozumiał kwestię miłości, więc pozostało mu tylko poleganie na cudzych słowach. Wyszedł przed dom. Za jego plecami stanęła blondynka.

-Coś cię gnębi. -Stwierdziła.

-Taju, dobrze wiesz, że ta suka…

-Chwila, rozmawiamy teraz o?

-O Nyssie. Martwi mnie, że jej tandem się rozrasta.

-Dotarła już do piekła czy nie?

-Nie wiem. Ale… Powiadom mnie, jak Agafe się zbudzi. -I zniknął.

Ciągle to samo, pomyślała blondynka. Słówka, półsłóweczka… Nigdy nie mówił jej wszystkiego, ale tak było zawsze. Kiedy ona się do tego przyzwyczai? Weszła do swej chałupy, zamykając ją na cztery spusty. Jaka szkoda, że nie mogła skrzywdzić swego gościa. Była ewentualność, że tak jest najlepiej. Wątpiła w to, ale w końcu nawet demon ma prawo do najgłupszej z najgłupszych nadziei.

9

Chyba spała dwie doby. Gdy otworzyła oczy, pierwszą myślą było: „gdzie ja jestem?”, kolejną zaś: „kurwa, gdzie jestem?”. Usiadła. To wyglądało, jakby była w jakieś drewnianej chatce. Widok za oknem – biel – jednoznacznie określał miejsce na piekło. Ciągle w nim była. Poczuła wściekłość. I brak sił, mimo snu. Może błogosławiony stan regeneruje energię, ale bez jedzenia dużo jej nie doda. Usłyszała pukanie do drzwi.

-Proszę. -Powiedziała.

W wejściu stanęła Taju.

-Witaj. -Rzekła gospodyni. -Wyspana?

-Co ja tu, do diabła, robię?

-A co, niedobrze? Chciałabyś wrócić do muzułmanów? Proszę bardzo, droga otwarta. -Uśmiechnęła się złośliwie. -Ale wątpię, czy Kosashi będzie zadowolony.

Jak przez mgłę Agafe przypomniała sobie ostatnie wydarzenia. Przełknęła głośno ślinę. Więc teraz już wszystko będzie dobrze?

-Czy tobie można zaufać? -Zapytała.

Blondynka pokręciła głową.

-Masz czelność zadawać takie głupie pytania? -Spytała. -Chodź na kanapki, w salonie są gotowe.

Coś się zmieniło. Z miłej nieznajomej Taju przemieniła się w kogoś, kto niekoniecznie oczekuje od innych sympatii. Raczej nie powinno jej to dziwić, ostatnim razem chciano jej tu zrobić coś złego. Agafe siedziała, niezdolna ruszyć się z miejsca.

-Idziesz? -Spytała blondynka.

-Nie mam sił. Mogłabyś mi przynieść?

-Sama se przynieś. Jestem właścicielką tego domu, ale nie twoją służącą!

Blondynka odwróciła się napięcie. Zrobiła krok i usłyszała za sobą:

-Proszę.

Taju jakby nie zwróciła na to uwagi, weszła w głąb swego mieszkania. Ukochana Kosashiego westchnęła ciężko. Chyba niezbyt ją tu lubią. Pewnie zasłużyła sobie ostatnim sprowokowaniem demona. Karma, jak to powiadają – pomyślała. Ale mogłaby przynajmniej usłyszeć parę słów wyjaśnienia o jej sytuacji. Próbowała wstać i słabo jej się zrobiło.

-Świetnie -mruknęła. Zamiast stać, siedziała na swym legowisku. Zaburczało jej w brzuchu. Wstała i przytrzymała się poręczy. Dobrze, da radę pójść dalej. Musi, jeśli nie chce tu wykitować z głodu. Albo przynajmniej cierpieć z tego powodu.

Wydawało jej się, że chodzi jak żółw, choć podobno nie jest to wcale najwolniejsze zwierzę na świecie. Jak zrobiła jeden krok bez jakiejkolwiek pomocy, tak musiała przy następnych dwóch trzymać się czego popadnie: a to klamki, a to jakiegoś mebla. Da radę, chyba najgorsze ma już za sobą, choć wcale jej się nie podobało zachowanie Taju. Ale trudno, może to tylko foch i przejdzie.

Prawo, prosto, prosto, lewo. I już była w progu do pokoju, gdzie na stole był talerz z jedzeniem i dwiema szklankami. Na krześle przy nim siedziała blondynka i zajadała się przedostatnią kromką z wędliną. Robiła to powoli. Agafe zacisnęła pięść prawej dłoni i ruszyła przed siebie. „Jeszcze trochę”, myślała. W końcu opadła na swoje miejsce, ustawione naprzeciw Taju. I gdy już to zrobiła, nie miała sił, by wziąć do dłoni kromkę. Demon uśmiechnął się i wziął do swej ręki ostatnią pajdę. Zaczął ją jeść.

-Herbata przynajmniej ci została. -Rzekła gospodyni miłym głosem.

Gość zaczął wolno sączyć swój trunek.

-Myślę -oświadczyła blondynka -że musimy przyzwyczaić się do swojego towarzystwa.

-Może. Ile spałam?

-Dość długo, po ósmej godzinie przestałam liczyć. Dla pocieszenia powiem ci, że nie ma to znaczenia na dłuższą metę. Nie wrócisz do Nudnego Świata, ani do smoczej krainy. Zostaniesz tu tak długo, jak długo Kosashi zechce.

Miała zamiar odpowiedzieć: „niech się wali”, ale zawahała się. To, że już ją nie katują jest tylko i wyłącznie jego sprawką. Miała mu być wdzięczna? Wszak zrobił to, o co go prosiła. Tylko, że teraz ma do czynienia z Taju, która nie wyglądała na przyjaciółkę.

-A jak długo zechce? -Zapytała, widząc, że jej towarzyszka nie garnie się do udzielania informacji.

-Tak długo, dopóki nie pokona Nyssy. Albo i dłużej. -Uśmiechnęła się złośliwie.

Znowu czegoś nie wiem, pomyślała Agafe. Tak, jakby wszyscy znali zasady gry, a ona jedna nie.

-Kim ona jest?

-Kimś… Kosashi uważa, że chce go zniszczyć. To oczywiście może być prawdą. I trzeba przyznać, że to miłe z jego strony, ta troska. Oto powód, dla którego nie możesz wrócić do Kramu albo do swego światka: ma tam wtyki. A w piekle spotkasz tylko głupich muzułmanów, wrednych komunistów z hitlerowcami włącznie oraz parę innych dziwolągów. Ja cię chętnie do nich wpuszczę, ale sądzę, że Kosashi będzie śmiertelnie wściekły, jeśli ci na to pozwolę.

Piekło to złe miejsce. Wygląda na to, że powieść Dantego jest już zdezaktualizowana. Lepiej się samotnie nie wybierać w jego rejony. Ale… Czy tutaj, w tym miejscu będzie jej przyjemnie? Wątpiła w to.

-Dlaczego najpierw mnie zachęcano do pójścia w ślady Dantego? -Spytała.

-Bo lubisz podróże, prawda? -Blondynka wstała. -W sumie myśleliśmy, że jesteś słaba. Wrócisz po jednym, dwóch dniach. Ale nie, wyszłaś na bohaterską idiotkę. Przykre w sumie, ale przynajmniej pokazałaś, jak masz silną wolę.

-Obrażasz mnie.

-Oczywiście. Chleb i coś do niego są w kuchni. Smacznego! -I wyszła z pokoju.

Wstała i powoli przeszła za krzesło. Herbata, choć mało pożywna, to jednak trochę dodała jej sił. Była głodna i nie wiedziała, gdzie jest pomieszczenie, do którego zmierzała. Jeden, dwa, trzy cztery… Zakręciło jej się w głowie, oparła się o ścianę. Zaczęła myśleć, że to nie przez niedożywienie, tylko brak żelaza w organizmie. Zaklęła, doskonale wiedząc, że trochę sama przy tym zawiniła. W domu mogła jeść tą witaminę częściej. Chociaż… Ile jej już nie było?

Brzuch ewidentnie domagał się posiłku. Jakoś zdołała przejść parę kroków. Przy piątym, ledwo stojąc i rozglądając się w poszukiwaniu kuchni usłyszała:

-Prosto, prawo, lewo, żółwiku.

Gość Taju zbył obelgę milczeniem. Nie mam czasu na takie bzdety, pomyślał. I ruszył dalej. W końcu doszedł do jakiejś ściany i oparł się o nią, ciężko oddychając. Da radę, musi.

-Co tak wolno? -Zapytała blondynka, podchodząc do swej towarzyszki. -Jeszcze tylko parę kilometrów.

-Zamknij się.

-Aż dziwne, że nie płaczesz. Ale nie jestem pewna, czy żółwie mają łzy.

A skąd ona miała wziąć na rozpacz siły, jak nie potrafiła zrobić normalnych kroków? W tej chwili musiała się oszczędzać. Była tak blisko, a tak daleko. Bez sensu. Im szybciej dotrze na miejsce, tym lepiej. Ruszyła dalej, na prawo. Jeden, dwa, trzy cztery, zakręciło jej się w głowie, a nie miała na czym się oprzeć i wydawałoby się, że padnie na podłogę, ale Taju ją powstrzymała.

-No dobrze. -Rzekła. -Dziś nie będę brutalna. To w końcu pierwszy dzień poza więzieniem, prawda? Chodź już.

To, że w tej chwili siedziała przy stole kuchennym i miała przed sobą talerz pełen kromek oraz herbatę było cudem. Powoli żuła jedzenie, tak, jak to się powinno robić zawsze, a nie tylko od święta, kiedy człowiek jest wycieńczony. Z czasem chwile nabierały coraz pełniejszych barw. A kiedy poczuła, że więcej nie jest w stanie skosztować, przyszło jej do głowy pytanie: co zrobiła Likame, że się tu znalazła?

Obecność u Taju przynajmniej miała tę ułudę, że jest przyjemnie. Wiedziała, że przyjaciółka chciała dla niej jak najlepiej.

-Może wiesz, jak Likame się wytargowała o mnie? -Spytała.

-Likame? A, twoja psiapsiółka. Szczerze, wiem tylko, że chodziło o jakieś poświęcenie.

Poświęcenie? Nie. Agafe poczuła ciarki na plecach. W myślach prosiła o to, żeby to nie było to, co przyszło jej do głowy. Nie… Akurat tego jej przyjaciółka nie musiała robić. To było zbyt trudne. Poczuła, jak wzbiera jej się na płacz. Starała się powstrzymywać.

Zamknęła oczy. Musi oczyścić umysł. Przestać myśleć o cierpieniu. Nagle na swej dłoni poczuła ciepły dotyk. Postanowiła ujrzeć tego kogoś, kto chciał ją nim pocieszyć. Miała przed sobą rudowłosą kobietę ubraną w błękitno-czarną, niemal galową suknię.

Nie żyje.

Agafe wybuchnęła płaczem. Przytuliła się do brzucha swej przyjaciółki, łkając. Dlaczego to robi? Likame głaskała włosy swej towarzyszki. Były jeszcze brudne i zniszczone, ale z czasem powinno się wszystko unormować.

-Przepraszam -jęknęła właścicielka Nirgiza, puszczając ciało swej towarzyszki. Wytarła ręką gile z nosa, spływające na usta.

Posiadaczka Archa uśmiechnęła się i przysiadła do stołu. I znowu była obejmowana przez Agafe, zupełnie tak, jakby była władczyni smoków nie chciała już puścić Likame, bo pragnęła mieć ją cały czas przy sobie.

-Przepraszam. -Powtórzyła Agafe po chwili milczenia.

-Spokojnie, wszystko skończyło się dobrze.

Czyli jednak się poświęciła? Dlaczego?

-Co zrobiłaś?

I cóż mam jej powiedzieć, pomyślała Likame, że odmówiłam wypowiedzenia Szehady, po czym przypalano mi stopy?

-Drobiazg. -Odpowiedziała w końcu.

-Chcę wiedzieć. Potrzebuję tego.

Kłamstwo o ciężkości piórka to gorsza rzecz, niż prawda z ołowiu. Uświadomiwszy to sobie, rudowłosa powiedziała:

-Ja… Ja byłam za ciebie w lochu. -Jakby całe ciało Agafe napięło się. -Skończyło się na tym, że… -Urwała. Że? Dziwne, ale ciężko jej było mówić o tym zdarzeniu. Chciała go mieć już za sobą i zapomnieć. A z drugiej strony ciążył, niczym kamień na sercu. -E, muzułmanie chcieli, abym zmówiła Szehadę. I…

Nie była jeszcze gotowa na zwierzenia, choć z drugiej strony, ile mogła na tę chwilę czekać? Jak teraz powie, to przynajmniej później będzie prościej…

-Przypalano mi stopy. -Wydusiła w końcu.

Agafe skamieniała. Co? Po co ona, Likame, to zrobiła? Miała ochotę przeprosić, ale zrobiła to już nie jeden raz, ile można?

-Dziękuję. -Powiedziała. -Dlaczego?

-Jesteś moją przyjaciółką. -To wystarczy? Czy może się posunąć dalej, skoro najgorsze i tak już powiedziała? -Ja… ja chciałam zrobić dla ciebie coś dobrego. Chyba źle się czułam… Czuję, współpracując z Kosashim. Teraz już nie mogę się wycofać z tego.

To źle, że pracowała z diabłem? Ale on w końcu wydostał z muzułmanów je obie. Czy Kosashiemu można zaufać? Czy nie taki diabeł straszny, jak go malują?!

-Bo?

Kolejne postawione pytanie przez Agafe przypomniało Likame o bólu wyrytym na plecach. A czy to przypadkiem nie było gorsze od przypalania? Wtedy, jak Nyssa się nad nią znęcała… Poczuła gulę w gardle. Jest w stanie opowiedzieć o tym swojej przyjaciółce? A, ona zasługuje w końcu na odrobiny prawdy, części tego, co się dzieje.

-Ja… -Jęknęła. -Bo ona mi wycięła napis na plecach! -Poczuła łzy na policzkach. Trochę drżała. -Chcę ją zabić.

-Kto?…

-Nyssa. Ta kurwa… napisała: „Ona zginie”, bo nie znosi Kosashiego.

Straszne. Baśniową krainę zalała ciemność. To przed tym próbowano ją chronić? Czy Nyssa jest aż tak straszna?


Likame

Na czerwonym niebie swobodnie wędrowały smoki. W powietrzu rozlegał się szum targanych czerwonych włosów kobiety ubranej w błękitno-czarną sukienkę. Patrzyła przed siebie, na purpurowy teren samotnych gór z litych skał. Likame była blada jak śmierć. Wciąż miała w pamięci ostatnie chwile spędzone ze swoją przyjaciółką. A teraz jej nie ma i nie wiedziała, kiedy się znów spotkają. Czy ta chwila w ogóle nadejdzie? Skoro Kosashi jej, właścicielki Archa, nie broni przed złem świata… Czemu ma takie negatywne myśli? Obawy. Zapewne boi się ostatecznego starcia z Nyssą, w końcu ta kurwa jest bardzo silna. Ale nie tylko to jej przeszkadzało.

Nienawiść do oprawczyni zawładnęła sercem Likame, ale w tej chwili zdała sobie sprawę, że przeszkadza jej uczucie, którego wolała nie dotykać, najlepiej, żeby się od niego trzymała z daleka: opuszczenie.

Miała wrażenie, że ze znajomych chwil, ze znajomej osoby nie pozostało już nic. W jednej chwili były razem, w następnej rozłączyły się. Było to dziwne i bardzo niepokojące uczucie. Przecież Agafe żyje! Żyje! Dlaczego czuje się, jakby straciła coś istotnego?

Likame była blada jak śmierć. Walczyła ze swoimi demonami zarówno w umyśle, jak i w sercu. W tej chwili nie umiała się ruszyć z miejsca. Obrazy, które miała przed oczami były szarymi, nijakimi widokami. Nic nie znaczyły, a może nawet nie istniały.

Nie głaskać czarnych myśli, które tworzą się w jej umyśle. Odstawić wszelkie strachy na bok. Czy potrafi to? Wydawałoby się, osiągnięcie godne Herkulesa.

-Co robisz? -Spytał znajomy jej głos. Spojrzała przed siebie i zobaczyła wysoką osobę o ciemnych włosach i czarnych skrzydłach. Miał na sobie garnitur i patrzył ze skupieniem na rudowłosą przedstawicielkę płci pięknej.

-Ja… -Zaczęła, ale urwała. -Nic.

-Nie chcę cię popędzać, droga Likame, ale będziesz musiała jak najszybciej oddać tę nieszczęsną księgę Linuksowi.

-Ty, diabeł, po cholerę mi to mówisz? -Zapytała niemal ze złością. -W twoim interesie nie jest ich dobro, w twoim interesie jest jedynie twoje dobro!

-Obawiam się, że te rzeczy mają ze sobą związek. Obiecali nam wsparcie.

Armia.

Czy sprzeciw narazi ją na krzywdę?

-Mów co chcesz. -Powiedziała. -Ale ja nie oddam księgi, dopóki nie nauczę się czarów. Tego nie dam sobie zrobić.

-Narażasz mnie na niebezpieczeństwo.

-A ty mnie. I Agafe zresztą też.

-Agafe? -Był naprawdę zdziwiony.

-Zostawienie człowieka z demonem to nigdy nie jest dobry pomysł.

-Jeśli Taju ją skrzywdzi, masz jak w banku to, że osobiście urwę tej suce łeb. Coś jeszcze?

-I co próbujesz tym osiągnąć?

-Marnujemy czas.

-To go wykorzystaj. Daj kopię księgi. Albo cokolwiek, jeśli tak bardzo chcesz, by wróciła do swych właścicieli.

Kosashi pstryknął palcami i księga, zupełnie taka sama, jak ta od Linuksa, pojawiła się na ziemi.

-Proszę bardzo. -Rzekł. -Możesz sobie porównać zawartość, są idealnie takie same. Chciałbym, abyś jeszcze jedno wiedziała. W najbliższym czasie nie licz na mnie. Nyssa jest coraz bliżej i muszę uciekać.

Strach w sercu kobiety drgnął. Jeśli on wcześniej zdołał pokonać taką osobę, a teraz musi unikać, bo boi się konfrontacji, bo nie da rady… To co ona może zrobić w pojedynku z tą kurwą? Poświęcić się w walce. Brzmi pięknie, ale dla jej przyszłości to beznadziejne rozwiązanie. A jednak, tak bardzo pragnęła pogruchotać jej kości…

-Spierdalaj. -Powiedziała.

Diabeł uśmiechnął się i zniknął.

Nie powinna dawać się złym uczuciom, Powinna skupić się na tym, co teraz jest, a nie na tym, co później ma się stać.

-Cóż się dzieje? -Spytał Arch w jej umyśle. Spojrzała w krwiste niebo i zobaczyła nad sobą piękną istotę w czarnym kolorze i błękitnym znaku na grzbiecie. Smok rozłożył swe skrzydła na całą długość. Wyglądały zniewalająco. Likame podniosła rękę w górę, pragnąc dotknąć swojej istoty. Ta pogłaskała ludzką dłoń policzkiem.

-Boję się, że mi się nie uda. -Rzekła delikatnie czerwonowłosa.

-Jak każdy. W trójkę, z armiami można się zastanawiać, czy da radę pokonać Nyssę. Ale nie tylko to cię dręczy, prawda?

-Znowu zostawiłam Agafe…

-Poradzi sobie. Jest bezpieczniejsza, niż gdyby tu była. Czy chcesz się przelecieć?

-Muszę do Linuksa.

Spojrzała z niechęcią na księgę, która leżała bezwładnie na twardej, krwistego koloru ziemi. Jeśli ta zdobycz jest identyczna z tym, co ma w swojej torbie podróżnej, chyba nic się nie stanie, jeśli Linuksiarzom podaruje duplikat? Uśmiechnęła się złośliwie. Arch wylądował na podłożu i czekał cierpliwie na swoją panią. Ta wertowała kartki kopii księgi czarów.

-Sporo czarnej magii. -Stwierdziła ze zmarszczonymi brwiami.

Podeszła do gada i delikatnie wspięła się na jego grzbiet, książkę dając pod pachę.

-Lećmy już. -Rzuciła.

Smok wzbił się w górę. I gdy tak leciał, wiatr delikatnie bawił się włosami Likame, przeglądając teraz książkę. Próbowała zapamiętać niektóre linijki, traktując je jak kod w programowaniu. Przy takim myśleniu było to proste. Nim się obejrzała, miała w głowie pięćdziesiąt czarów, a stworzenie lądowało.

Likame zamknęła księgę i zbaraniała. Budynki były znajome, lecz ludzie wyglądali, jakby stracili przynajmniej zdrowy rozsądek. Wszyscy, kobiety i mężczyźni, byli nadzy. Co niektórzy odważniejsi próbowali uprawiać seks.

-Arch, jesteś pewien, że to jest to samo miejsce? -Spytała z niedowierzaniem. Takiego zgromadzenia absurdu nigdy jeszcze nie widziała. Zeszła z grzbietu swego smoka, nie czekając na odpowiedź i rozejrzała się. Jakiś blondyn podszedł do niej i zawołał:

-Masz ubranie!

-A ty brak mózgu. Byłbyś tak miły i zaprowadził mnie do D.?

-Ale ty nie masz ubrania!

Postawa nieznajomego zaczynała powoli irytować czerwonowłosą damę, której zwierzę zdążyło odlecieć.

-Rób, co mówię, albo potraktuję cię magią. -Rzekła.

-Magią! Dobrze!

Mijając niebieskie budynki i nagich ludzi między nimi zastanawiała się, jak doszło do tego, że wszyscy mieszkańcy stracili zdrowy rozsądek. A może faktycznie nikt już tu nie posiadał rozumu? Dlaczego? I czy armia takich dziwolągów może coś zdziałać? W pierwszym odruchu być może zdezorientuje przeciwnika… „Nadzy wojownicy”to raczej rzecz tylko w Afryce. Na tym świecie byliby bez szans, chyba, że posiadaliby jakieś moce. Po co mieszkańcom Linuksa księga czarów?

Urwała swe myśli z chwilą, gdy weszła do wnętrza domu D. Stała chwilę i oczekiwała, że niski przywódca tejże krainy wpadnie do pokoju w ubraniu Adama. Gdy jednak pojawił się nosił na sobie strój, który znała z poprzedniego spotkania.

-Jesteś ubrany. -Stwierdziła.

-Tak. Mam potężny umysł. To czyni mnie mało podatnym na brak Traxa w wiosce.

-Kogo?

-Trax. Taka wielka rzeźba. Pingwin. Stał na uboczu wioski. Zniknął. Dwa dni temu. Od tego czasu cała wioska stała się naga. Wszyscy chcą uprawiać orgie.

-Nie ma w tym nic złego -stwierdziła Likame. Rzuciła na podłogę duplikat księgi. -Oto wasza księga czarów. Teraz…

-Pani. Gdzie jest władczyni smoków.

-W tej chwili ja ją zastępuję.

-Pani. Chciałbym. Odzyskać Traxa.

-Zapłaćcie!

-Nie mamy czym.

-Już winni jesteście nam lojalność przez odzyskanie księgi czarów, ale… Za Traxa chcę, byście zbudowali armię!

-Armię. Przeciw komu.

-Idzie ogromne niebezpieczeństwo i musicie się na to przygotować. Zrobicie to czy nie?

-Zrobimy. Po odzyskaniu Traxa.

-Dobrze, umowa więc stoi… D? -Uśmiechnęła się, stojąc przed drzwiami. -Mógłbyś jednak sprawdzić zawartość księgi, czy się wszystko zgadza.

Nim mężczyzna w niebieskim stroju zdążył zareagować, już jej nie było. Akurat trafiła na moment, kiedy ktoś przy drzewie dostawał orgazmu, masturbując się. Był mężczyzną, który samotnie bawił się swoim skarbem.

A tak w sumie… Skoro tu jest, to może trafi na kogoś przystojnego? W końcu nie codziennie trafia jej się okazja, kiedy ma do wyboru tak dużo kandydatów obojga płci. Wolnymi krokami przemierzała główną ulicę miasta, spoglądając tu i ówdzie. Wysoki brunet po prawej nie pociągał jej, po lewej blondynek o krótkich włosach także nie.

Stanęła. Nikogo nie było. Interesujących osób tu nie uświadczysz. A może nie o to chodziło? Przecież jest jeden piękny w którego ramiona chciałaby się zapaść na zawsze.

Astaroth…

Czyżby zakochała się w demonie? Czy to jest w porządku? Ale ona przecież… I tak już współpracuje z diabłem, czym mogłaby pogorszyć swoją sytuację? W końcu na tym świecie nie ma nic innego do roboty, jak tylko zyskiwać i zyskiwać. Ale czy on jej nie wykorzystuje? Miała z nim umowę, ale… Złu nie powinno się ufać.

Agafe…

Nie myśl o niej, ofuknęła się. Wywołujesz tym wilki z lasu. Przyjemnie byłoby się odprężyć… Podobno dobrze taką rolę spełnia seks. Ale nie miała z kim go zrobić, nawet, jeśli otaczali ją ludzie w stroju Adama i Ewy. Bo przecież nie ma nikogo wspanialszego od pewnej osoby, która pewnego dnia dotknęła jej ciała, sprawiła, że zaznała niebiańskich rozkoszy…

Ale przecież nieba już nie ma.

Wróć, zganiła się. Czemu zawsze musi wracać do niedobrych rzeczy? Może i ta kraina jest bardziej kolorowa od Nudnego Świata, ale z drugiej strony ciemność w niej przechodzi samą siebie. Piekło… Rozumiesz, trzeba pokonać Nyssę, by uporządkować sprawy.

Jedna, druga, trzecia i kolejna myśl. Niepokój, strach, smutek, zagubienie… To wszystko jej przeszkadzało w szczęściu. Bo przecież tu weszła, by go znaleźć. I co odkryła? A może to nie tak, może jej się poszczęściło mimo wszystko, a jej przyjaciółce właśnie nie?

Niech ktoś mi pomoże, pomyślała.

Dłoń, która daje delikatny, jakby z jedwabiu, dotyk musnęła plecy Likame. Ta odwróciła się i zobaczyła pięknego mężczyznę, który nosił na sobie czarną sutannę. Rozpoznała tą twarz.

-Jesteś… -Rzekła cicho.

-Chciałem sprawdzić, czy mężczyzna w stroju księdza bardziej pociąga, czy odpycha od siebie kobietę. -Odrzekł Astaroth.

-I co?

-Jeszcze nie wiem.

Zbliżył się do niej tak, że czuła przy szyi jego świeży oddech.

-Noc, jedna, dwie… -Rzekł. -Mam coś dla ciebie, ale dostaniesz to tylko wówczas, gdy będziesz grzeczna.

-Co masz na myśli?

Pocałował ją w policzek.

-Zechcesz pójść ze mną i zechcesz zostać moją ofiarą.

Mimo tego, że słowa dotyczyły seksu, zabrzmiały one groźnie. Właścicielka Archa wystraszyła się lekko. On miał w sobie coś wspaniałego, do czego ją ciągnęło, ale jednocześnie czuła, jak strach w jej sercu rusza się. Do czego zdolne są demony? Agafe…

Na to imię rzuciła się w ramiona swojego partnera. Byle zapomnieć. Ale o czym? Byle zapomnieć, zapomnieć…

Zniknęli ze świata Linuksa i pojawili się gdzieś, gdzie istniało tylko białe tło.

-Nie sądziłem, że będziesz aż taka chętna. -Stwierdził Astaroth. -Coś się stało, moja pani?

-Ja… chciałabym zanurzyć się w nicości… Za dużo myśli mam…

-Więc za chwilę, za moment zaznasz radości.

Demon uśmiechnął się i pstryknął palcami. W jego dłoni pojawił się sznurek.

-Masz może coś na myśli? -Zapytała, czując, jak jej dłonie są otaczane liną.

Nie odpowiedział, uśmiechał się uroczo. Serce kobiety zaczęło bić szybciej.

-Astaroth… -Szepnęła. -A będą macki?

Roześmiał się dźwięcznie, po czym rzekł:

-A to już niespodzianka, moja pani.

9

Dwie kobiety w fioletowych płaszczach stały w śniegu. Niebo ciemne, niemal czarne z milionami gwiazd. Księżyc w pełni zdawał się rozświetlać świat niemalże w ten sam sposób, co słońce. Nie musiały więc zapalać ognia, by widzieć przed sobą wznoszący się, wzorowany na góry, pałacyk. Jedna z niewiast o czarnych włosach zapytała:

-A może Rosemary?

-Podoba mi się.

Ruszyły przed siebie w stronę budowli. Szły tak zgrabnie i delikatnie, jakby biały puch nie istniał. Dotarły do złotej bramy i przystanęły. Przejście zaczęło się otwierać. Bez wahania wkroczyły na podwórko, usłyszały za sobą dźwięk zamykanych wrót. Nie zatrzymywały się, mimo że sylwetka średniego wzrostu, która wyszła z pałacyku, zbliżała się do nich. Gdy stanęli naprzeciw siebie, przybysz o siwych włosach i błękitnych oczach rzekł:

-Witam panie, choć nie wiem, z kim mam do czynienia.

-Jam jest Rosemary Uzdrowicielka. -Odrzekła ta po prawej. -A to moja asystentka, Karina. Przybyłyśmy tu, bo szukamy strawy. Przyjmiecie nas, panie?

-Uzdrowicielka to wasze nazwisko, czy tytuł?

-Panie, jest to tytuł. W razie potrzeby mogę udowodnić swe dary.

-Doskonale, tak się składa, że jutro mieliśmy posłać po jakiegoś uzdrowiciela. Chodźcie, panie, do środka.

Ruszyli, a po drodze słuchali opowieści mężczyzny:

-Wczorajszego ranka znaleźliśmy w łóżku martwą służkę. Miała na sobie jakieś dziwne plamki. A dzisiejszego wieczoru to samo spotkało jej koleżankę. Nie wiemy, co to jest, obawiamy się, że to może jakaś zaraza, czy co. Ach, zapomniałem się przedstawić, jestem Remigiusz, syn tutejszego szlachty, pana tego pałacyku.

Znaleźli się w przestronnym pomieszczeniu o pomarańczowych ścianach, w którym do dyspozycji była kanapa i paląca się lampa naftowa. Kobiety zrzuciły z siebie płaszcze na mebel, odsłaniając czarne suknie.

-Zaprowadź nas do niej. -Rzekła Rosemary.

Minęli parę zielonych pokoi, po czym weszli do szarego pomieszczenia, gdzie na podłodze leżała kobieta o siwobrązowych włosach. Miała na sobie nie tylko płaszcz nijakiego koloru, ale także koc, którym starała się zakryć w całości. Na jej ciele były widoczne małe, czerwone plamki.

Uzdrowicielka kucnęła i zaczęła przyglądać się ofierze choroby.

-Bardzo ciekawe -rzekła. -Miała z kimś kontakt przez ostatnie dwa dni?

-Nie. Tylko z tą służką, co to zmarła.

-A tamta?

-Ze mną i z ojcem. W zasadzie jesteśmy jedynymi mieszkańcami tego pałacyku.

-Doskonale, widocznie ta tutaj zachorowała na płonicę. Taka choroba, która może się przenosić przy kontakcie ze śliną. Myślisz, że się całowały?

-Nie wiem… Pani, możesz to wyleczyć?

-Oczywiście.

Kobieta dotknęła czoła chorej. Powoli, sekunda po sekundzie, wszystkie plamki na ciele nieszczęsnej zaczęły znikać. Po dwóch minutach Rosemary cofnęła dłoń.

-Proszę bardzo, choroby już tu nie powinno być. -Powiedziała.

-Pani, zapraszam was do salonu, gdzie śpi mój ojciec.

Przeszli do następnego pomieszczenia, by po paru krokach znaleźć się w białym salonie, w którym za jedyne meble stanowiły łóżko i stół. Wnętrze mogłoby służyć za salę dla przynajmniej dwudziestu osób. Ziało pustką. Na legowisku siedział niski mężczyzna o siwych włosach. Miał na sobie znoszony garnitur.

-Ojcze -zaczął Remigiusz. -To uzdrowicielki, Diana jest już zdrowa.

-Odejdź. -Rzekł twardo gospodarz.

-Ojcze?

-Powiedziałem!

Syn podrapał się po głowie i wyszedł.

-Me imię to Leon. Przybywasz jako posłannik władczyni smoków?

-Nie, władczyni smoków to już przeszłość. Nie jestem tylko pewna, czy straciła moc, czy też ktoś ją zabił. Jednak chyba nie ma to większego znaczenia.

-Więc kim do cholery jesteś?

-Mów mi, panie, Rosemary Uzdrowicielka.

-Mówić tobie mogę, ale tak się nie nazywasz.

-Panie, me imię nie ma znaczenia. Chcę na tym świecie szerzyć dobro pod dobrym znakiem.

Mężczyzna wstał i spojrzał na gości chłodno.

-Miałem sen -rzekł -że dawny świat dobiegł końca. I na ten świat przybędzie ktoś, kto zechce skończyć swe dzieło. Oczywiście, nic to nie znaczy, prawda?

-Ty coś wiesz? -Spytała zaskoczona Rosemary.

Stanęli twarzą w twarz.

-Oczywiście, że nie. -Padła odpowiedź. -Ja tylko miewam sny o przeszłości. -Uśmiechnął się. -Syn wam pokaże wasze pokoje.

Kobiety, nie czekając na pogonienie, wyszły z pomieszczenia prędko.

-Domyślił się, kto jesteś? -Spytała Karina.

-Wątpliwe. Jego sny są tylko pozostałością bogów. A nawet, jakby wiedział, to i tak nie ma dostatecznej mocy, by mnie pokonać.

Wyszedł do nich Remigiusz i poprowadził przez bambusowe schody. Na piętrze miały do dyspozycji dwa pokoje w niebieskich kolorach.

-Korzystajcie z którego chcecie. -Rzekł. -Jutro rano śniadanie w salonie. Dobranoc. -Zszedł ze schodów tak szybko, że kobiety nie zdążyły nawet zareagować.

-Właź -rzekła Rosemary, wchodząc do pierwszego z brzegu pomieszczenia, w którym znajdowało się łoże i stolik. Usiadły na tym pierwszym meblu. -Orientujesz się, kiedy ma wpaść Arden?

-Nie, łażenie za Kosashim trochę czasu mu zajmie. -Westchnęła asystentka. -Nadal nie wiemy, gdzie jest jego miłość.

-Pewnie w piekle. -W głosie było pełno smutku. Ta gwałtowna zmiana nastroju zaskoczyła towarzyszkę Rosemary. Milczały.

* * *

Siedziała na podłodze opierając się o ścianę. Patrzyła na łóżko i jakieś meble, które w jej pokoju zostały wstawione chyba tylko dla ozdoby. Może i pomieszczenie było przyjemne dla oka, lecz po niej to spływało jak woda po kaczce. Dlaczego musi przebywać w tym miejscu? Ochrona przed Nyssą… Może i to miało sens, ale za bardzo nie wiedziała, jaki. Nawet, jeśli ta suka zniszczyła plecy Likame, to wspólne cierpienie jest łatwiejsze. Czy Kosashi to rozumie? Jak ma to zrobić, skoro jest diabłem, czy jak to nazwać? Daj mi wrócić do Nudnego Świata, poprosiła w myślach.

-Co tak siedzisz? -Usłyszała George’a. Stał z boku. Nie usłyszał odpowiedzi. Kucnął, machnął ręką przed jej oczami. -Halo?

Między nimi zapanowało milczenie. Jej ignorancja zaczęła go martwić. Rozumiał, że zranione serce potrafi wyczyniać różne rzeczy ze swoim oprawcą, ale nie przypuszczał, aby jego niewidzialność i niesłyszalność była tyła tym spowodowana. Kucnął i szepnął do jej ucha:

-Chciałbym pomóc. Daj szansę.

Czuła, jak w gardle zbiera jej się gula. I co dalej? Nawet, gdy mu powie, jak Taju ją traktuje, to przecież nic nie będzie mógł zrobić. Po co on tu przyszedł? Wstał i podszedł do łóżka. W dłoń wziął kołdrę, jęknął i odrzucił. Nie skomentował.

-Wiesz -stwierdził, gdy cisza zaczęła go denerwować -Kosashiego długo nie będzie, więc w jego imieniu mógłbym iść do Taju…

-Aniele, jeśli chcesz mi pomóc… -Zaczęła, ale urwała. Czy musi wypowiadać niepotrzebne słowa?

-Słucham cię, pani. -Odrzekł anioł George, spoglądając uważnie na swą towarzyszkę. Kiedyś ją kochał, dziś to tylko drgnienie w jego wspomnieniach.

-Proszę, przywróć mi Nudny Świat. -Dokończyła cichym głosem. Brakowało w nim wiary w spełnienie.

Załamał ręce. Mógł to zrobić, ale nie wolno mu było. Skrzywdziłby ją jeszcze bardziej, niż Taju. Czyn, którego miał się dopuścić bolał go tak, że potrafił tylko wydusić z siebie:

-Przepraszam.

Już miała powiedzieć „odejdź”, jednak coś nie dawało jej spokoju. Chwilowo powstrzymywała się od płaczu.

-Czy ona naprawdę jest taka zła? -Zapytała.

-Kto? -Zaskoczyła go. Dlaczego chce to wiedzieć?

-Nyssa…

Skrzywdziła jej przyjaciółkę, ale tylko tyle. Kim trzeba być, aby mieć przeciw sobie demona i anioła? A może tylko diabeł tak naprawdę chciał jej się pozbyć? Czego nie wiedziała, a czego inni mieli świadomość? Ścierpię, dużo ścierpię, daj mi tylko wiedzieć, dlaczego tak musi być. Tak myśląc, spoglądała w oczy George’a, oczekując jakichkolwiek słów.

-Kiedyś zniszczyła niebo… -Odparł.

Powinien jej opowiedzieć historię? Jednak widząc jej smutek miał wrażenie, że jeśli nawet tak uczyni, to i tak mu nie uwierzy. Sam sobie jestem winien -pomyślał i zwyczajnie otworzył drzwi. Chciała krzyknąć: „nie zamykaj”, lecz nie zdążyła. Zostając sama, rozpłakała się.

Przeszedł przez jakiś salon i znalazł się w kuchni. Zastał demona przy zlewie. Mył naczynia i nie zwracał uwagi na otoczenie. Zrobił parę kroków ku niej i wystawił swoją dłoń przed jej twarzą. Wyglądała na zaskoczoną. Jego miała cienkie, prawie niewidoczne kreski w czerwieni. Spojrzała za siebie.

-Ach, to ty. -Rzekła z ulgą.

-Gdyby to zobaczył Kosashi, to by cię zabił. -Odpowiedział.

-Wiem. Aczkolwiek, nie musi spać w takiej pościeli…

-Nie pomagasz sobie.

Trzasnęła talerzem. Pojawiły się na nim pęknięcia.

-A jaka to jest różnica, jeśli i tak mnie nie będzie kochać? -Zapytała.

Anioł westchnął ciężko. Te istoty, choć złe, bardzo chciały miłości, ale za każdym razem, gdy próbowały ją okazywać, ich czyny okazywały się drogą ku nienawiści. A w dodatku nie wszystkie rzeczy potrafił wyjaśnić. Zaklął w duchu.

-Jak chcecie -powiedział. -Ale nie sądzę, by niszczenie cudzego życia było odpowiednim wyjściem.

-A może lepiej jest umrzeć, niż patrzeć, jak ukochany umiera?

-On nie ma raka.

-Ale umrze! Ona go zabije! A ja nic nie mogę zrobić, bo ten głupek…

Co anioł może zrobić w tej sytuacji? George nie umiał odpowiedzieć sobie na to pytanie.

***

Likame wkładała na siebie niebieskoczarną sukienkę uszytą wyłącznie z koronek. Sięgała do kolan i odsłaniała ramiona. Musiała przyznać, że ten prezent od Astarotha był niesamowicie seksowny. Dobrze im było razem, to może on jednak ją kochał? Westchnęła ciężko. Była jednak przekonana, że między nimi wszystko się ułoży. Po wczorajszym stosunku zasnęła tak dobrym snem, że rano, gdy się obudziła, jej wszystkie problemy wydawały się jakąś mgłą. Poczuła na plecach delikatny dotyk i uśmiechnęła się, widząc swojego demona.

-Chciałbym ci coś jeszcze pokazać. -Stwierdził niewinnie.

-Nie rozpieszczasz mnie? -Zapytała słodko.

-Obawiam się, że tym razem sprawa ma się nijak do seksu.

Ruszyli przed siebie. On prowadził.

-Gromadzicie armie -stwierdził.

-Tak. W zasadzie nie do końca wiem, po co. Ale… Trzeba coś robić.

-Nyssa to groźny przeciwnik i zdaje się, że na Nudnym Świecie ma już dość wysoką pozycję.

-Wysoką pozycję? -Likame tak ta informacja zamurowała, że przystanęła.

-Tak, z tego, co zdążyłem się zorientować, informacje o niej są ściśle tajne. I dlatego opinia publiczna nic nie wie na jej temat. Ma jednak wśród tamtejszych władz spore poparcie.

-Za co?

-Różnie… Ale to przed nimi chciałbym postawić swoją armię.

-Twoją armię?

-Tak, tą z Linuksa. Umówmy się, że Kosashi stoi najwyżej, ja jestem jakimś tam oficerem ze swoimi ludźmi, dobrze?

-Nie tak szybko, nie nadążam…

Zamiast słownej odpowiedzi otrzymała pocałunek w policzek.

-Czy to ma jakieś znaczenie? -Zapytał. -Generalnie, większość z nas uważa, że walka jest z góry przegrana i pomóc może tu tylko jedna lub dwie rzeczy. Ale władczyni smoków siedzi u Taju, a nie do końca wiemy, czy George zdoła się ocalić.

-Astaroth, usiądźmy i porozmawiajmy. -Rzekła, westchnąwszy.

-Tak, pani.

Uklęknął. Likame mimo woli zarumieniła się. To takie dziwne, rozmawiać jednocześnie na poważne tematy i czuć się podrywaną. Ale w końcu miała do czynienia z kimś, kto doskonale poznał władzę nad pożądaniem. Klęknęła, patrząc w oczy swemu kochankowi.

-Co chcesz wiedzieć? -Zadał pytanie, biorąc jej dłoń w swoje. Delikatnie głaskał skórę ręki swej umiłowanej.

-Nie wiem. Wszystko albo nic. -Odpowiedziała. Już czuła, jak budzi się w niej pożądanie. A przecież nie tak dawno miała stosunek.

Roześmiał się. I spoważniał.

-Sytuacja na froncie jest taka: gdy ja cię podrywam, to Nyssa zdobywa kolejnych zwolenników w Kramie. Jest też taka, że gdy zabraknie mnie lub George’a, lub ciebie, albo nawet władczyni smoków, to nie będzie można jej pokonać. A to dla świata jest bardzo niebezpieczne. Połączenie sił daje władzę, rozumiesz?

-Nie chcecie, aby…

-Nie chcemy, aby w piekle doszło do powtórki z nieba. Bo gdy ona tam wkroczyła to urządziła taką rzeź, że aż miło.

-I mówisz mi o tym, bo…

-I tak już za dużo wiesz, więc nie zaszkodzi, jeśli będziesz jeszcze więcej wiedzieć. -Pocałował ją w dłoń. -Poza tym uwielbiam cię.

Już miała się roześmiać, lecz on wstał.

-Chodź. -Rzekł. -Nie powinniśmy tracić więcej czasu.

Była zawiedziona, chociaż posłusznie wstała i ruszyła za swym ukochanym. Parę kroków później przystanęła i gapiła się na wielki, betonowy pomnik w kształcie pingwina.

-To Trax. -Rzekł Astaroth. -Ukradłem go dla zabawy i własnych interesów.

-Jestem… -Urwała. „Twoja”, chciała powiedzieć. Ale kiedy ostatnio tak powiedziała, to nastąpiło szybkie zerwanie. Może… Czy jest łatwa?

-Jesteś moja. -Przyznał demon z uśmiechem. -Cały pic polega na tym, że bez tego złodziejstwa Linuksiarze prawdopodobnie nie zechcieliby nam pomóc ze swoją armią. Od ciebie nic nie chcę, bo już wziąłem wszystko, co mogłem. Teraz pragnę… -Urwał i podszedł do swej damy, po czym delikatnie ją objął. -Teraz pragnę, abyś zdobyła nowych zwolenników i była ze mną.

-Kochasz mnie?

-Nie wiem, ty mi powiedz. Ja, demon, nic nie wiem o miłości.

-Powiem ci na następnym spotkaniu.

Pozwolił jej odejść, a gdy znalazła się przy pingwinie, Astaroth pstryknął palcami. Zarówno ona, jak i rzeźba przebywać zaczęli w Linuksie.

 Kobieta westchnęła. Otoczenie, na widok Trax’a stanęło w miejscu. Nadzy ludzie przyglądali się sobie ze zgrozą i śmiechem, niektórzy
popłakiwali. Gdy pierwszy szok minął, rozbiegli się, każdy w inną, lecz swoją stronę. Na ulicy nikogo, oprócz Likame, nie było.
Ruszyła. Czuła niepewność – czy pamięta drogę do właściwej budowli?
Wszak wszystkie budynki są niebieskie, po czym odróżni jeden od drugiego? Wprawdzie na zwyczajnych blokowiskach w Nudnym Świecie istniał podobny problem, ale tam przynajmniej była jakaś nazwa czy numer. Tutaj takiej rzeczy nie zauważyła. Nie śpieszyło się jej.
Podeszła do większego domu. To zwykle władza jest najbogatsza… Czy Nyssa ma władzę w Nudnym Świecie, taką prawdziwą i kimże do diabła ona tam jest? Informacje tajne… Odepchnęła na bok te wątpliwości i skrzywiła się. Mimo spotkania z Astarothem, złe myśli nie chciały jej uwolnić. To niedobrze, pomyślała. Nie mogę korzystać ze swego geniuszu, jeśli mam filozofować… A przecież filozofia to domena Agafe.
Agafe…
Zamiast zapukać w drzwi, trzasnęła w nie tak, że nieomal wypadły z zawiasów. Była rozgoryczona. Przyjaciółka w niebezpieczeństwie, ale ile czasu można poświęcać na martwienie się o nią?! Zjawiła się tu, bo chciała zapomnieć o wszelkich problemach, a tymczasem, o ironio, ma więcej zmartwień, niż wcześniej.
Reakcja na czyn Likame pojawiła się nieomal od razu. W wejściu stanął D.
-Nie niszcz. To moje drzwi.
-Zrobiłam, o co prosiliście. Teraz ja poczekam na prezent od was.
-Dobrze. Dziękuję.
D. nic więcej nie powiedział, tylko zamknął drzwi, zostawiając swoją rozmówczynię samotną. I znów mogła zanurzyć się w myśli o problemach.
Sytuacja mało komfortowa dla niej, ale co mogła zrobić? W myślach przywołała Archa.
Spokojnie patrzyła, jak na niebie pojawia się czarno-niebieska plama. Była coraz bliższa i większa, piękniejsza także – skrzydła w powietrzu zmuszały patrzącego do wstrzymania wdechu w piersiach. Rozłożyste i lśniące wabiły. Sama sylwetka gada była ogromna i czuło się z niej dostojność. Stwór leciał powoli, nie śpiesząc się. W końcu znalazł się nad głową swej pani i począł delikatnie lądować przy niej. Przechodnie zmykali z ulicy tak, jakby zobaczyli nie smoka, lecz potwora. Likame uśmiechnęła się i pogłaskała łeb swej zwierzyny. Na drodze zostało zaledwie paru ludzi, już ubranych w niebieskie, codzienne stroje.
-Nie bójcie się, to są istoty wspaniałe i dobre. Pomagają ludziom.
Wymawiała te słowa z wiarą, ale miała wrażenie, że nie do końca tak jest. Bo kiedyś Nirgiz kogoś oszukał… A może chciał dobrze? Machnęła ramionami na to pytanie. Za dużo się martwi, za mało rzeczy odstawia na bok. Wspięła się na grzbiet Archa.
Wznieśli się w niebo. A ludzie w Linuksie zaczęli szeptać między sobą - czyżby to była władczyni smoków?

* * *

-Bardzo źle się stało, że jej już nie ma. -Odrzekł siwy pan z garbem. Nosił szarą sutannę. Siedział naprzeciw Rosemary i jej wspólniczki w
żółtym namiocie gdzieś na pustyni. -Bo dla nas władczyni smoków kiedyś stanowiła coś zbawczego.
-Macie mnie. -Odparła przyjaźnie Uzdrowicielka, wypijając wodę z bukłaka. -Myślę, że to światu wystarczy.
-A jeśli nie? Najlepsi ze zwykłych magików twierdzą, że zbliża się coś bardzo niebezpiecznego.
-Zawsze tak mówią. A już najbardziej, jak się zbliża nowe stulecie, wtedy wszyscy, jak jeden mąż powtarzają: “o, niedługo koniec świata”.
Nudzi mnie takie gadanie. Niebezpieczeństwa zawsze były, są i będą przecież.
-Pani -rzekł mężczyzna, wzdychając ciężko. -Powinnaś lepiej ode mnie wiedzieć, kim jest władczyni smoków. Ona nie powinna umierać. A jeśli już, to się odradza.
-No widzisz, może to ja jestem władczynią smoków, tylko jeszcze nie przebudzoną?
-Mogłabyś nie żartować w tej sprawie. -Mruknęła Karina. -On naprawdę chce wiedzieć, co się stało z władczynią smoków, to dobry człowiek, pani.
-A skąd ja mam wiedzieć, co się z nią stało? Nie ma i już.
-Ale na południowym zachodzie szerzą się wieści, że jest.
-Brednie. Jak można być władczynią smoków, musząc szukać zwolenników? Władczyni smoków z racji tytułu ma ich już z góry.
-Udowodnienie, że się nią jest drogo kosztuje. -Stwierdził mężczyzna.
-Jeśli twierdzisz, że jesteś w stanie ocalić świat przed nadciągającą katastrofą, to musisz udowodnić, że jesteś albo władczynią smoków,
albo kimś potężniejszym. Jak to zrobisz?
-Hm -mruknęła Rosemary -strasznie trudne pytania zadajesz… Musimy o tym rozmawiać?
-Tak. Za namiotem jest burza piaskowa, więc nie wyjdziemy. A skoro jesteśmy tutaj, to możemy porozmawiać na poważne tematy, pani.
Uzdrowicielka podrapała się w czoło. Dotychczas miała prostą metodę zdobywania zwolenników: czynienie dobra. Czy nie tak samo postępowała władczyni smoków? Jak więc może udowodnić, że nią jest, skoro nią nie jest?
-Powiem tak. -Stwierdziła w pewnym momencie Uzdrowicielka. -Nie mam pojęcia, jak się powinno udowodnić bycie władczynią smoków, ale obiecuję ci udowodnienie, że jest się od niej lepszym, jeśli okaże się, że to nie ja.
Tego była pewna. Nikt na tym świecie nie mógł dorównywać jej magią. A wróg może co prawda być sprytny, ale z ostatnich wydarzeń wnioskowała, że nie jest geniuszem w tej materii. Mogła się więc czuć bezpieczna.
-Jeśli jesteś od niej lepsza, to naszym wrogiem musi być bóg. -Podsumował.
W oczach Rosemary mimowolnie błysnęło. Bóg! Gra toczy się o władzę, jak ona taką rozrywkę kochała. Między kim? Kto jest tak niebezpieczny, że cały świat pragnie jej pomocy? Musiała powstrzymać się od gwałtownego wybuchu śmiechu.
Karina widziała to wszystko, mając nadzieję, że ich współtowarzysz takich detali nie dostrzeże. Nie była jednak pewna, z czego jej pani się śmieje. I od początku tej szalonej wyprawy miała wątpliwości, iż postępuje słusznie. Gdy Rosemary uzdrowiła służkę w tamtym, dość ubogo umeblowanym pałacyku, po długiej rozmowie położyły się spać. A następnego dnia ruszyły, idąc w stronę krainy smoków. Skoro tam szły, miały zamiar spotkać się z władczynią smoków. Jednak… To właśnie one, z jakiegoś powodu, walczą o ten świat, a skoro jest bitwa, to jest śmierć. I co po tym się stanie, bo przecież pozory mogą mylić? Czasem odnosiła wrażenie, że Rosemary nie do końca jest normalna. Byłaby idealna do roli szalonego bóstwa, który wstąpił na ziemię w celu zabawienia się swoimi pionkami. Próbowała się dowiedzieć, co później Uzdrowicielka planuje, ale ta nie odpowiedziała. I zapewne nigdy tego nie dokona, dopóki nie będzie za późno.
-Co planujesz, gdy już pokonasz boga? -Spytał starzec, wstrzymując gwałtownie lecące myśli w Karinie. Zaczęła słuchać rozmowy.
-Co mam planować? Nic nie planuję. -Odpowiedziała Rosemary, kładąc się na twardej, pustynnej ziemi w namiocie.
-Jak nic nie planujesz? Wiesz, będziesz miała do swej dyspozycji cały świat. Coś z nim musisz zrobić.
-Cały świat? Cudownie! Zostawię, jak jest. Po co komplikować sprawy.
-Ale bóg to nie tylko rozkazy, to także obowiązki z niej wynikające.
-Czego próbujesz dokonać?
-Z pewnych źródeł wiem, że nie nazywasz się Rosemary.
Przysiadła gwałtownie. Czy na jej twarzy widnieje wielki napis w postaci prawdziwego imienia? Jeśli jedna osoba spyta o to, to nic się
nie dzieje. Ale dwie i to zaraz po sobie?!
-A skąd ten wniosek? -Zapytała.
-Rosemary Uzdrowicielka tak nagle, ni z tego, ni z owego się pojawiła?
A jej nazwisko to Uzdrowicielka, idealnie dopasowane? Szkoła magii powinna wiedzieć o takich przypadkach najwcześniej. I nic nie wie o
tobie, pani.
Jego rozmówczyni zmarszczyła brwi.
-I cóż z tego? -Zapytała.
-Cóż? Coś kręcisz. A ja bym chciał tylko wiedzieć, czy temu światu grozi zagłada.
-Za bardzo się przejmujesz. A nawet, jeśli nie nazywam się tak naprawdę Rosemary Uzdrowicielka, to nie zmienia to faktu, że jestem
lepsza od władczyni smoków.

* * *

Czerwone niebo nie odpowiadało na pytanie, która pora dnia w tej chwili trwała. Likame siedziała na twardej ziemi i wertowała
autentyczną księgę czarów. Nauka była dla niej prostą czynnością, jednak musiała walczyć z natrętnymi myślami o swej przyjaciółce.
Pragnęła się z nią spotkać, choć nie wiedziała, jak tego dokonać.
Zapewne George czy Kosashi używają jakiegoś zaklęcia, ale jeszcze go nie znalazła.
Westchnęła. Kiedy była w Linuksie? Cztery sny temu, ale  czy to wystarczyło do stwierdzenia dokładnego przemijania czasu? Co prawda miała komórkę, lecz w tej chwili to narzędzie było zupełnie nieprzydatne – kiedy ona bawiła się z Astarothem, zdążyło się
rozładować i gdy je załadowała, miała nieaktualną porę. Pocieszała się tylko tym, że niejaki Robinson Kruzoe miał gorzej. Kruzoe… I gdzie te wszystkie wieczory w  czasie których Agafe opowiadała jej o przeczytanych powieściach? Tęskniła za tym.
Dziwiło ją, że nikt z demonów  czy aniołów nie odzywał się przez dłuższy czas. Sama  co prawda mogła spróbować zdobyć jakiegoś
zwolennika, ale… Będzie o wiele bezpieczniej, jeśli wykorzysta ten czas na naukę. Na początku myślała, że magia to tylko słówka i gesty,
ale im bardziej wczytywała się w słowa, tym bardziej rozumiała, że ważna jest wiara i wyobraźnia… Czy miała tak znakomitą fantazję, by
sobie poradzić? Z pewnością nie tak dobrą, jak jej przyjaciółka.
Arch, kręcący się w górze, zwrócił swój łeb w stronę zachodu. Zesztywniał, jakby na coś czekał. Jego pani nie zwróciła na to uwagi,
dalej starała się jak najwięcej zapamiętać z książki. Gdyby smok miał brwi, to by je zmarszczył. Zamiast tego machnął energicznie ogonem.
Wówczas czerwonowłosa spojrzała na smoka.
-Spójrz na zachód. -Stwierdził gad.
Zrobiła to. Człowiek z przeciętnym wzrokiem dostrzegłby ciemną plamkę
w kształcie człowieka, który zbliżał się w jej stronę. Ona jednak
miała sokoli wzrok i to od dzieciństwa. Kiedyś, w wieku sześciu lat,
zastanawiała się, dlaczego ma ten dar, ale nigdy nie uzyskała
odpowiedzi. W tej chwili zadawała sobie pytanie, kim jest ten
średniego wzrostu chłopak o bliżej niedefiniowalnym kolorze włosów.
Miał na sobie czarny sweter i tego koloru spodnie oraz brązową torbę.
Szedł pewnie i uśmiechał się. Chwilę trwało, nim stanął parę metrów
przed nią i z uśmiechem na twarzy powiedział:
-Witam. Jestem Martin. Szukam władczyni smoków.
-Prawdziwej tu nie ma. -Odpowiedziała Likame. Czego u licha chciał ten
nieznajomy? Nie wyglądał na zmęczonego podróżą.
-Ach, to jednak prawda, że zmarła… -Na jego twarzy malował się
smutek. -No nic, zawsze zostaje Rosemary Uzdrowicielka.
-Kto?
-Wielka uzdrowicielka, twierdzi, że jest silniejsza od władczyni
smoków. I dlatego ja, Martin, zdecydowałem się dojść do źródła i
dowiedzieć się, o  co chodzi. To niemożliwe, by ktokolwiek był lepszy
od władczyni!

Para zeszła w milczeniu, a z pobliskich, okrągłych budynków zaczęły
wyglądać twarze.
-Może dziś ja przejmę twoją powinność? -Spytał Astaroth.
-Tylko nie przesadź.
Dwóch ludzi o blond włosach ubranych w złote sutanny wyszło z jednego
z budynku i podeszło do przybyszów. Gdy znaleźli się twarzą w twarz,
gospodarze zapytali:
-Co tu robicie?
-Przybywamy w imieniu władczyni smoków. -Padła odpowiedź demona.
-Wiemy, że macie dwa poważne problemy i spróbujemy na nie coś
poradzić. Zapomnieliśmy się przedstawić. Zwę się Astarothem, a to
oficjalna zastępczyni władczyni smoków, Agafe, pani Likame.
-Ryzykujecie bardziej, niż dyktuje to zdrowy rozsądek. -Rzekł
gospodarz od prawej. -Jestem Dan, a ten obok to None. Zapraszamy.
Ruszyli w stronę jednego z domów, stojącego trochę na uboczu.
Rudowłosej mieścina nie wydawała się zbyt oryginalna, ale w Kramie
takie kształty chyba są na porządku dziennym, pomyślała. Zaraz
zapomniała o tym problemie, włączyło jej się sumienie. Czy można
powiedzieć, że zdradziła Archa?
Weszli do wnętrza, które zostało stworzone z zielonego marmuru. W
pomieszczeniu tym było pusto. Goście otrzymali czerwone poduszki, na
których usiedli.
-Sprawa ma się tak -zaczął Dan -że jesteśmy bardzo blisko rozwiązania problemu.
“Może Arch nie umrze”, pomyślała z nadzieją Likame.
-Sprawa wygląda tak -zaczął None – że mieszkańcy obwiniają dawnych
mieszkańców Tingpan o przyniesienie ze sobą zarazy.
-Sprawa ma się tak, że dwa dni temu dotarła do nas pewna kobieta,
która ponoć działa w imieniu kogoś lepszego od władczyni smoków, bo
ponoć Agafe nie żyje.
Przyjaciółka wspomnianej nie odpowiedziała. On tego chyba nie mówi na
poważnie, prawda?, zapytała samą siebie. Poza tym skąd te dziwne
plotki?
-Sprawa wygląda tak, że przybyła twierdzi, że jej pani, Rosemary
Uzdrowicielka, następczyni władczyni smoków, jest w stanie uzdrowić
zarażonych. Jakieś pytania?
-Skąd ta wiadomość, że Agafe nie żyje? -Zapytała Likame.
-Nikt jej nie widział od dłuższego czasu, nie ma ciała, nie ma żadnych
śladów czegokolwiek, więc może to tylko plotki. Ale Rosemary
Uzdrowicielka działa i świetnie jej to idzie. Sprawa wygląda tak, że
do nas przybyła niejaka Karina, jej asystentka.
-A Karina uzdrowiła już kogoś?
-Nie, bo twierdzi, że wszystko w swoim czasie. Poza tym, uważa też, że
pierwsze uzdrowienie powinno przyjść od Rosemary Uzdrowicielki, której
tu nie ma. Sprawa wygląda tak, że nie możemy jej namówić do tego, aby
Rosemary Uzdrowicielka zjawiła się tu.
-Dlaczego?
-Żąda smoków. Dwóch, może trzech. Jeden ma ją tu przywieźć. A nasi
hodowcy to ludzie wyjątkowo uparci i głupi. Sprawa wygląda tak, że
prosilibyśmy was o wsparcie przy negocjacjach z Rosemary
Uzdrowicielką. Tym bardziej, że nasze smoki nie są w stanie przebyć
nawet pięciu metrów.
-Chcielibyśmy zobaczyć się z Kariną.
-Ależ oczywiście. Dan, każ ją tu przyprowadzić.
Gospodarze zostawili przybyłych sam na sam.
-To ja miałem prowadzić pertraktacje. -Przypomniał Astaroth do jej ucha.
-Jesteś moim asem. -Odszepnęła mu.
-Znaczy, moja pani, mogę narozrabiać?
-Znaczy, że ja chcę się tobą zabawić.
-Ludzie nas zobaczą.
Do pokoju weszły trzy osoby: dwóch panów oraz Karina. Miała na sobie
żółtą sukienkę i czerwony płaszcz. Demon zmarszczył brwi.
-Oto ona. -Rzekł Dan.
-Witam. -Powiedziała asystentka Rosemary Uzdrowicielki. -Zapewne
zechcecie ze mną negocjować w sprawie warunków uzdrowienia?
-Oczywiście. -Odpowiedziała Likame i usłyszała szept partnera: “nie ufaj jej”.
-Chciałabym, aby moja pani tu przybyła i uzdrowiła parę smoków i
ludzi, ale ci uparci hodowcy… Póki co, jeśli chory do mej pani
przybędzie, to ta go uzdrowi.
-Nie chcę cię martwić, ale to wygląda na oszustwo. -Powiedziała rudowłosa.
-To bardzo niesprawiedliwa ocena. Moja pani nigdy by się do tego nie
dopuściła. Poza tym, mój smok także został uzdrowiony.
-A gdzie jest twój smok?
-Odpoczywa gdzieś nad ziemią.
-I rozumiem, przyszłaś prosto z Tingpan, gdzie nie było żadnych śladów smoka.
-Tingpan jest bardzo daleko stąd, nie musiałam się tam zatrzymywać. A
poza tym czas… Czas działa na korzyść wszelkich oszustów, ale my
nimi nie jesteśmy.
-Każdy oszust tak twierdzi.
-A każda policja oskarżająca oszustwo ma dowody. Masz je?
-Twoja pani nie musi uzdrawiać jako pierwsza tych biednych istot. I
smoki, i ludzie umierają, sprawa jest poważna. Poza tym, nie ma śladów
po twym smoku, więc skąd ci ludzie mają wiedzieć, czy jesteś
wiarygodna?
-Rosemary Uzdrowicielka jest taka dobra, że nic nie posiada poza wiarygodnością.
-Ale ją się zdobywa. A żeby to zdobyć, nie wolno zmieniać warunków w
trakcie umowy. To oszustwo, jak nic.
-A może wy jesteście oszustami? Nie oskarża się ludzi tylko dlatego,
że nie ma się dowodów, a ma się tylko podejrzenia.
-Panno Karino -rzekł Dan -sprawa wygląda tak, że chcielibyśmy, aby
pani spróbowała przynajmniej uzdrowić jednego z naszych smoków.
-A jeśli mi się nie uda… -Urwała.
Likame, manipulatorka, wygrała bitwę. Może asystentka Rosemary
Uzdrowicielki miała rację – jeśli jej pani coś będzie umieć,
automatycznie przejmuje tę zdolność Karina. Jednak ich zachowanie nie
było szczytem wiarygodności. Bo w takim przypadku poddana powinna
przybyć ze swoją panią. Rudowłosa czuła zadowolenie z siebie.
-Możemy spotkać się z chorymi? -Spytał Astaroth, przerywając kłopotliwą ciszę.
-Oczywiście.
Para wstała i ruszyła za tubylcami. Poszli w stronę, której nic nie
było, oprócz pastwiska. Zastępczyni władczyni smoków zauważyła, że
składa się ono z tych samych roślin, co martwe miejsce. Ktoś do nich
podszedł i poszedł sobie, uprzednio szepnąwszy None’owi coś do ucha.
-Sprawa ma się tak, pani Likame, że twój smok właśnie zachorował.
Spodziewała się takiego obrotu sytuacji, ale i tak krzyknęła ze zdumieniem:
-Co?!
-Cóż, sprawa ma się tak, że udając się w to miejsce, można było to
przewidzieć. Chodźcie.
Ruszyli przed siebie, do wysokiej zagrody stojącej na środku pola.
Jeden z gospodarzy otworzył ją. Kiedy przeszli zauważyli dwadzieścia
smoków. Wszystkie miały zbolałe miny na swych paszczach. Rudowłosa
zauważyła Archa, kręcącego głową w drugim rzędzie. Podeszła do niego i
pogłaskała szyję.
-Jak szybko umierają? -Zapytał Astaroth.
Likame widziała w oczach swego gada ból i wyrzut. Zamknęła oczy. Ona
tego nie chciała, co mogła zrobić, aby do tego nie dopuścić?
-Sprawa wygląda tak, że trzy dni czeka się na śmierć… Większość
smoków decyduje się odejść wcześniej.
-Przepraszam -szepnęła rudowłosa.
-Karino -rzekł Astaroth do osoby, która wlokła się za nimi, niczym
cień -gdybyś uzdrowiła jednego smoka, zaufano by tobie.
-Zdajesz sobie sprawę, że nie posiadam takiej umiejętności?
-Więc przyznajesz się do oszustwa?
-A w którym miejscu? Zanim zyskam jakąś umiejętność, wpierw musi to
zrobić moja pani.
“Tylko odwlekasz to, co i tak cię czeka”, rzucił do niej w myślach demon.
“Moja pani mnie uratuje”, odpowiedziała mu w ten sam sposób.
“Jeśli nie jest tym, o kim myślę, że jest”.
“Nie twoja sprawa”.
Chciał coś dodać, ale zrezygnował.
-Pani Karino -rzekł któryś z gospodarzy -chwała ci, że próbujesz nam
pomóc, ale w ten sposób to się nie uda.
-To wina waszych hodowców. -Odparła.
-Władczyni smoków może żądać od nas wierności i jakiejś drobnej rzeczy
w zamian za uzdrowienie ludzi i zwierząt, ale nie udaje, że potrafi to
robić.
-Oskarżacie mnie o oszustwo?
-Z tego, przy takim podejściu nic nie będzie. Sprawa ma się tak, że
nie chcemy, abyś tu przebywała.
-Dlaczego?
-Szkodzisz naszym wewnętrznym interesom.
-Może ja nie potrafię tego zrobić, ale moja pani…
-Zakuć ją w kajdany i wydalić.
-Lepiej ja to zrobię. -Rzekł Astaroth.
Obie postacie zniknęły. Gospodarze oddalili się od Likame i jej
towarzysza, którzy patrzyli sobie w oczy i wypatrywali w nich miłość,
pragnienie i smutek. Rudowłosa objęła ramionami szyję smoka. Łzy
leciały jej po policzkach.
-Jeszcze nie odszedłem -rzekł z lekką urazą gad. -Prawdopodobnie
mogłabyś dostać się do Rosemary Uzdrowicielki, ale nie wiem, czy dam
radę dolecieć.
-Spróbujmy -poprosiła.
-I nie wiem, gdzie ona jest.
-Na Rajskiej Przełęczy. -Szepnął Astaroth, ponownie się zjawiwszy. Nim
zdążyła zareagować, znów go nie było.
-To niedaleko -wydusił z siebie Arch.
Wdrapała się na jego grzbiet i powoli zaczęli się wznosić.
Zaniepokoiła się jego powolnymi ruchami, ale smok wzniósł się w niebo
na tyle, że mógł polecieć, dokąd dusza zechce. Ruszył na zachód.
Obserwowała, jak zbliżają się do gór – wysokich i dostojnych, ze
śniegowymi płachtami na swych grzbietach. Choć widok był cudowny, to
nie odczuwała jakiejś potrzeby delektowania się nim. Ważniejsze było
to, że Rosemary Uzdrowicielka może jej pomóc. Kim ona jest?
W końcu zatrzymali się na przełęczy – ogromnym obniżeniu między dwiema
skałami, na którym znajdowały się drzewa, strumyk, oraz coś, co
wyglądało na skromną świątynię ze strażnikiem wyjętym z wojska
północnokoreańskiego.
Zmarszczyła brwi. Choć budynek wyglądał na kwadrat ze zdobieniami i
pochodniami, symbole wyrzeźbione na jego ścianach kojarzyły się tylko
z jednym: oddawaniem czci. Zeszła z Archa i ruszyła. Chciała przejść
obok wojskowego, ale ten ręką zagrodził jej przejście i rzekł:
-Data i godzina.
-Piętnastego lipca 1410 roku. -Podała mu pierwszą, jaka przyszła mu do głowy.
-Pytam poważnie. Uzdrowicielka Rosemary nie lubi, gdy jej się
przeszkadza bez powodów.
-Ja mam bardzo poważny powód i chcę, by się tym zajęła.
Strażnik westchnął tak, jakby dalsza jego reakcja miała mu zaważyć na
całym życiu i spytał:
-Jaka?
-Mam chorego smoka, a niejaka Karina twierdzi, że tylko Uzdrowicielka
Rosemary jest w stanie go uzdrowić.
-Zatem wejdź.
Poszła dalej. Weszła do wnętrza i zauważyła ściany, na których
wygragerowano ozdobne znaki. Przed nią znajdowała się czarna zasłona,
dzieląca budynek na dwie części.
-Witaj. -Usłyszała i zamarła. Poczuła na sobie zimny pot.
Kotara rozsunęła się. Przed Likame stała piękna kobieta w skromnej,
czarnej sukience do kolan. Likame zadrżała i powstrzymała się przed
natychmiastową ucieczką. Bo przecież Arch potrzebuje pomocy.
-Coś chciałaś? -Spytała delikatnie Uzdrowicielka Rosemary.
Rudowłosa przełknęła ślinę. Jak miała to powiedzieć?
-Chciałam, aby Uzdrowicielka Rosemary uzdrowiła mojego smoka.
-Dobrze trafiłaś. Jestem nią, ale ty… pracujesz dla Kosashiego, więc
będziesz musiała sobie zapracować na to. Co ty na to, żeby mi służyć?
-Uśmiechnęła się, a jej rozmówczyni zadrżała.
Jeśli się ugnę, myślała Likame, Arch przeżyje, ale ja…
-Na ile? -Zapytała drżącym głosem.
-Może na nieskończoność? Co o tym myślisz?
“Likame -usłyszała w głowie swego gada rudowłosa -pozwól mi odejść teraz”.
-Nie! -Krzyknęła ze łzami w oczach. Miała to powiedzieć w myślach, ale… ale…
-Uznam to za odpowiedź. -Rzekła Nyssa.
Rudowłosa w milczeniu patrzyła, jak jej towarzyszka odchodzi powolnymi
krokami za zasłonę. Jakby chciała, by zmieniła zdanie. Jakby można
było coś jeszcze naprawić. Czuła gorycz i sól łez w ustach. Czy zabiła
właśnie swego smoka?

Odwróciła się twarzą do wyjścia. Nogi jakby miała z cementu. Postawiła
krok, jeden, drugi… Wolno szła. Przeszła obok żołnierza i podeszła
do Archa. Czarnego smoka z niebieskim znakiem bardzo przypominającym
Linuxa. Stała naprzeciw istoty, która postanowiła jej służyć. Patrzyła
na czarne łuski lśniące w słońcu i na te czarne oczy, tak głębokie, że
aż granatowe. I była w nich miłość. Była w nich miłość… Wybuchnęła
płaczem.
-Nie płacz. -Poprosił.
-Moja wina. -Szepnęła i pogłaskała go po pysku.
-Nie. Nie byłbym w stanie patrzeć na twoje cierpienia.
-A…
-Może już czas, bym odszedł. Kocham cię i dlatego chciałbym tobie
podarować sny. Widzieć przyszłość lub teraźniejszość, zależnie od
potrzeb. Haczyk tkwi w tym, że nauka kontroli zajmie ci długo. Żegnaj!
Nie zdążyła odpowiedzieć, a on rozbłysł. Oślepiło ją światło, coś ją
pogłaskało i straciła przytomność.

Astaroth w garniturze pojawił się we wnętrzu siedziby Uzdrowicielki
Rosemary. Zapukał w ścianę. Zasłony rozchyliły się i demony
uśmiechnęły się.
-Z jakiej okazji zawdzięczam twoją wizytę? -Zapytała.
-Mam twoją asystentkę, niejaką Karinę. Zechcesz może jej pomóc?
-A coś dostanę w zamian?
-Tylko informuję cię, że możesz ją uratować. Nie żądam współpracy.
-A zatem, sprawa zakończona.
Zaczęła odchodzić za kotarę. Kiedy znalazła się za zasłonami, Astaroth
wyszedł ze świątyni. Nie czuł rozczarowania – spodziewał się takiego
obrotu spraw, bowiem Karina nic, czego by nie wiedział, nie
powiedziała. Minął żołnierza i zaczął podchodzić do leżącej kobiety o
rudych włosach. Stanął nad nią i zauważył, że jest przytomna,
wpatrzyła się w niebo. Spojrzał w górę i zobaczył błękit, nieskalany
białymi kłębami. Nie odzywali się, nikt z nich nie miał pojęcia, ile
czasu upływa. Ocknął się pierwszy demon i wypowiedział słowa:
-Śliczne, moja pani, ale może już wystarczy?
-On tam kiedyś latał. -Odpowiedziała, wskazując palcem w górę. Miała
łzy w oczach.
Kucnął i wziął ją w swoje ramiona. Przylgnęła do jego ciepłego ciała.
Miękkiego, pięknego.
-Teraz to udajesz kochanka -powiedziała z wyrzutem.
-Udaję? -Zdziwił się.
-Chciałam wstać i iść przed siebie, ale pomyślałam, że poczekam na
noc, kiedy się zjawisz. Zostawiłeś mnie, draniu.
-Niestety, mam inne sprawy na głowie. -Wziął ją na ręce i podniósł
się. Trzymał ją tak, jakby chciała mu uciec.
-Jak mamy być razem, jak ty naszego związku nie traktujesz poważnie.
Pocałował ją w usta.
-Prosiłem cię tylko o noce. -Rzekł i ruszył przed siebie. Rozumiał, że
rudowłosa ma kiepski nastrój i wypada go okiełznać. I zapewne była
głodna.
-I zaprosiłeś na posiłek w Paryżu. Czego ty ode mnie właściwie chcesz?
-Problem polega na tym, że podobasz mi się…
-Problem?!
-Demony raczej nie mogą się zakochiwać, bo jak to zrobią, to staną się aniołami.
Roześmiała się.
-Jesteś mi winien seks -powiedziała, gdy uspokoiła się. Zaburczało jej
w brzuchu.
-Jadłaś coś?
-Trawę, bo porzuciłeś mnie na pastwę losu.
-To może, nim zjawimy się w Astiamplurmrze, pójdziemy na posiłek w Paryżu…
-Seksiu -mruknęła jak kotka i przytuliła się do niego. -Seksiu.
-No dobrze, już dobrze.
I zniknęli. Pojawili się w pokoju o oliwkowych ścianach i meblach z
drewna padoukowego. Położył ją na łóżku z biało-zieloną pościelą i
zapytał:
-Na co masz ochotę?
-A gdzie jesteśmy?
-W motelu francuskim jakimś. Pokój czeka do odbioru na południe,
dlatego go wziąłem.
-Miło tu. -Zmarszczyła brwi. -Dlaczego on nie żyje?
Dostała pocałunek w czoło. Na stole pojawiły się dwa talerze z mięsem
w sosie oraz butelka wina i dwa kieliszki.
-Co to jest? -Zapytała, szukając widelca, ale nigdzie go nie widziała.
-Ryba żabnica w winie czerwonym. Masz -podał jej sztuciec i rozpoczęli
smakowanie dania.
-Pyszne!
Na chwilę zapomniała o problemach. Zanurzyła się w smaku miękkiego
rybiego mięsa z dodatkiem bekonu i wina. Była głodna, nie jadła chyba
z półtorej dnia porządnego posiłku… półtorej dnia… Mogła przecież
służyć u Nyssy, to nie przeszkodziłoby w jej zabiciu, ale nie zdążyła
zaprotestować tej sytuacji. Ciekawe, czy gdyby Rosemary miała go
uzdrowić, on by do tego dopuścił. Obawiała się, że nie, bo smoki to
dość uparte i egoistyczne stworzenia, a jego słowa “nie mógłbym
patrzeć na twoje cierpienia” mówiły wszystko. Żałowała, że nie
spędziła z nim więcej czasu.
Zamiast jeść rozmyślała, siedząc z połową posiłku na talerzu. Kiedyś
myślała, że zadawanie pytania “dlaczego” to marnowanie czasu. Może i
tak było, ale ta strata ją bolała. Poczuła delikatny pocałunek na
policzku. Spojrzała na swego partnera i zaczęła kończyć żabnicę.
-Chciałabym w to uwierzyć -szepnęła między kęsami. -Ale jakoś nie mogę.
-To dlatego, że masz go w sobie cały czas, jest z tobą. -Pogłaskał ją
pazurkami po ramieniu. Odłożyła widelec na puste naczynie.
-Gdyby chociaż była ze mną Agafe…
Przytulił ją do siebie.
-Ja jestem, kochanie. -Powiedział. I włożył dłoń pod jej sukienkę.
Delikatnie masował udo.
Nie odpowiedziała.
-Myślisz, że Taju dobrze ją traktuje? -Zapytała, czując, jak ręka
bruneta przesuwa się w stronę krocza.
-To zależy, co masz na myśli. Generalnie nie zabije jej, bo Kosashi
zabronił. -Zmarszczył brwi. -To skomplikowane.
-Wydajesz się czegoś nie rozumieć.
-Wydaje mi się, że logika demonów jest pokręcona.
-A ty nie jesteś demonem? -Włożył dłoń pod majtki. Zaczął głaskać
intymne miejsce, a ona poczuła falę gorąca.
-Jestem, z nich wszystkich najlepiej rozumiem aspekty miłości, ale
zaczynam się bać, że bliżej mi do anioła, niż demona.
-Czemu? -Szepnęła mu do ucha, rozluźniając się. On tak delikatnie
masował jej skórę. Powoli wchodził głębiej.
-Bo mi się podobasz.
Pocałował ją w usta. Jęknęła, gdy znalazł łechtaczkę.
-Ty coś wiesz. -Rzekła.
-Nie będę cię martwił w trakcie seksu.
Położyła się na plecach. Powoli ściągał jej majtki. Przestał, gdy
znalazły się one na kolanach.
-Co wiesz? -Zapytała wówczas. Astaroth rozpinał rozporek.
-Że Karina znajduje się w moich rękach i mogę z nią robić, co zechcę.
Zaczynała go lekko irytować. Czuł, że towarzyszka nie przestanie
zadawać pytań, dopóki nie pozna na nie odpowiedzi. Zerwał firankę.
-Chcę wiedzieć, co się dzieje z Agafe. -Powiedziała smutno.
Rozdzielił szmatę na trzy części i nim Likame zdążyła coś powiedzieć,
jedną z nich zawiązał na jej ustach. Nie bała się – odczuwała
zaciekawienie. Pozwoliła, by z przodu związał jej nadgarstki. Ustami
dotknął jej prawego policzka. Polizał szyję. Rozchylił jej nogi i
zawiązał ostatnią część firany na kostkach. Czuła podniecenie. Zerwał
górę jej sukienki i zaczął okrążać palcem stożek na sutku. Pocałował
między piersiami i zjeżdżał na dół, liżąc ją po brzuchu. Doszedł do
pępka, uśmiechnął się i pogłaskał jej włosy. Miała szybki oddech.
Pomasował kostki. Pocałował oba kolana i lizał prawe, zjeżdżając ku
górze. Pogłaskał jej łono. Jęknęłaby, gdyby mogła, ale miała zawiązane
usta, więc spięła się na chwilę, gdy dotknął łechtaczki. Delikatnie
włożył do ust wargi sromowe. Nagle przestał. Wstał i poszedł do
łazienki. Trochę go nie było, więc zaczęła się obawiać, że zostawi ją
w tej pozycji. A była taka podniecona… Znów zjawił się jej partner,
w dłoni miał małą miseczkę. Chciała spytać, co to, ale nie mogła.
Postawił wynalazek na podłodze, pocałował ją w pierś, a następnie
zaczął nieśpiesznie rozlewać zawartość z miski: wodą zmoczył szyję,
piersi, brzuch, pępek i krocze swej pani. Rzucił niedbale miskę na bok
i usłyszeli stłuczenie, prawdopodobnie lustra.
-Jesteś moja -szepnął do ucha. Włożył dłoń do jej krocza i zaczął go
pieścić. Całował sutek. Chciała, żeby w końcu w nią wszedł, ale on
tego nie robił. Pocałował pępek, pogłaskał penisa i włożył go do
pochwy.
Wlał w nią endorfiny, otworzyły się wrota raju, poczuła, jak ciało się
spina, zadowolenie, całkowite odprężenie. Wyjął. Była taka…
odstresowana. Zapiął rozporek i położył się obok niej.
-Dawniej -odezwał się -zostawiłbym tak kobietę na pastwę losu. Ale
ty… -Zdjął z jej ust firankę. -Nie wiem, czemu, ale masz czar.
-Pocałował ją w usta. -Z Agafe będziesz mogła się spotkać za parę dni,
pani niecierpliwa.
-To moja przyjaciółka. -Powiedziała. -Chciałabym już teraz.
-W takiej formie? -Pogłaskał jej policzek i zaczął rozwiązywać dłonie.
-Rzecz w tym, że Taju wymaga od wszystkich innych, niż Kosashi,
umówienia wizyty. Staramy się to respektować, bo nie jest jej łatwo.
-A mnie jest? -W głosie tkwił żal. -Zabiłam Archa…
-Nie zabiłaś -twardo odpowiedział. Ściągnął z jej kostek sznurek. -Tak
po prostu musiało być i koniec, kropka. Nie ma czym się przejmować.
-Ale ja za nim tęsknię.
-Ludzie. -Jęknął. -Sęk w tym, że piekło to jedyne miejsce, którego nie
tknie Nyssa. Powinnaś to już wiedzieć, moja pani. Taju to względnie
bezpieczne miejsce dla kogoś, kto mógłby przebywać w niebie.
-Nieba nie ma…
Przytulił się do niej i stwierdził:
-Smoki nie mają nieba. Jedna część trafia do właściciela, a druga do
władczyni smoków.
-Chcesz mnie pocieszyć czy mówisz prawdę?
-I jedno, i drugie. Weź się w garść. Kosashi broni się przed Nyssą, a
jak dopadnie, to lada dzień na Nudnym Świecie i Kramie może zacząć się
piekło. Skupia się najpierw na jednym, potem na drugim…
-Co ona kombinuje?
-To samo, co my. Dlatego powinniśmy wymyślić coś, co by przyśpieszyło
nasze starania się o armie, bo szukanie sprzymierzeńców dość wolno
idzie.
-Czyli, jeśli bym ją chciała zabić…
-To albo armiami, albo za pomocą władczyni smoków, która nie umie
czarować, ale może to robić. -Powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
Ta sytuacja wcale mu się nie podobała, ale jego demoniczna natura
objawiała się czasem i w ten sposób.
-Po co mamy się ograniczać do jednego świata?
-Nie wiem, bezpieczniej może?
-Pieprzenie. Poza tym jesteśmy w Paryżu, tak? Niedaleko powinna być
siedziba Dragon Arch, przejdźmy się tam, bo dawno nie byłam w firmie.
-Ale nie skończyliśmy sprawy Thiampcośtam. -Astaroth wstał.
-A ja wiem, o co chodzi z tą zarazą? Na czym miałabym opierać swoje
badania? Oni już tam wiedzą, że przyjaźni jesteśmy, to może nie
wystarczy, ale w takim tempie, to my z Nyssą będziemy walczyć z tysiąc
lat.
-Niedobrze. -Mruknął, spojrzawszy na pokój, który wyglądał, jakby był
po przejściu huraganu: na podłodze rozrzucone kawałki firan, rozbita
miseczka oraz lustro, a pościel, na której leżała Likame była mokra.
Podał jej niebieską sukienkę w czarne kropki wielkości dłoni, na
których były niebieskie róże.
-Ładna! -Wstała i zdjęła resztki starego odzienia, rzucając je gdzie
popadnie. Włożyła nowe odzienie i chciała spojrzeć do lustra, ale go
nie było. -I by się przydały buty…
Na podłodze pojawiły się czarne botki. Śliczne, widać było, że
najwyższej jakości. Zdjęła stare, również rzuciła niedbale i założyła
nową zdobycz.
-Idealne!
Podskoczyła z radości.
-Ciekawe, czy klienci tego motelu będą zadowoleni z warunków. Gotowa?
-Ja jestem. -Powiedziała i przytuliła się do niego.
Podeszli do drzwi, otworzyli, wyszli, zamknęli, przeszli przez hol
wystrojony drewnianymi figurkami zwierząt i wyszli na paryską ulicę.
-Fakty Astiamplucośtam -zaczął demon -są takie: dwa lata temu przybyli
ludzie z osady, która była zarażona czymś. Dopiero w ostatnich dniach
zaraza znów się uaktywniła.
-Albo to natura, albo coś innego. U nas też czasem jakieś dziwne
epidemie normalnych chorób wybuchają.
Szli przed siebie. Prowadziła Likame, kierując się na ulicę La
Defense, gdzie mieściło się sporo wieżowców i prężnie rozwijał się
biznes.
-Ale w Kramie nie ma czegoś takiego, jak przypadkowe oddziaływanie sił
natury. Mogę się założyć, że albo jest coś, co tę chorobę wywołuje i
ona nic wspólnego z grypą nie ma, aalbo…
Przystanęła.
-Dlaczego ja mam się tym przejmować? -Zapytała. -Mój smok zginął przez
to dziadostwo, ale skoro nie potrafię tego rozwiązać, to nie będę
marnować moich szarych komórek na to. Poza tym, myślę, że Archa też
niewiele obchodzi reszta.
Ruszyli.
-Nie chciałby, żebyś się poddała. -Nie odpowiedział. -Skoro
poświęciłaś jego życie, to weź chociaż spróbuj rozwiązać zagadkę,
jesteś geniuszem.
-Nie jestem Poirotem.
-Kim?
-Nieważne. -Smutno jej się zrobiło. Zapewne z łatwością mogłaby sobie
poradzić z tą zagadką, ale… Miała przeczucie, że to coś prostego, a
zginąć od czegoś, co jest łatwe do wykrycia… Ale Arch. Starała się
uspokoić, bo czuła, jak zbiera jej się na płacz. Ile razy można? Zaraz
po przebudzeniu wylała całe morze tychże.
-Przepraszam -powiedziała żałośnie. -Boję się.
-Ty myśl, a ja wykonam resztę. -Pocałował ją w usta.
W końcu znaleźli się na La Defense.

Budynek Dragon Arch na paryskiej La Defense to szklany wieżowiec,
stylizowany na szklankę. Likame i Astaroth weszli do wnętrza z
pomarańczowymi meblami. Widzieli biurka, przy których pracownicy
tworzyli się w pocie czoła, jeden nawet przysnął. Rudowłosa chciała
zareagować, ale podeszła do niej wysoka kobieta o czarnych włosach,
ubrana w zieloną sukienkę i takiego koloru szpilki.
-Bonjour! -Powiedziała nieznajoma, po czym wypowiedziała parę zdań w
swoim ojczystym języku. Likame wyglądała na nieco zdezorientowaną, bo
nie rozumiała francuskiego. Uspokój się, zganiła siebie, gdy
uświadomiła sobie, że chce wybuchnąć na Francuzkę.
-Ona mówi, że się cieszy, iż może spotkać się z panią prezes i pyta
się, co można zrobić dla pani. -Szepnął do ucha swej pani demon.
-Powiedz jej, że chcę się widzieć z tutejszym szefem.
Powtórzył prośbę, a następnie przetłumaczył odpowiedź:
-Szef jest w 405. To piąte piętro.
-Idziemy.
Para ruszyła prosto do windy, zostawiając pracownicę bez pożegnania.
-Nie jesteś zbyt spokojna -zauważył Astaroth, kiedy znaleźli się w niej.
Pokręciła głową. Wciąż miała przed oczami śmierć swojego smoka i to ją
denerwowało. Nie mogła się pozbyć z głowy widoku czarnej sierści z
niebieskim znakiem. Jak gdyby coś chciał jej powiedzieć z zaświatów
albo miała po prostu wyrzuty sumienia. Była zła na siebie i próbowała
w tej chwili doprowadzić swoje zachowanie do poziomu “bez emocji”, ale
trudno było to zrobić.
W końcu wyszli z windy i ruszyli na lewo. Gabinet 405… Nie była tu
od chwili, kiedy skończyła zakładać francuskie przedstawicielstwo
Dragon Arch, kiedy to było… Wtedy to były spokojne czasy. Zbliżyli
się do padoukowych drzwi. Nie zapukała, tylko od razu je otworzyła.
-Ja bym to zrobił lepiej -szepnął jej do ucha demon, gdy zobaczyli
finał miłości dwóch ludzi na biurku: on na niej, ona pod nim i właśnie
dochodzili.
Tym razem Likame nie wytrzymała i krzyknęła:
-JESTEŚCIE ZWOLNIENI!
-Francuzi raczej poza francuskim nie znają języków -szepnął jej do ucha.
-Diabli ich wzięli. To polska firma i komputerowa, to powinni
przynajmniej zadbać o angielski.
Astaroth powiedział po francusku:
-Państwo zostajecie zwolnieni w trybie natychmiastowym.
“Państwo” zdążyło już ubrać swoje standardowe odzienie. Mężczyzna zapytał:
-Why?
-Oficjalny powód dostaniecie państwo na wymówieniu. A teraz jazda.
-Rzekła właścicielka Dragon Arch po angielsku.
Kiedy drzwi się zamknęły, Likame ciężko westchnęła i podeszła do biurka.
-W razie czego, mogę służyć za tłumacza. -Powiedział demon.
-Nie wiem… Powiedziałeś, że coś lub ktoś może powodować chorobę.
Jeśli coś, to trzeba może zacząć od sprawdzenia rośliny, która rosła
na tym smoczym pastwisku. Próbka byłaby nam potrzebna. Ja załatwię
badania laboratoryjne.
Przed nimi zjawiły się gargulce. Zaskrzeczały.
-Przynieście parę egzemplarzy rośliny z pastwiska smoczego w
Astiampcośtam. -Rozkazał.
Stwory zniknęły, a on podszedł do swej wybranki i przytulił ją.
-O czym myślisz? -Szepnął do ucha.
-O tym, co muszę tu załatwić. Księgową potrzebuję wezwać i kogoś od
planów rozwoju firmy. I pewnie jeszcze parę osób.
-W czym problem?
-Ci cholerni Francuzi mogą nie znać dobrze angielskiego, żeby
zrozumieć, co do nich mówię…
Astaroth wziął słuchawkę telefonu.
-Podaj numery, to ci ludzi załatwię i będę tłumaczem. No, głowa do góry.
Pierwsze spotkanie odbyła z księgowym – jak się okazało, Polakiem,
który wyemigrował. Francuskie przedstawicielstwo Dragon Arch dość
dobrze się rozwijało, miało znaczne zyski. Na kolejnym spotkaniu miała
do czynienia z Francuzem, który nie znał angielskiego, ale za to w
swoim języku był mistrzem. Odpowiadał za plany inwestycyjne firmy. Jak
się okazało, są dwa projekty, jeden nawet taki, by opracować wojskowe
aplikacje pod Linux’a dla francuskiej armii.
Przed trzecim spotkaniem Astaroth przyniósł kolejną specjalność kuchni
francuskiej, placek lotareński z boczkiem. Posiłek bardzo smakował
rudowłosej. A potem miała spotkania z czterema ludźmi od pomniejszych
spraw w firmie; czas na kolację w postaci gęsiny w tłuszczu. I nim się
zorientowała, siedząc przy kolejnych sprawach Dragon Arch, słońce
zaszło, minęła dwudziesta, dwudziesta pierwsza i nastąpiła dziesiąta.
Uznała, że na dziś praca skończona. Wzięła słuchawkę, wystukała numer
i usłyszała “abonament niedostępny”.
Skamieniała. Jak mogła zapomnieć? Przecież nie dodzwoni się do Agafe,
bo ta siedzi u Taju. Nie dodzwoni się, nie porozmawia, nie zobaczy
Archa…
Chciało jej się płakać. Miała jedną, jedyną przyjaciółkę na świecie i
w tej chwili ona dla niej nie istniała. Była jednak zbyt zmęczona na
wylewanie łez. Poczuła na swoich ramionach dłonie z pazurkami.
-Moja pani jest smutna -powiedział demon.
-Jak mam nie być smutna, jak nie mogę się zobaczyć z Agafe?
-Dobra wiadomość jest taka, że Taju zgodziła się na jutrzejsze
południe. -Pogłaskał ukochaną po policzku.

Długie włosy demona powiewały na wietrze. Ubrany w szarą bluzę i
takiego koloru dżinsy, stał nad brzegiem Warty i przyglądał się, jak
woda płynie w jakimś bliżej mu nieznanym kierunku. Nad jego głową
rozpościerała się ciemna szata niebios, na której ani gwiazd, ani
księżyca nie było widać przez kłęby chmur.
-I jak się czujesz? -Spytał George, siadając na trawie przy Kosashim.
-Myślisz, że ona mnie nienawidzi?
-Po dzisiejszym na pewno cię nie kocha.
Demon się skrzywił.
-Powinienem ją zabić. -Rzekł. -Powinienem.
-Na co więc czekasz?
-Nyssa wyczuje ten gwałtowny ruch. Nie wiem, jak mógłbym ją zmusić do miłości.
Anioł prychnął. Wiedział, że ostatnie zdanie dotyczyło Agafe, ale
wyobrażenie kochającej Kosashiego Nyssy nasunęło mu się mimowolnie.
-I z czego się śmiejesz, ośle? A powiedz, bo tak w sumie zwątpiłem.
Czemu my się trzymamy razem?
-Dlatego, że jak cię dopadnie, to po świecie. W zasadzie… Świat się
boi Nyssy. A po tym, co zrobiła z niebem… -Urwał. -Nie wiem.
Przyzwyczaiłem się.
-Myślisz, że ostatni raz patrzymy na taki widok?
-A co, obleciały cię czarne myśli?
-Tylko tak się zastanawiam, czy Władczyni Smoków naprawdę nie umie
magii. Mi się to w głowie nie mieści.
-Czego byś chciał od zwykłej studentki pedagogiki? Szczególnie, jeśli
sam nie raczyłeś jej jakoś pomóc.
-A było to potrzebne? Lidia…
-Przecież wiesz, że oni nie wychodzą w piekle, na ziemi i ponoć w
niebie. To jak ty to sobie wyobrażasz?
-To po co jej właściwie te duchy?
-Bo się uparłeś, że to ona jest władczynią smoków, a nie Likame. Czemu
geniusz nie miałby się maskować w taki sposób?
-Byłem wśród bogów, George, potrafię wyczuć ich energię. Może… Może
trzeba poczekać.
-Długo jeszcze?
-Nie wiem. Innego pomysłu nie mam. A tym bardziej… Czemu ona mnie nie kocha?
-Boś palant. -Demon spojrzał groźnie na swego towarzysza. -Masz okazję
zmienić coś w jej życiu i robisz to tylko wtedy, kiedy ma być ono
gorsze. Jak jest się zakochanym, to się nie patrzy na jakieś Nyssy czy
inne duperele, tylko się poświęca.
-Na tym polega miłość?
-Nie, tym się ją okazuje.
-Nie umiem.
-Wyjaśniałem ci to z milion razy. Sam to powinieneś wiedzieć lepiej,
skoro byłeś przy tej, no…
-Sam nie pamiętam jej imienia. Ale ona jest już przeszłością…
-Westchnął ciężko. -Co powinienem?
-Obawiam się, że już nic nie naprawi twych grzechów. Pozostaje ci,
jeśli się dostaniesz w łapy Nyssy, szantaż. Życie za życie.
-Czyli skurwysyństwo.
-Jak nic innego nie potrafisz…
-Dobra, George, znudziła mi się ta Warta…
-Chodź nad Wrocław, tam jest więcej rzecznych widoczków. A noc długa…
Uśmiechnęli się.

* * *

Laboratorium miało przeprowadzić badania w ciągu czterech dni i
zapodać wyniki w ciągu następnych pięciu. Było to najszybsze możliwe
tempo dla tego typu badań, leżących w gestii ludzkiej.
Rudowłosa ziewnęła. Siedziała przy biurku w gabinecie 405 we Francji i
właśnie wspominała poranny seks. Nikt nie mógł równać się Astarothowi.
Powoli też czuła, jak jej ciało i serce wyczekują spotkania z
przyjaciółką. To już w południe! Do dwunastej miała nadzieję wyrobić
się z podstawowymi zadaniami. Była sama; jej partner gdzieś wyszedł,
na spacer ponoć.
Myślała. Jeśli w Kramie organizowała armię z takim mozołem i z takimi
metodami, to na Nudnym Świecie takie działanie nie mogło się powieść.
Z tej prostej przyczyny, że tutejsi władcy to zapatrzeni w sobie
idioci, patrzący tylko na kasę. Może, gdyby czytała więcej książek,
miałaby w głowie jakieś pomysły. Coś jej świtało, ale nie chciało
wyjść. Jakaś okładka, jakaś książka. I słowa Agafe, że powieść była
świetna, na końcu się popłakała, bo te biedne stworki… Znała
zakończenie historii, bo przyjaciółka opowiadała, a robiła to tylko
dlatego, gdyż zapewne Likame nie będzie miała czasu na taką lekturę.
“Spytam na Sieci”, stwierdziła rudowłosa. Wykonawszy to, wstała.
Rozprostowała nogi. Przyjemnie jej się zrobiło, wzięła jakieś
ciasteczko z biurka, które pozostało z wczorajszej nocy. Francja,
Paryż, a ona siedzi w tym zamknięciu, jakby była w Gorzowie.
Westchnęła. Spojrzała na monitor. Odpowiedź, ku jej zdumieniu,
pojawiła się dość szybko. Tytuł: Gra Endera. Rzecz była o pewnym
chłopaku, który brał w szkoleniu…
W szkoleniu…
Uśmiechnęła się. Miała plan i kapitał. Teraz czekało ją powolne
gromadzenie informacji na potrzebne jej tematy. Przydaliby się do tego
ludzie. Gdzie jej ukochany? Ja chcę do Agafe, pomyślała. Jakoś
oczekiwanie w niej narastało.
Przed dwunastą demon, ubrany w garnitur, wszedł do jej gabinetu i
uśmiechnął się.
-Jesteś -rzuciła jakby z wyrzutem. -Co tak długo?
-Zbierałem informacje, kochanie. A ty co?
-Jestem w trakcie zakładania Phobosa, ale pojęcia nie mam, gdzie
najlepiej to zrobić. Z ekonomicznego punktu widzenia…
-Chwila, co za Phobos?
-Firma, przez którą będą odbywały się szkolenia i zdobędziemy dzięki
temu armię. Przyznaję się, skopiowałam trochę pomysł z pewnej książki.
-Ale przerobiłaś go.
-A co, kosmici nas atakują?
Roześmiał się.
-Kochanie, czas już na twoją przyjaciółkę.

* * *

Przyjaciółka siedziała na podłodze i opierała się o zimną ścianę.
Patrzyła na łóżko, gdzie zakrwawiona pościel leżała w nieładzie. A
miało być lepiej. Pozwoliliby jej w końcu umrzeć, to czułaby się
szczęśliwa. Zamknęła oczy. Działy się rzeczy, które ją dotykały, a nie
wiedziała, dlaczego. Bo Kosashi miał taką zachciankę? Co to ma być za
wyjaśnienie? Kiedy będzie już po wszystkim to wróci na studia, już
będzie grzeczna, już nie będzie tak…
Nie miała sił na myślenie. Ale w tej kanciapie tylko to mogła robić.
Chodzenie bolało.
Przed nią zjawiły się dwie postacie. Rudowłosa i jakiś mężczyzna, nie
była pewna, czy go kojarzyła. A jest to istotne?
-Hej. -Rzekła Likame. W jej oczach radość powoli znikała, widząc
apatyczny stan Agafe. Co jej zrobili? Podeszła do przyjaciółki i
przytuliła ją. Dłonie właścicielki Dragon Arch wyczuły na skórze
towarzyszki ranki, jakby od cięć. Usłyszała szloch i zaczęła głaskać
włosy przyjaciółki. Coś złego zaszło, a ona nie miała pojęcia, co;
bała się pytać, bo może Agafe jeszcze bardziej się rozhisteryzuje.
Miała nadzieję na inne spotkanie, takie, w którym obie cieszyłyby się
wszystkim, włącznie z otoczeniem.
Władczyni Smoków uspokoiła się i spojrzała w oczy przyjaciółki. Zapytała:
-Stało się coś?
Rudowłosa ścisnęła partnerkę jeszcze bardziej, po czym odpowiedziała cicho:
-Zabiłam Archa.
-Nie.
-Nyssa postawiła takie warunki, że ja… -Urwała. -Mogę o coś spytać?
-Tak.
-Dużo masz tych ranek?
Agafe jakby się skuliła.
-Całe ciało od tyłu… -Wydusiła.
-Uleczę cię, chcesz?
Delikatne dłonie Likame nie tylko przynosiły ulgę zranionemu ciału
Władczyni Smoków – zrobiły także masaż. Gdy rudowłosa przeszła do
kolan, więźniarka wyznała:
-Pocałowałam go.
-Kogo?
-Kosashiego. On… on mi to kazał.
Rudowłosa utuliła przyjaciółkę i wróciła do pracy. Powiedziała:
-Musisz go nienawidzić.
-Ja… On… Ona… -Drżała. -Przepraszam.
Właścicielka Dragon Arch skończyła uzdrawianie i usiadła obok towarzyszki.
-Ja mu chyba kości poprzetrącam, jak go ujrzę. -Rzekła.
-Jeśli dasz radę…
-Ech, niech mi ktoś powie, dlaczego taki kretyn jest tolerowany.
Milczały. Może było parę słów do powiedzenia, lecz zbyt bolesnych.
Wystarczyła im cisza, w czasie której mogły się sobą delektować.Gdy
zaburczało w brzuchu Agafe, ta smutno się uśmiechnęła. Bo cóż innego
można było zrobić?
Pojawił się Astaroth i powiedział:
-Już czas.
Ciężko było im się rozdzielić. Ostatni dotyk, ostatnie spojrzenie,
ostatnie słowa. I nie ma…

* * *

Na stole w 405 leżały dwa francuskie rogale. Likame uderzała palcami o
blat tegoż. Wyglądała na zamyśloną, wpatrywała się w coś, co miała
przed sobą – teoretycznie okno z widokiem na Paryż, z wielką sylwetką
wieży Eiffle.
-O czym myślisz? -Zapytał Astaroth, otaczając ją swym ramieniem.
-O Agafe. Kiedy znów ją spotkam?
-Za tydzień, o tej samej porze.
-A Kosashi?
-Nie wiem, ukrywa się. Czuje zbliżającą się Nyssę…
-Nie mogę się doczekać. Może by tak..
-Nie zdradzaj go!
-Astaroth, co cię to obchodzi? Czemu on musi być pępkiem świata, bo
co? Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak on krzywdzi Agafe? Moją
przyjaciółkę! I śmie jej wmawiać, że ją kocha! Że niby świat go
potrzebuje? A po cholerę, jak on szlaja się nie wiadomo gdzie? Weź mi
to wytłumacz.
-Ma w sobie jakiś element boskich mocy, może nie być łatwym
przeciwnikiem dla Nyssy.
-Argument z dupy.
-Nie przekonam cię chyba.
-O nie, spróbuj, kochany. Jeśli mam tolerować takiego palanta u swego
boku, to muszę wiedzieć.
-Oddalając się od niej, oddala zagrożenie dla świata. To on jest jej
głównym celem.
-A władczyni smoków to niby nie ma silniejszej mocy od Nyssy?
-Ma, ale…
-Więc czemu jej nie pomoże, nie nauczy czarów, nie wiem, na Marsie,
gdziekolwiek, nie wystawi do walki?
-Bo nie może.
-Bo nie może czy nie umie, a może nie chce? Jest między tym jakaś różnica.
-Nyssa z łatwością odnalazłaby miejsce treningu, takie moce nie są
ukrywalne. A jakby ją dopadła, to by zdarła z niej wszelką godność.
-A teraz co się z nią niby dzieje?! Myślisz, że jak tortury są po
stronie dobrego, to nie są to już tortury?! Nic nie usprawiedliwia
takiego gnojenia!
-Istnieje małe prawdopodobieństwo…
-Gówno mnie obchodzi prawdopodobieństwo, zwłaszcza małe. Co jest
pewnego? Że ona go złapie? Bo niby czemu przed nią ucieka?
Demon potarł czoło. Likame stawiała dobre pytania, trudne. On sam nie
do końca zdawał sobie sprawę, dlaczego tak wszystkim zależy na życiu
Kosashiego, który istotnie, nie zachowuje się, jakby miłował
przyjaciółkę rudowłosej.
-Na początku -zaczął znów Astaroth -to on ustalił plany, wraz ze
smokami, jak uratować Kram przed nadciągającą katastrofą. To tworzy
szacunek wobec niego…
-Sam nie wiesz, dlaczego go chronisz.
-No nie wiem! Zdradziłbym, ale on by mnie zabił. To demon. Jeśli w
taki sposób potrafi zachować się wobec ukochanej, to jak się zachowa
wobec zdrajców?
-Wierzysz, że on ją kocha?
-Demony przemocą to okazują często. Nie nauczono ich tego, co mnie.
-Przetrącę mu kark, jak go spotkam.
-I ja mam ci na to pozwolić?
-Tak, bo on nie jest pępkiem świata, a ty nie znalazłeś powodu, dla
którego mógłby nim być.
Załamał ręce. Tak jego kochana maskowała rozpacz. Pocałował ją w policzek.
-Gdybyś ją tu zabrał…
-Zdradziłbym.
-Łatwo ci patrzyć na cierpienia innych, co?
-Też. Ale zdrada równa się śmierci.
-Co chcesz mi powiedzieć?
-Nic.
-Ależ, mów. Związek polega na szczerości. -Pocałowała go w usta.
-Demony i anioły mają własną wolę, ale muszą wykonywać wolę swych
panów. Panem jest ten, komu złoży się przysięgę wierności i można tego
dokonać raz na całe życie lub więcej, jeśli pan umrze. Ja ją złożyłem,
zgadnij komu.
Zaklęła.
-A jeśli wykonam choć najmniejszy ruch oporu, wedle przysięgi, zginę,
mogąc nawet nie dokonać pełnej zdrady. Wystarczy chcica, wystarczy
jeden ruch. Tak, jak na gobanie, jeden kamień może zdecydować o
wszystkim.
-Dlaczego mu ją złożyłeś?
-Większość składała. To było wtedy, gdy pokonał Nyssę.
-Ech, możesz chociaż wezwać swego pana?
-A przetrącisz mu kark?
-Jak będzie grzeczny, może nie.
-Zatem go wezwę. Masz ochotę na seks?
–Jutro rano.

* * *

Jasny błękit nieba przesuwał się nad nimi bezszelestnie. Stali na
dachu wieżowca, budynku przypominającego szklankę. Likame nie
przepadała za nim – czuła się, jakby kto ją uwięził właśnie w takiej
szklance. Teraz, ostatni już raz, spoglądała na panoramę Paryża. Nad
ranem nie była ona tak zniewalająca, jak w nocy, ale ciągle robiła
wrażenie. Ogromna aglomeracja, ludzie jak mrówki i delikatny kształt
nad tym wszystkim, Eiffle. Rudowłosa miała na sobie czarną sukienkę z
niebieskimi, zwisającymi od dekoltu, pasmami tkaniny. Wiatr
rozdmuchiwał jej włosy na wszystkie strony świata. A ona miała za sobą
dwa demony i nie zwracała na nie uwagi.
-Likame – zaczął Kosashi -podobno masz do mnie sprawę?
-Dlaczego ją krzywdzisz? -Zapytała.
-Nie wiem. Nie potrafię inaczej.
-Jesteś gorszy od Nyssy, skoro ona umie.
-Ona nie jest demonem.
-A więc bóg nie może być zły? Bo ty się tak zachowujesz. Pępek świata.
-Powiedz mi, jak ją zmusić do miłości.
-Aaa, zmusić. Nie zmusisz. Możesz jej kazać się z tobą kochać, możesz
jej kazać robić wszystko, ale ona zrobi to, bo się boi. Zmusisz ją.
Nie chcesz mieć miłości, chcesz mieć rzecz.
-Ja ją kocham.
-Nie. -Powiedziała twardo Likame. -Ty siebie kochasz i nikogo innego.
Czemu jesteś pępkiem świata?
-Ja uciekam, bo się boję Nyssy. Co zrobią inni wobec mnie, to już ich sprawa.
-Powiem ci, co może sprawić, że ona choć trochę ci wybaczy.
-Co?
-Uwolnić ją.
-Nie mogę. Nyssa by ją przechwyciła i zabiła na naszych oczach.
-Albo przetrącę ci kark, albo sobie pójdziesz.
-Nie dasz rady tego zrobić. Dlatego tylko chciałaś ze mną porozmawiać?
-Tylko?! -Odwróciła się do niego profilem. -Moja przyjaciółka cierpi,
twoja ukochana cierpi, a ty tylko to potęgujesz! Tylko! Idiota!
-Jęknęła ostatnie słowo. Sprawiała wrażenie, jakby miała się zaraz
rozpłakać. Bądź silna, wmawiała sobie, bądź silna, ona tego chce.
Teraz już nie wiedziała, jak może pomóc swej Agafe. Poszłaby tam do
niej i została, ale co im to da? Teraz zresztą Phobos ją potrzebował.
Ktoś nad organizacją tego dzieła musiał panować, a ona była geniuszem.
Czyniąc to z daleka, mało by uczyniła. Ale, no…
Podeszła do Astarotha, chwyciła go za dłoń i zaciągnęła do klapy.
Zeszli po drabinie, na dół.
Gdy już się tam znaleźli, wpadła w jego ramiona. Ciepło męskiego,
demonicznego ciała odsuwało na bok zmartwienia. I co z tego, że jej
przyjaciółka jest więziona, a ona nic nie może zrobić? Miała plan B,
może gdyby miała więcej czasu, mogłaby również stworzyć plan C. Miała
cel, pokonanie Nyssy, a jeśli go dokona, to Agafe nie będzie już
dręczona. Astaroth całował ją po czole. I on jej pozostał wsparciem na
trudne dni, bo Arch odszedł, Agafe… nie ma po prostu.
Chwilę tak postali, po czym demon powiedział:
-Mam starego znajomego, nie służy nikomu, jeśli chcesz wiedzieć,
obecnie sam jest władcą. Muszę do niego wpaść na chwilę, pójdziesz ze
mną?
Przytaknęła. Może to pozwoli na chwilę zapomnienia?
Zjawili się w murach z ciemnego marmuru obrośniętego bluszczem.
Otoczenie nie wyglądało groźnie. Ruszyli na prawo, po drodze minęli
parę osób w zielonych strojach. Demon prowadził tak, jakby nie
potrzebował ceremonii umówienia się na spotkanie. Zatrzymał się przed
grubymi drzwiami z drzewa padoukowego. Usłyszeli wrzask:
-NIC NIE WIEM!!
Likame zadrżała. Głos zdawał jej się znajomy. Astaroth otworzył ze
skrzypnięciem drzwi i wkroczył do najprawdziwszej sali tortur. Pod
ścianami urządzenia, bogowie raczą wiedzieć, do czego; na środku stał
niski i łysy mężczyzna z garbem odziany w zielono-czarną sutannę. Miał
przed sobą dużą misę z parzącą wodą i dwie kobiety, z czego jedna
stała i miała na sobie czerwoną suknię, a druga klęczała. ciężko
oddychając. Jej nadgarstki skuto z tyłu. Miała na sobie jakieś strzępy
szat, spod których ziały ciemne rany.
-Witam. -Powiedział Astaroth, zwracając się do jegomościa w
czarno-zielonej szacie. -Nie przeszkadzajcie sobie…
Dama w czerwieni chwyciła za włosy więźniarki i wsadziła jej głowę do kubła.
Likame odwróciła wzrok od widoku, ale ciarki i tak ją przeszyły.
Wiedziała już, kogo męczono. Szarpnęła szaty swego ukochanego, ten
odwrócił do niej głowę, ona szepnęła mu, że nie chce na to patrzeć.
-To demon Nyssy. -Rzekł karzeł. -Na razie nic z niego nie wyciągnęliśmy…
-I nic nie wyciągniecie. Przestańcie, ona nic nie wie. -Powiedziała z
taką pewnością rudowłosa, że nikt nie śmiał jej zaprzeczyć. Za to
gospodarz zapytał:
-Mogę ją oddać. Ale nie mam pomysłu, za co.
-Za informacje, warte więcej, niż ona? -Zasugerował Astaroth. -Wiemy,
za kogo Nyssa uchodzi w tym świecie, wiemy również, jaką ma siłę.
Jeśli ją uwolnicie, przekażę tobie te wieści.
-Brzmi kusząco.
-A zatem?
-Uwolnić!
Kat zdjął kajdany z rąk więźniarki. Ten drżał. I twarz miał
zaczerwienioną od poparzeń. Likame kucnęła i zobaczyła strach w oczach
Kariny.
-Nic nie wiem. -Jęknęła.
-Wiem.
Dotknęła poparzeń, które dzięki temu zaczęły znikać. Gdy uporała się z
tym, zapytała:
-Coś jeszcze?
Karina miała w oczach wdzięczność. Chwyciła za pasemko zwisające z
sukienki rudowłosej i powiedziała:
-Dziękuję, dziękuję…
-Idziemy. -Rzekł Astaroth. Skierował się do wyjścia, za nim jego
ukochana, a za nią ofiara tortur.
Zjawili się w gabinecie, który znajdował się w polskiej siedzibie
Dragon Arch, w Gorzowie Wielkopolskim. I gdy tylko zorientowali się,
gdzie są, kobieta-demon padła na kolana i rzekła:
-Pani, będę twoim sługą!
-Ja.. -Zaskoczona Likame urwała. Dlaczego nie? Szansa na zdradę była
bardzo niska, skoro uratowała życie tej oto istocie. -Ja się zgadzam.
-Ja, demon twój Karina,
Przysięgam służyć wiernie
Pani :Likame,
Bronić jej ciała i duszy,
Stać na straży jej wolności,
Strzec honoru demonicznej rasy,
Życia Pani bronić,
Za sprawę jej szczęścia,
W potrzebie, krwi własnej ani życia nie szczędzić,
Tak dopomóż Piekło. Amen.
Kobieta-demon skłoniła głowę. Zapadła cisza. Astaroth szepnął swej
ukochanej jakieś słówko. Ta powiedziała:
-Przyjmuję. Spocznij.
Karina wstała.

-Która jest? -Zapytała Likame, tuląc się do Astarotha. Ten włożył pod
jej sukienkę dłoń, a ona się nie sprzeciwiała. Miała ochotę, ale za
oknem panował jasny błękit i tłum, który chodził we wszystkie strony
załatwiać swoje sprawy. Dzień roboczy jakby się dopiero zaczął.
-W Polsce ósma rano. -Odpowiedział, liżąc jej prawe ucho.
Westchnęła. Zapewne jutro będzie miała więcej czasu na mizianie się w
łóżku i wszelkich innych dziwnych kątach, jednak dziś miała na głowie
ponowne przejęcie władzy w Dragon Arch.
-Co tak wzdychał, moja miła pani? -Szepnął jej, miętosząc ucho. Uśmiechnęła się.
-Bo muszę załatwić tuzin spraw organizacyjnych oraz komputery i jakieś
telefony…
-Sprzętem się nie martw, sam go załatwię.
-Nie chcę opóźnień…
-Będziesz miała przyśpieszenie. -Pocałował jej usta po francusku.
Poczuła przypływ gorąca.
-Ej, bo zaraz będziemy nadzy…
-Nie masz ochoty? -Spytał czule, wkładając drugą rękę pod jej majtki i
głaszcząc delikatnie łechtaczkę.
-Mam, ale czasu już nie…
-No nie wygłupiaj się.
Co prawda niedawno, przed wyprawą na dach francuskiej siedziby jej
firmy, uprawiali stosunek, ale co z tego? Miała ochotę. A on też. Nie
byli sami, Karina stała, jakby zamieniła się w słupa. Czekała na
rozkazy.
-Chodźmy do łóżka. -Powiedziała. Wyrwała mu się i pobiegła do jednych
z dwóch drzwi w gabinecie.
Bo ów gabinet miał wejście od korytarza i przejście do sypialni, skąd
można było dostać się do łazienki. Przyczyna prosta – zapracowanie i
tańsze koszty utrzymania, choć akurat mogła sobie pozwolić na budowę
willi.
Pokój z łóżkiem miał niebieskie ściany i czarne meble z takim dywanem.
Przyznać trzeba, że całość sprawiała wrażenie bardzo eleganckiego,
choć bez jakiś specjalnych ozdób, wystroju.
Para padła na łóżko. Demon zaczął całować jej szyję. W jego dłoniach
pojawiła się włóczka wełny. Roześmiała się.
-No co, najbliższe coś, co podobne do sznurka. -Przyznał Astaroth i
powoli ściągnął z niej majtki.
-Kradniesz?
-Oczywiście.
-Niegrzeczny chłopiec… -Urwała. Demon wiązał jej kostki, zachowując
między nimi dość dużą odległość. Nie oderwał jednak, tylko przywiązał
do łóżka, skierował na pościel, chwilę poprowadził dłoń na niej,
zbliżył się do krocza partnerki, wsunął pod jej pupę, przejechał po
plecach i doszedł do szyi. Pocałował w usta.
-Piękna jesteś. -Rzekł.
Najechał na ramię, wszedł pod sukienkę, czuła, jak jego dotyk ją
elektryzuje. Głaskał, skórę, jakby była szkłem, które zaraz się
rozpadnie. Okrążył pierś, jedną i drugą, wszedł na brzuch, doszedł do
pępka i związał nić na pasemku od sukienki. Miała przyśpieszony
oddech. Rozsunął fałdy dołu jej stroju, rzucił gdzieś wełnę, zaczął
kobietę masować między udami. Jęknęła. Chciała, żeby w nią wszedł, ale
on zamiast tego, zaczął lizać jej łechtaczkę i głaskać piersi. W
pewnym momencie poczuła szarpnięcie wełny. Zacisnęła się bardziej na
cyckach. Jedną dłonią wszedł pod górną jej sukienkę, rozerwał stanik i
zaczął masować sutek. Jęknęła. Chciała jeszcze, więcej, jeszcze,
więcej, co za gorąc…
Nakierował jej dłonie na swego penisa. Jeszcze miał spodnie. Dotknęła
jego członka, wyczuła, że stał. Rozpięła mu rozporek i włożyła dłoń
pod jego majtki. Drugą włożył sobie do ust i ssał.
W końcu wyjął członka. Dotknął nim ud. Jęknęła. Wsadził w pochwę.
Zanurzyli się w fali nieba, szczęścia czy też po prostu naszły ich
endorfiny.
Wyjął z niej i padł na nią, liżąc jej szyję.
-Wystarczy. -Szepnął do ucha, chociaż ona chciała więcej. Pstryknął
palcami i poczuła, jak nić pęka na drobny mak. Czemu już skończył?
-Szybko -powiedziała.
-Nie, ale chciałem, żeby ci się tak zdawało.
W dłoniach pojawił się czarny stanik o bardzo seksownym designie.
Zdjął z niej strzępy starego i delikatnie nałożył nówkę. Czuła się
bardzo komfortowo. Powoli przesuwał jej majtki w górę. I mimo, że to
koniec, czuła się bardzo podniecona. Gdy nałożył, pocałował ją w usta
- nie na szybko, tylko z języczkiem. Dłuższą chwilę bawili się w ten
sposób. W końcu nałożył górę jej sukienki na stanik, wstał i uśmiechał
się. Zadowolenie z ich twarzy nie znikało.
-Na ziemi pojawiły się półbuty droższej marki w brązowych ciapkach.
-Hm. -Mruknął. Znów pstryknął i kolor zmienił się na niebieski. -Tak lepiej.
Pocałowała go w szyję. Włożył jej stopy w obuwie. Czuła się, jak
królowa. Być może nią była?
Wstała i przeszli do gabinetu.
-Przejdę się do mojej asystentki, a wy zajmijcie się sprzętem.
-Powiedziała. Wyszła z gabinetu, nie czekając na ich reakcję. Gdzie
jej zastępczyni miała gabinet, jakoś nie mogła sobie przypomnieć, może
dlatego, że większość czasu spędzała poza nim. Zjechała na piętro
niżej, gdzie jej podwładna prawdopodobnie się zagnieździła. Zawsze na
wyższych kondygnacjach byli ważniejsi ludzie. To tak na wszelki
wypadek, gdyby zdarzyła się jakaś powietrzna katastrofa, bo wtedy
zatrudni nowych pracowników z niższymi zarobkami. Uśmiechnęła się na
tę myśl.
Rudowłosa wyszła z kabiny i ruszyła prosto przed siebie. Pomachała
niskiej kobiecie o blond włosach, ubranej w żółty garnitur. Ta
zbaraniała.
-Gdzieś ty była -powiedziała, gdy właścicielka Dragon Arch ją
zapytała. -Nie mogłam się dodzwonić.
-Zgubiłam telefon i żal mi było wydawać na nowy.
-Skąpiec! A odchodząc zostawiłaś niesamowity bałagan w papierach.
-Ja i bałagan? Zaraz, w jakich papierach?
-Niestety, finansowy. Nie bardzo wiedziałam, jak sobie z tym poradzić,
ale parę osób mi coś napomknęło i zwolniłam księgowego.
-Należało mu się. I zatrudniłaś kogoś z niższą pensją?
-Tak. A teraz…
-A teraz do jakiegoś pustego gabinetu.
Otworzyła ten, do którego miały najbliżej, nikogo nie zastały, weszły
i zamknęła za sobą drzwi na zasuwkę.
-O co chodzi? -Zapytała asystentka Likame.
-Możesz dalej zarządzać Dragon Arch, bo chyba sobie dobrze radzisz,
ale potrzebuję pewnego kapitału na nową firmę…
-A twoja pensja to niby nie kapitał?
-To tylko kasa, nie ludzie. Będę potrzebowała paru od oprogramowania i
paru od finansów i pewnie jeszcze kogoś. A najlepsi pracują w Dragon
Arch.
-Ale po co ci najlepsi, jak możesz kogokolwiek z ulicy?
-A, fakt. -Westchnęła. Już chciała mieć tę rozmowę za sobą. -Zamierzam
stworzyć nową firmę, bo nie będzie komputerowa i ma być ona powiązana
z bezpieczeństwem międzynarodowym. Dlatego potrzebuję najlepszych.
-Jak to bezpieczeństwem narodowym? -Zmarszczyła brwi. -Tajny jakiś
projekt, czy co? W coś się spakowała, pani prezes?!
-Po części tajny. Ty, jeśli chcesz, zostaniesz dopuszczona do
niektórych tajemnic, bo w końcu musisz dbać o Dragon Arch. No, chyba,
że chcesz się do mnie przyłączyć, czego ci nie radzę, bo to bardzo
ryzykanckie.
-Zaraz, zaraz. Wraca pani nie wiadomo skąd i mówi mi z miejsca o
jakiejś firmie. Jeśli mam ryzykować forsą…
-Masz w tym ryzykować życiem i cholera wie, czy inni też. Ale
podejrzewam, że takie niebezpieczeństwo zaistnieje tylko dla tych, co
wiedzą najwięcej.
-W coś ty się wplątała?
-Wolisz nie wiedzieć. To jak, dasz mi kapitał?
-Przygotuję ci wszystko, co trzeba… A co ta firma będzie robić?
-Szkolenia dla wojska.
-I to ma być ryzykanckie?
-Tak. Ostrzegam ostatni raz, że jeśli wejdziesz w ten projekt,
zaryzykujesz życiem może bardzo poważnie.
-Nie rozumiem.
-W tej chwili działanie nam potrzebne, nie zrozumienie.
-To może powiedz, dlaczego taki pomysł i czy biznesplanu nie potrzeba?
-Bo miałam okazję przebywać na terenach objętych wojną i widziałam, że
proces szkoleniowy żołnierzy można ulepszyć.
-Po co pani tam lazła…
-Dość. Na kiedy wszystko będzie gotowe?
-Góra dwa dni.
-Jeszcze powinnam sprawdzić, jak sobie radzisz. -Mruknęła. -Daj jakieś
podsumowanie za ostatnie dwa miesiące czy coś.
Blondynka podeszła do biurka, wyjęła z niego czerwony segregator i
podała szefowej.
-To z ostatniego roku.
Likame przeglądała zestawienia finansowe dość pobieżnie – patrzyła w
tabelach na kwoty zaznaczone jako długi i zyski oraz suma. To pierwsze
było puste, to drugie i ostatnie miały bardzo ładne liczby, dość
wysokie i nie myślała za bardzo, czy są to miliardy, czy inne
tryliardy. Grudzień, styczeń, wszystkie miesiące, ba, dni nawet, były
skatalogowane dość dokładnie. Precyzyjność tego wszystkiego zaskoczyła
ją. Miała ochotę namówić swoją asystentkę na ryzyko, ale Dragon Arch
też potrzebował znakomitej opieki. A poza tym cudze życie… Może
wystarczą jej żołnierze? To też ogromna odpowiedzialność.
-Świetnie, gratuluję. -Powiedziała, zamknąwszy segregator. -Ty na
pewno nie chcesz zakładać własnej firmy?
-Dałaś mi taką władzę, że czuję się, jakbym ją miała. W sumie po co
miałabym zaczynać z niższą pensją?
-I kto tu jest skąpcem. Dobra, zbieram się, bo muszę załatwić jeszcze
jakieś sprawy…
-A właśnie, sprzęt też mam załatwić?
-Nie trzeba, na razie ludzi mi załatw. A jakby co, to dam znać. Miłego dnia.
I wyszła. Rozmowa, choć krótka i prosta, zmęczyła ją trochę. Dawno nie
miała do czynienia z kierowaniem, może wyszła z wprawy? Podeszła do
windy. Ryzykowanie życiem… Było mniej ważne od pokonania Nyssy. Musi
zgnieść tę sukę, żeby to piekło skończyło się raz na zawsze. Wykonanie
jakiegokolwiek zadania zawsze sporo kosztuje, ale zyski mogą wszystko
przewyższyć. Zyski, zyski. Co za argument, nie mieć telefonu, bo
szkoda jej pieniędzy. Roześmiała się z tego już w windzie. A jeszcze
tak niedawno chciała zaszastać życiem Astarotha dla jej przyjaciółki.
Teraz nie musiała, skoro miała własnego, w pełni jej oddanego
człowieka. Chociaż, czy to było fair? Miała wrażenie, jakby w tej
historii nic nie było fair. Z jakiegoś powodu Kosashi nie chce pomóc
swej kochanej, ta myśl nie dawała jej spokoju. Że niby nie potrafi? W
jej oczach nic nie usprawiedliwiało tego skurwysyna.
Weszła do gabinetu i zobaczyła trzy Asusy, warte przynajmniej z
piętnaście tysięcy, rozłożone na stoliku obok czarnej kanapy. Astaroth
zawzięcie tłumaczył Karinie:
-O, widzisz, a tu się klika tak, o, no, świetnie ci idzie…
Nawet nie spojrzał na nią. Może czekał na jej ruch. To absolutnie nie
miało dla rudowłosej znaczenia, bo zamyśliła się. Ryzykować czy nie?
Jak widać, łatwo było zniechęcić do siebie sługę. A tak będzie, jeśli
jej plan się nie uda. Z drugiej jednak strony, warto może było, czego
się nie robi dla miłości?
-Karina -powiedziała, a demon wstał na baczność. -Do sypialni ze mną.
-A ja?! -Krzyknął za nimi mężczyzna. -Też chcę!
Likame zamknęła za sobą drzwi i zapytała:
-Zechcesz zaryzykować życiem?
-Tak, pani.
Rudowłosa spojrzała poważnie na swoją towarzyszkę. Była ładną kobietą,
jeśli można te stwory tak określać; skrzydła, naturalnie, były
schowane pod ubraniem lub jakoś podobnie – na ulicy nikt nie
odgadnąłby prawdziwej tożsamości Kariny. Ale nie o to chodziło.
-Wierność to jedna rzecz -powiedziała Likame -a ochota to druga. Nie
chcę, żebyś robiła coś, bo ci każę. Znaczy, możesz, ale łatwiej mi
będzie traktować cię, jak ludzką istotę.
-Dlaczego?
-Bo najlepsi ludzie to najlepsi przyjaciele, często. A ja jestem
samotna. -Westchnęła, skrzywiła się. To chyba nie tak miało brzmieć.
-W każdym razie, nie wiem, o co cię proszę, ale na pewno możesz
zapłacić za to życiem. I sama nie wiem, czy tego chcę.
-Pani, zrobię, jak zechcesz.
-A chcesz zrobić, co ja ci nakażę?
-Mam wolną wolę, niby, ale… Pani mi uratowała życie, pani jest dobra.
-Bądź bardzo ostrożna, w razie czego uciekaj.
-Dobrze, pani.
-Wiesz, gdzie jest dom Taju w piekle?
-Tak, pani. W okolicach wejścia i wyjścia. Sam dom jednak nie
przyjmuje osób niezaproszonych. Wyrzuca ich na inne ziemie piekielne.
Likame zaklęła.
-Pani?
-Pani chce wiedzieć, czy znasz metodę na włamanie się tam.
-Niestety, nie, pani. Jakoś przed wiekiem była pewna kobieta, która
tam się włamała, ale nakryto ją i wylądowała u Arabów.
-Zorientuj się, czy ona jeszcze żyje i czy nie zechciałaby z nami
pogadać. Jakbyś wkroczyła na tereny arabskie… bądź ostrożna.
-Dobrze, pani.
-Powodzenia.
Demon zniknął. Rozległo się pukanie, rudowłosa otworzyła drzwi.
-Jestem zawiedziony -rzekł Astaroth -miałem nadzieję na seks w trójkę.
Gdzie posłałaś Karinę?
-Nie dotyczy to ciebie.
Przysunął ją do siebie i pocałował w czoło. Dłoń włożył pod jej majtki.
-To twój człowiek, możesz go nawet rozczłonkować. -Powiedział demon.
-Ale mam wrażenie, że nie zrezygnowałaś ze zdrady.
-Obchodzi to ciebie?
-Bo mój pan będzie bardzo niezadowolony.
-Gówno mnie obchodzi twój pan. I nie może mi zagrozić dostatecznie, bo
tworzę Phobosa. Poza tym, męczy mnie to jego “nie umiem”, zupełnie,
jakby złożył przysięgę… -Urwała. -Są jakieś inne zakazy dla demonów?
-Nic mi o tym nie wiadomo.
-Właściwie, kim jest Taju? -Pozwoliła, by głaskał jej pierś.
-Jest bardzo starym demonem, była jeszcze za bogów. Coś chyba w
podobnym wieku, jak Kosashi. Jedyne co, to pochodzi z lepszych sfer
piekielnych, jest w czymś rodzaju królewny.
-Królowa -mruknęła -wobec królowej trzeba zachowywać się, jak pies.
-Głupsze demony tak robią. Te mądrzejsze próbują zabijać szlachtę
demoniczną, ale nie zawsze im się wiedzie.
-Co by nie mówić, Kosashi jest skurwielem, ale nie głupkiem.
-Pocałował ją w usta.
-Ale trochę zachowuje się jak pies wobec niej i to cię męczy?
-Tak. Chodźmy na seksiu.
Parsknął śmiechem.
-Wieczorem, kochanie. -Powiedział, całując w czoło. -Teraz musisz
zająć się firmą.
-Ale nie wiem, gdzie mam ją założyć.
-Chodź, gargulce się dowiedzą.
-I zadzwonić do laboratorium… Telefon jakiś…
Podał jej najnowszy model komórki Sony Ericcson Xperia. Zmarszczyła
brwi, wystukała numer, po czym zapytała, jak tam badania.
-Mamy problem, bo nigdy nie widzieliśmy takiego typu rośliny -odezwał
się męski głos w słuchawce. -Ale stosujemy klasyczne techniki badań,
na razie wykryliśmy strukturę podobną do eboli.
-I co ma mi, proszę pana, to mówić?
-To, że prawdopodobnie roślina jest śmiercionośna. Obawiamy się, że
gdy podamy próbkę szczurom, może się to w jakiś sposób
rozprzestrzenić.
-Czyli roślina ma normalny wygląd, ale…
-Roślina wygląda normalnie, ale to taki jakby strój, coś a’la
pożerający kwiat. Tylko działa inaczej. Mamy dalej badać?
-A róbcie z tym, co chcecie. Dziękuję. -Rozłączyła się. Informacja
może nie była zbyt radosna, ale wskazywała, że zatrucie tym czymś
wcale prostą rzeczą nie było. Teoretycznie szczepionka na ebolę
istniała od 2008 roku, ale wcale nie musiało to znaczyć, że
zadziałałby. A tym bardziej, jak niby współczesna technika miałaby
wymyślić coś podobnego do tego cholernego kwiatka?
Arch, przepraszam -pomyślała.
Do gabinetu weszła asystentka.
-O, przepraszam -powiedziała -nie chciałam przeszkadzać.
-A, nie przeszkadzaj. To mój chłopak. -Wtuliła się namiętnie w
Astarotha i pocałowała go w oko. -Słucham?
-Chciałam przekazać papiery. Zestawienia pracowników i zestawienie
czynności, które mogą się przydać do stworzenia firmy. -Podeszła do
biurka, postawiła je tam i zapytała: -A skąd on jest i jak ma na imię?
-Astaroth i upiera się, że jest z Francji, ale Francuzi nie znają
innych języków, niż swój.
Blondynka wyszła.
-Dobra, czas na przegląd najlepszych pracowników. Gdzie masz swoją
świtę, chcę wiedzieć, gdzie najlepiej z punktu widzenia ekonomii i
militarnego założyć firmę.
-A musi spełniać toto warunki ekonomiczne?
-No nie będę przecież martwiła się biurokracją i jakimiś duperelami.
Usiadła na kanapie i zaczęła przeglądać, przy dziesiątej stronie ziewnęła.

* * *

Obudziło ją skrzypienie drzwi. Spojrzała na przybysza, którego się
bała. Agafe zadrżała, a Taju z wolna zbliżyła się do niej.
-Chciałam pogadać. -Rzekł demon i kucnął. -Powiedz mi, czego
pragniesz. No? -Chwyciła za włosy towarzyszki i podciągnął lekko w
górę. -Powiedz.
-Śmierci? -Zapytała cicho ofiara, po czym poczuła uderzenie głowy o
ścianę. Jęknęła.
-Nie pytaniem! Zdaniem!
-Śmierci. -Powtórzyła niemal szeptem władczyni smoków.
-A powiedz mi, co cię skłoniło do takiego wyznania?
-Ja… cierpię.
-Tak? Ale ja też. Nie wiem, czemu on ciebie kocha. Czemu nie mnie?
Nie bój się, pomyślała Agafe. I tak to zrobi.Mimo to miała wrażenie,
że serce bije na tyle głośno, iż Taju je słyszy.
-Może dlatego, że nie krzywdzę.
Zamarła. Czuła spływający zimny pot po plecach.
-Grzeczna jesteś. -Kat puścił, wyprostował się i wyszedł.

* * *

Kosashi ziewnął. Miał nad sobą białoniebieskie niebo, stał na
wypalonej ziemi. Nie miał pojęcia, co mógł robić na takim zadupiu w
piekle, ale było to dla niego dość bezpieczne miejsce. Gdy działał na
Nudnym Świecie bądź w Kramie, miał uczucie, jak ktoś niebezpieczny
kroczy za nim.
Obok niego zjawił się anioł. Demon zmarszczył brwi i zapytał:
-To ty możesz być w takim miejscu?
-A co? -Zapytał George. -Ja z wieściami. Rosemary ma coraz większe
poparcie. Likame pracuje nad dwiema fajnymi rzeczami. Po pierwsze, nad
Phobosem, po drugie nad zdradą.
-Jak nad zdradą?
-Wysłała swojego człowieka, by szukał Fadwy. Domyślam się, że coś
knuje wobec Taju.
-Niech knuje, w ostatecznym rozrachunku przegra.
-I powiedziała, że zachowujesz się, jak pies wobec królowej, jeśli
chodzi o Taju.
-Bardzo inteligentna.
-Co?
-Może powinienem tam wysłać jakiegoś demona, który by się jej pozbył.
-Ale?
-Nie umiem. Coś… No coś mnie blokuje, kurwa!
-Ty, bo zaraz coś rozwalisz.
-Cicho! Nie kocham tej kurwy, nie złożyłem jej przysięgi, a mimo to
nie mogę się zmusić, by ją zabić! I ja mam być demonem, tak?!
-Teraz się pieklisz z nudów. Może to współuzależnienie?
-Że co?
-Bo innym logicznym wytłumaczeniem jest to, że cię w jakiś sposób omotała magią.
Kosashi warknął. Być może denerwował się, bo na tym pustkowiu niewiele
było do roboty, a sam fakt, że nie bardzo potrafi się sprzeciwić
królowej go frustrował. Tak, służył jej dawno temu, ale to było bez
znaczenia. Taju musiała go czymś omotać, tylko nie bardzo wiedział,
czym. Niepokoiła go też jeszcze jedna rzecz: ludzie nie zawsze
zachowują się logicznie, a on być może za dużo z nimi przebywał.
-No i co? -Spytał George po dłuższym milczeniu.
-Gówno. Myślisz, że jak Taju zdechnie, to Nyssa tego nie zauważy?
-Wątpię, bo to dość blisko Nudnego Świata i Kramu oraz sam wiesz, jak
silna jest.
-Może się boję?
-Idź ty lepiej do psychoanalityka, a nie pierdolisz farmazony.
Demon roześmiał się. Gdy się uspokoił, rzekł spokojnie:
-Przyzwyczaiłem się do niej. Czuję coś bliskiego do niej.
-Może nie kochasz Agafe?
-Kocham.
-Ty ją zabijasz.
Kosashi załamał ręce.
-Bo poczucie bliskości z kimś… -Zaczął anioł i urwał. -Mam wrażenie,
że jesteś biednym, zagubionym stworzeniem i próbowałbym cię nawrócić
na dobrą stronę, ale nieba już nie ma.
-I co z tego?
-Nawet anioł nie wie, gdzie ma się podziać.

Na biurku piętrzyły się dwa stosy papierów. Zastanawiała się, czy jej
praca miała jakikolwiek sens: z najlepszych wybrała najlepszych, a i
tak nie wiadomo, czy przyjmą propozycję. A jak tak, to pewnie zechcą
dostać jakąś podwyżkę. Była zmęczona. Wstała i spojrzała w okno, gdzie
malowało się miasto na ponuro ciemnym niebie. Brzydki widok,
pomyślała. Bez wątpienia Gorzów nie był najpiękniejszym miejscem na
świecie, ale tylko tu miała przyjaciółkę. Ciągle czekała na znak życia
od Kariny. Może ta uciekła? Zdawała sobie sprawę, że raczej martwi się
na zapas, ale było to silniejsze od niej. Ziewnęła. Która była? Coś
chyba po jedenastej. Miło byłoby, gdyby jej partner nie zostawił jej
samej i nie wyszedł na jakiś spacer. Obraził się czy co?
-Pani -usłyszała za sobą znajomy głos. Powstrzymała się od wybuchu.
-Gdzieś lazł? -Głos był pewien wyrzutu.
-Po informacje. Ale w sumie nic ciekawego. W okolicy gwałcą
nastolatkę, a…-Urwał, a Likame podeszła do niego i pocałowała w
policzek.
-Chodź ze mną. -Rzekła i ruszyła prosto do sypialni. -No już!
-A coś ty dziś taka…
-Przypomniałam sobie, jak to się robi w Dragon Arch. Brutalnie i
brudno, no kładź się na łóżko.
-Eee, co mi chcesz zrobić?
Nie odpowiedziała, pchnęła go na łoże i brutalnie zaczęła z niego
zdzierać ubranie. Była podniecona, szybko oddychała. Zdumiony demon
nie wiedział, jak się zachować – to było chyba pierwszy raz, jak jakaś
dama napastuje i molestuje go seksualnie. Wybuchnął śmiechem.
Likame pocałowała goły już jego pępek, następnie rozpięła rozporek i
wsadziła dłoń w slipy. Poczuła coś twardego. Kutas stał. Zdarła z
niego majtki i zaczęła lizać penisa. Po paru sekundach jednak wstała,
zrzuciła majtki, spojrzała na partnera, uśmiechnęła się i jakby nigdy
nic, pozwoliła, aby członek w nią wszedł. Demon poczuł banalną
przyjemność, za to ona czuła się, jakby wlazła do niebios.
-Musiałaś być bardzo napalona -stwierdził Astaroth.
-Nie gadaj. -Wstała, wzięła włóczkę wełny i zaczęła ją odwijać.
-Nie skończyłaś?
-Nie, bo chcę cię gwałcić i gwałcić, a nie wiem, jak długo mi na to pozwolisz.
Znów się roześmiał.
-Coś cię ugryzło. -Podsumował.
-Wcale nie.
-Ależ, pani, tak. Widzę to i nie próbuj… -Zamknęła jego usta
pocałunkiem, wreszcie poczuł gorące powietrze podniecenia.
Skrępowała mu nadgarstki i przywiązała do łóżka.
Zaczęła masować jego brzuch. Nawet dłońmi, a później włosami. Masowała
penisa. Zamiast włożyć go do ust, weszła na niego.
-Eee, nie za szybkooo -doznał lekkiego orgazmu.
-To jesteś facet, czy nie? -Jęknęła. Burza hormonów, endorfin, znów ją napadła.
-Ale kochanie, nigdy mnie tak nie napastowałaś.
-A ty nigdy nie opuszczałeś mnie przez jakiś durny spacer.
-A, oto ci chodzi.
-Nie, zmusiłeś mnie, bym cały dzień była niedopieszczona.
-Ojej, musisz nająć drugiego, skoro ci nie starczam.
-Z chęcią wezmę udział w grupowym seksie. -Pocałowała go w szyję.
Leżała na nim. -Ale ty jeden mi starczysz za partnera.
Zasnęła. Demon musiał się bardzo pilnować, by parsknięciem śmiechu nie
zbudzić jej – dłonie miał nadal uczepione łóżka, a ta sytuacja…
Miała jego miłość poczucie humoru, to musiał przyznać. Pocałował ją w
czoło. Wełnę rozwalił na strzępy, gdy taka pozycja już mu zaczęła
przeszkadzać. Zamiast odłożyć kobietę na bok, po prostu głaskał jej
włosy.

* * *

Rozległo się pukanie.
-Wejść! -Rzuciła Taju, stojąc naprzeciw drzwi wyjściowych. W progu
ukazała się sylwetka George’a. -Czemu głównymi drzwiami?
-Bo następnym razem może ci się ukazać ktoś inny. -Westchnął, zamknął
za sobą wejście i ruszył do pokoju gościnnego. -Być może Fadwa
ponownie złoży ci wizytę.
-To dobrze, rozprawię się z nią na zawsze.
-Taju… -Spojrzał w jej oczy. -Czy ty zdajesz sobie sprawę, że bez
wyraźnego powodu męczysz najbardziej niewinną osobę?
-Jako demona niewiele mnie to obchodzi.
-Pokarm…
-George, Kosashi dał mi taki prezencik i miałabym z tego nie skorzystać?
Usiadł.
-Na początku inaczej…
-Na początku, to ja badałam sprawę. Zresztą, George… On mnie nie kocha.
-Ja też.
-Nie mam sił… żeby mu wyznać pewną rzecz. Że jeśli mnie zabije,
sprawi mi tym wielką frajdę.
-Co ci na tym zależy?
-Jestem stara, samotna i w dodatku on mnie nie kocha!
-Ale jakoś nie wygląda, jakby i ją kochał.
-Nie?! -Warknęła. -Prosto w twarz potrafi mi to powiedzieć!
Anioła przeszedł dreszcz.
-Zimno tu -jęknął.
-Pierdolisz. Jak to możliwe, że ona potrafi mi powiedzieć, że chce
umrzeć, a ja mu tego samego…
-Co jej zrobiłaś?
-Łóżeczko. A kto wie, do czego mnie następnym razem zmusi, ale jak ja
jeszcze raz usłyszę, że ona go nienawidzi, to ja… ja nie wiem, jak
dam radę zachować ją przy życiu.
-No to ładnie. A nie zechciałabyś może negocjować jakiś warunków…
-Możesz ją sobie, kurwa, wziąć! Trzymam ją tu tylko dlatego, że
Kosashi mnie o to poprosił!
-Nie denerwuj się. Ale też Kosashi poprosił cię, żebyś jej nie krzywdziła…
-Jakby ci tak powiedział, to bym zrozumiała, ale on powiedział to mi!
-Nie jest twoim psem, królowo.
Chwyciła go za włosy i szarpnęła. Był zaskoczony.
-A ja jego, aniele! -Warknęła i puściła go. -Co Fadwa chce zrobić?
-Zapewne ukraść parę narzędzi tortur plus jedzonko.
Westchnęła.
-Właściwie po co tu przylazłeś? -Zapytała.
Wstał i powiedział:
-Chciałbym ją zobaczyć.
Chwilę później znalazł się sam na sam z kobietą w której kiedyś się
zakochał. Patrzył, jak leży w pozycji embrionalnej. Chuchro takie
jakieś, które kiedyś porzucił… Stchórzyłem, pomyślał. Szukał słów,
które mógłby jej zadać, ale nie znajdował takich, bo prawdopodobnie
one nie istniały. Zbliżył się, a ona nawet nie drgnęła. Patrzyła tylko
na niego, bez wyrzutu, bez radości, apatycznie. Zaburczało w brzuchu,
wykonała delikatny ruch. On usiadł przy niej i pogłaskał włosy.
-Przepraszam. -Powiedział. Dalsze słowa wydały mu się zbędne. Chciał,
by coś powiedziała, ale ona milczała. Wyrzuciła z siebie parę łez.
Wytarł je. Nie wiedział, czy prośba, aby nie płakała była wobec niej w
porządku. Chciał ją jakoś pocieszyć, ale brakowało mu na to pomysłu.
Zaklął w myślach. Zaczynał myśleć o nieprzyjemnych rzeczach. Jak
choćby o tym, że to wszystko jest jego winą i nie ma takiej rzeczy,
która by to naprawiła. Coś przegapiłem, stwierdził. Miał ogromną
ochotę zabrać ją stamtąd, ale bał się. Nie Kosashiego, ale Nyssy.
Jeśli ją zabierze tam, gdzie jest demon, to czy Rosemary nie zauważy
tego ruchu? Jeśli nawet nie, co to da? Wokół niej tylko pustka i
pustka, i człowiek, a raczej coś, czego nienawidzi. Demon, który ponoć
nie skrzywdzi jej, ale nie mógł za to dać swej głowy, bo to demon.
Potwór, z którym może się wszystko dobrze zacząć, a skończyć
całkowicie źle. Już raz do tego doszło, czy warto ryzykować drugi?
-Miałabyś odwagę ryzykować innego gospodarza? -Zapytał.
-Nie. -Jęknęła. -Proszę, nie rób mi tego znów.
-Nie potrafię pomóc, ale mogę spróbować spełnić jakąś prośbę.
-Ja… -Urwała. -Powiedz Likame…

* * *

Phobos na Cyprze. Rudowłosa piękność ubrana w sukienkę z
niebiesko-czarną kratę siedziała przy biurku i zajadała się
ciasteczkami. Zamiast papierów, miała przed sobą laptopa, na którym
wyświetlał się goban. Wygrywała z przeciwnikiem na poziomie 3k. W ten
sposób odpoczywała od codziennej, szarej pracy. I od oczekiwania na
Astarotha, który biegał po całym Dragon Arch i rozdawał zaproszenia na
rozmowy kwalifikacyjne najlepszym ludziom oraz na Karinę, która jakby
przepadła.
Użytkownik, z którym grała, poddał się. Ziewnęła. Przed nią pojawił
się mężczyzna w białym garniturze.
-Cześć, George. -Powiedziała. -Niestety, nie mam pomysłu, jak
rozwiązać problem zarazy w Kramie, ale można tę połać odizolować od
reszty świata i niech się tam wyprawia, co chce.
Anioł nie odpowiedział. Likame rozpoczęła kolejną partię, tym razem z
Kamykiem. Zrobiła ze cztery ruchy, spojrzała na gościa, wstała i
podeszła do niego.
-No? -Zagadnęła.
-Nie wiedziałem, że to takie trudne. -Wyznał. Trochę obawiał się
reakcji towarzyszki. -Ja byłem u Agafe, miała do mnie pewną prośbę.
Miały to być tylko słowa, ale… Po tym, co zobaczył, co odczuł, nie
przychodziły mu łatwo.
-Powiedz Likame, że ją kocham i tęsknię.
Rudowłosa poczuła, jak parę łez spływa po jej policzkach. Zakryła
twarz dłonią. Czemu płacze? To tylko słowa osoby, która… która…
Drzwi gabinetu się otworzyły, wszedł Astaroth ubrany w niebieski
garnitur. Zmarszczył brwi, przeskoczył to, co oddzielało go od niej,
wziął ją w ramiona i przytulił, całując w czoło. Mimo ciepłego uścisku
nie potrafiła przestać płakać. Miała gulę w gardle, ranę w sercu i
niemoc w sobie wobec tego wszystkiego, co spotykało ją, spotykało jej
przyjaciółkę.
Dłuższy czas trwało, nim się uspokoiła.

* * *

Rosemary Uzdrowicielka ziewnęła. Czuła się znudzona. Wyszła ze swojej
świątyni. Widok był mało absorbujący. Trawa, która nie wiedzieć czemu,
zamieniła się w jakieś paskudne zielsko, jakieś dymy z oddali, które
znaczyły ofiary zarazy, teren przypominający wzgórza.
Poczuła dotyk na ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła przed sobą
mężczyznę bez koszulki z czarnymi dżinsami.
-Zmieniłbyś w końcu strój, Arden. -Powiedziała.
-Wyprałem go wczoraj. Pani, wezwałaś mnie z jakiegoś powodu?
-O, tak. Sądzę, że dorosłam, dojrzałam, wyszłam i jestem gotowa.
Mężczyzna zagwizdał.
-A co z Kramem? -Zapytał.
-Przejmujesz obowiązki, mój miły. Tylko nie spartol, jak Karina.
-Ach, Karina… Ona teraz służy Likame. Co zrobisz, kiedy się spotkacie?
-A to już będzie niespodzianką. -Powiedziała słodko i zaczęła głaskać
jego obrośniętą włosami klatkę piersiową.
-No dobrze, nie spartolę. Nadal masz wyrzuty sumienia z powodu Likame?
-A coś się tak zainteresował?
Przewrócił oczami.
-Chcę poflirtować. -Przyznał.
-Powiem ci, że już mi przeszło. Ale… nadal nie widzę powodu, dla
którego mam męczyć osoby nie powiązane z Kosashim.
-Stać cię na to.
W nagrodę pocałowała go w czoło.
-Powodzenia. -Szepnęła do ucha i już jej nie było.

* * *

Kobieta z czarnymi włosami, odziana w żółtą sukienkę zjawiła się w
pustym gabinecie właścicielki Dragon Arch. Przez jedną sekundę miała
ochotę szukać swej pani, lecz zza ściany dobiegły ją kobiece i męskie
jęczenia z ekstazy. Westchnęła. Też chciałaby tak skorzystać z życia.
Co prawda, nie zanosiło się, by jej właścicielka zabraniała podobnych
igraszek, czy karała ją za byle co, ale… Na tym świecie nikogo nie
znała. Starała się przyzwyczajać do samotności. Stała i słuchała, jak
Likame dochodzi lub schodzi i dochodzi… Westchnęła, podeszła do
jednego z laptopów i go po prostu włączyła. Chyba nie powinna
przeszkadzać parze w zabawie. Nawet, jeśli wykonało się dobrze swoją
misję. Uśmiechnęła się i spojrzała na ekran. Jak to było? A tak, teraz
przeglądarkę włączyć, tu klikasz, tam wpisujesz kurnik.pl, wpisujesz
hasło i login, klikasz, tak, wchodzisz do bogartu, szukasz przeciwnika
i zaczynasz grać. Natknęła się na Kamyka. Nie kojarzyła go, bo on
jednak rzadko bywał na tym serwerze, ale miał dobrą siłę. Więc
rozrywka powinna być ciekawa. Zaczynał demon.
Szacujemy cudze i własne błędy na gobanie, stawiamy ruch pięćdziesiąty
i obserwujemy reakcję białego.
Partia trwała około dwóch godzin, Karina musiała się poddać. Bądź co
bądź, dopiero od niedawna gra w Go.
Do gabinetu weszła rudowłosa. Uśmiechnęła się i zapytała:
-Co porabiasz?
Demon wstał, zamknął klapę komputera i rzekł:
-Pani, udało mi się znaleźć włamywaczkę od Taju. To Fadwa, ale problem
jest taki, że to profesjonalny złodziej i kłamca, nie można jej ufać.
Zgodziła się na spotkanie z nami, dziś, w twoim gabinecie. Jest bardzo
zainteresowana, ale od razu zaznaczyła, że koszta mogą być bardzo
wysokie.
-Czyli jakie?
-W przypadku demonów rozchodzi się zwykle o to, by przez jakiś czas
być ich wyłącznym pożywieniem, w grę wchodzi także katowanie przez
nie. A z tego, co się o Fadwie dowiedziałam, nawet taka prosta umowa
może nie być do końca przez nią zrealizowana. Będzie działała
prawdopodobnie tak, by jak najdłużej korzystać z twej zapłaty, pani.
-Fadwa? -Spytał Astaroth, wychodząc zza pleców swej ukochanej.
-Interesujące, a ona może nie wie, kogo ma porwać?
-Pani mi nie kazała przekazać jej tej wieści, ale sądzę, że potrzebuje
tego zlecenia, bo wśród muzułmanów ją złamano i zabrano część mocy, a
u demona jest tak, że przez jedzenie dość szybko może się z tego
wykaraskać, pani.
-Coś jeszcze muszę wiedzieć?
-Nie wiem, pani.
-Dziękuję. Spocznij. U ciebie wszystko w porządku?
Karina usiadła na kanapie. Co mogła odpowiedzieć?
-Chyba tak. -Odparła. Dodała szybko: -Pani
Rudowłosa machnęła ręką.
-Nie przejmuj się. -Rzekła. -Może… Masz ochotę połazić trochę po sklepach?
Kobieta-demon wyglądała na zaskoczoną. Pochodzić po sklepach? A po co?
A nawet jeśli ma to sprawić przyjemność jej pani, to przecież ona nie
musiała korzystać z tej samej radości. Może powinna odmówić? Jak w
takim przypadku powinien zachować się demon wobec swojego właściciela?
Przyznawała jednak, że propozycja kusiła.
-Dobrze. -Odpowiedziała.
-A ty Astaroth -zwróciła się do swego ukochanego, całując go w
policzek -zajmij się firmą.
-Dlaczego ja?
-Bo ja muszę sobie sprawić ładną torebkę, portfel i jakieś drobne rzeczy.
-Ale ja mogę ci to wszystko dać…
-Astaroth, nie mów mi, że nie wiesz, że kobiety lubią robić zakupy.
Chciał coś dodać, ale panie już wyszły na korytarz.
-Pani, czuję się zaszczycona. -Rzekła Karina, gdy znalazły się w windzie.
-Nie ma potrzeby. Muszę z kimś zrobić zakupy, tak… -Urwała.
-Pani?
-Nie, nic.
Nie, to nieprawda. Czuła, że jeśli odmówi sobie tej drobnej
przyjemności, choćby z udawaniem, że ma się obok przyjaciółkę
jakąkolwiek, to się złamie. Nie była zakupoholiczką, tylko chciała
pobyć w kobiecym towarzystwie, chciała być u boku Agafe, robić z nią i
dla niej zakupy, wspierać, gdy marudzi, chciała, żeby było tak, jak
przed tym całym syfem z Kramem i piekłem. Ale to już mogło należeć do
przeszłości, chociaż ona wierzyła, ba, wiedziała, że wszystko dobrze
się skończy. Jest geniuszem, więc rozwali tę głupią kurwę Nyssę,
Kosashiego i Taju zapewne przy okazji.
Zbliżał się koniec dnia, ale niektóre sklepy były jeszcze czynne.
Karina wyczarowała sobie jakąś skromną torebkę, w której miała portfel
z pieniędzmi w rezultacie wyglądało na to, że Likame tylko wybiera, a
demon tylko płaci. Tak to bywa, jak się zapomni wziąć swojego
ekwipunku z domu.
Zresztą, cholera by to. Rudowłosa w różnych drogeriach, czy
hipermaketach próbowała zagaić rozmowę, ale ta się nie kleiła.
Przypominało to, że jej przyjaciółka zwykle gadała o wszystkim i o
niczym, była niezwykle żywiołową, może kontaktową osobą.
Usiadły na ławce przed jakimś sklepem. Spojrzały na niebo: ciemne, a
na nim jeszcze ciemniejsze kłęby. Gwiazdy i księżyc na tym tle nie
istniały.
Milczały.
-Pani -odezwała się Karina -dziękuję.
-Żeby było za co.
-Ależ, pani, jest, za co. Ja… ja się cieszę, że mogłam z tobą pójść
do tych wszystkich miejsc. To było miłe, tylko nie wiedziałam, jak mam
odpowiadać na twoje słowa.
-Jakkolwiek. Cośkolwiek, szczerze, byle mówić.
Likame zamknęła oczy.
-Ale pani, tak całkiem szczerze?
-Tak.
-Dziękuję! Pani, musimy już iść. Za godzinę będzie u ciebie Fadwa.
-Już?

* * *

Już. Cztery osoby siedziały na niebieskich krzesłach ustawionych w
koło. Wśród nich znajdowała się dziewczynka z chustą na głowie, która
czekała na ofertę. Nazywała siebie Fadwą.
Negocjacje dopiero się rozpoczęły.
-Cena do uzgodnienia. -Rzuciła rudowłosa. -Liczy się, aby porwanie
zostało wykonane.
-Rozumiem, że cena nie gra roli? -Zapytała wykonawczyni.
-Nie gra.
-No nie wiem, to bardzo niebezpieczna misja. Samobójcza nawet.
Dlatego, jakbyś mi płaciła przez dwa lata cierpieniem, to byłabym w
stanie tak zaryzykować. A i muszę jeszcze wiedzieć dwie rzeczy. Czy
mogę liczyć na pomocnika i kogo mam porwać.
-Naturalnie. -Odpowiedział Astaroth i podał jej zdjęcie Agafe.
-Ale lala. -Odparła muzułmanka. -Całkiem sympatyczna. Tylko do tego
zadania potrzebna jest mi całkowita pewność, że ona będzie chciała
skorzystać z mojej pomocy. Inaczej nie zamierzam ryzykować.
-Powiem tak. Dzięki uprzejmości naszego znajomego anioła, niejakiego
George’a, nie ma szans, by Taju nie spodziewała się ciebie u siebie.
Natomiast, jeśli chodzi o Agafe, to sama sobie będziesz winna.
-Chwileczkę, tylko dlatego, że ją wsadziłam do lochu mam ryzykować
jakieś tortury i śmierć?
-Za wszystko się płaci. Czasem podwójnie i nie możesz zapominać o tym,
bo to też ciebie dotyczy.
-Przez ostatnie lata u muslimów…
-Fadwo, jak nie chcesz roboty, to nie bierz. Ale zdajesz sobie sprawę
z tego, kim ona jest?
-Jakąś laską, którą debil Kosashi postanowił posiąść. Co mnie to?
-Brawo. Ale generalnie, Agafe jest władczynią smoków.
Dziewczynka wybuchnęła śmiechem.
-Jaja sobie robisz. -Powiedziała.
-Myślę, że odwrotnie.
-Do kiedy mam czas na decyzję?
-Masz na to, dwa dni.
-Dobrze… To narka. -I zniknęła.
Astaroth wstał, ziewnął. Spojrzał na swoją wybrankę i zmarszczył brwi. Zapytał:
-Na pewno wiesz, co robisz?
-Nie wiem, zmęczona jestem.
-Chyba zmartwiona.
Podszedł do Likame i przytulił ją.

* * *

Na biurku, prócz papierów, leżało duże, brązowe pudełko. Miało ten
plus, że wystarczyło podnieść górną pokrywkę. Likame, w sukience z
niebieską górą i falbankami na dekolcie oraz czarnym, falbanistym
dołem, westchnęła. Mimo, że noc spędziła ze swoim ukochanym bardzo
żywiołowo, nie wyspała się. Śniło jej się coś, czego nie pamiętała, a
co ją zmęczyło. Żeby tylko nie miała złych przeczuć.

Usłyszała pukanie. Nie spodziewała się gościa, a wszelkie wizyty były umawiane.
-Wejść -powiedziała. Może to i lepiej, że się czymś zajmie, bo odłoży
na bok nieprzyjemne myśli.
W progu stanął siwy mężczyzna w eleganckiej koszuli i spodniach. Rozpoznała go.
-Proszę wejść. -Rzekła i uśmiechnęła się.
-Słyszałem, że pani wróciła do Dragon Arch -zaczął przybysz -i
pomyślałem, że moja córka jest z panią.
Westchnęła. Jeśli mu powie, że jest, zechce się z nią zobaczyć. Jeśli
mu powie, że nie ma, wyjdzie na sukę.
-Byłyśmy w Malezji -zaczęła -i tam się rozstałyśmy. Nie wiem, co się
dzieje z pańską córką.
-Wy się rozstałyście? Przecież to miała być wspólna wycieczka.
-Owszem, ale pokłóciłyśmy się…
-Wie pani, że nie wróciła.
-Przykro mi, nic o niej nie wiem.
-Zawiodłem się na pani. Jest pani pewna, że nie trafiła do jakiegoś chłamu?
-Gdybym wiedziała, to może…
-To ja już więcej pani nie będę przeszkadzał. Do widzenia.
Wyszedł, zamknąwszy drzwi i nie poczekawszy na jakikolwiek komentarz
ze strony rudowłosej. Pewnie zechce to zgłosić jako zaginięcie,
pomyślała. Cieszyłaby się, gdyby i ona mogła tak zrobić, w ten sposób
pomóc chociaż… Zerknęła na pudełko. Jeszcze tylko jedną rzecz musi
tam włożyć.
Wyjęła z szuflady pistolet, otworzyła pokrywkę i włożyła do środka,
prosto na zieloną tkaninę.
-Niegrzeczna dziewczynka -szepnął jej do ucha Astaroth, który objął ją
w pasie. -Ale nie wkładałabym pistoletu.
-Ona może spróbować nim…
-Jesteś optymistką, kochanie. -Pocałował ją w ucho. -Ja jednak jestem
realistą i byle demon się go nie wystraszy, a nawet jeśli.. -Urwał.
-Wiem, że chcesz strzelić prosto w łeb Taju. I może ci się to uda, jak
spróbujesz, ale…
-Mam po prostu przyjąć do wiadomości, że popełni samobójstwo.
-Nie pomogłem ci, ale powiedziałem, co myślę, a szczerość w związku
jest najważniejsza.
-Co jej zrobiła?
-Może lepiej zostaw nerwy na spotkanie.
-Co zrobiła?
Demon westchnął. Szeptem opowiedział, dłońmi głaskał jej uda. Kobieta
zbladła i poczuła ciarki na plecach. Patrzyła na pistolet. Co taka
osoba, jak Agafe, może zechcieć z nim zrobić?
-Ty to zrób. -Rzuciła i wyrwała się z objęć ukochanego. -Powinnam była
cię posłuchać.
Astaroth podrapał się po szyi. Wyjął broń z pudełka, które zamknął.
-Wiem. -Odparł. Nie widział jej twarzy, odwróciła się do niego tyłem.
Pozwolił sobie na lekko złośliwy uśmiech. Sylwetka Likame bardzo go
przyciągała, ale ona najwyraźniej nie ma ochoty na jego ramiona – to
chwilowe, ale teraz musi się uspokoić. -Mawiało się kiedyś, że
niewiedza jest błogosławieństwem. Może warto się do tego zastosować?
-Nie. Im więcej wiem, tym więcej mam odwagi, by spróbować im wszystkim
porozwalać łby. -Potarła czoło. -A swoją drogą, ciekawe, czemu ojciec
Agafe dostał się do mnie.
-Bo mu na to pozwoliłem. Stwierdziłem, że będziesz zadowolona.
-Może. -Machnęła ramionami.
Demon podszedł do niej i rozpoczął masowanie jej szyi.
-Czas się zbierać. -Powiedziała. Na to ją przygarnął do siebie,
pocałował w usta, wziął paczkę. I zniknęli.
Zastali Agafe zwiniętą w kłębek. Drżała. Likame usiadła przy niej i
położyła dłoń na jej brzuchu, uzdrawiała. Skończywszy, przytuliła
przyjaciółkę.
-Jak dobrze -szepnęła władczyni smoków.
-Mam coś dla ciebie.
Demon podał paczkę. Rudowłosa otworzyła pokrywkę i wyjęła zieloną
sukienkę do kolan.
-Ładne… nie mam siły…
-Pomogę. Ale może najpierw coś zjesz. -Wyjęła z pudełka dużego rogala
z nadzieniem czekoladowym w środku. -Proszę.
Powoli, kawałek po kawałeczku więźniarka wsuwała do ust przekąskę,
gryzła ją powoli, jakby chciała się nią delektować.
-Dziękuję. -Powiedziała cicho.
-Do usług. -Chciała obiecać, że koszmar niedługo się skończy, ale nie
mogła się zmusić. A co, jeśli nie wyjdzie? W końcu Fadwa to nie jest
osoba, której można zaufać.
-Jak długo jeszcze? -Zapytała Agafe.
-Nie wiem, niedługo chyba.
-Ciągle mam nadzieję, że niedługo. Ale… -Głos ugrzązł w gardle.
Astaroth podał jej szklankę wody. Piła łyczkami.
-Co u ciebie?
-W porządku. Zatrudniam parę osób do nowej firmy, mam Astarotha i
demona na wyłączność… Naprawdę dobrze.
-Cieszę się.
Zapadło milczenie. Likame zamyśliła się. Za dzień, za dwa może już
będzie mieć u swego boku Agafe, która żadnych pytań nie zadawała. Ale
ona obojętna na to, co się działo wokół rudowłosej raczej nie mogła
być. I albo Astaroth miał rację z pistoletem, albo kryje się za tym
coś jeszcze.
-Czemu nie zadajesz pytań?
-Nie mam sił… na początku próbowałam, ale… jest ich za dużo. I czy
to nie wszystko jedno… jeśli… przepraszam… bo ja bym chciała
tylko jednego… i…
-Tylko jednego, czyli?
-Po wszystkim…
Uścisk się wzmocnił.
-Nie mów, że chcesz umrzeć. -Szepnęła Likame do ucha towarzyszki.
-Nawet tak nie myśl.
-Dlaczego nie?
-Bo nie pozwolę ci na to, bo nie pozwolę, żebyś długo cierpiała. Obiecuję.
Posiedziały chwilę w milczeniu. Do pokoju weszła Taju. Agafe skurczyła się.
-Długo tak jeszcze? -Zapytała gospodyni. Nie skomentowała paczki.
-To my sobie porozmawiajmy, a wy się tu nacieszcie sobą. -Rzucił
Astaroth i pchnął demona w stronę wyjścia, wyszedł za nim i zamknął
drzwi.
-Chciałabym… -Zaczęła Agafe.
-Śmiało.
-Nnie zostawiaj mnie.
-Nie zostawię. Rozdzielą nas siłą albo zostawią.
Słowa były zbędne. Czasami któraś coś powiedziała, uśmiechnęła się
nawet. Czas jakby się zatrzymał. Delektowały się sobą.
Otworzyły się drzwi, Taju wskoczyła do pokoju i zażądała końca wizyty.
-Spadaj. -Odpowiedziała jej Likame.
Astaroth musiał zdławić w sobie wybuch śmiechu, bo moment kompletnie
się do tego nie nadawał.
-Wynocha! -Wrzasnęła gospodyni.
-Zostaw je. -Stwierdził demon. -Niech pobędą jeszcze trochę.
-Astaroth, zgodziłam się na to wszystko dlatego, bo coś czuję do
Kosashiego, ale nie zgadzam się, by ktoś rządził za mnie w tym domu.
Jeśli ona nie zostawi mojej więźniarki…
-To może kupię im noc za seks z tobą?
Taju spiorunowała go wzrokiem.
-No wiesz, taka mała orgia… ty, ja, one…
-Astaroth!
-Królowo, Likame to moja pani, nie mogę jej skracać radości. -Skłonił
się ironicznie i powstrzymał prawego sierpowego. Zaczął powoli
wykręcać rękę Taju. -Coś ty taka agresywna? Denerwujesz się czymś?
Nawarzyłaś jakiegoś piwa i nie chcesz go wypić?
-Nie twoja sprawa.
Podkręcił rękę. Jęknęła.
-Oczywiście, że moja, królowo. A bo może ty masz… o, przepraszam,
miałaś wyższy status od Kosashiego, ale on chce wiedzieć, co mu
zrobiłaś. Wyłamię ci rękę, jeśli nie odpowiesz.
W pomieszczeniu zapanowała cisza.
-Czekam. -Rzekł radośnie mężczyzna rudowłosej. -Mogę odliczać: raz, dwa…
-Rzuciłam na niego urok, a teraz puszczaaj!!
-Och, urok, ale jaki urok? Odpowiedz szczerze, bo rączkę nadal mogę ci wyłamać.
-Czar miłości. Może w ten sposób mnie pokocha.
Demon uwolnił gospodynię.
-Bardzo nieładnie -skomentował -aczkolwiek mój pan nic mi nie
powiedział o twej śmierci. Może jeszcze zmieni zdanie, jak się dowie,
a tymczasem…
-Nie mów mu.
-I tak się dowie.
-Ale nie musisz mu mówić od razu! On… On mnie zabije.
-A ty nie chciałaś przypadkiem umrzeć?
-Zmieniłam zdanie, dzięki Agafe.
-O ironio! O losie! Mam dalej się wygłupiać, czy zostawisz je na noc?
Taju wyszła, trzaskając drzwiami.
-Co to miało być, seks z Taju? -Odezwała się Likame.
-Kochanie, wybacz, ale to chyba niewiele, jeśli miałabyś wspomóc przyjaciółkę?
-Ale seks to… -Urwała. -Ja wiem, że mam ochotę na seks, ale…
-To może w trójkę?
-Myślałam, że rozumiesz!
-Przepraszam. -Powiedział pokornie Astaroth. Machnął dłonią, na
podłodze pojawiły się dwa talerze: jeden z czekoladkami, drugi ze
spagethii i z dwoma widelcami. Demon usiadł przy swej ukochanej i
zaczął masować jej plecy.
-Mogę? -Zapytała władczyni smoków na widok jedzenia.
-Oczywiście. Nie krępuj się, możesz wszystko.
Agafe zajęła się jedzeniem, a rudowłosa całowała się ze swoim
ukochanym. Chciała poprosić o wodę, ale widząc pieszczoty pary,
postanowiła im nie przeszkadzać. Zaczęła zdejmować swoje znoszone i
podarte ubranie. Odczekała chwilę, gdy to zrobiła, powoli nakładała na
siebie prezent od Likame.
-Oj. -Jęknęła właścicielka Dragon Arch, gdy poczuła męską dłoń w
majtkach. -Chyba nie czas na romanse. Przepraszam.
Wyrwała się z objęć Astarotha i podeszła do przyjaciółki.
-Pięknie wyglądasz. -Powiedziała.
-Dziękuję. -Zarumieniła się.
Rudowłosa chwyciła Agafe za pas i przysunęła do siebie. Znów się
wtuliły. Znów się delektowały tylko sobą.
Demon zniknął.
Taju zastała je w takiej pozycji, jak leżały na podłodze i spały.
Widok taki nie podobał się jej i kopnęła w plecy rudowłosej. Ta nie
zareagowała, dostała jeszcze dwa kopniaki. Wtedy otworzyła oczy i
zobaczyła napiętą twarz przyjaciółki.
-No co jest? -Zapytała gospodyni biorąc garść rudych włosów i
podnosząc do góry. -Powiedziałam, że tylko na noc.
-Nnie rób jej krzywdy. -Powiedziała błagalnie Agafe. -Ja…
Likame potraktowała brzuch Taju magiczną kulą. Niegroźną, ale
wystarczyło, by odepchnąć od siebie demona.
-Jak kogoś chcesz skrzywdzić, suko, to tylko mnie. -Powiedziała twardo.
-A-ale… -Chciała zaprotestować jej przyjaciółka, ale napotkała
gniewne spojrzenie Likame.
-Tak to zaplanowaliście? -Spytała Taju. -Bo nie wiem, czy zdajesz
sobie sprawę, ale jest już południe, a Astarotha, jak nie było, tak
nie ma.
-Gówno mnie obchodzi, co on zaplanował. Wróci. Chcę pobyć z Agafe i
masz ją zostawić w spokoju.
Taju wybuchnęła śmiechem.
-To demon, skąd pewność, że wróci? -Spytała.
-Bo wiem. Spierdalaj!
-Dobrze, dobrze. Ładna jesteś, jak się wkurzasz.
Gospodyni wyszła, a Agafe wtuliła się w ramię przyjaciółki.
-Dziękuję, dziękuję…
-Oj, no, już dobrze, dobrze… Agafe?
Agafe płakała.
-Przepraszam -bąknęła -to głupie płakać…
-Oj.
Wtuliły się. Pobyły tak chwilę, po czym zjawił się Astaroth i ziewnął.
-Nie każcie mi was rozdzielać. -Powiedział cicho. -Ona myśli, że was
zostawiłem na cały dzień.
Przyjaciółki nie zareagowały. Biedny demon, musiał stłumić w sobie
śmiech. Zakradł się do nich i delikatnie zaczął odsuwać kobiety od
siebie. W końcu zdjął Likame z objęć Agafe i zniknął ze swoją
ukochaną.
Więzień poczuł się, jakby mu zabrano medalion szczęścia. Podpełzał do
pudełka, spojrzał i zmarszczył brwi. Była w nim książka, ale bez
wyraźnie zaznaczonego tytułu. Otworzył ją i się zdumiał.
Agafe otrzymała księgę czarów.

* * *

-Jak mogłeś! -Wrzasnęła, waląc pięściami w biceps Astarotha. -Bez
pożegnania! Jak mogłeś! Jak mogłeś! Jak…
Likame rozpłakała się. Demon przytulił ją do siebie.
-Kochanie, uspokój się. I tak zrobiłaś więcej, niż myślałem, że można.
-Ona tam… -Zachlipała.
Pogłaskał rudowłosą po głowie, wsadził drugą dłoń pod jej majtki i
zaczął masować.
-No już, może niedługo będzie po wszystkim, chociaż ciężko powiedzieć,
bo Taju wie, że przyjdzie Fadwa. Dziewczyny mają już plan.

-A gdzie one?
Nie odpowiedział, zaprowadził prosto do sypialni. Na łóżku siedziała
Karina i Fadwa, miały rozłożony plan jakiegoś budynku.
-Witam -powiedziała muzułmanka. -Jesteśmy w kropce, żadne opcje mi nie pasują.
-Jakie opcje? -Zapytała Likame.
-Na przykład taka, według której razem z Kariną mam się włamać. Nie
mam pojęcia, do czego ona jest zdolna, a jej słowa to za mało.
Rudowłosa podeszła do łóżka i przyjrzała się mapie.
-Pokażcie mi, co zamierzacie.
-Prosto, jak cep: włamać się do piwnicy, przejść tu -wskazała miejsce
na papierze -wleźć tu i wypełnić misję. Tylko jestem pewna, że plan
się nie powiedzie. Poprzednim razem właśnie w podobny sposób się
skradłam, ale Taju nie wiedziała o moim przybyciu, a i tak nie wyszło.
-A może…
Astaroth ziewnął i udawał, że nie słucha. Tworzenie planu porwania
interesowało go tylko dlatego, że mogło być ciekawe, a poza tym chciał
wiedzieć, kiedy panie skończą debatować nad problemem, bo miał ochotę
na seks. Jak najszybciej.
Skończyły szybciej, niż się spodziewał.
-A teraz -rzucił -pozwólcie, że zostawię was same.
Zaciągnął za pokój swoją panią, zamknął drzwi i pocałował ją w usta.
Uśmiechnął się, pogłaskał policzek, włożył dłoń pod jej majtki, zaczął
masować.
-Ale tak publicznie? -Zapytała, całując go w czoło.
-Może.
Zaciągnął do łazienki, zamknął za sobą drzwi, posadził Likame na sedesie.
-Co knujesz?
Spojrzał na wannę.
-Kąpiel.
Podszedł do wanny, zakorkował ją i odkręcił kurek.
-Jaką sól? -Zapytał.
-Nie mam pojęcia. -Jej mina wyrażała dezorientację.
W jego dłoni pojawił się jakiś worek z biało-żółtym proszkiem, który
został wsypany do wody.
-No to czekamy.
Podszedł do rudowłosej i delikatnie zaczął z niej ściągać sukienkę.
Całował przy tym w czoło. Likame jakby się rozpłynęła w jego
czułościach, zostawiła świat zmartwień za sobą. Objęła jego szyję.
Dotyk Astarotha działał na nią pobudzająco. Po chwili miała już na
sobie tylko bieliznę. Demon zaczął ściągać z siebie ubranie.
-A stanik?
-Zostaw, to część zabawy.
Czuła się podniecona. Zostawił na sobie tylko slipy i podszedł do
pełnej wanny, której zawartość niemal się wylewała. Zakręcił i
spojrzał na kobietę.
-Zapraszam. -Rzekł.
Wstała, podeszła do niego, a on dotknął jej kolana, pocałował je,
przełożył za wannę, podarował francuski pocałunek w usta, ściągnął na
dół, drugą jej nogę wziął do wody, znajdowała się cała prawie w
odprężającej pianie solnej z zapachem cytryny. Zanurzył nogi w wannie,
ona nie mogła się doczekać dalszej zabawy. Zaczęła obmacywać jego
kolana i całować. Astaroth się uśmiechał niewinnie, w jego dłoni
pojawiła się żółta wstążka. Delikatnie wziął prawy nadgarstek swej
pani i zaczął go obwiązywać, przywiązał go do wieszaka na prysznic.
Wziął drugą dłoń i zrobił z nią to samo. Likame miała przyśpieszony
oddech i radość na twarzy. Roześmiał się.
-No i z czego się śmiejesz? -Zapytała.
-Nie wiem, zmuszałaś mnie ostatnio, żebym powstrzymywał się od tego,
bo sytuacja dla człowieka zupełnie nieodpowiednia do tego.
Masował jej łokcie, a ona miała przed oczami jego biceps. Falował
trochę. Polizała go. Mężczyzna przeszedł do masażu ramion, została
zmuszona do lizania jego szyi, czasem obdarowywała go pocałunkiem.
Demon ściągnął z siebie majtki i pocałował swoją kochankę w usta.
-Jesteś piękna. -Powiedział.
-Wzajemnie.
Włożył dłoń pod jej stanik i zaczął miętosić sutek. Jęknęła słodko.
Zdjął z niej stanik. Podnosił jej piersi w górę i w dół. Przeszedł do
okolic pępka. Masaż sprawił, że wyczekiwała jego kolejnych ruchów,
jego wejścia w nią z niecierpliwością. Dłonie włożył między jej uda.
Jęknęła. Powoli, lekko łaskocząc swymi paznokciami, zdejmował z niej
majtki, zatrzymał je na poziomie kolan. Zostawił jej ustom smak
francuskiego pocałunku i zaczął masować łechtaczkę. Jęknęła. Dłuższą
chwilę zajęła mu ta zabawa, po czym włożył penisa do pochwy.
Zaatakowała ich fala radości. Ekstaza, całkowity orgazm musiał się
jednak kiedyś skończyć. Wyjął członka, a ona szepnęła:
-Jeszcze.
Zamiast tego w jego dłoni pojawiło się mydło w płynnej formie. Zaczął
go nakładać na jej ciało szybkimi ruchami. Plecy, szyja, piersi,
brzuch. Przy kroczu była bliska dojścia, ale nie pozwolił jej na to.
Dłonie, stopy, łokcie, kolana. Pocałował ją i włożył penisa do pochwy.
Orgazm. Wyjął członka, a ona mu na to:
-Jeszcze.
Wybuchnął śmiechem.
-Ty to robisz specjalnie. -Rzucił i wyszedł z wanny. Patrzyła, jak
wyciera się w ręcznik. Założył czyste slipy i odwiązał jedną jej dłoń
z prysznicowego wieszaka. Założył na siebie czarną koszulkę i odwiązał
jej drugą rękę. Nie wychodziła. Założył czarne spodnie, podniósł swoją
panią i postawił na podłodze.
-Mokry jesteś. -Powiedziała.
-Będę miał twój zapach.
Pocałowała go w usta. Włożył adidasy i zaczął wycierać jej ciało.
Dyszała z podniecenia, ale on nałożył na nią czarny, elegancki stanik
i bardzo seksowne, niebieskie majteczki. Zaczął wkładać na nią
sukienkę: po bokach od bioder w dół czarna, zwisająca koronka w
postaci kokardek. Góra miała niebieski, duży dekolt, który to kolor
kończył się przed kolanami.
-Piękna. -Skomentowała, a on ją pocałował.
-Jesteś głodna?
-Tak.
Założył na jej stopy niebieskie obcasy.
-Nie lubię obcasów. -Stwierdziła.
-Ale nosi się je na wyjątkowe okazje.
Zaskoczył ją tym. Nagle pojawili się na placu, którego nie potrafiła
zidentyfikować.
-Gdzie jesteśmy? -Zapytała.
-Campo de’ Fiori, witamy w Roma! Włochy, rzym, jakiś plac. Chodź coś przekąsić.
Zaprowadził ją do restauracji, która składała się wyłącznie z
czerwonego koloru. Usiedli przy stole, na fotelach.
-Jedzenie też tu podają na czerwono? -Zapytała.
-Może nie, może tak. Co zamówić?
-Coś włoskiego.
Podszedł kelner, porozmawiał z Astarothem i odszedł. Niedługo
wniesiono na stół dwa dania w postaci Risotto di Zucca. Na pierwszy
rzut oka jedzenie wyglądało na lekki posiłek.
Zjedli w milczeniu, popili białym winem. Demon chwilę przyglądał się
swej damie, położył na stole pieniądze, wziął za rękę Likame i
wyprowadził ją przed restaurację.
-Mam dla ciebie niespodziankę, kochanie. -Rzekł. Zawiązał opaskę na
oczach, pocałował w ucho.
Przeszli parę kroków. Zdjął z niej opaskę i zobaczyła przed sobą coś,
co wyglądało na sklep jubilerski, tyle, że z nazwą włoską. Znowu
gdzieś się przenieśli.
-Via Montenapoleone, jedna z najdroższych ulic handlowych na świecie,
swego czasu uznawana za najdroższą, ale przebiła ją Piąta Aleja w
Nowym Jorku. Teraz pani wejdzie, rozejrzy się i wybierze pierścionek.
-Pierścionek? -Jej zaskoczenie było spore, zarumieniła się.
Wkroczyła do sklepu, obejrzała, co ma do zaoferowania, wybrała złoty
pierścień z niebieskim brylantem, na którym nałożono mały, czarny
kryształ. Astaroth zapłacił, schował do pudełka, wyszedł, prowadząc
Likame za rękę.
Zaczęli spacerować.
-Po co to wszystko? -Spytała.
-Bo chcę cię trochę pomęczyć. -Pocałował w policzek. -A dopiero noc nadchodzi…
-Astaroth…
Westchnął. Stanęli przy jakimś drzewie. Mężczyzna uklęknął, wyjął
pudełko, otworzył wieczko i spytał:
-Droga Likame, zechcesz wyjść za mnie?
Zarumieniła się.
-Tak. -Odpowiedziała.
Demon założył na serdeczny zakup pierścień, pocałował jej dłoń, wstał
i przytulił ją do siebie.
-Zaskoczyłeś mnie. -Przyznała. -Demon i ślub…
-A wiesz, co jest najśmieszniejsze?
-Mam się bać?
-Może trochę. Jak wyjdziesz za mnie, to po śmierci będziesz moja,
będziesz moim demonem.
-O, ty złośliwy!
-Nie żartuję, kochanie. W trakcie ślubu składa się przysięgę, która
pieczętuje dwie istoty i to niezależnie od tego, jakiego one są
rodzaju.
-Przed księdzem katolickim?!
Śmiała się.
-Dowolnym księdzem, w sumie, ale jak jesteś katoliczką…
-A mówili, że demony nie mają wstępu do kościoła.
-Plotki. Niektóre z nas boją się wody święconej, ale jej szkodliwość
na nas to też plotki.
Pocałowała go w usta.
-Tak, kochanie. -Powiedział. -Chodźmy to uczcić. Wino, piwo, na co masz ochotę?
-Piwo. Włoskiego nie próbowałam.
Ruszyli przed siebie. Zapadał zmierzch. Lekki wiaterek dmuchał w ich ciała.
-Ładna pogoda. -Stwierdziła.
-Ty jesteś ładna.
Znaleźli jakiś bar, przysiedli przy stoliku, mężczyzna poszedł zamówić
napoje. To dziwne – być zaręczoną… I w dodatku może wyjść za demona
na imprezie, która godzi w takie siły. A on tak się postarał! Ładny
ten pierścionek, jakby specjalnie zrobiony dla niej. Ciekawe, od kiedy
to planował? Bo jakoś nie chciało jej się wierzyć, że takie rzeczy są
produkowane. I zrobił to bardzo romantycznie. Jest w związku, w
związku, który daje szczęście i w sumie tylko to się liczy. Ech, a
poznała Astarotha całkiem nieciekawie. Ale w końcu to demon, czego się
od niego spodziewać. To takie niewiarygodne, że on postanowił tak
uhonorować te ich mizianie się, bycie ze sobą… Gdyby nie to, że
zależało jej na przyjaciółce, mogłaby śmiało powiedzieć, że ten demon,
ten brunet, ten piękny mężczyzna, który postawił przed nią piwo i się
przysiadł, jest całym jej światem. I robi tyle dobrego dla niej…
-Robisz tyle dobrych rzeczy. -Powiedziała.
-Przeszkadza? Mogę zmienić, ale nie lubię być świnią.
-Jesteś demonem.
-Jestem demonem, który lubi droczyć się, lubi zło, ale generalnie, dla
miłości jest w stanie zrobić tyle dobra, ile się da.
Westchnęła.
-I tak, jak niebo się rozwaliło -rzekł -za bardzo nie ma znaczenia,
kto jest kim.
Rozmawiali swobodnie o wszystkim i o niczym, unikali ciężkich tematów.
Piwo miało ciekawy smak – taki włoski, ciepły. Rudowłosa była
kompletnie odprężona, w czasie kąpieli zrzuciła z siebie ciężar dnia i
nocy.

-Nie za szybko się zdecydowałeś na zaręczyny? -Zapytała, gdy miała
przed sobą drugą szklankę alkoholu. Usiadła na kolanach swego demona.
-Nie, mógłbym mieć milion kobiet, ale chciałbym jedną, której serce
całkowicie należałoby do mnie. -Pocałował ją, włożył dłoń pod stanik i
zaczął bawić się sutkiem. Jęknęła. -Miałbym pewność, że mnie uwielbia,
a nie nienawidzi.
-Ojej, jestem wyjątkowa.
-A ty myślałaś, że dlaczego tak się staram ciebie przekupić?
Zachichotała.
-Jest w tym jakiś haczyk? -Zapytała.
-Powiem ci po fakcie.
-A co, boisz się, że ucieknę, jak się dowiem?
-Nie uciekniesz, chyba, że uratuje to twoje życie.
-Co? -Popiła piwem.
-Jakbym miał decydować, związek, czy twe życie, to wybieram to drugie.
-A ja nie. Jak żyć to dla kogoś, życie bez nikogo to bez sensu.
-Czyli całkiem bez sensu chcesz umrzeć ze mną?
-Nie bez sensu, bo umierając z tobą nie stracę sensu życia, przeżyję
go całe z sensem, czy to nie piękne?
-No, ludzie ponoć nie chcą umierać…
-To się nazywa poświęcenie. Kiedyś słyszałam, że jakaś kobieta zmarła,
a dzień później zrobił to jej ukochany, bo nie mógł bez niej żyć. Czy
to nie jest piękne? Piwa!
Kelner podał jej trzecią porcję trunku.
-A jesteś jeszcze trzeźwa?
-Tak, padam dopiero po szóstym. -Chichotała.
-Tak, tak, a na mnie ziemskie jedzenie nie działa, a widzę, że ty trochę…
-Astaroth, każda kobieta jest pijana, jak ktoś jej się oświadczy.
-No to uważaj, bo cię zapiję i wykorzystam.
Zaczęła go całować w szyję.
-A może to ja cię dziś zgwałcę? -Szepnęła mu do ucha.
Wyszli z lokalu i powolnymi kroczkami kierowali się w stronę czegoś,
co wyglądało na zabytkową kamienicę, ustawioną na rogu ulic, bardzo
zadbaną i pomalowaną na biało.
-Teraz idziemy do Westin Excelsior. -Powiedział demon. -Jeden z
najdroższych hoteli na świecie.
-Ale ty mnie dziś rozpieszczasz. -Wtuliła się w jego ramię.
-To dobrze?
-To barszo… e, bardzo dobrze.
-Już się spiłaś.
Z uśmiechem na twarzy weszli do stylowego wnętrza pięciogwiazdkowego
hotelu. Podeszli do lady, demon zapytał po włosku, czy jest pokój,
jeden, dość skromny apartament znalazł się na czwartym piętrze.
Zjawili się w apartamencie z beżowymi kolorami, z łóżkiem z
baldachimem. Położyli się na nim, zaczęli się rozbierać wzajemnie: ona
jego, on ją.
Nim jednak skończyli, Likame zasnęła. Demon westchnął. Musi być
zmęczona tym wszystkim, pomyślał. Pocałował swoją wybrankę w czoło,
wstał, włożył na siebie odzienie i po prostu wyszedł w ciepłą, rzymską
noc.

* * *

Obudziła się w swoim łóżku, bez ukochanego. Była naga. Spojrzała na
okno, za którym malował się szary widok: stare, zaniedbane kamienice i
chmury na niebie. Na krześle zauważyła niebiesko-czarną bieliznę oraz
sukienkę: czarna, z niebieskimi, koronkowymi serduszkami. Wzięła
odzienie i zaczęła się ubierać. Nie wiedziała, która godzina, nawet
nie była przekonana, iż wie, jaki jest dzień. Zatrzymała się na
chwilę, gdy jej wzrok natknął się na pierścień na serdecznym palcu
prawej dłoni. Piękny. I ona należy do Astarotha. W końcu wstała i
przeszła do gabinetu. Tam demon siedział przy biurku, z laptopem i coś
w niego klepał.
-Co robisz? -Zapytała.
-Pracuję, trzeba nadgonić zaległości z Phobosem.
-Dziś jaki dzień? -Podeszła do niego i przysiadła. Mężczyzna machnął
dłonią, na blacie pojawił się talerz z tostami. Sięgnęła po jednego.
-Sobota, godzina dwunasta. Około godziny temu zaczęło padać, temperatura…
Wybuchnęła śmiechem.
-Rozpieszczasz mnie. -Pocałowała go w policzek. -Też bym musiała nadgonić pracę.
-Z kodem może i ci pójdzie, nie wiem, co z zatrudnianiem ludzi.
-Też, też.
Wstała, wzięła z kanapy laptopa, postawiła na biurku, włączyła,
zaczęła drugiego tosta i zamyśliła się.
-Włączył się. -Stwierdził.
Przysiadła, włączyła oprogramowanie do pisania kodów i ziewnęła.
-Jeszcze się nie wyspałaś?
-No bo właściwie większą część kodu mogłoby dla nas wykonać Dragon
Arch, ale będzie to krocie kosztowało, bo firma i firma, a w dodatku
prawie nic nie wiem, co dalej.
-Mnie się pytasz, to ty jesteś geniuszem, aczkolwiek proponowałbym
zająć się jakimiś kontraktami rządowymi, czy coś, skoro Phobos ma dbać
o bezpieczeństwo narodowe i takie tam.
-A, racja. Muszę zadzwonić do pewnego człowieka. Telefon?
Podał jej najnowszy model Nokii XpressMusic. Wklepała numer i zadzwoniła.
-Halo? -Odezwała się. -Tu Likame, z biura Dragon Arch i Phobosa. Tak,
dzwonię w sprawie pracy. Zechciałby pan dziś na piętnastą się zgłosić
w sprawie… Ale mnie nic nie obchodzi, że dziś sobota…
Bezpieczeństwa narodowego również nie obchodzi pańskie przyjęcie. Może
pan nie brać tej roboty, kogoś innego zatrudnię. Dlatego pan dostanie
podwyżkę adekwatną do zadań. Dowie się pan więcej, jak pan się tu
stawi. Do zobaczenia. -Rozłączyła się.
-Kazałaś mu zwiewać z przyjęcia?
-Tak, chciałam ci dostarczyć pokarmu.
Zachichotał.
-O. -Stwierdził. -Dziewczyny rozpoczęły akcję.

* * *

Agafe opierała się o ścianę. Ciężko oddychała. Nad prawym uchem miała
zaczerwioną skórę, z niektórych miejsc leciały strużki krwi. Przy niej
stała niska kobieta o włosach z czekolady. Ubrana w zieloną sukienkę,
patrzyła na swe dzieło. U jej stóp leżały pukle włosów.
-Mogłabym zacząć wyrywać ci włosy z czulszych miejsc -powiedziała -ale
to na głowie obdarowałaś mnie czekoladą. Więc będę kontynuować tu.
-Proszę…
Rozległo się pukanie.
-Masz szczęście. Jak wrócę, skończymy to dzieło.
Taju wyszła. Więzień siedział, spięty i czekał. Nie powinien sobie tym
zawracać głowy. Wróci, kiedy wróci, po co myśleć, że to już niedługo?
Zamknął oczy. Nie wiedział, ile czasu minęło, gdy drzwi zaskrzypiały.
Drgnął i spojrzał na wepchniętą do wnętrza dziewczynkę w burce.
Gospodyni trzymała ją za włosy.
-Co ukradłaś?! -Wrzasnęła.
Kopnęła Fadwę w brzuch, ta padła na podłogę. Agafe zamknęła oczy.
-A ty co?! -Zwróciła się do torturowanej, podeszła do niej i chwyciła
za brodę. -Patrz, jak ta złodziejka się męczy ze mną! Już raz tu się
zakradła i znów to robi! Czy tak można?
-Nie chcę patrzeć.
Dostała lewym sierpowym w nos.
-Będziesz.
-Nnie…
-Nie? To może chcesz za nią zostać ukarana? Bardzo to inteligentne,
kolejna zabawa już za tobą, parę dni spokoju. To jak?
-Nnie…
Dostała prawym sierpowym pod oko. Skuliła się. Nie, nie, nie. Chcę,
żeby to się już skończyło, co mam zrobić, żeby to się skończyło…
Fadwa powstrzymywała się od jakiejkolwiek reakcji. Jeszcze nie teraz,
myślała, choć obraz męczonej Agafe przypominał o pobycie wśród
muzułmanów. Chyba jej złodziejskie działanie wytrąciły z równowagi
oprawczynię, a może i nie. Pościel zakrwawiona, gdzieś na podłodze
kłaki włosów, to nie przypominało miłego miejsca. I jakieś prochy z
papieru. Widziała, jak Taju bierze nadgarstki władczyni smoków, daje
je do tyłu, skuwa kajdankami.
-A teraz główny punkt programu. -Rzekła czekoladowłosa pani. Włożyła
do ust Agafe knebel.
Fadwa zbladła. Aż tak gospodyni jej nie znosi? Niby miała do czynienia
z demonem, a demony są okrutne, ale… ale…
Skuty więzień wygiął się całym ciałem. Nie czuł dłoni, zamiast tego
miał jeden wielki płomienny ból.
-To wszystko. -Powiedziała Taju i wyszła.
Fadwa obserwowała, jak towarzyszka zwija się z bólu, którego sprawcą
był ogień piekielny. Powoli podeszła do cierpiącej. Wyjęła z kieszeni
nóż, na którego końcu znajdował się błysk w postaci żółtej,
sześcioramiennej gwiazdy. Dotknęła nim obu dłoni kobiety, a następnie
przecięła okrągłe obramowanie nadgarstków.
Agafe przestała się wykręcać. Dyszała, pot ściekał jej z czoła. To już
ma za sobą. Chwila milczenia, muzułmanka wyjęła z ust torturowanej
knebel. Wtedy władczyni smoków spojrzała w twarz swej wybawicielki i
się rozpłakała.
-Spokojnie. -Powiedziała muzułmanka. -Zaprowadzę cię do Likame, tylko
musisz mi dać dłonie.
-Likame?
-Mamy umowę, ja ciebie stąd wyciągam, a ona daje mi dwa lata cierpień. Więc…
Chciała wziąć dłonie Agafe, ale ta dała je za plecy.
-No co jest? Chcesz wolności?
-Za cierpienie?… Nnie.
-Agafe, ona się na to zgodziła.
-Nnie zgadzam się! Nnie! Nie chcę!
Łzy poleciały jej po policzkach. Fadwa mogłaby siłą wziąć ręce
rozmówczyni, ale kwestia, dlaczego ta nie chce przestać być
torturowana, zaciekawiła ją.
-Dlaczego?
-Jeśli dwa lata… ona nie… ja już… wystarczy, że ja…
-Utrzymujesz, że lepiej, aby cię męczyli? Nie będę taka okrutna, jak Taju…
-Nnie, nie powinna przeze mnie…
-Ale czemu? Czemu ci na niej tak zależy?
-Bo zrobiłaby to samo dla mnie… bo ona nie może… bo ona…
-Śmiało.
-Ją jedną mam….
-A Kosashi, George? -Zmarszczyła brwi. No właśnie, co z nimi?
Teoretycznie zakochani, powinni wspierać.
-Kosashi, on… -Urwała. -George mnie nie kocha….
-Kosashi  co?
-Kosashi mnie tu dał…
Zapadło milczenie.
-Właściwie, mogę cię zmusić siłą…
-Nnie! Nie rób…
Agafe się skuliła.
-Spokojnie. Jestem ci coś winna… Nawiasem mówiąc, przepraszam, że
poprzednim razem potraktowałam cię w tak chamski sposób. A teraz…
dziękuję za dziś. Właściwie, dlaczego to zrobiłaś? Dla mnie zwłaszcza?
-Bo ja… nie chcę patrzeć… nnie chcę wiedzieć, co czeka…
Okryła ich cisza.
Demon nadal mógł wypełnić misję i otrzymać dwa lata cierpienia Likame.
Zapłata spora, ale przed sobą miała wrak człowieka, istotę, która
prosiła, by jedyna osoba na świecie, która ją wspiera, kocha,
pociesza, odwiedza, martwi się o nią, nie cierpiała tylko dlatego, że
ona też cierpi. W dodatku Fadwa była podwójnie winna czegokolwiek
władczyni smoków. Przeprosiny przeprosinami, ale co z tego? Czy
darowanie wolności, szczególnie za taką cenę, sprawi, że spłaci swój
dług? Za ogień piekielny? Za zdradę? A jak jedna cierpi, to druga też,
ostatnio miała przed sobą Likame, która była ponura, smutna. Jedna
drugą chce uratować, kółko wzajemnej adoracji. Może znacznie lepsze
byłoby przerwanie tego kółka? I co z Kosashim, tym, który niby ją
kocha? A może by tak…
-To powiadasz, że Kosashi cię tu wsadził? -Zapytała.
-Tak…
-I rozumiem, że zjawia się od czasu do czasu i cię męczy, drań. To ja
może poczekam na Taju.
-Ona może… nie będzie za… jej może nie być trochę.
-Ja myślę, że impreza jest tego warta. Masz może ochotę na wafelka?
-Podała jej klasycznego, orzechowego wafla. Zaczęły się nim
posiłkować. -Przykro mi, że musisz przebywać w moim towarzystwie, ale
jestem najlepszą włamywaczką.
-Nie szkodzi…
-Opowiesz mi coś o Likame? Dlaczego ją kochasz?
-Bo ona jest kochana. Taka… Zrobi dla mnie… Przypalali jej stopy…
-Kto?
-Muzułmanie…
-Ona była u muzułmanów?
-Bo za mnie chciała i… ja ją… ja…
-Jakie to urocze. Wiesz, lepiej mieć takiego jednego przyjaciela, niż
stadko takich, którzy w potrzebie o tobie zapomną. Zazdroszczę.
Agafe zaczęła się kiwać.
-Coś jeszcze o niej powiesz? -Podała Agafe szklankę wody. -Jak się
poznałyście…
-Nie pamiętam… Dawno, przy gobanie… na Nudnym Świecie. Spędzałyśmy
ze sobą dużo czasu. -Odprężyła się. Dobre wspomnienia były tarczą
przeciw smutkowi. -Kupiła mi raz bilet do Krakowa, bo mnie się
skończyły pieniądze. Dała skarpetki, do… często chodziłyśmy na lody,
ona stawiała. Dla mnie zawsze miała czas…
Z tymi słowami szła jakaś tęsknota. Władczyni smoków mówiła tak, jakby
najlepsze miała już za sobą. Fadwa była zaciekawiona przyjaźnią między
tymi paniami. Co powodowało, że one tak się kochały? Może Agafe nie
miała wyboru – trzymała się jedynej osoby, która ją kochała, ale
Likame? Co widziała w tym człowieku? Co prawda przy pierwszym
spotkaniu też miała miłe wrażenie, ale…
-Musiałaś być kiedyś szczęśliwa. -Stwierdził demon.
-Nnie.
Właścicielka Nirgiza sprawiała wrażenie, jakby miała jakieś wyrzuty sumienia.
-Nie?
-Bo ja… studiowałam pedagogikę i się zawiodłam, ale… no… ja…
-Zwykle ludzie nie mają problemów z demonami. Często się żywimy…
Otworzyły się drzwi. W wejściu stanęła gospodyni. Fadwa błyskawicznie
podniosła się, uśmiechnęła się i zjawiła się przy Taju. Swój nóż
przystawiła do jej szyi.
-A teraz -rzekła muzułmanka -teraz się zabawimy. Gdzie jest ten kutas?
-Jaki?
-Kosashi, tylko nie gadaj, kurwa, że nie wiesz. Chcesz, żebym cię
zabiła? Bo ja bardzo.
Zakładniczka stęknęła.
-Zaraz tu będzie.
Po chwili pojawił się demon. Zaskoczył go widok noża w dłoni Fadwy.
-Co? -Zapytał.
-Mam problem. -Stwierdziła włamywaczka. -Nawiązałam umowę z Likame, z
której nie mogę się wywiązać, ale chcę, by widziała to, co za chwilę
zrobię tej suce.
-Nic nie zrobisz. -Rzekł Kosashi.
-Zrobię…
-POWIEDZIAŁEM!
-Dobrze, ale pod kilkoma warunkami.
-Więc, po pierwsze, przywołasz Likame. Po drugie… Odpowiesz szczerze
na parę pytań, a po trzecie, wykonasz pewną rzecz, być może będziesz
miał u mnie dług.
Mężczyzna warknął. Pstryknął palcami. Obok niego zjawiła się rudowłosa
z Astarothem u boku. Wyglądała na zdezorientowaną. Pobiegła do swojej
przyjaciółki i objęła ją.
-No już dobrze, dobrze będzie. -Szepnęła jej do ucha.
Władczyni smoków pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć, że to
nieprawda, ale nie umiała tego zrobić. Kobiety spojrzały na Fadwę.
-Chciałabym -powiedziała -żebyście wstały, bo to będzie bardzo uroczysta chwila.
Właścicielka Archa wstała, podnosząc swoją towarzyszkę. Przytrzymywała
ją i powoli zaczęła się orientować w sytuacji.
Muzułmanka poprowadziła Taju w stronę Kosashiego.
-Mam ochotę ich pozabijać -wyznała -ale doszłam do wniosku, że o wiele
lepsze od śmierci jest upokorzenie. Kosashi, odwróć się w stronę swej
ukochanej.
Fadwa musiała wstrzymywać śmiech, Astaroth podobnie. Zaraz ktoś
zostanie ukarany.
-Dobrze. A teraz, moje zabaweczki uklękną.
Nikt nie zareagował.
-Klęknijcie przed WŁADCZYNIĄ SMOKÓW! -Rozkazała i nacięła skórę na
szyi zakładniczki.
Dlaczego ona, Taju, musiała klękać przed jakąś kurwą? Królowa, zamiast
honorów, dostała to, co uprawiała na swoich poddanych. Znowu? Ale
Kosashi zaczyna ją kochać. A jak zaczyna, to głupio umierać na
przedpolu radości. Padła na kolana.
On, podrzędny książę piekieł wielokrotnie kłaniał się wyżej
postawionym sukinsynom, ale zawsze ich zabijał. Chce, aby Taju żyła,
dlaczego tego chce? Czuł coś do niej, coś mu ta suka zrobiła. Ale ma
klękać przed osobą, która nie chce go kochać? I pewnie do tego jeszcze
nienawidzi… Padł na kolana.
-A teraz, Kosashi -odezwała się złodziejka. -Odpowiesz szczerze na
parę pytań. Szczerze! Jak się ważysz skłamać, to ta suka zdechnie!
Zrozumiałeś?!
-Tak.
-Kochasz Agafe?
Spojrzał na nią, na swoją panią. Wyglądała na wycieńczoną, choć nadal
była piękna. Dlaczego ona go nie kocha? A on, czemu nie jest takim
dobrym demonem, jak Astaroth, czemu on nie rozumie tego, jak się
kocha? Bo przecież chciał posiąść Agafe. Ale czy chcieć znaczy kochać?
-Nie wiem. -Odpowiedział.
Rudowłosej wydało się, że przyjaciółka zasłabła. Ten skurwiel ma
czelność twierdzić, że nie wie, czy kocha tę, którą tak krzywdzi.
-Rozwiń. -Rozkazała Fadwa.
-Chciałbym ją mieć dla siebie, ale mam wrażenie, że nie potrafię jej
tego pokazać. Ale umieściłem ją dla ochrony przed Nyssą.
Muzułmanka myślała, że zwali się ze śmiechu, ale nic nie pokazała po sobie.
-A Taju? Co do niej czujesz?
-Ona mi coś zrobiła. Chciałem ją zabić, ale postanowiłem dać trzecią
szansę i coś mi zrobiła. Czuję coś do niej… bliskość… chcę, żeby
żyła.
-To dobrze. A teraz, książę Kosashi przeprosi szanowną Władczynię
Smoków i poprosi o wybaczenie za to, co jej zrobiłeś, za to, co jej
robisz i za to, co jej możesz zrobić. Błagaj!
Czy to nie za wiele? Co on jej właściwie zrobił? Chciał ją chronić,
chciał tylko pozbyć się Nyssy, chciał ją posiąść, chciał… ale ona,
Władczyni Smoków, na twarzy miała wymalowane cierpienie, na ciele
miała narysowane wycieńczenie. A może to jest sposób, aby go
pokochała? Choć trochę obdarzyła go serdecznością?
Schylił głowę i powiedział:
-Przepraszam.
Chwila oczekiwania i książę Kosashi rzekł:
-Błagam o wybaczenie za to, co ci zrobiłem, za to, co ci robię, za to,
co ci mogę zrobić. -Słowa wydobywały się z niego z trudem, ale starał
się, by brzmiały spokojnie.
Fadwa spojrzała na Agafe i zapytała:
-Władczyni Smoków, przyjmujesz przeprosiny i mu to wszystko wybaczasz?
Ta przełknęła ślinę i powiedziała cicho:
-Nnie. Nie wybaczam.
-To masz problem! -Skomentowała muzułmanka i schowała swój nóż do
kieszeni. -Dziękuję za miłe towarzystwo i życzę powodzenia.
Zniknęła za drzwiami, coś stłukła i nikt już jej nie widział.
Likame stała, jak wmurowana w ziemię. Złodziejka miała przecież
wykraść Agafe, a tymczasem uciekła. Zdradziła?
Demony wstały. Ten, co zakochał się we władczyni smoków podszedł do
niej i zapytał:
-A co mam zrobić, żebyś mnie pokochała? Skazać na śmierć od Nyssy?
Agafe zadrżała. Czuła, jak włosy stają jej dęba. Jest zły. Co on jej zrobi?
Dostała otwartą dłonią w policzek.
-Ej, zostaw ją! -Krzyknęła rudowłosa.
-Agafe -zaczął Kosashi -nie wiem już, co mogę dla ciebie zrobić, byś
była szczęśliwa. Chciałaś żyć, więc ci je dałem. Czekoladki na ciebie
nie działają, co na ciebie zadziała?!
Władczyni smoków zacisnęła dłonie na ubraniu przyjaciółki. Demon to zauważył.
-Jak cię wpuszczę do Nudnego Świata -zaczął znów -to Nyssa cię
dopadnie i tak się tobą zabawi, że będziesz miała Taju za igraszkę.
George’a już ci zabrałem, może czas na nią?
-Nnie! -Wrzasnęła. -Nnie krzywdź!
-Nie krzywdź, nie krzywdź. Miłość wszystko wybaczy… powiedz mi, jak
mam do ciebie dojść? Co zrobić, żebyś choć trochę mnie polubiła?
-Ona… niech będzie bezpieczna… szczęśliwa… starczy.
-I co ja za to otrzymam? Ciebie?
-Ja…
-Ciebie?!
Zachlipała. Czekali. Astaroth podszedł do rudowłosej i zakrył jej usta
dłonią. Szepnął:
-Sensowniejsze będzie cierpienie za coś.
-Ciebie?! -Wrzasnął Kosashi. Uderzył ukochaną w brzuch.
-Mnie. -Szepnęła.
Chwycił ją za włosy i wyrwał z uścisku przyjaciółki. Likame chciała
zareagować, ale mocny uścisk narzeczonego jej to uniemożliwiał. Czuła
na policzkach łzy, na plecach dreszcze.
Rzucił władczynię smoków na podłogę i powiedział:
-Może niepotrzebnie zależało mi na tym, byś mnie kochała.
Podciągnął zieloną sukienkę Agafe do góry. Ta próbowała się opierać,
ale była za słaba.
-I tak nic nie zrobisz. -Szepnął Astaroth do swej ukochanej.
Zdjęła jego dłoń z ust i powiedziała:
-Nie mogę na to patrzeć. -Głos jej się załamał.
Astaroth spełnił jej życzenie.

Sekunda dezorientacji i wiedziała, że zjawili się na białej
płaszczyźnie. Stała, jak skamieniała, blada, z ciężkim oddechem.
Starała się dojść do tego, co się stało.
-Ja to widziałam? -Zapytała.
-Tak.
Chciała wypowiedzieć słowa, które bolały, ale nie mogła ich z siebie
wydusić. Niektóre są zbyt bolesne. Spojrzała na swego partnera i
powiedziała spokojnie:
-Ja go zabiję.
-Dobrze.
-Ja go zabiję! -Krzyknęła. Na chwilę zamilkła. -A co z tobą? Mogę cię
przez to stracić?
-Możesz. Ale -przytulił ją do siebie -nie stracisz.
-Obiecujesz?
-Obiecuję. Ale chyba nie mogę cię za bardzo kryć przez to.
-Nie szkodzi…
Pocałowała go.
-Dlaczego Fadwa jej nie pomogła? -Spytała cicho.
-Bo postanowiła spełnić życzenie Agafe. Najlepiej to ona sama ci to wyjaśni.
Pstryknął palcami. Muzułmanka zjawiła się na wysokości pięciu metrów i
spadła na podłoże. Wstała. Miała na sobie białą koszulę i wyglądała na
wściekłą. Krzyknęła:
-Kradłam!
-Przykro mi. Porozmawiajcie, a ja załatwię wykonanie umowy między
Agafe a Kosashim. -Astaroth zniknął.
-Umowy? -Zdziwiła się Fadwa, siadając wygodnie. -Ja ze swojej strony
wykonałam wszystko, co mogłam.
-Miałaś ją uratować!
-Posłuchaj, dałam jej wybór. Być może nie powinnam jej mówić o naszej
umowie, ale wy wplątałyście się w fajne kółko zależności: ona ciebie,
ty ją. Może lepiej by to…
-Nie!
-Chciałam ją siłą, ona poprosiła, żeby nie robić jej krzywdy.
-Westchnęła. -Jest taka słodka. I sądzę, że jest władczynią smoków, bo
ma w sobie urok. I dużo magii.
-Gówno mnie to obchodzi! To nie są argumenty!
-Może i nie. -Wzruszyła ramionami. -Porozmawiałyśmy. I wiesz, co mi
powiedziała? Powiedziała, że skoro ona jest w takiej, a nie w innej
sytuacji, to nie warto jej przerzucać na ciebie. Że ona już tyle
przeszła, że jest jej wszystko jedno. Powiedziała, że jesteś kochana i
wie, że zrobiłabyś to samo dla niej.
Likame zacisnęła pięści.
-Mówiła też -kontynuowała złodziejka -że poświęciłaś się dla niej, jak
byłyście u tych islamskich sukinsynów. Chyba ją nauczyłaś takiego
postępowania.
-Bo gdybym tego nie zrobiła, to bym ją straciła! Ona mnie wtedy…
-Zmarszczyła brwi.
-Tak czy siak, miała przez to wyrzuty sumienia. Bardzo jej zależało,
żebyś była szczęśliwa. Wyglądało na to, że jest w tobie bardzo
zakochana.
-Tak zakochana, że sprzedała się za moje bezpieczeństwo. Zabiję gnoja!
-Chętnie bym pomogła, ale nie chcę za nią ryzykować życiem. Może i
jestem jej coś dłużna, ale wątpię, żeby moje poświęcenie coś jej dało.
-Możesz spróbować. Jesteś szybka i masz ten dziwny nóż.
Fadwa wyjęła ostrze z sześcioramienną gwiazdą, błyskiem na końcu.
-Ten nóż -zaczęła -jest magiczny, ale nikt do końca nie wie, jak go
kontrolować. Potrafi przeciąć kajdany, potrafi ugasić ogień piekielny,
ale głowy nie dam, że potrafi zabić demona. Bo zabicie demona, tak na
amen, wiąże się ze śmiercią jego duszy. A tylko dwie osoby wiedzą, jak
tego dokonać: Kosashi i Nyssa.
-Sprzedasz go?
-Nie. Jest zbyt wartościowy. W złodziejskim fachu przydaje się jako
straszak. -Uśmiechnęła się. -A nawet jeśli, to tobie bym go nie dała.
-Dlaczego?
-Umowa jest wiążąca, ja coś dam, ty mi coś dasz. Jedynego, czego mogą
chcieć demony, to albo służba dla nich, albo bycie formą jedzenia.
Agafe by tego nie chciała.
-Nie pomagasz.
-Nie wiem, jestem demonem i nie jestem zobowiązana do pomagania. Ale
fakt, że upokorzenie Taju i Kosashiego może nie starczyć, by jej się
oddłużyć.
-Upokorzenie?! Czy ty wiesz, co on…
-Słyszałam jakieś plotki, że ją zgwałcił. Skurwysyn. Też chętnie bym
go zasiekała, ale jestem za słaba. Jak myślisz, Nyssa zwiększy mi moc,
jeśli jej się oddam?
-Nie. -Padła odpowiedź Kariny, która ni z tego, ni z owego zjawiła się
u boku swej pani. Miała na sobie elegancką, białą sukienkę. -Pani,
właśnie rozmawiałam z tym człowiekiem, którego dziś zabrałaś z
przyjęcia.
-Niech się pieprzy. Fadwa, schrzaniłaś.
-Ja naprawdę chciałam wykonać misję, ale jej prośba… “proszę, nie
rób mi krzywdy”, nie mogłam się temu oprzeć. Przepraszam. O, wiem, co
mogę wam dać za darmo. -Uśmiechała się niewinnie.
-Ty, za darmo?
-W zamian za przeniesienie mnie na wzgórza piekielne. Prawda, że to nic?
-Nie umiesz się teleportować?
-Nie mam takiej mocy, wybrałam szybkość i takie tam, bardzo przydatne
w fachu złodziejskim. Ale Astaroth obiecał mi oddać jedną
teleportację, właśnie z Agafe, w zamian za jakąś pierdołę, już nawet
nie pamiętam, za co. To co, umowa stoi?
-Stoi.
-Więc w ognistym lesie leży sobie pewien anioł i jest nieprzytomny. A
teraz proszę zapłacić.
Wyciągnęła dłoń. Rudowłosa miała ochotę coś zrobić rozmówczyni. Była
bezczelna i nie wykonała swej misji. Karina dotknęła ręki muzułmanki,
przekazała jej jakąś świecącą kulkę. Fadwa zniknęła.
-Pani?
Kobieta-demon napotkała wściekłe spojrzenie Likame i cofnęła się.
-Przepraszam. -Powiedziała właścicielka Archa, gdy tylko uświadomiła
sobie, że wystraszyła Karinę. -Jestem… zabiję go. Tylko, że nie
wiem, czy ktoś musi mnie osłaniać.
-Pani, jeśli trzeba, zrobię to.
-Tak, czy inaczej, potrzebuję informacji, gdzie jest Nyssa i co to za
ognisty las z aniołem.
-Pani, ognisty las w piekle to coś na wzór lasu na Nudnym Świecie,
tylko, że zbudowany z ognia piekielnego. Anioł tam wpadł po tym, jak
Nyssa zniszczyła niebo. Jest nieprzytomny, bo gorąco i chyba jest
ranny. Nazywa się Sheez Valceus i jest jedynym, obok George’a,
ocalałym aniołem.
-Ach, George jest aniołem. I gdzie on jest?
-Tu. -Odezwał się George, nagle stając za rudowłosą.
Dostał prawym sierpowym w policzek.
-Za co. -Powiedział i zaczął masować pozostałość po uderzeniu.
-Mógłbyś spróbować jej pomóc, a nie stoisz! Jesteś aniołem i masz
zachowywać się, jak anioł!
-Ale co ja mogę? Jestem słabszy, tchórzliwy i w dodatku próbowałem
nakierować Kosashiego na właściwe tory…
-Tak, tak, Kosashi i właściwe tory. Powiem ci coś. Gdyby nie ty, nie
spotkałoby jej to, co spotkało.
-Ale ja tylko znalazłem władczyni smoków…
-Gówno mnie obchodzą twoje wyjaśnienia. Będziesz mnie krył i to za
darmo. Będziesz!
-Nawet twoim sługą nie jestem.
-Karina?
-Tak, pani?
-Byłabyś w stanie trochę poturbować tego tu aniołka?
Kobieta-demon podeszła do George’a, dotknęła go i powiedziała:
-Tak.
-Zachowujesz się, jakbyś była demonem. -Skomentował anioł.
-A ty zachowujesz się, jakbyś był palantem. A ja po śmierci będę
demonem, więc spadaj. Dla swoich pracowników jestem miła, kiedy
trzeba, ale potrafię ich tak zgnoić, kiedy trzeba. A ciebie, drogi
George’u, trzeba zgnoić.
Karina uderzyła anioła w brzuch. Ten skrzywił się.
-Jestem za słaby, żeby cokolwiek zrobić. -Powiedział i dostał kopniaka
w krocze.
-I dlatego się nie bronisz?
-Chcę cię trochę przekupić.
-Idiota.
-No dobrze, dobrze, będę cię krył…
-Tak, a jak mam mieć pewność, że to zrobisz?
-Jesteś straszna, słowo anioła się nie liczy?
-TWOJE słowo się nie liczy!
George wykręcił rękę swojemu oprawcy.
-Cóż -rzekł -zakochałem się w Agafe, ale Nyssa czy Kosashi prędzej czy
później i tak by do niej dotarli i sobie wzięli.
-Nie mów o niej, jakby była rzeczą.
-Problem polega na tym, że ona… Tak sobie ubzdurał Kosashi, a być
może i Nyssa.
-Jakbym nie widziała tego. Ja nie rozumiem, czemu on tak… próbowałam
mu wyjaśniać, ale nie! Nic nie dociera do niego. -Potarła czoło. Było
spocone.
-Jest demonem, najwyraźniej nie można żądać za dużo od demonów.
-Taak? Ale Astaroth jakoś potrafi! On… -Zamilkła.
-Ona jest dla niego rzeczą. Tak rozumie miłość – gdy czegoś zapragnie,
to musi to dostać i władać tym.
Nie odezwała się.
Karina wyrwała się i kopnęła anioła w kolano.
-Starczy. -Powiedziała Likame. -Pomożesz mi, George. Karina, dowiedz
się, gdzie jest Nyssa. Bądź ostrożna, jakby nakryła to albo uciekaj,
albo przekaż jej, że twoja pani chce z nią porozmawiać.
-Tak, pani. -I zniknęła.
-Zdradzasz.
Spiorunowała go wzrokiem, po czym chwyciła za koszulę i podciągnęła do
siebie. Zapytała:
-Dla kogo pracujesz, co?
-Dla siebie. Tylko stwierdzam fakt.
Puściła go.
-Powiedz mi zatem, czy warto jeszcze prowadzić Phobosa.
-Myślałem, że znasz odpowiedź. Przecież z tego będzie potężna kasa, a
ty jesteś chciwa i im więcej forsy, tym lepiej.
-Ja już swoje zarobiłam, nie miałam w swoim planie tej firmy.
-Ale zaczęłaś, a co się zaczęło, trzeba skończyć.
-I wykończyć Nyssę. Wszystkim wam należy się wpierdol!
-Może i masz rację. Ale problem z Nyssą polega na tym, że ona
przebiera: tu dobro, tam zło i w zasadzie nikt nie wie, jakie ma plany
wobec świata, a jestem pewien, że jakieś posiada.
-Z logicznego punktu widzenia, odpowiada bardziej złu, niż dobru.
-Więc Phobos…
-Tak. -Westchnęła. Była zmęczona. -Szkoda, że tolerujesz głupotę Kosashiego.
-Powiem, że egoistycznie chcę żyć, a nic więcej, jak porozmawiać z nim
nie mogę. Wiem coś o tym.
-Tak, rozmowa dużo ci da.
Usiadła. Zamknęła oczy.
-A to wszystko przeze mnie -szepnęła.
Poczuła przyjacielski uścisk. Spojrzała na Astarotha, który całował ją
właśnie w szyję.
-Jak tylko zjawisz się w Dragon Arch, do swojej dyspozycji dostaniesz
czterech mężczyzn-demonów, którzy złożą ci przysięgę wierności. Będę
zazdrosny.
Rudowłosa wtuliła się w swego ukochanego.
-Ale jedyny. -Pocałowała go w ucho. -To jest zapewnienie mojego bezpieczeństwa?
-Tak, kochanie. A musisz wiedzieć, że są to silne demony, może nawet
potężniejsze, niż ja.
-Ale nie Kosashi.
-Ciężko znaleźć kogoś, kto dorówna mu siłą. On coś w sobie ma i
większość demonów o tym wie, tylko nie ma bladego pojęcia, co to ma
być.
Osnuła ich cisza. Likame nie miała sił, żeby komentować w jakikolwiek
sposób zaszłe wydarzenia. To, co dziś zobaczyła, wstrząsnęło nią.
Zdążyła się uspokoić, ale tylko na zewnątrz. Zobaczyła coś, w co
trudno uwierzyć. Zaczęła wątpić, czy dobrze zrobiła, uciekając. Nie
mogła pomóc przyjaciółce, nie mogła patrzeć na jej cierpienia, ale…
nie potrafiła odpowiedzieć, co byłoby dla Agafe lepsze.
-Idźmy na piwo -zaproponowała.
-Jakieś konkretne miejsce?
-Ładne.
Wstali i zniknęli. George westchnął. Nie podobało mu się zachowanie
Kosashiego, ale niczego dobrego nie spodziewał się po demonie. A ten
traktuje większość osób, jak śmieci. Już myślał, że ucywilizował tego
potwora, ale nie. Może to niemożliwe? Tym bardziej, że podejrzewali
to, co podejrzewali. Może jednak Nyssa nie jest taka zła? Tylko
dlaczego zniszczyła mu niebo?

* * *

Stary Rynek w Krakowie był zapełniony turystami. Nad sukiennicami
wisiało ciężkie, złote słońce, szykujące się do snu. Wiatr owiewał ich
ciała orzeźwieniem. Kryształy w pierścieniu na serdecznym palcu Likame
zabłysły, kiedy chwyciła rękę Astarotha.
-Małopolska wita! -Oświadczył demon z uśmiechem na twarzy. -Pani sobie
wybierze jakiś lokal.
Ruszyli przed siebie, na prawo. Kobieta przysiadła do wolnego stołu
pod parasolem, nawet nie zwróciła uwagi na to, jaka jest to
restauracja czy kawiarnia. Demon uśmiechnął się.
-Idę zamówić. Coś sobie pani życzy? -Zapytał.
-Zamów, na co masz ochotę. Byle jasne piwo.
-Dobrze.
Kiedy nie było Astarotha, próbowała nie myśleć. Ciągle jednak miała
przed oczyma udręczone ciało kobiety, kobiety, dla której stała się
wszystkim. Było to silniejsze od niej samej. Nie chciała się
przejmować, pragnęła zapomnieć, ale to wydarzenie, jej zachowanie,
strach, przerażenie, jakoś się kotłowało we wnętrzu Likame, nie dawało
spokoju. Narzeczony postawił na blacie dwa piwa i ciasteczka, usiadł
koło swej wybranki i zapytał:
-Czy mógłbym coś dla ciebie jeszcze zrobić?
Przytuliła się do niego.
-Nie mam pojęcia. -Odparła. -Nie mam pojęcia.
-Jestem demonem -stwierdził -ale może powinnaś pomyśleć o dobrych rzeczach.
-Jakich?
-Nie mam pojęcia… Odprężający szum fal morza lub oceanu,
orzeźwiający, właśnie taki wiatr, spacer po plaży, wyobraź sobie
sopockie molo, jak po nim spacerujesz. Niebo jest przejrzyste,
błękitne, pogodne. Oddychasz spokojnie…. -Pocałował ją w ucho.
-Jestem przy tobie, trzymamy się za dłonie. -Wziął tą z pierścieniem i
zaczął delikatnie masować. -Jest ciepłe lato, jest cudowna pogoda.
Spacerujemy sami, bez tłumu. Prawda, że przyjemnie?
-Tak. -Uśmiechnęła się. Zaczęła się odprężać. Wzięła łyk alkoholu. -A
ten szum morza… taki kojący. Masz taki dobry uścisk… Jesteśmy
sami, tak?
-Tak, ale jeśli chcesz, możesz to zmienić. Wszystko możesz zmienić.
Obdarzył ją francuskim pocałunkiem. Czuł, że rudowłosa piękność w jego
rękach zaczyna delektować się wieczorem.
-To chciałabym, żeby ona z nami była. -Szepnęła mu.
-Chciałabym…-Urwała. Po policzku spłynęła łza. -Wciąż ją widzę
umęczoną.
-Nie płacz, kochanie. Zapomnij o niej.
-Zapomnieć? To…
-Zapomnij na teraz, na ten wieczór. Ten wieczór należy do nas.
Wepchnął jej do ucha ciasteczko. Zaczęła jeść.
-Morze spokojne. -Powiedziała.
-Tak, szum fal nas otacza.
-A my na molu leżymy. I się sobą bawimy. Kiedy seksiu?
Zaczęła go głaskać na klacie. Roześmiał się.
-Jak dopijesz piwo, to możemy iść do jakiegoś dobrego hotelu. -Odpowiedział.
Nałożyła się na nich cisza, a oni bawili się palcami swoich dłoni,
wyobrażali sobie molo, piękną, spokojną i zieloną wodę w morzu.
-A wiesz, chyba nie widziałam cię w całkowicie demonicznej pozie.
-Kończyła pierwsze piwo, kiedy to powiedziała. -Masz czarne
skrzydełka?
-Wiesz, ostatnio nie patrzyłem na nie, ale na pewno nie mam różowych.
Zachichotała. Pocałowała go w policzek.
Oboje czuli, że to jest jedna z takich chwil, których się nie
zapomina. Pogodna. Młoda. Spokój panował w ich sercach. To tak, jakby
na całym świecie tylko oni istnieli, a wszystko, co na nim było,
należało do nich. Rządzili otaczającą ich przestrzenią. Pragnęli
siebie. I mieli idealny widok na kościół mariacki. Widok ten odprężał.
Dopili drugie piwo i ruszyli w świat. Nad Krakowem malowała się już
bezgwiezdna ciemność.
-Astaroth?
-Tak, kochanie?
-Jesteś cudowny.
-Znowu się upiłaś?
Wybuchnęła śmiechem. Taką ją lubił: radosną, nie przejmującą się
rzeczywistością. Wyczuwał w niej siłę charakteru, robiły na nim
wrażenie rude włosy, a oczy były najbardziej przyciągające.
Doszli do hotelu Floryan. Widzieli trzy gwiazdki i Likame ruszyła do wejścia.
-Nie za mało gwiazdek? -Spytał demon.
-Ty byś chciał dla mnie od razu dziewięć!
-Nawet dwadzieścia, kochanie.
Całowali się namiętnie, pod okiem całego Krakowa, przy ulicznych
kamerach i zabłąkanych turystach.
-Publicznie nie będę się rozbierała. -Rzekła i wskoczyła niemal do
holu. Demon ruszył za nią.
-Poczekaj, ktoś musi zapłacić za pokój.
Podszedł do lady i powiedział:
-Dzień dobry! Poproszę najlepszy apartament z najlepszym widokiem na
miasto z najlepszymi wszystkimi rzeczami, jakie macie.
Likame powstrzymywała się od śmiechu. Czy jej partner aby nie
przesadza z tutejszymi warunkami? Recepcjonista podał klucz do
jakiegoś pokoju i powiedział:
-Czterysta pięćdziesiąt złotych.
Demon rzucił na ladę pięćset i powiedział:
-Cena za pokój i napiwek.
Para ruszyła w stronę windy. Gdy zniknęła za jej drzwiami, Astaroth
przeniósł ją do wynajętego pokoju. Padli na łóżko i chwilę leżeli obok
siebie.
-Dobrze jest mieć ciebie. -Powiedziała.
Pocałował ją w nagrodę i pogłaskał po włosach.
-Nie pasujesz na demona -powiedziała.
-Bo się zakochałem.
Ona ściągnęła jego koszulę i zaczęła głaskać po brzuchu. Delektowała
się nim, patrzyła w jego oczy.
-Tęsknię, jak cię nie ma. -Szepnęła.
-A jest inny powód, dla którego nie miałbym spędzać całych dni i nocy
przy tobie?
Zachichotała słodko, a on ją delikatnie przytulił. Włożyła rękę pod
jego slipy, dotykała penisa. On włożył dłoń pod jej majtki i zaczął
pieścić jej wnętrze ud. Mieli przyśpieszone oddechy. Włożył drugą rękę
pod stanik i zaczął miętosić sutka. Jęknęła. Zaczął ściągać z niej
majtki – powoli, tak, jakby jeden gwałtowny ruch wystarczył do tego,
aby jej ciało się złamało. Pocałował jej wargi sromowe. Zaczął
języczkiem miętosić łechtaczkę. Podniecenie w nią wstąpiło. Zupełnie
oddała się konsumpcji minetki. Nagle przestał. Nie mogła się doczekać,
kiedy coś zrobi. Zdjął z siebie spodnie i slipy, włożył do jej pochwy
penisa.
Niebiosa zostały otwarte! Wprawdzie na krótko, ale radość i spełnienie
przepełniało ich serca. Astaroth położył twarz naprzeciw niej.
Dotykali swoich dłoni, swojego ciała, złączeni na zawsze. Chwilę
spoglądali na siebie, po czym rudowłosa usnęła.
Demon leżał chwilę. On nie potrzebował snu. Podobała mu się Likame
leżąca, niewinna. Usiadł.
Miał nadzieję, że ten sen będzie dla niej łaskawy, chociaż po
dzisiejszym dniu wątpił w to. Skrzywił się. Kosashi nie był w porządku
wobec Agafe, nawet, jeśli dla niego to zwykła zabaweczka. Bo
zabaweczki także można szanować.
Wstał.
Widział równy oddech rudowłosej piękności na hotelowym łóżku i
pomyślał, że jednak świat marzeń sennych będzie dla niej ukojeniem.
Cicho podreptał do drzwi i wyszedł. On nie potrzebował snu. Zszedł na
dół schodami i wyszedł przed hotel. Nadal panowała noc. Chciałabym ją
zobaczyć przy nas, na molu, pomyślał. Szkoda, że nic nie mogę zrobić.
Gdybym wcześniej nie wykazał się głupotą i nie złożył przysięgi
Kosashiemu, teraz miałbym bardzo dużo możliwości. A z drugiej
strony… Coś by to dało? On zabierałby tu, on zabierałby ją tam…
Potrząsnął głową. Sytuacja zdawała się być beznadziejna. Pokonanie
Nyssy tyle kosztuje… A przecież, gdyby tylko chciała, mogłaby
rozwinąć w sobie dobro. Zaczął spacerować. Był przekonany, że
Uzdrowicielka Rosemary jest w stanie czynić wyłącznie pozytywne
rzeczy, a jak nie wyłącznie, to większość. Czemu ją pociąga zło? Może
to wina egoistycznych bogów? Westchnął. Stary Rynek prawie opustoszał.
Mało ludzi poruszało się o tej porze po placu, większość siedziała
przy knajpach. Nysso, Nysso, co z ciebie wyrosło. Pstryknął palcami i
zniknął.
Zjawił się w białej przestrzeni. Obok miał Karinę, która spojrzała na
niego ze zdziwieniem.
-Co robisz? -Zapytała.
-Chcę pomóc.
-Pani…
-Twoja pani śpi. Co osiągnęłaś?
-Doszłam do wniosku, że ona czai się w piekle, ale pojęcia nie mam, bo
doskonale zakrywa swe ślady.
-Gargulce pewnie pomogą.
-Biedna pani. Nie chcę, żeby było jej smutno.
-Często nie jest, ale to nie był najlepszy dzień.

* * *

Gwałtownie wybudziła się ze snu. Serce szybko pompowało krew, oddech
miała przyśpieszony. Uspokoiła się, gdy uświadomiła sobie widok
znajomego sufitu i to, że naga, pachniała olejkiem różanym. Spojrzała
na otwierające się drzwi. W progu stanął nieubrany Astaroth i trzymał
tacę z winem i talerzem z wieprzowiną z małżami.
Postawił przysmak na stole i powiedział:
-Dla damy wino francuskie z portugalskim daniem Porco a Alentejama,
czyli wieprzowina z małżami. Smacznego. -Pocałował ją w usta.
-Jesteś słodki. -Popiła alkoholem i przystąpiła do jedzenia.
Zapomniała o nocnym koszmarze.
Milczeli. Kiedy zjadła, rzekła:
-Trzeba się zająć pracą…
-Generalnie ja mogę Phobosem, a ty porozmawiasz z Nyssą.
-Słucham? -Była zaskoczona szybkością wykonania misji. Nawet
znalezienie Fadwy zajęło trochę czasu.
-Pomogłem Karinie szukać. Wykorzystałem wszystkie moje pomoce, no i
okazało się, że bawi się przy ognistej rurze. Nie mamy pojęcia, co ona
knuje, bo oprócz ognia nic tam nie ma. Ale nie wygląda, żeby
zamierzała się szybko przenosić.
Przytuliła się do swojego ukochanego i szepnęła:
-Dziękuję.
-Jestem, żeby ci było dobrze.
Pocałowała go i powiedziała:
-A może najpierw seksiu?
-A na ostro czy słodko?
-A na ostro.
Położył ją na łóżku. W jego dłoniach pojawiła się włóczka wełny.
Delikatnie obwiązywał jeden nadgarstek sznurkiem, na piątej pętli
skończył i przesunął rękę za jej plecy. Wziął drugą i zaczął ją
obwiązywać. Skończył na szóstej pętli i postawił obok włóczkę.
Pocałował Likame w usta i zgiął jej kolana. Ułożył tak, by góra nóg
leżała na ich dole. Obwiązał je wełną, całkowicie unieruchamiając.
Było jej niewygodnie. Po kilku pętlach skierował sznurek do nóg łóżka,
obwiązał jedną z nich, zawiązał pętlę tak, aby była napięta. Palcami
zaczął dotykać łechtaczki. Macał ją, pieścił ją. Rudowłosa jęknęła
parę razy i ruszyła się tak, jakby chciała ułożyć się w wygodnej
pozycji. Dotyk Astarotha jednak był gorący, podniecał ją. Demon
przesuwał delikatnie dłonią po jej brzuchu. Całował w szyję.
Uśmiechnął się i wszedł w nią. Oboje doznali słabego orgazmu. Po tym
zabiegu sznur, którym była obwiązana Likame rozsypał się.
-A teraz pod prysznic. -Powiedział i zaciągnął swoją damę do łazienki.
-Mamy dużo roboty.
-Nyssa nas oczekuje?
-Nie wiem, myśmy jej o tobie nie informowali, ale nie zdziwiłbym się,
gdyby tak było.

Biała przestrzeń zakłócana była przez ogromny słup z ognia, który
kończył się pętlą. Wysoka kobieta w obcisłej, czerwonej spódniczce
patrzyła na ten widok i zastanawiała się, czy cokolwiek jest w stanie
mu dorównać. Nie wiedziała, ile czasu obserwuje ognisty słup.
Odwróciła się napięcie, kiedy poczuła czyjąś obecność za plecami.
Podniosła brwi i zapytała:
-Nie umiem przywracać martwych do życia.
Stała przed nią kobieta o rudych włosach, ubrana w czarną sukienkę z
niebieskim napisem ARCH, która odpowiedziała:
-Przyszłam prosić o coś innego. -Miała spokojny ton, zupełnie, jakby
chodziło o kupienie płyty DVD w sklepie.
-Na kolana! -Rozkazała Uzdrowicielka Rosemary.
Likame odczuła to, jakby ktoś uderzył ją w policzek. Uklękła jednak
bez protestu.  Jeśli jej smok ją czegoś nauczył, to właśnie
posłuszeństwa. Nyssa uśmiechnęła się i oświadczyła:
-Możesz mnie o cokolwiek błagać, ale musisz pamiętać o dwóch rzeczach.
Po pierwsze, nikt nie będzie stawiał mi warunków, a po drugie, musisz
mieć naprawdę dobrą ofertę dla mnie, abym przynajmniej chciała ją
rozważyć. Więc czego ode mnie chcesz i co masz do zaoferowania?
Znowu prosi, tak, jak wtedy, gdy zabijała Archa. Zacisnęła pięści,
schyliła głowę i powiedziała:
-Błagam ciebie, droga Uzdrowicielko Rosemary o uwolnienie mojej
przyjaciółki Agafe. W zamian dostaniesz informację o tym, gdzie jest
Kosashi.
-To jakiś żart?
-Dla żartu nie błagałabym ciebie. A błagam i jestem gotowa
zaakceptować twoje warunki.
Otoczyła ich cisza. Pani w czerwonej sukience zapytała:
-Chcesz, abym dorwała Kosashiego? I w dodatku zabrała twojej
przyjaciółce miłość?
Spokojnie, myślała Likame, wszystko sobie po kolei wyjaśnimy.
-Tak, chcę tego.
-To jakiś podstęp, bo mam uwierzyć, że ty chcesz rozłączyć zakochaną w
sobie parę?
-Ona go nienawidzi, bo on ją niszczy.
-W jaki sposób? Opowiedz wszystko.
Narzeczona Astarotha zaklęła w duchu. To mogło okazać się
najtrudniejszym zadaniem. Może mu nie podołać… nawet tak nie myśl,
skarciła się. Przełknęła ślinę i zaczęła:
-Zakochała się w George’u, aniele. Kosashi ich rozłączył, bo uznał, że
sam się w niej zakochał. -To było jeszcze proste. -Ale on i anioł
martwili się, że możesz ją dopaść, więc umieścili ją w piekle. Trafiła
do muzułmanów, za moją namową przeniósł ją teoretycznie w
bezpieczniejsze miejsce, ale i tam… -Urwała. Głos uwiązł jej w
gardle. I nie chciał wyjść. Wiedziała jednak, że Nyssa będzie na nią
naciskać. Powiedziała cicho: -Wziął jej wymęczone ciało i ją zgwałcił.
-Przy ostatnim słowie dźwięk się załamał. Poczuła łzy na policzku.
-Jest inteligentny. -Podsumowała Nyssa. -Jeśli mnie pamięć nie myli,
Agafe jest władczynią smoków, a ty nie zdajesz sobie zapewne sprawy,
co to oznacza.
-Pani -wydusiła z siebie to słowo. -Mnie zależy tylko na tym, by jej
cierpienie już się skończyło.
-No tak, to przede wszystkim człowiek. Jest tylko jeden problem: co
dostanę od niej za wolność?
Rudowłosej zabrakło słów. Klękała, wmurowana w białą powierzchnię i
tylko patrzyła z niedowierzaniem na rozmówczynię. Żądała podwójnej
zapłaty. I nie wiedziała, co Agafe mogłaby dać w nagrodę swojej
wybawicielce, bo w tym przypadku “dziękuję” było czymś
bezwartościowym. Czy to wszystko miało jakiś sens? Albo przynajmniej
zakończenie. Czemu oni uczepili się jej przyjaciółki?
-Nie wiesz. -Stwierdziła Rosemary. -Coś ci powiem: jestem silniejsza
od Kosashiego i samodzielnie mogę go odnaleźć, tylko, oczywiście,
dłużej to zajmie. Zarówno wtedy, gdy mnie więził, jak i dziś, wykazuje
się inteligencją do której nie jestem w stanie dorównać. Ryzykuję więc
jego reakcją. A jeśli chodzi o Agafe… też ryzykuję. Gdy jej moc się
przebudzi, być może zechce mnie zabić, chociażby z czystej
złośliwości. Zabawne jest to, że jak się komuś zabiera moc, to on
umiera, a to mocy władczyni smoków pragnę najbardziej. Więc, pozwól,
że się zastanowię.
-Ile? -Zapytała słabym głosem Likame.
-Nie wiem. Może za parę minut, może jutro, a może nigdy.
-A jeśli jutro już jej nie będzie? Ja mówiłam całkowicie poważnie o
jej wycieńczeniu.
Co ja powiedziałam?, pomyślała. Jak to może jej nie być? Przecież była
młoda, przecież walczyła o nią, przecież zrobi wszystko, aby przeżyła.
No to jak może jej nie być? Ale ta twarz, to ciało jakby zanikające…
Mignęła jej przed oczami wczorajsza scena. To było dopiero wczoraj? To
może nie jest za późno.
Likame, osoba uchodząca za jedną z tych, które doskonale maskują
emocje przed światem, nie okazała po sobie wewnętrznych rozterek.
Smutek na jej twarzy pokazywał tylko smutek; to jednak, że
przyjaciółki nagle mogło zabraknąć dotykało ją bardziej.
-Jeśli jutro jej nie będzie -rzekła Rosemary Uzdrowicielka -to książę
Kosashi panować będzie nad światem.
Zaległa spokojna cisza. Obie trawiły informacje. Żadna z nich nie
zdawała się chętna do przerwania tych niemych chwil. A jednak
rudowłosa uważnie obserwowała rozmówczynię, dostrzegając na jej twarzy
jakąś walkę. Przed czym się broni?
-Powiem tak -zaczęła Nyssa -niepokoi mnie to, że Kosashi posiadł
władczynię smoków. Mogę nie przetrwać tego związku, tak czy siak. I
chociaż nienawidzę go, nadal nie wiem, co otrzymam od niej za wolność.
Ponieważ jest to bardzo trudna decyzja, za czternaście dni powiem, co
zdecydowałam.
Za czternaście dni?! Czemu tak późno?! Ale konkretny termin był o
niebo lepszy, niż jego brak. Nie wrzeszcz, zganiła siebie Likame. Nie
wrzeszcz, bo znowu wszystko zepsujesz.
-Czy można to przyśpieszyć? -Zapytała rudowłosa.
-Nie. Możesz odejść. Dziękuję za wizytę.
Właścicielka Archa wstała. Odwróciła się tyłem do Rosemary i poszła
przed siebie. Tym razem nie zepsuła. Jak nie zepsuła, to znaczy, że
wszystko będzie dobrze. Arch, dziękuję, pomyślała. Kroczyła przed
siebie powoli, musiała się znaleźć za jakimś ognistym elementem, który
w pobliżu wystawał z białej przestrzeni. Gdy go pierwszy raz
zobaczyła, nie potrafiła określić jego kształtu. Za drugim razem
odniosła wrażenie, że jest w tym jakiś niedookreślony obraz, ale znów
miała problem z konkretyzacją widoku. Może to taka tortura…
Tortury… Ta twarz, to ciało… A teraz nad wszystkim panował cień
Archa. Smoka czarno-niebieskiego, wznoszącego się w błękitne morze
nieba.
Rozpłakała się. Musiała wydusić z siebie te wszystkie złe rzeczy,
które ją dręczyły. Często człowiek chce, by ktokolwiek go pocieszył w
płaczu. Ale ją tak to wszystko bolało, że każdą spotkaną osobę byłaby
w stanie odrzucić. Bo ten ból był przeznaczony tylko dla niej. Ona
najlepiej wiedziała, co może stracić. Przyjaźń, którą utrzymywały
przez lata. Albo tylko chwile: wspólne spacery do sklepów, po lesie,
granie w Go. Jakby dopiero teraz uświadomiła sobie, że śmierć może
dotknąć osoby, którą pokochała. Wyrzucała z siebie jednak o wiele
więcej: myśli, którymi się obwiniała za zaistniałą sytuację. I po co
na to wszystko wszystkim pozwoliła. To niby nie ona kazała się
George’owi zakochać w Agafe; to niby nie ona kazała krzywdzić
Kosashiemu Agafe, ale Agafe tak bardzo chciała wrócić do Kramu, tak…
cholera jasna, czemu teraz widzi ten moment, w którym przyjaciółka
leży i wydaje się, jakby mówiła, że ona już więcej nie będzie, nie
będzie taka wymagająca wobec życia… Obudziła w sobie nowe źródło
starego cierpienia. Wszystko, ale to wszystko musi wydobyć z siebie,
wykorzenić, aby pozostać silna. By dać radę uratować tych, których
kocha. By umieć poradzić sobie z kolejnymi przeszkodami, bo przecież
ciągle one się piętrzą, ciągle orzą na jej duszy rany.
W końcu przestała. Leżała tak na białej płaszczyźnie, wpatrzona w nią
i nic nie myśląca. Czuła w sobie jakieś wolne miejsce – dobre miejsce,
które się uwolniło. Przeszła to. Przeszła oczyszczający ból. Ulga była
potężna, ale świadomość, że to jeszcze nie koniec katorgi powoli
zaczynała istnieć. A przez to istnienie Likame nie miała najmniejszej
ochoty wracać do siedziby Dragon Arch, gdzie kiedyś zamykała się przed
światem; najbardziej jej zależało na tym, by zapomnieć choć na chwilę
o problemach i…
Gdzie jest Astaroth?
Pstryknęła palcami. Przy niej zjawiła się Karina.
-Pani? -Zapytała.
Rudowłosa chciała spytać o ukochanego, ale zamiast tego powiedziała:
-Podaj piwo.
Otrzymała puszkę jasnego piwa, otworzyła i zaczęła pić.
-Pani, nie wracamy? -Zapytała kobieta-demon.
Likame machnęła ramionami. Usiadła wygodnie.
-Na razie mam ochotę się zapić na śmierć, a lepiej, żeby nikt tego nie widział.
-Pani nie może się zapić!
-Czemu nie? Piwo jest takie dobre.
-Ale…
-Boże, jakie to dobre, skąd ty je wzięłaś?
-Z Czech….
-Ach…
Gdy rudowłosa skończyła, wyrzuciła puszkę gdzieś za siebie i poprosiła
o następną porcję.
-Pani nie może się zapić.
-Karino, tak się tylko mówi. Człowiek wleje do siebie dwa, trzy piwa,
po czym przestaje.
Demon próbował przekonywać, że upijanie się jest złym pomysłem, lecz
rozkazy pana są święte. Likame nie próżnowała i wypijała piąte piwo,
gdy u jej boku zjawił się jej narzeczony.
-Co ty robisz? -Szepnął jej do ucha.
-Próbuję się urżnąć.
Mężczyzna podrapał się po czole.
-Możesz nas zostawić samych? -Zwrócił się do kobiety-demona. Ta
kiwnęła głową i już jej nie było. Astaroth usiadł i objął swoją
ukochaną.
-Niegrzeczna dziewczynka. -Pocałował w policzek. -A ja właśnie mam za
sobą parę godzin klepania kodu i uspokajania moich konkurentów.
-Jakich konkurentów? -Zdziwiła się, marszcząc brwi.
-Tych, których dostałaś jako zabezpieczenia życia. Nie mogą się
doczekać, kiedy cię zobaczą, ale też już są trochę poirytowani, bo
jeszcze nie złożyli tobie przysięgi wierności, a zrezygnować nie mogą.
-Piwo mi się skończyło -mruknęła słodko i wyrzuciła za siebie puszkę.
-Mogę jeszcze? Proszęęęę…
Podał jej puszkę, otworzyła i wzięła pierwszy łyk.
-Czemu mi na to pozwalasz? -Zapytała.
-A chcesz, żebym tego nie robił?
Zmarszczyła brwi. Chyba jednak alkohol w krwi robił swoje.
Wziął z jej dłoni piwo i położył obok. Ją samą objął i sprawił, że
leżała na płaszczyźnie. Była ciekawa jego kolejnych ruchów. Zaczął
masaż jej nóg – od stóp do kolan. Odprężała się powoli. Jego dotyk był
podniecający. Sprawiał, że tylko on jeden, Astaroth, istniał dla niej
na całym świecie. Delikatnie zwinął dół sukienki w górę. Miał widok na
majteczki. Uśmiechnął się, wziął puszkę piwa i wylał na nie jego
zawartość. Jęknęła. Zimne i mokre, sięgające jej łechtaczki. Nagle po
lewej i prawej stronie, na dole i górze jej ciała, obok jej ciała
wyrosły białe słupy, do których były przyczepione pajęczyny. Demon
wykonywał powoli ruchy. Prawy, lewy nadgarstek obwiązany pajęczyną.
Lewa, prawa kostka obwiązana i przywiązana pajęczyną. Nie mogła
wykonywać swobodnych ruchów, a nogi miała ułożone w dużym rozkroku.
Miała przyśpieszony oddech. Dotknął jej majtek, pomacał. Jęknęła.
Pocałował w pępek, masował szyję. Podarował francuski pocałunek,
ściągnął górę sukienki na dół. Wylał piwo na stanik, głaskał jej
twarz. W jej oczach zobaczył uwielbienie. Zsunął niżej majtki, tak, by
jego ręka mogła dotykać zarówno je, jak i łona kobiety. Ściągnął
spodnie. Spoglądał na nią, a ona czekała w napięciu. Zrób coś, proszę,
zrób coś!, wołało jej ciało. Astaroth pstryknął i w jego ręce pojawił
się knebel. Włożył go do ust kobiety. Co on knuje, pomyślała. Głaskał
jej brzuch. Włożył dłonie pod stanik i macał je. Delikatnie, żeby nie
zrobić jej krzywdy swoimi pazurkami na palcach. Chciała jęknąć, wydać
z siebie jakiś głos, ale nie mogła. On rozerwał jej biustonosz i
zaczął lizać prawy sutek. Czysta rozkosz. Lizał, całował, pieścił.
Lizał jej brzuch, pocałował pępek. Lizał do końca, doszedł do warg
sromowych, doszedł do łechtaczki, wziął ją w usta i miętosił ją. Ona
czuła się podniecona. Chciała, żeby w nią wszedł, ale tego nie robił.
Gorąco. Pragnęła go, bardzo pragnęła. Nagle przestał. Wejdzie!
Wejdzie! On jednak teatralnie ziewnął, wyjął knebel z ust ukochanej i
pocałował ją. Był to bardzo długi pocałunek i gdy skończył, chciała,
aby dał jej jeszcze jeden. On jednak ściągnął slipy i włożył penisa do
pochwy.
Endorfiny wlały się do ich umysłu. Dostali orgazm.
Rozwiązał ją i przytulili się do siebie. Leżeli bez słowa dłuższy
czas, a potem on zapytał:
-Wytrzeźwiałaś?
Roześmiała się.

-Jestem głodna -stwierdziła.
Obok niej pojawił się talerz z sushi i sosem wasabi. Zaczęła jeść pałeczkami.
-O czym myślisz? -Zapytał, kładąc dłoń na jej kroczu.
-Staram się nie myśleć. -Odpowiedziała. -Męczy mnie powoli to
wszystko. A Nyssa… Chce podwójnej zapłaty za swoją usługę. Jakby jej
sam Kosashi nie starczał.
-Ulubioną zabawą demonów jest traktowanie innych, jak marionetki.
Mistrzostwo świata, Rosemary.
-A ty? -Pocałowała go w usta. -Bawisz się mną?
-Tylko za pierwszym razem. -Pogłaskał jej szyję.
Westchnęła.
-Co oni widzą we władczyni smoków, powiedz. -Poprosiła, kładąc głowę
na jego ramieniu.
-Przede wszystkim moc. Na początku myśleliśmy, że ona po prostu
została stworzona po to, aby zachować pokój między ludźmi a smokami,
ale gdy powróciła Nyssa… Taka potęga nie pasuje do tak błahych
rzeczy. Prawdopodobnie tylko Nyssa i Kosashi znają prawdę, bo tylko
oni pozostali wtedy żywi na polu walki.
-Najbanalniejszym powodem, dla którego powstała, byłby taki, że ona ma
pokonać jakieś potężne zło. I co nam to daje? Nie muszą jej traktować,
jak rzeczy.
-Czegoś nie wiemy. Nie wiemy, czego nie wiemy, ale wiemy, że Nyssa i
Kosashi się jej boją.
-Ale to bez sensu. Skoro ona ma taką moc, to czemu im się poddaje?
-Zapewne dlatego, że duchy, które w sobie ma, blokują przebudzenie.
Rozumiesz, organizm myśli, że ona już umie posługiwać się magią. Albo
coś innego, ale w każdym razie dwie duchowe istoty…
-Chwila, jakie znowu dwie. Pamiętam tylko Lidię…
-Ale był jeszcze jeden, Diamond bodajże. Za życia umiał świetnie walczyć.
-Dużo jej to daje.
Astaroth musiał wstrzymać się z roześmianiem się.
-Zjadłaś? -Zapytał.
-Tak.
-To wracamy…
-Nie chcę wracać, chcę seksiu i piwa.
-Kochanie, Phobos czeka, twoi nowi adoratorzy czekają, misja czeka,
wszystko czeka, a ty chcesz tylko piwa i seksu?
-Bo to jest trudne. -Mruknęła. Musnęła nosem jego policzek. -Już mnie
męczą słowa Nyssy.
-Jakie słowa?
-Że ona chce zapłaty, boję się, że coś jej zrobi.
-Nie myśl o tym, kochanie. Po prostu przestań myśleć i zajmij się Phobosem.
-Znowu mam uciekać w pracę?
Otoczył ją ramieniem.
-Jestem zmęczona.
-Im szybciej zrobisz Phobosa, tym szybciej dorwiesz Nyssę.
-Ja już nie wiem, czy chcę jej się pozbyć. Skoro ma zabić tego sukinsyna…
-Pamiętaj, co ci powiedziano, o bogach i pamiętaj, co ona już zdążyła
z tobą zrobić.
-A tak, chce mocy władczyni.
-Tęsknisz za nią.
-Bo to moja jedyna przyjaciółka. To wszystko za długo trwa… Byłoby
fajnie, gdybyśmy znów mogły chodzić na lody, do sklepów, rozmawiać…
-Na twarzy miała wypisaną tęsknotę. -Wiesz, jak ona potrafiła się przy
mnie rozgadać… A czasami potrafiła mnie rozśmieszyć do łez. Jak
wtedy, kiedy kupiłam lody i połowę z niego ułamała tak, że spadło toto
na ziemię. -Uśmiechnęła się. -Albo wtedy, jak na Rynku w Krakowie
siedziałam przy mariackim i piłam piwo, a ona miała zasłaniać mnie
przed policjantem i zeszła tak na bok, że byłam widoczna dla
wszystkich, albo wtedy…
Pocałował ją. Na jej piersi założył czarny biustonosz. Podciągnął górę
sukienki, żeby zasłaniała stanik i powiedział:
-Ale przecież ona żyje, a ty możesz ją obronić przed Nyssą, zajmując
się Phobosem.
-Powiadasz…
W jego dłoni pojawił się dziurawiec o małej łodydze. Wsadził go w jej
włosy. Stanął, pomógł jej to zrobić i zsunął dół sukienki na nogi.
Przytuliła się do niego, po czym przenieśli się do jej gabinetu w
Dragon Arch. Na czarnej kanapie siedziało czterech mężczyzn – nie do
odróżnienia. Mieli na sobie różowe garnitury, brązowe buty. Ich
niebieskie oczy wyrażały znudzenie, a czerwony irokez na głowie
wskazywał, że nie były to niewinne dusze.
-A panowie co robią w moim biurze? -Zapytała Likame.
-Czekamy na koniec świata. -Odpowiedział osobnik, który siedział na
końcu po prawej stronie. -I sądzimy, że się go w końcu doczekamy.
-Przedstawilibyście się chociaż. -Zaproponował Astaroth.
-Jesteśmy numerami: Jeden, Dwa, Trzy, Cztery. Najlepszymi, jeśli
chodzi o ochronę. Niestety Kosashi okazał się od nas silniejszy i
kazał nam złożyć przed tobą, pani Likame, przysięgę wierności.
Prywatnie nie jesteśmy tym zainteresowani, ale skoro on nam kazał, to
pewnie nas wykończy, jak nie spełnimy jego życzenia. Byłoby bardzo
miło, gdybyś nas poinformowała, przed czym mamy cię chronić i jak
długo chcesz żyć.
-Odpowiedź jest prosta. -Powiedziała rudowłosa. -Będę żyć tak długo,
jak to możliwe i macie mnie chronić przed wszystkim, co niebezpieczne.
Zrozumiano?
-Czemu taka piękna panienka tak ostro nas traktuje?
-Bo nie mam czasu na takie zabawy. Albo złożycie przysięgi teraz, albo
Astaroth powiadomi Kosashiego o waszym nieposłuszeństwie.
Demony z irokezem jęknęły. Wszystkie klęknęły i równocześnie zaczęły
wypowiadać przysięgę wierności, ich imiona się na siebie nałożyły.
-Przyjmuję. -Powiedziała. -A teraz wstawcie sobie plakietki z waszymi
imionami w widocznym miejscu, bo inaczej was nie odróżnię.
-Pani nas nie lubi. -Mruknął jeden ze środka. Pstryknął palcami. Miał
na sobie plakietkę z numerem Trzy.
-Czy któryś z was zna się na szkoleniach?
-Co to, przesłuchanie?
-Odpowiedzcie!
Jeden z demonów pstryknął palcami, po czym na jego szyi pojawiła się
obroża ze złotym numerem dwa.
-Ja -odpowiedział. -Ale po co taka brutalność?
-Bo nie mam czasu na zabawę. Co wiesz o szkoleniach?
-Wszystko, uczestniczyłem w nich, tworzyłem je…
-Dam ci listę najlepszych szkoleń na Nudnym Świecie, na podstawie tego
opracujesz jedno, najlepsze. W Kramie są jakieś szkółki?
-Tak.
-Wykorzystasz wiedzę z nich, jeśli taką masz, a jeśli nie, to ją zdobędziesz.
-Ale pani, my mieliśmy tylko cię chronić, nie wykonywać dodatkowe polecenia.
-Będziesz mnie słuchał, czy mam znów pogrozić Kosashim?
-Ale Kosashi nic nie mówił o takich misjach…
-I tak wykonasz polecenia, które ci daję, bo jeśli nie, to zginiesz, tak?
-Ale to nie jest uczciwe…
-To nie ma być uczciwe! Szykujemy się do wojny! Sprawa dotyczy
bezpieczeństwa międzynarodowego, a wy możecie przegrać lub wygrać!
Zrozumiano?
-Zaraz, moment, jakiej wojny…
-Wojny z Nyssą. Ona też szykuje wojsko. Jeśli jej nie pokonacie, może
was to boleć.
-Ależ nas to obchodzi. Przecież ona ma większą siłę, niż my.
-Trzeba ją przyprzeć do muru, a w razie czego połączyć jakoś moce.
Tak, czy inaczej, nie próżnuje, my to robimy i dostaniemy manto. Kto z
was zna się na negocjacjach?
-Ja -powiedział jeden z tych, którzy nie nosili numeru. -Mam duże
doświadczenie. -Pstryknął palcami i na jego szyi pojawił się brelok z
numerem 4.
-Ty zajmiesz się negocjowaniem wszelkich spraw dotyczących firmy.
Podeszła do komputera i przysiadła.
-A ja? -Spytał jeszcze nieoznakowany demon.
-Ty będziesz moim ochroniarzem. Czwarty, idź łaskawie do gabinetu
numer 300 i powiedz, że chcemy zamówić jak najtaniej system wojskowy,
zabezpieczający. Będą się kłócić, że tanio nie mogą, walnij im
negocjacje cenowe i wygraj je.
Bez słowa demon poszedł wykonać rozkaz. Astaroth usiadł obok swej
ukochanej i włączył laptopa.
Uruchomili komunikator internetowy dostępny tylko dla pracowników
Dragon Arch o wdzięcznej nazwie Linux Talk DA. Narzeczony rudowłosej
rozpoczął z nią rozmowę na nim:

Astaroth: To im dokopałaś
Likame: wyżyłam się raczej
Astaroth: co chcesz robić? Skoro DA ma zająć się systemem zabezpieczającym
Likame: zagrajmy w go
Astaroth: na żywo czy gdzie?
Likame: na KGSie

Czas mijał. Trzy demony z irokezem wylegiwały się na kanapie, a
szefostwo wielkiej, komputerowej korporacji rozgrywało partię za
partią ze swoim ukochanym. Siła przeciwników była wyrównana,
najczęściej to rudowłosa wygrywała. Po mniej więcej trzech godzinach
wszedł demon numer Cztery i oświadczył, że załatwił pierwsze cenowe
negocjacje na jutro i że o co ma walczyć.
Likame wstała, podrapała się w głowę i powiedziała:
-No to życzę powodzenia. Astaroth, załatw drukarkę, musimy wydrukować te dane.
Brunet pstryknął palcami, pojawił się bezprzewodowy model drukarki. Po
dwudziestu minutach Dwa miał na stole około pięćdziesiąt kartek A4
wydrukowanych po obu stronach.
-To są wszystkie dane o najlepszych szkoleniach na świecie i spis
państw, z którymi zdążyłam się zaprzyjaźnić w Kramie. -Rzekła
właścicielka Dragon Arch.
Astaroth zobaczył w swojej ukochanej kobietę, która całkowicie dała
się pochłonąć pracy, tak, jakby uciekała przed rzeczywistością. Jadła,
bo musiała, ale operowała umysłem na najwyższych obrotach i doskonale
zdawała sobie sprawę, że demony nie potrzebują snu. Toteż
wykorzystywała to, jak umiała. Ona sama pilnie układała rozkład jazdy
na najbliższe dni, ustalała priorytety, wykorzystywała Karinę do
zdobywania informacji, czasem grała w go, częściej jednak wklepywała
jakiś kod do Linux’a, w ramach odprężenia. O godzinie 22 ziewnęła.
-Śpiąca? -Zapytał narzeczony.
-Zmęczona. -Zamknęła system, zamknęła klapę. -Chodź na seksiu…
-Chwila, chwila, ty mi każesz ciężko harować, a sama sobie
odpoczywasz? -Oburzył się Cztery.
-Wy demony nie musicie spać.
-Ale musimy odpoczywać. W imieniu mojej grupy i rekompensaty za
wynudzenie się oraz dalszych strat moralnych, żądam orgii!
-Mało kobiet jest, jak na orgię. -Odparła.
-Myślę, że dwie w zupełności starczą.
-Pani -odezwała się Karina -ale ja nie chcę.
Likame podrapała się po głowie.
-W sumie -powiedziała -wszystko fajnie, tylko nie wiem, co na to Astaroth.
Ten miał na twarzy złośliwy uśmieszek.
-Pani, ale ja nie chcę.
-Nie musisz.
-Zgoda -stwierdził Astaroth. -ale niech ona wybierze: na ostro czy słodko?
-Na ostro.

* * *

Ogień w kształcie drzew wydawał się nieskończony. George stanął przed
początkiem tego i spojrzał na płomienie. Budziły niepokój i
zagubienie. Im dłużej patrzył na ten obraz, tym bardziej czuł się
zdezorientowany. Ale tam znajdował się jeden z ostatnich aniołów i
wypadałoby go w końcu zabrać z tego płomiennego środowiska. Ale
może… Może powinien z tym poczekać jeszcze trochę. Co innego było
dla niego bardziej męczące i zdawał sobie z tego sprawę coraz lepiej,
gdy obserwował, jak płomienie bawią się kształtem. Agafe… Dlaczego
się w niej zakochał? Bo była piękna. I cóż, że miała potężną moc, to
nie to go do niej przyciągało. Miała w sobie jakiś urok, ale urok
typowy dla duszy. Niewinność, a może też charakter, z którym trudno
się rozstawać i którego ciężko nie lubić. Ale dlaczego się w niej
odkochał? Za długa rozłąka i strach. A może po prostu tak miało być,
tylko, że to nie znaczyło braku wsparcia. A on, anioł zobowiązany jest
do wspierania wszystkich napotkanych istot w potrzebie. A ona była w
takiej sytuacji, że tego potrzebowała. Ale za jaką cenę? Nic mu
przecież nie da poświęcenie, bo ona nadal będzie cierpieć, a go już
nie będzie. Ale to, co robił Kosashi i dlaczego to robił bardzo mu się
nie podobało. Czy powinien pokazać swoim przykładem, że takie
zachowanie należy gnoić? A może nie – powinien jakoś je oprotestować,
delikatnie, żeby dostać tylko manto, a nie koniec istnienia. A może
myślał tak dlatego, bo ciągle coś do niej czuł? Ale jak to możliwe, po
tak długim czasie, po tylu dniach nie-bycia razem… Fakt, że ona
zasługiwała na coś więcej z jego strony, niż zwykłe “przepraszam”,
które jej już podarował.
-Ej, chłopie! -Usłyszał za sobą kobiecy głos. Przerwał rozmyślania,
odwrócił się napięcie i zobaczył dziewczynkę w chuście na głowie.
-Długo tak jeszcze będziesz gapił się na te niby-drzewa?
-Nie wiem -odparł. -Jak je widzę, to zaczynam mieć różne dziwne myśli.
-A tak, bo ty anioł, to na ciebie ta magia działa. -Uśmiechnęła się do
niego i po chwili stała przy nim – nawet nie zobaczył jej kroków. -A o
czym myślisz?
-A bo to twoja sprawa?
-A nie wiem, tak z ciekawości pytam. I zresztą, zastanawiam się, czy
ktoś będzie chciał wyciągnąć tego tam anioła.
-No, ja bym chciał…
-Taak? A jesteś w stanie to zrobić?
Spojrzał raz jeszcze na ognisty las i pokręcił przecząco głową.
-Nie bardzo -rzekł. -Za dużo wątpliwości do głowy, gdy na to patrzę przychodzi.
-A może zechcesz wymienić się usługami? Ja tobie, ty mnie.
-Doskonały pomysł, ale zapewne będzie to droga cena?
-Odrobinę. Bo widzisz, mam problem, taki mianowicie, że się zakochałam
w pewnej osobie. Jak się nazywasz?
-George.
-George… Coś mi to mówi to imię, ja jestem Fadwa. To co, zamieniamy się?
Uśmiechała się złośliwie, a on gapił się w jej oczy. Co miał do
stracenia? Może bardzo wiele. A może bardzo nic… Ale tam znajdował
się ktoś w potrzebie i wypadałoby mu pomóc. Anioł powinien pomagać.
-Wymieniamy. -Zdecydował.
Klasnęła.
-No dobrze, idę po gościa, jak go wyciągnę, to ci powiem, co masz
zrobić. -Cmoknęła i ruszyła w ognisty las.
A on, spoglądając za niemal niewidoczną muzułmanką, zapatrzył się w
piekielny ogień i na nowo pogrążył się w swoich myślach. Może nie
powinienem być aniołem, zaczął się zastanawiać, skoro nikomu nie
potrafię pomóc. Może powinienem wejść w te ognie i nigdy się z nich
nie wynurzać, kto wie, ile to ułatwiłoby żyć…
Nie zdążył dojść do sedna, bo jego towarzyszka wyciągała z lasu wątłe
ciało mężczyzny o długich, kasztanowych włosach. Miał pooraną twarz i
ubrany był w czarną, poplamioną krwią, koszulę nocną. Kiedy Fadwa
położyła go poza ogniem, spojrzała na swego zleceniodawcę i
powiedziała:
-A teraz, mój drogi, spełnisz moje życzenie.

* * *

Zasnęła na swoim łóżku u boku Astarotha. Wtuliła się w jego ciało,
wydawało mu się, że dobrze śpi. Chwilę poleżał, wsłuchując się w jej
regularny, spokojny oddech. Pogłaskał włosy. Pocałował w czoło i
uśmiechnął się. Jak to możliwe, że on, demon, potrafił zakochać się w
ludzkiej istocie i traktować ją, jak równiejszą od niego? Nie była
prawdziwą władczynią smoków, a oczarowała go, jakby nią była. A może
po prostu posiadała w sobie taką wyjątkowość – genialny umysł
połączony z pięknym ciałem. Był gotów zrobić naprawdę wiele dla swej
narzeczonej, żałował, że nie umiał bardziej jej pomóc, jeśli chodzi o
Agafe. Usiadł na łóżku i zastanawiał się, co ze sobą zrobić. Może
pójść na spacer? Tylko po co? Lepiej będzie, jak potrenuje go. Wstał,
wdział na siebie szary garnitur i przeszedł do gabinetu Likame. Był
sam. Włączył laptopa, wziął piwo i zaczął je pić. Uruchomił KGS’a i
natrafił na dobrego przeciwnika o ciekawym nicku – Kamyka. Rozpoczęli
grę.
Minuty leciały, a Astaroth, który był białym kamykiem, przegrywał.
Wiedział, że jakiś błąd Kamyka ominął, ale nie potrafił go odnaleźć.
Sam miał problemy z określeniem najlepszego ruchu. W momencie, gdy
minęła trzydziesta minuta partii, do pokoju weszła zaspana rudowłosa w
niebieskim szlafroku.
-Co robisz? -Zapytała.
-Przegrywam z Kamykiem.
Usiadła na kolanach swego ukochanego, spojrzała na goban i
powiedziała, wskazując palcem:
-Tu.
-To nieuczciwe.
-Ty się martwisz uczciwością, a ja spać nie mogę. -Mruknęła.
Wsunął dłoń w jej włosy i pogłaskał.
-Dlaczego? -Zapytał, całując w szyję.
-Bo mam koszmar i nie mam pojęcia, czy to się dzieje naprawdę, czy
jestem zboczona.
Zrezygnował z gry i przytulił ją do siebie.
-Kochanie -powiedział -niezależnie od tego, możesz tylko czekać.
-To mnie pocieszyłeś. -Położyła głowę na jego ramieniu i zamknęła
oczy. -Tak bym chciała ją tu mieć…
Zasnęła. A on patrzył, jak Kamyk analizuje partię i zaklął, gdy
okazało się, że Likame miała rację co do najlepszego ruchu. Uśmiechnął
się jednak. Zapytał swojego przeciwnika, czy chce rewanż, ten jednak
postanowił iść spać.

* * *

Fadwa przyglądała się niedoszłej ofierze ognistego lasu z ciekawością
małego dziecka. Zastanawiała się, kiedy szatyn w końcu się obudzi;
wszak bardzo długi czas leżał tam, skąd go wyciągnęła. Chciała mu
zadać parę prostych pytań, bo nie potrafiła powstrzymać ciekawości.
Siedziała przy uratowanym aniele, a nad nią stał drugi, George.
-Powiadasz, że się w niej zakochałaś -stwierdził, patrząc na swego
nieprzytomnego ziomka.
-Przecież każdy to robi. -Odparowała. -Co w tym dziwnego?
-Nie każdy i ja zdążyłem się w niej odkochać. Stchórzyłem.
-Nie każdy… -Mruknęła. -Ale ona jest taka słodka.
-A ty jesteś osobą, która za dobrze jej nie potraktowała.
-I kto to mówi.
-Fadwa…
-Ty jako anioł i ty, jako przyjaciel przynajmniej, powinieneś zrobić
więcej, niż to, co zrobiłeś.
-Ale co ja mogę? Słaby jestem…
-George, nie udawaj, dręczą cię wyrzuty sumienia.
Westchnął.
-Może dlatego się na to zgodziłem. Ale dlaczego ty nagle masz takie
dobroduszne serce?
-Może dlatego, że na dobru też można coś zarobić?
-Khmrm. -Jęknął kasztanowłosy towarzysz. Otworzył oczy i wrzasnął.
-Spokój! -Krzyknął George. -To ja!
-Kurwa -usiadł -a kim jest ta dziwka?
-Kimś, kto cię uratował i kimś, kto chce odpowiedzi na parę pytań,
pacanie. -Odparowała. -I nie nazywaj mnie tak, bo potraktuję cię
magicznym nożem.
-Może i bym tego chciał, do diabła! Wiesz, ile mnie kosztował kontakt
z Nyssą?! -Chwycił za górę ubrania muzułmanki i podciągnął do siebie.
-Ta kurwa kazała mi patrzeć na śmierć moich kolegów! -Warknął. -Jak ją
dorwę, to ukamieniuję!
-Akurat dasz jej radę… -Mruknęła Fadwa i wyrwała się z uścisku
anioła. -Ale pewien geniusz tworzy armię przeciw Nyssie.
-Gadaj!
-Nie. I tak zrobiłam dla ciebie więcej, niż powinnam.
-Suka!
-Owszem, w nagrodę pożywię się tobą i odpowiesz na parę pytań.
-Że niby co?!
-Ma prawo. -Stwierdził George.
-Jezzu, przecież… Ile czasu leżałem?
-Za długo. I nie wmówisz nikomu, że ona nie ma prawa się tobą pożywić,
skoro cię uratowała.
Między nimi zapanowało milczenie.
-Kurwa. -Mruknął anioł o brązowych włosach. -Kurwa!
-Więc, opowiedz mi, jak Nyssa dobrała się do ciebie i twoich
przyjaciół, a przede wszystkim, dlaczego cię zostawiła przy życiu.
Anioł spojrzał na dziewczynkę, przyglądał jej się, po czym wydusił:
-Nie potrafię.

Czas jakby zwolnił. O godzinie dziesiątej rano rudowłosa siedziała
przed swoim laptopem i opracowywała kolejne linijki kodu potrzebne do
zabezpieczenia systemu linuxowego. Wiedziała, że to tylko wstępny
projekt, Dragon Arch miał za zadanie przygotować dużo
profesjonalniejsze oprogramowanie, jednak taka praca pozwalała jej na
odcięcie się od ponurej rzeczywistości. Postanowiła zrezygnować z
porannego seksu na rzecz większej ilości czasu na niego pod wieczór.
Jej nowe demony, chociaż niechętnie, wypełniały bardzo starannie swoją
pracę. Tylko Karina sprawiała wrażenie znudzonej.
W przerwach między ciasteczkami i skromnymi pieszczotami ze strony
Astarotha, jej myśli schodziły na tematy nieprzyjemne. “Czy to się
dzieje naprawdę”, zadawała sobie pytanie i starała się o nim
zapomnieć. Przeszkadzała pamięć sennego koszmaru, przeszkadzało
wrażenie jego realności i w końcu ten brak pewności.
Arch powiedział, ze będzie mogła widzieć zarówno rzeczywistość, jak i
przyszłość. Teoretycznie zdolność bardzo użyteczna, ale… Wcale nie
chciała wiedzieć, co się działo z Agafe. Niewiedza mniej męczyła, niż
wiedza. A brak całkowitego przekonania, że to coś może być prawdziwe,
dodawało swoich trzech groszy. “Dlaczego ja się tym tak przejmuję”,
starała się strofować od czasu do czasu, ale wiedziała, że to jest
samooszukiwanie się. Jedyna prawdziwa przyjaciółka cierpi, a ona może
się temu tylko przyglądać i czekać.
-Kochanie -szepnął jej do ucha ukochany -nie zadręczasz się za bardzo?
-To silniejsze ode mnie -odrzekła smutno, gapiąc się w monitor i
wirtualny goban.
Pocałował ją i przytulił.
-Dużo jej zawdzięczasz? -Zapytał.
-Nie wiem… my po prostu byłyśmy ze sobą blisko.
Nie wydawała się chętna do rozmowy, przynajmniej na ten temat.
Zbliżała się siedemnasta. Jeszcze dwanaście dni czekania, pomyślała.
Uda się na pewno, Nyssa musi przyjąć tę ofertę. Bo inaczej straci zbyt
dobrą okazję do zabawy.
Minuta po siedemnastej, Likame spojrzała na Astarotha, bruneta, który
wydawał się zwykłym informatykiem, a nie demonem. Przytuliła się do
niego, zaczęła całować w szyję.
-Chodźmy na seksiu -mruknęła.
Zgodził się. Może to poprawi jej nastrój, pomyślał.
Tego wieczoru bawili się sobą delikatnie. Położyła się na łóżku, on
przy niej. Z wolna zaczął ściągać z niej sukienkę. Skądś wytrzasnął
krem na skórę i zaczął nim smarować jej ciało, przy okazji masując.
Odprężyła się. Mięśnie były mniej napięte, uśmiech zawitał na jej
twarzy. Pocałował w szyję, usta, ściągnął stanik poszczypał sutka,
włożył dłoń pod jej majtki i zaczął masować jej łechtaczkę. Słuchał
jej słodkich jęków. Wyczuwał jej podniecenie. Ściągnął spodnie,
ściągnął slipy i położył jej dłonie na swoim penisie. Pogłaskała go i
zaczęła lizać. Włożyła do ust, on włożył dwa palce w jej pochwę. Nie
doszla, ale odczuła lekką przyjemność. Odłożyła jego penisa, a on
zaczął się bawić jej piersiami. Lizał sutki. Głaskał. Położył penisa
na jednym z cycków. Całował szyję.
Żadne z nich nie chciało, by ta zabawa dobiegła końca. To ciało, ten
dotyk były elektryzujące, a przede wszystkim pożądane. Wszystko inne
nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie.
Długo bawili się swoimi ciałami, nim Astaroth wszedł nią. I nawet po
doznanym orgazmie chcieli tej przyjemności nadal, stosowali ją. Około
drugiej w nocy rudowłosa piękność zasnęła, a on przyglądał jej się;
miała równy oddech i piękną twarz. Nie wyobrażał sobie innej istoty na
jej miejscu.
Westchnął ciężko. Wstał, założył czarne spodnie i przeszedł do
gabinetu, gdzie zauważył pozostałe demony jego pani. Przysiadł do
komputera i usłyszał pytanie Dwójki:
-Nie dołączysz do nas?
-Mam lepsze rzeczy do roboty. -Odparł.
-Na przykład?
-Nie twoja sprawa.
Wszedł na KGS i złapał jakiegoś przeciwnika. Zagrał, wygrał i znalazł
kolejnego. Tak minęły mu ze trzy godziny, do godziny czwartej rano,
kiedy usłyszał z pokoju swej ukochanej krzyk. Wstał i pojawił się przy
Likame.
Siedziała z dłońmi chwytającymi za włosy. Nie zareagowała na jego
obecność. Demon przysiadł na łóżku i wziął ją w objęcia.
-No, spokojnie. -Rzekł spokojnym głosem. -To tylko koszmar.
-Gdyby to był koszmar -odpowiedziała słabym głosem, obejmując jego
szyję -to by mnie już z drugi dzień z rzędu tak nie męczyło…
-Któż to wie?
-Ja… Ja myślę, że wiem. -Wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać.
-Mogę sprawdzić, co się tam dzieje, możesz także poprosić o odwiedziny.
-Że ja bym chciała… Ale nie wiem, czy dam radę.
-Boisz się.
-Tak. Może powinnam tam iść, ale jakoś… widok jej umęczonej mi nie pomaga.
Pogłaskał ją po głowie. Między nimi zapanowała cisza.
-Pójdę do niej. -Powiedział w końcu.
-Później. -Mruknęła i pocałowała go w usta. -Posiedź ze mną.
Jego ciepło dodawało jej otuchy. Bliskość cudzego ciała i świadomość,
że ktoś bardzo ważny jest przy niej pomagała zwalczać smutek.
-Jak mi powiesz -szepnęła -to będzie lepiej, niż jak to zobaczę.
-Słowa mniej bolesne od obrazów? -Podniósł brwi do góry. -Zwykle
ludzie krzyczą, że słowa mogą ranić bardzo…
-Ale, bo to tylko słowa. A słowa nie muszą się stawać.
Uśmiechnął się.
-Z czego się śmiejesz?
-Przypomniała mi się Biblia. A słowo stało się…
-Astaroth. -Mruknęła i zamknęła oczy. -Kocham cię.
-Ja też.
Pocałowali się. Znów zaczynali być spragnieni swoich ciał, ale Likame poprosiła:
-Idź już.
Demon wstał i zniknął. Odczuła jego brak bardziej, niż chciała.
Przecież on tylko na chwilę, zganiła się. Położyła się na poduszkach i
zamknęła oczy. Znowu się nie wyśpi… A pracy jest mnóstwo, nawet nie
wiedziała do końca, ile. Musi zrobić przetarg na siedzibę Phobosa,
musi skontrolować pracę demonów, musi pozyskać parę informacji…
Czy, jeśli zaśnie, to znów przyśni jej się Agafe? Nie chciała tego,
chociaż czuła tęsknotę za przyjaciółką. Zaklęła. Wstała i nie
wiedziała, co ubrać. Jej ukochany zapomniał o nowym stroju, a tak się
do tego przyzwyczaiła. Podeszła do szafy i stwierdziła, że jej
zawartość nie jest zbyt ciekawa. Podrapała się po głowie, założyła
czarne majtki i niebieski stanik i przeszła do gabinetu. Demony
spojrzały na swoją panią, która na to mruknęła:
-Bikini nie widzieliście?
Podeszła do komputera, włączyła i weszła na KGS. Może Go poprawi jej
humor. Jeszcze… ile? 12 dni oczekiwania. Czemu tak dużo? O, Kamyk
chce grać.
Przegrała partię, co ją zaskoczyło. Dawno jej takiego manta w tej grze
nie podarowano. Ziewnęła. Spojrzała na Karinę i zapytała:
-Mogłabyś mi dać jakiegoś czeskiego piwa?
Kobieta-demon podała puszkę piwa, Likame otworzyła ją i zaczęła
wypijać jednym haustem.
-Taka szybkość może spowodować upicie się -stwierdził Jeden.
Jego szefowa machnęła ramionami i wyrzuciła pustą puszkę za siebie.
Spać, pomyślała. Miała markotną minę. Próbowała zagrać jeszcze ze dwa
razy, ale za każdym razem przegrywała.
Poszła do swojego pokoju i położyła się na łóżku. A może, jak zaśnie,
to nic się nie stanie?
Zamknęła oczy. Sen jednak nie nadchodził. Prawdopodobnie była zbyt
wystraszona. Jak mogła działać w takim stanie? Może, gdy zjawi się jej
ukochany, zaśnie przy nim i nie będzie miała żadnych niespokojnych
myśli. Tęskniła za nim. Nie było go chwilę, a ona już pragnęła go
ujrzeć, dotknąć ciała, pocałować, przytulić się. Kiedy on będzie?
Kiedy, on jest taki romantyczny…
Zasnęła w którymś momencie tych rozmyślań i obudziła się w męskich
ramionach. Spojrzała na twarz. Te piękne, brązowe oczy, te krótkie,
czarne włosy. Ten policzek, którego teraz dotykała dłonią.
-Tęskniłam. -Mruknęła i wtuliła głowę w jego piersi.
Chciał coś powiedzieć, ale nie chciał psuć nastroju. Wyglądała na
wyspaną bardziej, niż kiedy widział ją ostatnio. Ucieszył się, jego
wysiłek nie poszedł na marne.
-Masz ochotę na seksiu? -Zapytała czule.
-Nie, chciałbym wziąć się do pracy.
-Seksiu!
Spojrzał na nią, wyglądała na zgłodniałą. Wybuchnął śmiechem.
-Żartowałem. -Cmoknął ją w ucho. -Ale nie znam nikogo bardziej
uzależnionego od seksu od ciebie.
Zdjęła jego portki, wzięła do rąk penisa, zaczęła go masować. Po
chwili wsadziła członka do ust. Góra, dół, góra, dół…
-Gdzie włóczka?
Wełna pojawiła się na jego brzuchu. Wzięła jego dłoń, zaczęła ją
obwiązywać sznurkiem. Zrobiła to z drugą ręką, a na koniec przywiązała
do łóżka.
-Tygrysica. -Skomentował.
Zdjęła majtki i zaczęła pieścić swoją łechtaczkę. Astaroth czuł się
podniecony. Polizała jego szyję, brzuch i penisa. Włożyła członka do
pochwy. Doznali orgazmu. Położyła się obok swego narzeczonego i gapiła
się w jego twarz.
-No co? -Zapytał, lekko zaskoczony.
-Nie wypuszczę cię. -Odpowiedziała i pocałowała w policzek.
-Ale my mamy pracę…
-Ale ja cię nie wypuszczę.
Przytuliła się do niego.
-Jak długo cię nie było? -Zapytała.
-Do dwóch godzin.
-Tęskniłam. -Mruknęła. -Tak bardzo tęskniłam.
Uśmiechnął się. Sprawił, że sznurek, którym go obwiązała, rozpadł się
na proch. Objął ją.
-Nie było mnie tylko dwie godziny. -Powiedział.
-To strasznie dużo. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mnie na dłużej opuszczałeś.
-Bo nie lubię tego robić. Zakochałem się w tobie…
Pocałował ją w usta. Chwilę leżeli w milczeniu. Przełknęła ślinę i
zapytała cicho:
-Miałam rację, prawda?
-Tak.
-Widziałeś się z nią?
-Oczywiście. Powiedziałem jej prawdę, dlaczego ciebie ze mną nie ma,
bo w kłamstwo nie chciała uwierzyć.
-Kłamstwo?
Westchnął ciężko. Był demonem, więc czemu tak ciężko mu opowiadać o
tym, co się działo u Taju? Nie za bardzo go obchodziło to, że jakaś
władczyni smoków ma uratować świat i zwykle Agafe była mu obojętna.
Zwykle, więc czemu nie tym razem?
-Kiedy ją zobaczyłem -zaczął -uświadomiłem sobie, że wejście bez
ciebie było błędem. Chciałem to załagodzić, powiedziałem, że jesteś
chora, a ona odpowiedziała “nieprawda”. To wytłumaczyłem, że możesz
nie mieć sił, by patrzeć prosto w oczy jej tragedii, bo robisz to
codziennie przez sny. Ale taka prawda nie pomogła jej, miałem
wrażenie, że się złamała.
Likame zachlipała.
-Kochanie? -Zapytał.
-Przepraszam… Powinnam była pójść z tobą…. ja…
-Pójdziesz następnym razem, jeśli dasz radę. Też przecież nie jest ci łatwo.
-Ale ona ma tylko mnie… -Rozpłakała się na dobre.
A może dlatego mnie tak dobija Agafe, pomyślał, że ona dobija moją ukochaną.
-W sumie -rzekł -ja też mam tylko ciebie. Dlatego chciałbym, żebyś nie
miała złamanego serca, bo to za bardzo zdrowiu się nie przysłuży.
Popracujmy trochę, to może zapomnisz chociaż na chwilę o przykrych
rzeczach.
-Dobrze. -Zgodziła się.

* * *

George stał na chodniku naprzeciw wieżowca Dragon Arch. Słońce wisiało
nad nim i przygrzewało jego ciało ubrane w szary sweter i czarne
spodnie. Jeszcze miał w sobie wątpliwości, czy słusznie robi, ale z
drugiej strony, nie miał za bardzo wyboru. Dług to dług, umowa to
umowa. I potrzeba. Zadawał sobie pytanie, czy bardziej to robi z
potrzeby, czy też z konieczności, a może po prostu przez to, że
poszedł na taki, a nie inny układ. Nie miał z kim porozmawiać o tym, a
bardzo by chciał. Spróbuje wyznać swe uczucia komuś, ale wątpił, czy
Likame ma na to ochotę. Nagle skamieniał i zobaczył znajomą twarz,
która w brązowej, szykownej sukni, szła w kierunku firmy rudowłosej.
“A czego ona tu szuka?” -Zadał sobie pytanie. W gruncie rzeczy, ta
sprawa miała znikome znaczenie dla tego, co on chciał zrobić, co się
działo wokół niego, ale ta pani profesor z Politechniki Gorzowskiej
miała przyjemność z nim rozmawiać, kiedy starał się o to, by nie
wyrzucono Agafe z uczelni. Westchnął ciężko, wtedy pani naukowiec
zwróciła na niego uwagę.
-O, to pan. -Powiedziała. -Jak się miewa pana ukochana?
-Szczerze mówiąc, umiera. -Odpowiedział.
-Przykro mi. Pan także do Dragon Arch? -Zapytała, widząc, że kroczą
razem ku wejściu.
-Tak. Mam pewną sprawę do załatwienia. A pani?
-Ja także, odnowienie umowy z firmą. Wie pan, praktyki i te sprawy.
Zostawił ją na parterze. Weszła do windy, a on usiadł na jakimś
krześle przy komputerze. Miał wrażenie, że nie chce, by chwila, w
której pojawi się u Taju, nadeszła szybko. Znowu tchórzy.
-Przepraszam -powiedział wysoki brunet z głupkowatym uśmiechem na
twarzy -ale pan zajął moje miejsce. Może w czymś pomóc?
-Nie, nie trzeba. -Odrzekł anioł, wstał i odszedł.

* * *

Rudowłosa miała na sobie czarną sukienkę z błękitnymi kółkami -
mniejszymi i większymi. Wyglądała dziewczęco. Pisała jakiś dokument,
kiedy w progu pojawiła się jej zastępczyni, ubrana w czarne spodnie i
fioletową koszulkę.
-Wiem, że to pierdoła -powiedziała przybyła -ale znam twoje relacje z
Agafe i pomyślałam, że chciałabyś wiedzieć, że przedstawiciel
Politechniki Gorzowskiej przybył odnowić naszą umowę.
-Co byś zrobiła?
-Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy to dobry pomysł, bo ostatnio
absolwenci tej uczelni mnie nie zadowalają. Może stałam się zbyt
wymagająca…
-Nie zadowalają, bo?
-Zadają głupie pytania, mają zdolność do olewania… Dwóch musiałam
zwolnić już po dwóch miesiącach. Coś się zepsuło na tej uczelni.
-Z logicznego punktu widzenia, widzę tylko jedną przyczynę:
przyzwyczaili się i uważają to za standard. Czyli jesteś w stanie
zaryzykować zabawę z inną uczelnią?
-Tak, taka Politechnika Gdańska zbiera dobre opinie. Ale… -Westchnęła.
-Tak?
-Wszystko powinno zależeć od ciebie, skoro jesteś szefem.
Likame wstała.
-Jesteś rewelacyjna i we wszystkich innych sprawach możesz podejmować
samodzielne decyzje, w pełni ci ufam. Ale masz rację, tę sprawę
chciałabym załatwić sama. Gdzie czeka?
-W moim gabinecie.
-Chodź ze mną.
Ruszyły korytarzem.
-W ogóle, wszystko w porządku? -Spytała zastępczyni.
-Nie i nie chcę o tym mówić. Ale Astaroth jest cudowny.
Weszły do gabinetu. Na środku stała pani naukowiec i uśmiechnęła się.
-Witam. -Powiedział gość.
-Jeśli dobrze rozumiem -zaczęła rudowłosa -chciałaby pani odnowić
umowę między uczelnią, a moją firmą. Dlaczego?
-Bo już najwyższy czas. Nasz kontrakt skończył się i czas zawrzeć nowy.
-To zależy od tego, co macie do zaoferowania. Dobrych absolwentów?
-Z tego, co wiem, najlepszych.
-Ale moja wspólniczka nie zgadza się z tym. Dwóch musiała wyrzucić,
ponieważ olewali pracę u nas.
-Nie odpowiadamy za osobisty stosunek do pracy.
-Ależ, oczywiście, że nie, ale odpowiadacie za to, że absolwenci
zadają głupie pytania. Odpowiadacie za przesiewanie studentów i
odpowiadacie za to, aby ludzie po takich, a nie innych kierunkach,
mieli dobry stosunek do swego zawodu. Wyrabiacie nawyki, uczycie
nowych zachowań społecznych. Nie mam racji?
-Coś na pewno w tym jest, ale nie jesteśmy w stanie zrobić przesiewu
tak, aby wszystkie nie nadające się osoby wyeliminować.
-Tak, uczelnia nie może nauczyć wszystkiego. Ale możecie nauczyć tych
ludzi czegoś innego – tego, w jaki sposób się rozwijać w swym zawodzie
i tego, jak być w nim po prostu najlepszym. Od swoich absolwentów,
którym moja firma oferuje pracę, powinniście państwo wymagać pasji. Tu
nie ma miejsca dla żółtodziobów.
-Każdemu trzeba dać szansę.
Na twarzy Likame pojawił się złośliwy uśmiech.
-Skoro tak, ogłaszam konkurs dla uczelni. Będą walczyć o praktyki w
mojej firmie.
-Czyli nie chce pani odnowić tego kontraktu. Mogę zapytać, czy to z
powodów osobistych?
-Nie, to nie dlatego, że moja przyjaciółka zupełnie zawiodła się na
pedagogice. To dlatego, że moja wspólniczka zawiodła się na was. Czy
to nadal jest dla pani osobisty powód?
-Nie. Do widzenia. -Naukowiec wyszedł.
-Trochę ostro. -Powiedziała wspólniczka.
-Zasłużyli sobie. Co to ma znaczyć, żeby do mojej firmy wysyłali
idiotów. Wracamy do pracy.
Rudowłosa wyszła z gabinetu i powoli kierowała się ku swoim
apartamentom. Czuła się trochę tak, jakby wyżyła się na pani naukowiec
za swoje nieszczęścia. Może za dużo… Przystanęła. Powinna iść do
pracy, a ona miała ochotę na piwo.
Zjechała windą na dół i już zamierzała wyjść, lecz zauważyła, jak na
kanapie dla gości siedzi George. W dłoni trzymał Pepsi i wypijał ją.
Korzystał z napoju bezalkoholowego i nie wyglądał na szczęśliwego.
Zwrócił na nią uwagę, więc podeszła do niego.
-Obijamy się. -Stwierdził. -Jak prace nad Phobosem?
-Do przodu. Co ty tu robisz?
-Chciałem przyjść do ciebie, ale czuję się tchórzem, nie chcę, żeby
czas szybko mijał.
Usiadła przy nim i zapytała:
-Co ci chodzi po głowie?
-Zawarłem pakt z Kariną. Mam coś zrobić, coś ważnego. Ale na razie
brak mi odwagi. Może ty dasz mi kopa w tyłek i zmusisz.
-Daj mi to -wyrwała napój i zrobiła parę łyków. -Możesz jaśniej?
-Dowiesz się pewnie po fakcie, bo oczywiście Kosashiemu pomysł może
się nie spodobać, ale… gdy się dowie, prawdopodobnie zechce mnie
zabić.
-Myślałam, że zrobi to wcześniej.
Nie odpowiedział, zapytał:
-Po co tu przyszłaś?
-Po piwo. -Podał jej Redds’a. -To głupie, upijać się, prawda?
-Głupie, ale w ten sposób znaczysz swoją bezsilność. Ja… Ja nie
przepadam za alkoholem. Dlatego piję coś niezdrowego. Głupie.
Wypiła parę łyków piwa.
-Ty ją nadal kochasz -stwierdziła.
-Może. Inaczej czemu miałbym się dla niej poświęcać?
-Bo jesteś aniołem?
-Gówno. Niebo nie istnieje, a anioły i demony w zasadzie różnią się od
ludzi sposobem odżywiania.
-Boisz się śmierci?
-Jak cholera.
-Może nie jest taka zła… -Postawiła alkohol na podłodze, wstała.
-Muszę wracać.
-Powodzenia.
-Nawzajem.
Patrzył na nią, dopóki nie zniknęła mu z oczu. Kiedyś myślał, że
poświęcenie jest prostą sprawą dla zakochanych. Mylił się. Musiał
przestać istnieć, żeby ktoś inny miał lepiej. Zgodził się… Ale był
tchórzem. I im bardziej zwleka ze swoją misją, tym bardziej pogarsza
sprawę.

* * *

Przez okno w pokoju Likame wlewało się księżycowe światło. Leżeli
nago. Już dawno powinna zasnąć, ale jakoś nie mogła. Co się stanie,
gdy zamknie oczy? Znów ujrzy prawdziwy horror? Nie chcę, pomyślała.
Usiadła.
-Nie śpisz. -Stwierdził demon.
-Męczy, przeraża mnie to wszystko. Ja wiem, że powinnam… Ale…

-Kochanie. -Przytulił ją. -To już dziesięć, dziewięć dni, wytrzymasz.
-Nie wiem… Nic nie działa. Może…
-Tak?
-Może muszę się urżnąć, żeby to wszystko znieść.
-Mnie by to nawet pasowało, ale wiesz, że to bez sensu. Ty się
upijesz, ja nadal będę trzeźwy. Ty będziesz miała kaca, a ja dobry
humor. I…
-Skończyły mi się pomysły, jak z tym wszystkim sobie radzić. Wiem, że
powinieneś mi pomagać, ale… to nie wystarczy… Gdyby nie te sny, to
może…
-Szkoda, że jeszcze nie umiesz kontrolować daru od Archa. Byś miała spokój…
-Nie wiem. -Pocałowała go w szyję. -Co ja mam zrobić?
-Urżnąć się czeskim piwem to nie jest kiepski pomysł.
-Szybko zmieniłeś zdanie.
-Bo jak już się nim upijesz, to wykorzystam cię seksualnie.
Roześmiała się.

* * *

Niska kobieta o blond włosach miała na sobie czerwoną sukienkę z
kokardą. W prawej dłoni trzymała półpusty kubek z herbatą. Stała w
wejściu do pokoju Agafe i patrzyła na swoją ofiarę, która kuliła się w
kącie, owinięta szarym kocem. Taju zmarszczyła brwi, zamknęła za sobą
drzwi i powiedziała:
-Myślę, że mój czar już się skończył. -Nie usłyszała odpowiedzi.
-Przyjemnie było się z nim kochać i myśleć, że on też kocha. Teraz,
moja droga, powiesz mi, co mogę zrobić ze swoim problemem. Boli mnie,
że on sobie ciebie, a nie mnie używa. Wiem, że powinnam go stąd
wyprosić, ale jakoś nie mogę. Jak myślisz, dlaczego?
-Nnie wwiem. -Padła odpowiedź.
-No tak, skoro ja nie wiem, to dlaczego ty masz wiedzieć. Ale fakty są
takie, że jeśli go wygonię, to Nyssa go dorwie i zabije. Myślisz, że
troska o bezpieczeństwo drugiej osoby może świadczyć o miłości…
-Ttak…
-Ja jestem ciekawa, skąd ty w ogóle wiesz o takich rzeczach, ale
podobno jesteś człowiekiem. -Mruknęła coś pod nosem. -Jeśli nie mogę
się ciebie pozbyć, a ból sprawia mi patrzenie, jak on się kocha z
inną, to jak myślisz, co powinnam zrobić?
-Nnie wwiem.
-Nie wiesz? Nie pomagasz mi. Miałam nadzieję na dość poważną rozmowę,
a ty tylko się powtarzasz. Cóż…
-Zostaw ją. -Odparł George, wchodząc do pokoju. Gospodyni wyczuła w
nim zdenerwowanie i zamknęła za nim drzwi.
-A co, jesteś jej aniołem stróżem? -Zapytała.
-Przede wszystkim jestem tchórzem, ale muszę zrobić pewną rzecz, o
której zapomniał Kosashi.
-Jaką?
-Wyjdziesz, wrócisz, to się dowiesz.
Parsknęła śmiechem.
-A potem mój ukochany nałoży na ciebie pstryczka? -Zapytała.
-To możliwe. Byłabyś tak miła i zostawiła nas samych?
-Dobrze, ale wiesz… nie powiem o tym Kosashiemu, jeśli odpowiesz na
jedno pytanie. Czy nie mogąc się zmusić do pozbycia się jego, oznacza
to, że go kocham?
-To znaczy, że się przyzwyczaiłaś do niego.
-Ale miłość jest w tym?
-Miało być jedno pytanie, nie dwa. Idź już sobie, a potem będziesz
mnie tym męczyła przy torturach.
-Dobrze, pozdrowienia z piekła!
Wybiegła, zatrzaskując za sobą drzwi.
-George… -Powiedziała łamiącym się głosem Agafe. -Ty…
Podszedł do niej, przytulił i poczuł, jak zbiera mu się na płacz.
-Rozmawiałem ze smokami, Nirgiz twierdzi, że wie, dlaczego nie możesz
świadomie czarować i zna na to sposób.
-Tty… jjeeśli…
-Agafe -pogłaskał ją po głowie -mną się nie przejmuj. Naprawdę, muszę
to zrobić, a nie ma komu…
-Aale oona powwiedziała, żże…
-Proszę, nie zwracaj na to uwagi, to bez znaczenia.
-Aale ja ćcię kkochaam i nnie hchcę…
-Widzisz, nie zasłużyłem sobie na twoją miłość. Chcę, żebyś dobrze
mnie zapamiętała, a i tak ktoś musi to zrobić, jak nie ja, to nie
wiem, kto.
-Aale…
-Powiedz mi po prostu, gdzie chciałabyś być, co zobaczyć. No, śmiało.
-Nniebo i ttrawa, Likame, smoki…
Zakrył jej oczy dłonią, a gdy odsłonił, poczuła delikatnie głaszczącą
w nogi trawę. Zobaczyła łąkę z makami, a nad nią wielkie, błękitne i
bezchmurne niebo. Wzruszyła się. Było piękniejsze od tego, jakie
zapamiętała. Ile czasu minęło od tamtej chwili? Pragnęła, by ta chwila
trwała w nieskończoność. Między nią a George’m zapanowała cisza, ale
słyszała słodki szum wiatru.
Na chwilę nad nimi zapadł potężny cień i kiedy podniosła głowę,
zobaczyła dostojną sylwetkę czarnego smoka. Nirgiz! Chciała wykrzyczeć
to imię, ale nie zdążyła. Co z tego, że ten smok ją okłamał, co z
tego, że był zboczony, jak stale dotrzymywał jej towarzystwa w Kramie?
A teraz nie wyglądał na takiego, co wiedzie szczęśliwy żywot. Gad
wylądował przy parze, a Agafe dotknęła delikatnie jego szorstkiej
skóry.
-Witam. -Powiedział Nirgiz, składając skrzydła. -Demony trochę narozrabiały, co?
Pokręciła głową.
-Masz szczęście, że masz George’a i za cholerę nie spodziewałem się,
że nasze rozstanie tak mnie zaboli. Podobno nie zadajesz pytań, a to
źle. No, ale ty powinnaś to wiedzieć lepiej, niż ja.
-Jja nnic nie wiem, nnic mi nie mówią. -Odpowiedziała.
-Dobra, tym razem ci powiem, żebyś przynajmniej to wiedziała. Bo w
zasadzie muszę coś ci zrobić… -Przekręcił łeb, widząc, jak jego pani
się kuli. -Ale nie skrzywdzę cię, przecież. Sprawa wygląda tak, że
masz w sobie dwa duchy, Lidię i jakiegoś pedałka, no i te duchy umieją
korzystać z magii, którą w sobie masz. Sama też mogłabyś, ale
musiałabyś przejść szkołę magii, a to dla lamerów i rozumiesz, nie ma
na to czasu. Poza tym te duchy to chyba dla jaj, bo nie widzę ich roli
jakoś w tym biznesie ratowania świata. No dobrze, ja muszę tych dwóch
z ciebie wydobyć i wtedy powinnaś umieć intuicyjnie korzystać z magii.
Teraz tego nie możesz robić, bo twój organizm myśli, że już się tego
nauczyłaś. Rozumiesz? -Kiwnęła głową. -Zamknij oczy.
Zrobiła to i poczuła na twarzy twardą skórę. Rozbolała ją głowa, czuła
się, jakby ktoś wysysał z jej mózgu sok. Napięła ciało, wrzasnęła i
poczuła zwolnienie uścisku. Opadła prosto w ramiona anioła, ciężko
oddychając. Spoglądała na smoka.
-To wszystko. -Powiedział Nirgiz. -Nie było strasznie, prawda?
-Nnie.
Przylgnęła do George’a.
Gad uśmiechnął się i stwierdził:
-To wy sobie pobaraszkujcie, a ja pójdę coś zjeść.
Powoli wzbił się w powietrze, a potem zniknął.
-Zzostań ze mmną. -Poprosiła, kładąc głowę na anielskim ramieniu.
-Nie zostawię cię. Nie potrafię.
-Ggeorge… Kocham cię… -Delikatnie pogłaskała jego policzek. -Jeśli
ty mnie nnie, tto czemu tto robisz…
-Co robię?
-Pprzecież oon ćcię za tto zabije.
Zaklął w duchu. Zawsze tak miała – wiedziała o rzeczach, o których nie
powinna, nawet, jeśli nikt jej o nich nie mówił. Wprawdzie Taju
wspominała, ale w głosie Agafe… Swej ukochanej wyczuł pewność i
tęsknotę.
-Nie zrobił tego, kiedy cię porzuciłem, może nie zrobi…
-Zzrobi i tty wiesz o ttym.
Wytarł łzę, która spłynęła po jej prawym policzku.
-Nie wiem, czy cię kocham. -Powiedział. -Ale powinienem to zrobić…
-Nnie. Nnie hchcę littości… hchcę mmiłości… -Chwyciła jego koszulę
lewą dłonią, zacisnęła ją w pięść, spojrzała w oczy i powiedziała
cicho: -Czeggoś mmi nnie mmówisz. -Po czym rozpłakała się.
-Agafe… -Pogłaskał ją po głowie. -Nie płacz, proszę cię. Wybacz, że
cię opuściłem. Chciałbym to jakoś naprawić, ale tylko przez
poświęcenie…
-Nnie chcę ttam wwracać… -Mówiła z rozpaczą, szarpiąc go. -Nnie chcę
cię ttracić… Pproszę…
-Nie odstawię cię tam z powrotem.
-Nnie…?
-Byłbym kompletnym draniem, gdybym sobie na to pozwolił, a tak jestem
tylko tchórzem….
-Ttchórzem?
-Zostawiłem cię, a powinienem być z tobą…
-Nniee… Nniee, Ggeo-rge… Tty nnnie mówiłbyś ttak, ggdybyś
wiedział… Wiedział… -W ostatnim słowie głos jej się załamał.
-Przecież wie. -Odpowiedział spokojny głos Kosashiego. Jego właściciel
stał od pary dziesięć metrów.
Poczuła dreszcze na ciele.
-Nnie… nnie!
Skuliła się tak, jakby chciała wniknąć do ciała swego ukochanego anioła.
-Zostaw ją. -Powiedział George.
-Właściwie to mógłbym ją od razu zabić, ale jej ciało jest takie piękne…
-Po co to robisz? Po co ją dręczysz, skoro uważasz, że ją kochasz?
-Bo jeśli ona nie może mi się dobrowolnie oddać, to ja mogę ją wziąć
siłą. Uważam, że jest to dobry pomysł.
-Za szybko się poddałeś.
Demon powolnym krokiem ruszył ku zakochanym. George czuł, jak ciało Agafe drży.
-Tak? -Zapytał Kosashi. -A ona nie jest mi winna wybaczenia? Skoro
tyle dla niej robiłem…
-Na  wybaczenie się pracuje. Nie dałeś jej takiej szansy.
Władczyni smoków chciała uciec. Byle z dala od tego strasznego głosu,
tego potwornego ciała, byle jak najdalej od Kosashiego. Nie potrafiła
się zmusić do ucieczki, nie chciała puścić koszuli George’a,
potrzebowała jego obecności, dotyku anioła, spojrzenia kogoś, kto
chciał dla niej dobrze.
-Puść ją. -Rozkazał demon.
-Nie jesteś moim panem.
-Ostatnim razem, gdy chciałeś ją uratować przede mną, wsadziłem cię do
ogni piekielnych, pamiętasz? Lekcja za mało cię bolała?
-Bolała, czy nie, nie powinienem jej opuszczać, a ty nie powinieneś
jej tak traktować.
-Zasłużyła.
-Pierdolisz. Myślę, że dla ciebie to tylko zabawka, którą zabijesz
wtedy, kiedy Nyssa ci zagrozi.
-Być może, co z tego? Jestem demonem, a ona dobrym pokarmem. Oddaj mi ją.
-Spierdalaj.
Demon zjawił się przy parze, spojrzał w oczy anioła, po czym pstryknął
palcem. Przy nim zjawił się Astaroth.
-Zrobię ci przysługę, Agafe i zabiję George’a na twoich oczach. Nie
będziesz się łudzić, że żyje.
-Nnie zzabijaj… -Jęknęła władczyni smoków, którą Kosashi chwycił za
włosy i pociągnął do siebie. Anioł nie zdążył zareagować, jego
ukochana znalazła się w ramionach oprawcy. Ten odpowiedział:
-Tak? A co mi dasz? Wszystkie swoje atuty wykorzystałaś dla Likame.
Czuła, jak łzy spływają po policzkach. Miała wrażenie, jakby były
kamykami. I nie potrafiła nic zrobić, żeby ocalić swojego ukochanego.
Czuła się taka bezradna.
-Masz magię, możesz go ocalić -usłyszała w głowie głos Nirgiza.
-Jak? -Odpowiedziała mu w myślach.
-Magią. Pomyśl o tym, co chcesz zrobić. Pomyśl, jak bardzo tego
pragniesz. Jesteś władczynią smoków, żadna szkoła magii nie jest ci
potrzebna, tylko działaj!
Ale co ta wiedza mogła jej dać? Nie miała bladego pojęcia o tym, jak
używa się magii jako broni, ale zdawała sobie sprawę z tego, że ledwo
ma siłę stać. Jak więc mogła… Ale działaj, pomyśl, myśl… Myślenie,
pragnienie nie wymaga chyba zbyt wielkiej koncentracji…
Poczuła, jak ktoś nią rzuca na ziemię. W pierwszej chwili straciła
orientację w sytuacji, a w następnej znajdowała się w ramionach
Astarotha. I słyszała słowa Kosashiego:
-Patrz, jak zabijam twojego ukochanego.
Oprawca przystawił dwa palce do serca George’a, który nie walczył. Po
co miałby to robić, skoro i tak to nie przyniesie efektu? Jego zabójca
przystawiał drugą dłoń do czoła. Miał już położyć na nim rękę, gdy
wrzasnął. Spojrzał wściekle na Agafe. Ta dłoń, która dotykała serca,
była poparzona.
-Kurwa -mruknął oprawca. -Kończmy już to przedstawienie.
Ukochanej anioła nie dano czasu na zastanowienie się, w jaki sposób
przeszkodzić Kosashiemu w zabiciu George’a. Bo demon wykonywał bardzo
szybkie ruchy. Wiedziała jedno: chce uratować swoją drugą połówkę.
Jeśli nie ciało ma przetrwać, to niech przynajmniej dusza przetrwa.
Dusza… Niech dusza przetrwa, proszę. Niech zjawi się tam, gdzie jest
bezpiecznie.
Gdy ona tak myślała, gdy skupiła się na tym pragnieniu, widziała, jak
z czoła i serca anioła wypływa krew. Nie krzyczała, tylko pragnęła,
aby dusza George’a znalazła się w bezpiecznym miejscu.
Jakieś światło na chwilę ich oślepiło, a gdy odzyskali wzrok,
zobaczyli unoszącego się w górę złotego, wielkości pięści, smoka. Lot
był wykonywany tak szybko, że w ciągu paru sekund widok ten zniknął.
Straciłam George’a, pomyślała Agafe i uświadomiła sobie, że to
nieprawda. Jego ciało nie istnieje, ale dusza uciekła tam, gdzie
wszystkie się udają, gdy już przestaną posiadać ciało, gdy stracą
większe kawałki siebie… Bezpieczne miejsce dla dusz… Piękne
miejsce, do którego nikt nie ma odwagi i prawa wstąpić. Ale ona kiedyś
tam się uda i odnajdzie swego ukochanego, i będą razem na zawsze.
Razem na zawsze.
Rozpłakała się. Coś do niej mówiono, ale ona nie zwracała na to uwagi.
Położono ją na brzuchu. On gdzieś tam jest, pomyślała, gorączkowo
myślała, kiedy czuła, że jakaś siła z niej uchodzi. Czy to nadzieja?
Bo poczuła zimną stal na nadgarstkach, a później na palcach. Nie mogła
nimi ruszać.
-Stałaś się niebezpieczna. -Powiedział Kosashi. -Tak szczerze, nie
potrafię cię unicestwić. A skoro tak, idziemy do domku. Astaroth, to
wszystko.
-To było ostrzeżenie? -Zapytał ukochany Likame.
-Potraktuj to, jak chcesz.
Kosashi zniknął ze swoją ofiarą, Astaroth został. Zamyślił się. Co
właściwie zobaczył? Śmierć jednego z ostatnich aniołów i wrak
człowieka. Nie podobało mu się to. Był demonem, ale tego typu zabawy z
kimkolwiek dawno przestały go bawić. Jeśli jego pani codziennie widzi
cierpienia swej przyjaciółki, to jak ona sobie daje z tym radę?
Nie daje.
Westchnął ciężko. Pewnie znów zastanie swoją ukochaną przy alkoholu,
co podobało mu się coraz mniej. Skoro jednak praca i seks nie
przynoszą ukojenia…

* * *

Ognisty las żył. A parę metrów od niego siedział anioł o długich,
kasztanowych włosach i pooranej twarzy. Patrzył, jak dziewczynka,
trzymająca w dłoni nóż zakończony blaskiem w kształcie gwiazdy, okrąża
jego osobę i czeka. Wiedział, że dopóki nie spełni jej prośby, dopóty
nie spłaci długu wobec niej.
-Dlaczego, do cholery, nie możemy zrobić tego później? -Zapytał.
-Bo później może nie być. -Odpowiedziała Fadwa. -Ale rozumiem, że nie
znasz sytuacji.
-Bo mi, kurwa, nie chcesz powiedzieć. Jakbym wiedział, to bym może się
zmusił do gadania, ale bez poważnych przyczyn nie potrafię! Nie
potrafię, kurwa! Nawet nie wiesz, jak to boli!
-Dobrze, ułatwię ci zatem twoje zadanie. Ale oddasz mi jedno zaklęcie
teleportacji.
-Że co, kurwa?!
-To, co słyszałeś, inaczej nic z tego. To jak będzie?
-A, do diabła z tym.
Wystawił dłoń przed siebie, zmaterializował w niej żółte światło i
podał swej oprawczyni. Ta z uśmiechem wzięła podarek i zaczęła:
-Jak zapewne wiesz, ktoś uwolnił Nyssę z ogni piekielnych, potem
zaczęła szukać Kosashiego, żeby się zemścić na nim i jest już naprawdę
blisko swego celu. W międzyczasie dopadła niebo i wszystkich, oprócz
ciebie, zabiła…
-I George’a…
-Który w tej chwili i tak nie żyje. -Uśmiechnęła się złośliwie, widząc
zaskoczoną twarz swej ofiary. -Kosashi go zabił, ale nie dlatego, że
był aniołem. Dlatego, że poprosiłam George’a o coś w zamian za
uwolnienie ciebie. Generalnie, George zakochał się we władczyni
smoków, a Kosashi mu pozazdrościł i także się w niej zakochał, ale na
swój okrutny sposób. A Nyssa chce dopaść wszystko, co nazywa się
Kosashi i wiąże się z nim, więc… Więc władczyni smoków także,
również ze względu na jej moc. Problem polega na tym, że władczyni
smoków nie umie czarować, a chronić ją jakoś trzeba, więc Kosashi
zamknął ją u pewnej osoby. A władczyni smoków jest przyjaciółką
Likame, kobiety, która tworzy armię przeciw Nyssie. I w ten sposób
mamy niezłą rozrywkę.
-O kurwa.
-Podsumujesz to bardziej poetycko?
-Jeśli Nyssa dorwie Kosashiego i władczyni smoków… Jak blisko tego jest?!
-Powiedziałabym, że parę dni.
-Czegoś mi nie mówisz?
-Ponieważ zakochałam się we władczyni smoków, nie chcę utrudniać pracy
Likame. A kto wie, może w tej chwili podsłuchuje nas ktoś od
Kosashiego…
-Jak można się zakochać we władczyni smoków?
-Bo to piękna osobowość i potężna magia.

* * *

Rudowłosa trzymała w prawej dłoni puszkę napoju energetyzującego.
Siedziała na kanapie i patrzyła na ścianę. Wyglądała blado i sprawiała
wrażenie wyczerpanej. Astaroth zjawił się przy niej i pocałował ją w
usta.
-Wypiłam sześć piw, a potem zasnęłam i obudziłam się z krzykiem.
-Powiedziała spokojnie. -Widziałam coś…
Jej ukochany usiadł przy niej i przytulił.
-Szkoda, że nie umiem ci zaradzić. -Szepnął do ucha i cmoknął je.
-Trochę czasu minie, nim zapanujesz nad mocą Archa, a ja nie potrafię
jej stłumić.
-Tylko tego nie mów, proszę.
Między nimi zapadło milczenie.
Przytulił ją.
-Na co masz ochotę? -Zapytał.
-Spać… Ale… Jak zasnę, to mnie obudź, nie chcę tego oglądać…
-Dobrze.
Likame spędzała dużo czasu z Astarothem. Choć wyczerpana, usiłowała
zmusić się do pracy, ale brak snu powodował, że nie bardzo potrafiła
skupić się na pisaniu kodów czy dzwonieniu do ważnych osób. Odliczała
dni do końca Kosashiego, czasem wyobrażała sobie, że wszystkie
straszne rzeczy po prostu nie wydarzyły się. Najlepiej czuła się w
ramionach swego ukochanego, który sześć dni przed decyzją Nyssy, gdy
zapadł wieczór, zaprowadził ją nad Wartę. Patrzyła, jak światło
zachodzącego słońca spada do wody bez słowa. Uśmiechnęła się.
-Ładny widok. -Stwierdziła.
Demon usiadł na trawie i podciągnął do siebie swoją panią. Ta usiadła
mu na kolanach, opierając głowę o jego piersi.
-Pomyślałem, że ten widok cię odpręży. -Wyjaśnił i podał jej kwiat z
czekolady. Zjadła go powoli, po czym zapytała:
-Jak to możliwe, że mam takiego dżentelmena demona?
-Miłość potrafi dużo, ale mam malutki problem z tego tytułu.
-Pocałował ją w policzek. -Coraz słabiej rozumiem kwestię zła, jakbym
zapominał, co to jest. Anioły tak mają.
-Anioły? Stajesz się aniołem?
-Nie wiem, ale taki stan mi przeszkadza, bo chciałbym przynajmniej
wiedzieć, co powoduje niektóre gorsze wydarzenia.
-Dżentelmen. -Mruknęła i zaczęła ustami pieścić jego ucho. -Spać.
-Może tym razem nadejdzie dobry sen.
-Pięć dni jeszcze zostało…
-Może mniej.
-Wierzysz w to?
-Chciałbym. Ale musisz mi coś obiecać…
-Co się dzieje?
-Chciałbym, abyś mi obiecała, że niezależnie od tego, co się wydarzy,
będziesz silna. Po prostu… Chciałbym wiedzieć, że beze mnie sobie
poradzisz.
-Bez ciebie?!
Przytulił ją.
-Będę przy tobie tak długo, jak to tylko możliwe, ale nie mam pojęcia,
ile to może trwać. Wolę…
-Co się dzieje?…
-Jeszcze nic. Po prostu cię kocham i chcę, żebyś była silna, dla
siebie, dla mnie i dla Agafe.
-Ale ja bez ciebie sobie nie poradzę!
-Nie mów tak, nie wolno ci tak mówić. Będę przy tobie tak długo, jak mogę.
Pocałował ją w usta. Zbierało jej się na płacz, ale ciepłe ciało
Astarotha dodawało takiej otuchy, że szybko się uspokoiła.
-Długo to będzie trwać? -Zapytała cicho, spoglądając w jego piękne oczy.
-A o co pytasz?
-Nie wiem… Astaroth…
Zasnęła.

* * *

-To jest, kurwa, cholernie trudne. -Stwierdził szatyn. Wprawdzie
dowiedział się, co się dzieje na świecie, jednak wciąż nie mógł się
zmusić do opowieści o swojej tragedii. -Jak, do diabła, George mógł ci
zaufać?!
-On nie zaufał, on tylko stwierdził, że ma wobec władczyni smoków
pewną powinność, więc poszedł ją wypełnić. Wiesz, ona też go kochała.
-Świetnie. A mogłabyś przynajmniej zdradzić imię władczyni smoków i
miejsce pobytu Likame?
-A co mi dasz?
-Kurwa. Kurwa! Możesz w końcu przestać?! Teraz nie czas na wykupywanie
mocy! Ani na takie rozmówki, czy ty wiesz, co się stanie, jeśli Nyssa
dorwie Kosashiego i władczynię smoków?! Zdajesz sobie z tego sprawę,
że nawet demonom nie będzie wówczas do śmiechu?! Do cholery!
-Mnie osobiście niewiele to obchodzi. -Machnęła ramionami. -Ale ty,
generale, oczywiście wiesz znacznie lepiej ode mnie, co się liczy.
Tylko, że wiesz… Ja, a także Likame i pewnie ze sto innych osób
będzie bardzo szczęśliwych, jeśli Nyssa dorwie Kosashiego. Nie mam
pojęcia jednak, co ona planuje wobec władczyni smoków…
-Przecież to oczywiste, chce ją zabić.
-Może to nie byłoby takie tragiczne… Bo może nie zdajesz sobie
sprawę z tego, że ona jest teraz sto razy bardziej wymęczona, niż ty.
Dlatego, jeśli chcesz ją ratować, to musisz się pośpieszyć ze swoją
historyjką.
-Byłem w niebie… -Zaczął. -Najpierw nikt z nas nie wiedział, co się
dzieje, po prostu niektóre anioły zaczęły padać, jak muchy. I, kurwa,
swoją rzeź robiła bardzo szybko. Nie zdążyliśmy wezwać na pomoc
władczyni smoków, nie zdążyliśmy… -Urwał. Przeklął, czuł, jak nie
może wydusić z siebie słów. -Nie umiem, kurwa.
-Musiałeś patrzeć na śmierć swoich kolegów, tak?
-Tak… Z moich oddziałów nic nie zostawało, a ona kazała mi na to
patrzeć… suka! Zajebię ją przy najbliższej okazji!
-No, wspaniale, ale jak zabijała twoich przyjaciół? Nożem? Magią?
Zaklął.
-Po co ci, do cholery, te informacje?!
-Denerwujesz się, męczysz się, cierpisz, to niezła zabawa, a ja jestem
niedożywiona. Jeszcze momencik, jeszcze chwila…
-Posrało cię.
-No, śmiało, opowiadaj.
-Po prostu, ona wzięła w swoje ramiona mojego przyjaciela… -Urwał.
-Ja byłem unieruchomiony, nie miałem wyboru… A ona po prostu wzięła
go w ramiona i… -Powstrzymywał się od płaczu. Blady, ciężko
oddychał. Opowiedz, im szybciej to zrobisz, tym lepiej dla władczyni
smoków, zganił siebie. Powiedział cicho: -I zaczęła go spalać, kawałek
po kawałku.
-I ona każdego tak?
-Tylko z mojego oddziału, reszta od razu została przemieniona w proch…
Między nimi zapanowało milczenie. Mężczyzną wstrząsał szloch. Fadwa
gapiła się na ogniste drzewa z uśmiechem na twarzy. Właśnie czuła, że
jest najedzona.
-Dzięki, smakowało. -Powiedziała, gdy jej towarzysz już tylko siedział blady.

* * *

Obudziła się na trawie. Słońce wisiało nisko nad horyzontem, a za
swoimi plecami słyszała szum rzeki. W pierwszej chwili nie rozumiała,
co się dzieje, ale przypomniała sobie noc. Będzie musiała być silna
bez Astarotha… Ciarki ją przeszły. Gdzie jest Astaroth?!
Zerwała się na nogi. Rozejrzała się, ale zobaczyła tylko drzewa, niebo
i Wartę. Zacisnęła pięści. Jeśli Kosashi albo Nyssa zrobili mu
krzywdę, cokolwiek, to już ona się postara o to, by się doigrali.
Ale może wszystko z nim w porządku, a jego pan wezwał go na trochę do
siebie? Albo Astaroth poszedł na spacer? Ale czemu miałby ją tu
zostawiać?
Najgorsze było to, że nie do końca wiedziała, w którym miejscu miasta
przebywała. Ruszyła wzdłuż rzeki, mając nadzieję, że coś się wyjaśni.
Tylko nie Astaroth, pomyślała. Dlaczego go nie ma? I czemu on wczoraj
mówił takie niepokojące rzeczy? Chyba nie chciał z nią zerwać?
-Witam. -Usłyszała za sobą znany głos i przeszedł ją dreszcz.
Likame odwróciła się napięcie i ujrzała przed sobą Nyssę ubraną w
prostą, czerwoną sukienkę. W dłoni trzymała czekoladową różę.
-To dla ciebie -powiedziała Rosemary Uzdrowicielka, wyciągając przed
siebie słodycz. -Wspaniały kwiat, prawda? -Zaczęła go jeść. Po paru
kęsach wyrzuciła przysmak na trawę i go zdeptała. -Nie mogłam się
oprzeć, skarbie. Widząc was na tej łące pomyślałam, że za mało się
bawicie. Było ciężko, ale jakoś dwie godziny temu udało mi się dopaść
i zabić Astarotha. Błagał, żeby to nie było na twoich oczach, ale tak
ładnie to robił, że się zgodziłam.
Rudowłosa stała, jak skamieniała. Blada i przerażona, nie była w
stanie uwierzyć w słowa, które słyszała. Cofnęła się.
-A tak przy okazji, za pięć dni uwolnię twoją ukochaną Agafe, ale
powiedz mi, gdzie ona jest teraz, bo później mogę nie mieć czasu na
latanie do ciebie.
-Jest… Jest w piekle u Taju. -Wydusiła z siebie Likame.
Astaroth nie żyje? Przecież to było niemożliwe, niemożliwe, obiecał
jej przecież, że nigdy jej nie opuści!
-No to do zobaczenia. -Stwierdziła Nyssa i zniknęła.
Zapanowała cisza, a Likame nie była w stanie się ruszyć. Jej ukochany
nie żyje? Już nigdy nie dotknie jego ciała, nie pocałuje, nie poliże
penisa, nie usłyszy jego głosu, nie dostanie prezentu, nie zostanie…
Rozpłakała się. I jak ona sobie teraz da radę bez niego?! Jak?! Ale
obiecała mu, że będzie silna, będzie silna, tak…
Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim się uspokoiła. Zabije Nyssę,
zabije Kosashiego. Zabije wszystkich tych, którzy sprawiają jej i
Agafe ból. Ale teraz musi do tego doprowadzić, musi być silna, tak,
jak on, tak ona powinna starać się wypełniać swoją obietnicę.
On chciał wiedzieć, że jest silna, on w nią wierzył. Więc pokaże mu,
że taka jest. Spojrzała w niebo. Gdzieś tam, być może, przebywa jej
ukochany. Chciała mieć świadomość, że jego dusza nadal żyje, że
obserwuje ją z daleka.
-Dam radę -szepnęła.
Ruszyła przed siebie. Poczuła ogromną ochotę, by się czegoś napić.
Doszła do jakiegoś budynku, zrozumiała, że w pobliżu jest most, za
którym znajduje się cywilizacja i skierowała się w jego stronę.
Doprowadzi misję Phobosa do końca, uratuje przyjaciółkę, da sobie
radę… Musi dać. Wiedziała jednak, że najpiękniejsze chwile w życiu
ma już za sobą. On tyle jej dawał, a ona co mu? Był taki romantyczny,
wtedy, we Włoszech, gdy jej się oświadczył albo wtedy, we Francji, w
hotelu jakimś… Albo… Po prostu był wspaniałą istotą i miała łzy w
oczach. Powoli szła, jakby na wpół nieprzytomna. Było, minęło, co jej
teraz zostaje? Nie ma już Archa, przyjaciółka jest gdzieś daleko z
własnymi problemami, nie ma Astarotha, nie ma niczego, dla czego warto
by było żyć.
Skierowała się do Żabki, sklepu o zielonym znaku, weszła, wzięła
wódkę, zapłaciła, wyszła, otworzyła, ruszyła chodnikiem przed siebie -
nie bardzo zwracając uwagę na to, czy idzie w dobrym, czy nie,
kierunku i zaczęła pić.
Usiadła na ławce i kontynuowała swoje pijaństwo. Może za dużo
alkoholu, ale jak ma sobie radzić z tym wszystkim? Z tym całym gównem?
Obok niej usiadł młody chłopak o czarnych włosach ściętych na jeża.
Miał na sobie koszulkę i dżinsy, a w dłoni trzymał puszkę piwa.
-Pyta się, czy można, zanim się usiądzie. -Zganiła go, po czym łyknęła wódki.
-Odczep się.

Spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami. Miała już wypić kolejną
porcję wódki, ale spojrzenie na młodzieńca, który miał na oko
osiemnaście lat, sprawiło, że zaczęła zastanawiać się nad czymś innym.
-Nie wydaje mi się, żebyś tego chciał, skoro tu usiadłeś.
-Powiedziała. -Ile ty masz lat?
Zrobiła łyk.
-Ja mam osiemnaście i dlatego mogę pić piwo. -Zrobił parę łyków swego
napoju. -Nie wyglądasz na żula…
-A co, ty nim jesteś?
Ten młody chłopak czegoś od niej chciał, tego była pewna. Natomiast
ona… Ona powinna być silna, choć na razie tego nie potrafiła. Dla
Astarotha powinna była od razu udać się do firmy i ją po prostu
rozwijać, ale… Jak miała się na tym skupić, skoro to tak bardzo
boli, a w dodatku nie do końca chciało jej się wierzyć, że już ma za
sobą te wszystkie piękne chwile w życiu…
Zrobiła łyk.
-Nie, ale… -Urwał. -Mam dość tego, że nikt mnie nie rozumie! Rodzice
ciągle na mnie wrzeszczą, koledzy się śmieją, bo potrafię tańczyć na
korytarzu, a w ogóle to nawet, jak się uczę, to nic z tego nie
wychodzi! -Skończył piwo jednym haustem.
-I pijesz tylko dlatego, że w szkole ci nie idzie, a masz wrażenie
niezrozumienia świata?…
-No, czuję, że jestem inny, ale te dwóje z matmy…
Jaki ten świat dzieciństwa jest prosty, pomyślała. Żeby tak wrócić do
czasów, kiedy nie było tych wszystkich problemów, nie straciła dwóch
najwspanialszych osób i nie męczyła ją wizja Agafe… przeszły ją
ciarki, zrobiła następne łyki z butelki wódki, a chłopak się
przyglądał.
-Chcesz? -Podała mu butelkę.
Machnął ramionami i zrobił łyka.
-Powiem ci coś. -Zaczęła. -Jesteś idiotą. Jeśli z takimi rzeczami nie
umiesz sobie poradzić, to jak chcesz sobie poradzić w życiu? No, jak
chcesz?!
-Nie wiem! Ale dobija mnie to, że z matemą mi nie wychodzi, a potrafię
pisać programy C++…
Wybuchnęła śmiechem.
-Przepraszam -bąknęła, gdy starała się powstrzymać od płaczu. Czuła
się trochę spita. -Więc czego ode mnie chcesz?
-Pomyślałem, że taka okazja, zapytać się właścicielki Dragon Arch, jak
to zrobiła, że osiągnęła tak wspaniały sukces, może się już więcej nie
powtórzyć…
-Przede wszystkim, nie dołowałam się z byle powodu. Teraz mam powody!
Wtedy, jak byłam w twoim wieku, to był raj na ziemi i ty go masz,
powinieneś się z tego cieszyć!
Chwyciła go za koszulę i powiedziała:
-Ciesz się! Do cholery, to tylko oceny, można je poprawić, a co ja
mam! Ja mam gówno! Wiesz, co to znaczy, gdy twój najlepszy przyjaciel
jest torturowany, a wiesz, co to znaczy stracić ukochaną osobę?! To są
powody!
-Może mnie pani puścić? -Poprosił lekko speszony chłopak. Miał ochotę
uciec, ale nie zrobił tego. Bo powody, które wymieniła były
wystarczające, by usprawiedliwić jej zachowanie, a teraz łzy, które
spływały po jej policzkach. Puściła młodzieńca i powiedziała:
-Przepraszam.
-Może, skoro pani wymaga od innych walki ze swoimi słabościami,
powinna pani sama z nimi walczyć?
-Obiecałam mu, że będę silna! Ale… cholera, nie wiem, czy potrafię…
-Wiele osób panią podziwia, ja też. -Wypił łyka wódki. -No, ale żeby
to osiągnąć, to trzeba być naprawdę silnym psychicznie, umieć
pokonywać przeciwności losu… Pewnie mi się nie uda być takim, jak
pani.
Ile człowiek może wytrzymać? A ten tu młody człowiek jakby nawoływał
do tego, by się nie poddawać. Zapytała:
-Jesteś aniołem?
-Nie. -Spoglądał na nią ze zdziwieniem. -Dlaczego miałbym nim być?
-Bo próbujesz mi powiedzieć, że potrafię być silna. Potrafię być, prawda?
-Prawda.
-Masz ochotę na piwo?
-Nie mam pieniędzy.
-Postawię ci. Zostaw tę wódę, to dla żuli.
Wstała, on też. Ruszyli przed siebie, kierując się do najbliższego spożywczaka.
-Jak się nazywasz? -Zapytała.
-Michał. Druga klasa liceum, a ja nadal nie mam pojęcia, co dalej.
Weszli do sklepu, Likame zgarnęła z wyższej półki cztery piwa,
zapłaciła za nie, po czym wyszli. Podała jeden napój swemu
towarzyszowi, wzięła drugi i zaczęli pić, spacerując wokoło.
-Czy pani chce mnie upić? -Zapytał.
-Może. Ale przede wszystkim chcę wiedzieć, czemu masz problemy. Bo
może… zapomnę o swoich.
-Matematyczka nie potrafi nam wyjaśnić, fizyczka to samo, a polonistka
i historyczka nudzą. Ogólnie, do bani.
-Ale to tylko szkoła…
-Tak i tracę przez nią dużo czasu! Po cholerę mi jakaś historia, jak
chcę iść na informatykę!
-Przecież z matematyką sobie nie radzisz.
-Ale piszę świetne programy w C++ i nawet zarobiłem ostatnio na nich
300 złotych!
Zatrzymała się.
-Naprawdę? -Zapytała, wypijając łyka ze swojej puszki.
-No naprawdę, jakbym mógł… Mieszkam niedaleko, może pani ze mną
pójść i sprawdzić, mam wszystko, no, sam program i potwierdzenie
przelewu, no i… wie pani, pomyślałem też, że jak się do pani
przyłączę, to mi pani pomoże…
-No chwila, moment. A na co wydałeś tą kasę? Na chlanie?
-W zasadzie to na nic, bo rodzice potrzebowali pożyczyć…
Likame westchnęła. W zasadzie, co ją obchodzi, na co wydawał pieniądze
ten młody człowiek? Takie pytania bardziej by interesowały Agafe, niż
ją. Ukochana Astarotha powinna się skupić tylko i wyłącznie na tym,
czy ten Michał jest idealnym programistą do Phobosa.
-Dobrze, pójdę do ciebie. -Stwierdziła.
Ruszyli. Minęli most, podeszli do wieżowca, który byłby całkiem ładnym
widokiem żółci na niebie, gdyby nie czarne napisy “HWDP STAL GORZÓW”,
po czym Michał wszedł do pierwszej klatki schodowej, wcisnął jakiś
kod, otworzył drzwi i zaprosił do wejścia swojego gościa.
Gospodarz wszedł na strome i wąskie schody, podszedł do drzwi,
zaczekał na kobietę, włożył klucz do zamka, otworzył, poczekał, aż
jego towarzyszka wejdzie, wszedł za nią, zamknął drzwi, ale zapomniał
przekręcić zamka, zdjął buty, poszedł do pierwszego pokoju i włączył
komputer.
Likame usłyszała szum maszyny, która mogła mieć z minimum pięć lat,
jak nie więcej. Chłopak zaklął, wcisnął guzik od resetu, dostał do
dłoni kolejną puszkę piwa. Rudowłosa usiadła na krześle, które sama
sobie postawiła – stało przy drzwiach.
-Ten grat uruchamia się, kiedy chce. -Stwierdził Michał. W końcu
Windows uruchomił się oprócz zielonego tła pulpitu na monitorze nic
więcej nie było widać. Poruszył myszką, ani drgnęła. Wcisnął jeszcze
raz przycisk od resetu.
-Nie wiedziałam, że ktoś jeszcze używa Windowsa. -Rzekła Likame.
-Bo Ubuntu na tym gracie w ogóle nie chce się uruchamiać, nawet po
aktualizacji BIOSa.
-To co ty masz za sprzęt?
-Stary jakiś, sprzed pięciu lat. Brak kasy na kompa, rodzice w
długach, a mi nie idzie w szkole i w ogóle do dupy.
W końcu system poprawnie został uruchomiony, Michał kliknął na ikonkę
zatytułowaną “Poczta”, pokazało się okienko, w którym widać było
program pocztowy.
-No, to zrobiłem na specjalne zamówienie firmy POCZT666. -Wyjaśnił.
-Nie wiem, po co im w dzisiejszych czasach tego typu aplikacja, ale
zapłacili.
Włączył Chrome’a, wpisał hasło, kliknął na czwartego maila od góry i
ukazało się potwierdzenie przelewu z banku eMbank.
-Pokaż kod programu. -Wypiła łyk ze swojego piwa.
Włączył C++ Buildera, otworzył jakiś plik i rudowłosa mogła przeglądać
wnętrze programu pocztowego Michała. Wskazała palcem na drugą linijkę.
-Całkiem dobry ten kod -stwierdziła. -Pewnie znalazłoby się parę
błędów, ale włącz taki program… Jak mu tam było, od sprawdzania
błędów.
-Exam Code? Niestety, najnowsza wersja w ogóle nie chciała się
zainstalować. Podobnie, jak parę innych rzeczy.
-A masz Pendrive?
-Poszukam.
Podszedł do czarnej szafki, otworzył, podrapał się po głowie, wyszedł
z pokoju i przyszedł z przenośną pamięcią USB o pojemności 1 GB. Wlazł
pod biurko i zaczął go montować.
-Z przodu masz USB? -Zapytała rudowłosa, marszcząc brwi.
-Z przodu nie działa.
Westchnęła ciężko, Michał wylazł i zaczął przerzucać program na maszynę.
-Mógłbyś także potwierdzenie przelewu? -Poprosiła go.
-Dobrze.
-Dlaczego masz problemy z matematyką, skoro bawisz się w informatykę?
-Bo baba jest p… -Urwał. -Stuknięta.
-Ale chciałbyś pracować w mojej firmie?
-Chciałbym, chociaż pewnie to się nie zdarzy…
-Rozumiem, a do którego liceum łazisz?
-VIII LO.
Pokiwała głową i uśmiechnęła się smutno.
-Żeby być dobrym programistą, nie trzeba być geniuszem. -Oświadczyła.
-A moja firma z reguły dba o swoich pracowników, przyszłych bądź
obecnych. Ostatnio mamy problem z praktykantami z tutejszej uczelni,
nie jesteśmy z nich zadowoleni. Ale gwarantuję, że jeśli poprawisz
swoje wyniki w nauce, zdasz maturę i dalej będziesz programował, to
osobiście zapewnię ci staż w mojej firmie.
-A co ze studiami? Wprawdzie mnie na nie nie stać, ale twoja firma…
-Z pensji, którą byś dostawał…
-Chwila, pani mówi o płatnym stażu?!
-Oczywiście, przecież nikomu by się nie chciało męczyć za darmo. No,
może z nielicznymi wyjątkami.
-Płatny staż…
-Pod warunkiem, że poprawiłbyś wyniki w nauce. Aha, nie idź na
tutejszą polibudę, bo rezygnujemy z jej usług w tym roku i liczymy na
polibudę z Gdańska lub jakąkolwiek inną.
-Tylko niech mi pani powie, co powinienem zrobić… Bo nie wiem, czy
dam sobie radę.
-Ja też nie wiem, czy dam sobie radę. Spróbujmy. Wpadnij do Dragon
Arch, to może przyślę jakiegoś pracownika, żeby ci pomógł z tym, z
czym masz problemy. Za darmo.
-Naprawdę???
-Dbamy o swoich pracowników i dlatego są do nas tak przywiązani i
rzadko odchodzą. A poza tym… Dobrze komuś pomóc. To co, damy radę?
-Damy.
Powiedziała już wszystko, co miała i mogła wyjść od tego młodego
mężczyzny, przed którym życie staje otworem. Ale nie śpieszyło jej się
i czuła się całkiem przyjemnie w domu, który od paru ładnych lat nie
widział dobrze zrobionego remontu. Za drzwiami tego domu czekała ją
samotność.
-A może byś mi pokazał, z czym masz problemy w matmie? -Zaproponowała.
-I czy ty nie powinieneś być teraz w szkole?
-Miałem do trzynastej, teraz jest szesnasta.
Od rozstania z Astarothem minęło parę godzin. Parę godzin przeżyła, to
i przeżyje resztę.
-To przynieś książkę z matmy, wyjaśnię ci to, czego nie kumasz.
Michał wyszedł, a ona zagapiła się w ekran monitora. Nie wyobrażała
sobie pracy na tak starym i zużytym sprzęcie… I żeby Ubuntu nie
mogło chodzić, to był skandal!
Chłopak wrócił z plecakiem, wyjął z niego niebieską książkę, otworzył
na pięćdziesiątej ósmej stronie i powiedział:
-Mam problem z tym.
Pokazywał temat z równaniami trygonometrycznymi.
-Masz jakieś kartki? -Zapytała.
Od momentu, kiedy otrzymała materiały do pisania, zaczęła wyjaśniać
licealiście, o co chodzi z sinusami i cosinusami. Czas przestał dla
niej istnieć, ledwo zwrócili uwagę na to, że za oknem zapanowała
ciemność. Dopiero, kiedy Michał odbębnił kilka zadań, z których
wynikało, że zrozumiał funkcje trygonometryczne, a drzwi od domu się
otworzyły i usłyszeli kobiecy wrzask: “Michał, do diabła, czemu nie
zamknąłeś drzwi?!”, zdali sobie sprawę, że zrobiło się późno.
-Która jest? -Zapytała Likame.
Do pokoju weszła średniego wzrostu kobieta w brązowym płaszczu i
czarnych spodniach.
-Kto to jest?!
-Niech się pani nie wścieka. -Odpowiedziała rudowłosa. -Jestem
właścicielką Dragon Arch i właśnie tłumaczyłam mu funkcje
trygonometryczne. Zrozumiał, ma mieć piątkę na sprawdzianie.
-Akurat pani jest właścicielką DA! A tobie, Michał, jak nie wstyd
przyprowadzać gościa do takiego bałaganu?!
-Mamo -jęknął chłopak -nie przejmuj się tym, ta pani i tak nie
zwróciła na to uwagi…
-I co tu robią te puszki po piwie?! Piłeś?!
-Mamo, nie przy gościu.
-Jestem twoją mamą i jak piłeś, to chcę wiedzieć!
-Tak, piłem, ale mam już osiemnaście lat…
-Gówniarzu, w moim domu nie możesz pić!
-Mamo, ale my mamy gościa…
-Może pani sobie iść. Do widzenia!
Likame wstała, odczekała chwilę, po czym wyszła bez słowa.
Stanęła za drzwiami wejściowego do mieszkania i ciemność w korytarzu
ją napadła. Atmosfera w tym domu na pewno nie stanowiła najlepszych
warunków do pracy, w dodatku nie wzięła pendrive’a. Ale przynajmniej
chłopak dostanie piątkę ze sprawdzianu.
Zaczęła powoli schodzić na dół. Czuła się taka samotna. Ani Archa,
któremu mogłaby się zwierzyć ze wszystkich swoich problemów, ani
Astarotha, za którym tęskniła, ani Agafe, której los ją bolał… I ona
ma dać radę, tak? Ale jeśli już tyle lat dawała sobie radę z życiem,
to tym razem także sobie poradzi. Dla siebie, dla swego ukochanego,
dla swej przyjaciółki.
Zaczęła myśleć o dzisiejszym dniu. Ta pobudka… była dziwna, zupełnie
tak, jakby nie miała koszmarów. Niby czemu Nyssa, która lubi się bawić
z ludźmi, miałaby zadbać o jej sen?
A ten cały Michał musiał być inteligentny, skoro z miejsca stwierdził,
że ona mu pomoże w jakiś sposób. Takich pracowników DA mogłoby mieć
więcej, ale nic nie jest doskonałe… W końcu, programy to tylko
programy, tu jakiś wybitnych umysłów nie trzeba, a chłopak, jak się
weźmie w garść, to zapewne dostanie najlepsze stanowisko w firmie.
Skoro on może, to i ja, pomyślała.
Powolnymi krokami poszła na przystanek tramwajowy. Nikogo na nim nie
było, zgadywała, że jest po dwudziestej. Usiadła na ławce.
Przynajmniej za parę dni zobaczy się z Agafe… Ile? Cztery. W końcu
będą razem, przyjaciółki na zawsze.
W końcu przyjechał tramwaj, stary wóz, weszła do niego, niewielu ludzi
zajmowało miejsca, usiadła na pierwszym lepszym.
Jeśli obiecała Astarothowi, że będzie silna, to będzie. Pokaże mu – on
pewnie gdzieś tam jest w niebie, czy innym miejscu. Miała takie
przeczucie, a może silniejsze od intuicji było pragnienie takiego
stanu rzeczy.
Godzinę później rudowłosa znajdowała się w windzie wspinającej się na
sam szczyt DA. Była zmęczona i miała ochotę się przespać, ale trochę
się bała wizji, które przyniesie ta noc. Choć z drugiej strony,
najgorsze i tak ma już za sobą.
Weszła do swojego gabinetu, zobaczyła czterech mężczyzn żwawo
dyskutujących o jakiejś strategii. Karina podniosła się zza jej
biurka.
-Pani. -Powiedziała. -Mam ważne wieści… Rząd polski zorientował się,
że w naszej firmie coś kombinujemy.
-Dobrze, Karina, umów mnie na jutro z nimi, to sobie pogadamy.
-Stwierdziła Likame. -Ja… Ja idę spać.
Poszła do pokoju, padła na łóżko i zasnęła.

* * *

Kiedy sobie uświadomiła, że widok uśmiechniętego Astarotha na plaży to
tylko sen, kiedy zdała sobie sprawę, że rysowanie przez niego na
piasku serce to tylko jej wyobraźnia, usiadła na łóżku i rozpłakała
się.
Jak tak można, żeby to nie było prawdziwe, żeby to nigdy się nie
stało? Wciąż nie chciała uwierzyć, że jej przygoda z ukochanym już
dobiegła końca.
Usłyszała pukanie do drzwi, nie odpowiedziała. Kobieta-demon lekko
uchyliła wejście i spoglądała przez chwilę na swoją panią.
-Pani, co się stało? -Zapytała.
-Astaroth… -Zamilkła. Nie potrafiła wypowiedzieć tego prostego
słowa: “zmarł”. Wyraz w niej zamarł, nie była w stanie.
-Jestem pewna, że ciebie nie rzucił. Pani, jak pani chce, mogę go poszukać.
-To bez sensu…
Czy powinna się trzymać nadziei, że on gdzieś tam, w jakimś nieznanym
jej niebie, jest i w każdej chwili może do niej wrócić, czy też
powinna na zawsze uśmiercić te pragnienia? Powiadają, że nadzieja
matką głupich…
-Pani, niech pani nie płacze…
Karina przytuliła Likame. Ta była zaskoczona jej ruchem. Czyżby
kobieta-demon w końcu czuła się swobodniejsza, mniej się jej obawiała?
I nie jest sama, ma przyjaciółkę? Rudowłosa ścisnęła bardziej swoją
towarzyszkę. Po dłuższej chwili oderwały się od siebie.
-Dzięki. -Powiedziała właścicielka Dragon Arch.
-Do usług, pani. Przedstawiciel rządu z MON chce rozmawiać z panią
jutro o piętnastej. Podobno sprawa jest ściśle tajna.
-To dobrze… Karino, możesz się dowiedzieć, kto z naszej firmy mógłby
poprowadzić korepetycje z matmy i fizyki?
-Tak, pani.
-Dzięki.
-Pani…
-Tak?
-W twoim gabinecie czeka generał Sheez Valceus.
-Ktokolwiek to jest, niech poczeka. Ja muszę się ogarnąć.
Pół godziny później anioł o kasztanowych włosach i pooranej twarzy,
ubrany w szarą koszulę i brązowe spodnie, spoglądał na kobietę o
rudych włosach, która założyła prostą i czarną sukienkę.
-Witam pana, panie Sheez Valceus. -Powiedziała Likame, usiadła przy
swoim komputerze, włączyła go i zapytała: -Kim pan jest i czego pan
chce?
-Jestem aniołem, generałem, jedynym ocalałym z rzezi, jaką Nyssa
urządziła w niebie. -Odpowiedział. -Słyszałem, że tworzysz Phobosa…
-Tworzę. I proszę mi nie przeszkadzać.
Karina położyła na biurku swej pani talerz z jajecznicą i kanapką.
Rudowłosa zaczęła jeść, przyglądając się swemu gościowi.
-Chcę być generałem, czy kogokolwiek ważnego potrzebujecie, w twojej
firmie. Mam jeden prosty cel: zabić tę sukę, Nyssę.
-Doskonale, a co pan potrafi?
-Walczyć, szkolić.
-Przyda się. Ale jeszcze nie na tym etapie.
Likame odłożyła pusty talerz na stół i powiedziała:
-Dopiero szukamy odpowiedniej bazy szkoleniowej.
Anioł westchnął.
-W takim tempie… -Zaczął.
-W dobrym tempie. Jak Nyssa nas zechce zabić, to zabije. Jak będziemy
mieć armię, to mniejsze prawdopodobieństwo tego, ale ciągle będzie
istnieć takie zagrożenie. Powiedzmy sobie szczerze, że pojęcia nie
mam, co mogłoby zabić tę sukę.
-Połączona moc wszystkich czarodziejów lub Kosashiego z władczynią smoków.
-A sama władczyni smoków?
-Prawdopodobnie wystarczy…
-Co takiego jest w Kosashim, że byłby w stanie przy drobnej pomocy ją zabić?
-Nie musisz tego wiedzieć.
-Wiem dużo więcej, niż ci się wydaje. Wiem o bogach, wiem o wszystkim,
tylko nie wiem, dlaczego Kosashi jest taki ważny.
-Ta wiedza jest ci do czegoś potrzebna?
-Tak. Muszę zdecydować, czy mam go zabić przed czy po pokonaniu Nyssy.
-Dobrze, powiem ci.

* * *

Musiała przyznać, że się wyspała. Była w stanie wykonywać swoje
codzienne obowiązki w pracy bez większego wysiłku. O godzinie
szesnastej sekretarka wpadła piorunem do gabinetu Likame. Była
zdyszana.
-Proszę pani -zaczęła -mamy problem z pewnym chłopakiem, nie chce
opuścić firmy, twierdzi, że jest umówiony z panią na spotkanie.
-Czemu miałby opuszczać firmę?
-Bo zajmuje stanowisko programisty. Ochrona chciała go wywalić, ale
właściwy programista upiera się, że ten chłopak powinien siedzieć na
jego miejscu, a on sobie znajdzie inne.
-Karina, zorientowałaś się może, kto może dać korki?
-Tak, pani. -Kobieta-demon podała rudowłosej kartkę ze spisem nazwisk.
-I musiałaś iść aż do mnie? -Zapytała rudowłosa, która wraz z
sekretarką wyszła ze swojego gabinetu.
-Pracownik domagał się bezpośredniej interwencji twojej osoby.
Twierdzi, że chłopak zasługuje na pokazanie swych zdolności.
Zjeżdżały windą.
-Niech pani -zaczęła Likame -znajdzie mi tych ludzi i zapyta, czy ktoś
z nich chce podjąć się korków. -Podała sekretarce kartkę z listą.
-Pani zna chłopaka?
-Prawdopodobnie. Przedstawił się chociaż?
-Nie.
Wyszły na parter, rudowłosa skierowała się w stronę tłumu otaczającego
środkowe stanowisko komputerowe i uśmiechnęła się. Przy komputerze
siedział osiemnastoletni brunet, który klepał kod w C++ w programie
Ubuntu.
-Co on właściwie klepie? -Szepnęła do ucha jakiegoś pracownika Likame.
-Twierdzi, że przyśnił mu się program szpiegowski, a komputer w jego
domu dziś nie dał się włączyć. -Padła odpowiedź. -Swoją drogą,
faktycznie tworzy program szpiegowski.
-Co powinnam zrobić? Przecież to młodziak, a z tego, co mi wiadomo, ma
beznadziejne oceny z matmy i fizyki.
-Einstein’a też nie lubili w szkole, ale skądś musi wiedzieć, jak
napisać kod programu szpiegowskiego. W dodatku takiego, który może
przedrzeć się do komputerów rządowych.
-Geniusze rządzą się swoimi prawami. Ale powinnam przerwać ten maraton?
-Jeszcze chwilę, już prawie skończył.
Michał włączył program, poklepał coś po klawiaturze, uśmiechnął się i wrzasnął:
-SKOŃCZYŁEM!
Ludzie z tłumu zaczęli mu bić brawa, a rudowłosa wybuchnęła śmiechem.
Licealista spojrzał zaskoczony na ludzi, którzy przy nim stali, na
właścicielkę Dragon Arch i zarumienił się.
Likame uspokoiła się i zapytała:
-Jak poszedł sprawdzian z funkcji trygonometrycznych?
-Czwórka, a baba i tak nie chciała uwierzyć, że udało mi się bez ściągania.
-Skąd wiedziałeś, jak napisać program szpiegowski tego typu?
-Przyśnił mi się, ale wcześniej musiałem kombinować, jak dotrzeć do
wiedzy o programach szpiegowskich… Wie pani, biblioteka, Internet,
indukcja… Chciałem udowodnić tym programem, że nadaję się do DA.
-I mam cię z miejsca przyjąć na staż? Z takimi kiepskimi stopniami z
matematyki i fizyki oraz innymi?
-Poprawię się.
-Jeśli za miesiąc dalej będziesz miał czwórki i piątki z matmy, fizy i
z czegokolwiek innego, a nie wmówisz mi, że ludzie tego nie potrafią,
zostaniesz zatrudniony. A tak w ogóle, czemu nie poszliście do mojej
asystentki, przecież zna moje metody pracy?
-Woleliśmy nie ryzykować. To talent, nie chciałem, żeby się zmarnował.
-Odpowiedział jakiś pracownik. -On ma osiemnaście lat? Chłopakowi
trzeba postawić piwo!
-Wracamy do pracy. -Rzekła twardo rudowłosa. -Kod do Phobosa ma być
jak najszybciej gotowy, to sprawa wagi państwowej. Poza tym nie sądzę,
by jego matka była zadowolona, że jej syn kręci się w dziwnym
towarzystwie. Michał, chodź ze mną, a reszta do pracy!
Chłopak wstał, wciąż zarumieniony, po czym poszedł za Likame.
-Skąd ci się wziął program szpiegowski w głowie? -Zapytała, gdy
wjeżdżali na górę.
-Pomyślałem, że to coś, co wzbudzi w DA podziw.
-Na pewno nie jesteś aniołem?
-Nie. Pani… Wierzy w anioły? W tym wieku?
Uśmiechnęła się. W tym wieku wierzyć w takie istoty? Co za
dziecinada… Żeby tylko jej życie nie zamieniło się w horror, gdyby
nie przeszła tego, co przeszła, to może nie wierzyłaby w smoki, anioły
i demony. Ale wie, że to wszystko istnieje, a ona musi sobie z tym
wszystkim poradzić.
-Gdzie jedziemy? -Zapytał Michał.
-Do mojego apartamentu.
-Po co?
-Napić się piwa. Młody, szczerze mówiąc, jesteś bardzo naiwny. -Wyszli
z windy. -Czy wiesz, co ja mogę ci zrobić w tej chwili?
-Nie?
-To lepiej.
Weszli do gabinetu i zastali pięciu mężczyzn siedzących na kanapie,
żarliwie dyskutujących o broni nuklearnej.
Karina siedziała przy swoim komputerze.
-Chciałabym coś ci dać. -Powiedziała Likame. Na biurku stały dwa
laptopy: jej i Astarotha. -Po to, żebyś nie musiał męczyć moich
pracowników o stanowisko do pracy.
Podała mu laptopa i torbę na niego.
-Szanuj ten sprzęt. -Powiedziała. -Kosztował kupę kasy i jest jednym z
nowszych modeli.
-Ale… Ja…
-Michał, weź. Ten komputer… Tylko przypomina, że jestem sama.
W powietrzu można było wyczuć tęsknotę. Jakby nagle wszystko znieruchomiało.
-Dziękuję. -Powiedział. -Może jednak obejdzie się bez piwa.
Włożył torbę, już chciał wychodzić, a Likame powiedziała:
-Karina, możesz go dostarczyć do jego pokoju? Nie chcę, żeby mu się coś stało.
-Dostarczyć? -Młodzieniec na chwilę poczuł się, jak bohater filmu
“Adwokat diabła”. Dostał wspaniałe honory, ale czy w tym nie tkwił
pewien haczyk?
Karina podeszła do Michała, wzięła go za rękę, wzięła jego laptopa, po
czym zniknęli.
-To było idiotyczne. -Stwierdził Sheez. -Powinnaś, do cholery, więcej
ostrożności zachowywać!
-Nie będziesz mi rozkazywał, to raz. Dwa, może chłopak uwierzy w anioły.
Rudowłosa usiadła na swoim stanowisku i zaczęła klepać program w C++.

* * *

Dwa kolejne dni wyglądały podobnie do siebie. Słońce, rzucając swe
promienie w twarz śpiącej rudowłosej, pięknej kobiety i właścicielki
Dragon Arch, budziło ją. A ona przypominała sobie sen o pięknym,
męskim ciele, o ciepłym dotyku, o uśmiechu i wsparciu, którego już
więcej nie otrzyma. Tęskniła za Astarothem, ale musiała dotrzymać
obietnicy i być silna. Z rana nie potrafiła: wstawała, uświadamiała
sobie, że ukochanego nie ma i nie będzie u jej boku, po czym wybuchała
płaczem. Pytanie, dlaczego to się stało nie miało sensu. Najbardziej
ją bolało to, że go nie było. Nie było.
W końcu wstawała, podchodziła do szafy, wybierała czarną sukienkę,
czarny stanik i majtki, wychodziła do łazienki, myła się, przychodziła
do swego gabinetu i zaczynała pracę. Karina podawała jej śniadanie -
jajecznicę z kanapką. I herbatę też podała.
Praca, praca, praca. Zanurzyć się w pracy, zapomnieć o smutnej
rzeczywistości, o samotności, o opuszczeniu, o tym wszystkim, co ją
spotkało. Chciała, by w tych godzinach istniał tylko kod C++ i
ewentualnie sprawy związane z DA i Phobosem. Musi być silna, to będzie
silna.
Nie na darmo była geniuszem i najbogatszą osobą na świecie. Coś
musiało się do tego przyczynić.
Pracowała bez przerwy, jadła przy klawiaturze, testowała w pocie czoła
to, co DA przygotowało dla niej, poprawiała pewne partycje kodu,
umawiała się z politykami i czasem z nimi rozmawiała. Słuchała uwag
swoich poddanych, uśmiechała się smutno do Kariny i pracowała dalej.
O godzinie 22:00 szła spać, wymęczona. Nie chciała opuszczać swego
stanowiska, ale musiała mieć siłę na kolejny, beznadziejny dzień. Szła
spać i śniła o Astarothu.
W noc przed uwolnieniem Agafe Likame szybko zasnęła, otulona w ciepłą
kołdrę. Mruczała przez sen. Miała taki wspaniały, cudowny sen.
Chciała, by nigdy się nie kończył, by nie musiała wstawać i pragnęła,
by był prawdziwy.
Otworzyła oczy i zamarła.
-Dzień dobry. -Powiedział Astaroth z uśmiechem na twarzy. Był nagi.
-Wyspałaś się?

-Śpię? -Zapytała, spoglądając w jego oczy. Tęskniła za nimi. Zaczęła
głaskać jego szyję. Skóra była ciepła, żywa. Czy we śnie można czuć
tak wyraźnie?
-Nie. -Odpowiedział i pocałował ją w usta. Pogłaskał ją po policzku.
-Więc, co? Jak długo będę cię mieć?
-Kochanie, będziesz mieć mnie tak długo, jak chcesz. Jak długo żyję.
Przecież nie umarłem.
Nie zdążyła zadać kolejnego pytania, bo ją pocałował i przytulił.
Ciepło, przyjazne i kochane. Coś, za czym tęskniła od paru dni. Jego
oddech, jego skóra, jego ciało… On naprawdę tu jest. Naprawdę, czy
może ma jakieś zwidy? Przytuliła się do niego całą sobą. Czasami tylko
uczucie, że ktoś jest, że można kogoś dotknąć, starczą. Obawiała się,
że lada moment ta chwila pęknie, przy niej zostanie tylko pustka,
martwa kołdra i poduszka. Pragnęła, aby Astaroth był z nią na zawsze.
Głaszcząc jego skórę, była przekonana, że to on. Żadna halucynacja nie
będzie tak dobrze udawać realnego świata. Za którymś dotknięciem jego
miała łzy w oczach. On żyje, on wrócił. I niech tak zostanie.
-Nie opuszczaj mnie. -Poprosiła, mając łzy w oczach.
-Nie zamierzam. Nie płacz, kochanie. -Wytarł jej łzę z prawego
policzka. -Przecież cię nie zostawię.
-Mówiłeś to samo poprzednim razem… Mówiłeś, obiecałeś i
zostawiłeś… Zostawiłeś, dlaczego zostawiłeś? Co ja takiego zrobiłam,
czego nie zrobiłam? Tylko odpowiedz, Astaroth, proszę…
Demon czuł się lekko zaskoczony. Przylgnęła do niego tak, jakby
chciała się przykleić do jego ciała. Zachowywała się tak, jakby za
chwilę miał zniknąć. Czy te magiczne chwile były dla niej czymś w
rodzaju snu, który może się skończyć gwałtem?
-Pragniesz, bym był. -Zaczął. -Obiecałem ci, że cię nie opuszczę, ale
Nyssa chciała mnie zabić, więc uciekłem w ostatniej chwili.
Pocałowała go w szyję.
-Następnym razem zabierz mnie ze sobą. -Poprosiła.
-Spowolniłbym prace nad Phobosem…
-Nieważne, po prostu zabierz mnie ze sobą i nigdy tego nie rób.
Proszę. Chyba, że…
-Co, kochanie?
-Mało ci daję?
-Wystarczająco dużo, bym był szczęśliwy.
Za oknem panowała ciemność. Była noc. Czuła się taka szczęśliwa, ale
nadal nosiła w sobie uczucie, że to wszystko, cały ten raj, może się
skończyć już za chwilę. Udawajmy, że tak nie będzie, pomarzmy jeszcze
chwilę…
Zasnęła.

* * *

Wysoka kobieta miała na sobie czarną koszulę i krótkie spodnie. W
dłoni trzymała kieliszek z czerwonym winem i patrzyła przed siebie, w
biel piekła. Długo czekała na tę chwilę i nie mogła uwierzyć, że to
już, za chwilę dorwie Kosashiego.
-Zabijesz go? -Zapytał Arden, otulając rękoma jej szyję.
-Ty mi powiedz. Lepiej kogoś zabić, czy sprawić, by cierpiał?
-To drugie, ale jak chcesz to osiągnąć? Wstawiając go do ogni piekielnych…
-Nie wstawię go do ogni piekielnych. -Wylała resztkę wina na dół i
podała naczynie swemu towarzyszowi, a następnie wyrwała się z jego
uścisku. -Wiem, co z nim zrobię, ale mam wrażenie, że nic nie jest w
stanie mnie zadowolić.
-Co może być gorszego od ogni piekielnych?
-Chodź, to się dowiesz.
Ruszyli przed siebie. Milczeli i coraz wyraźniej widzieli domek, w
którym mieszkała Taju. Dwadzieścia kroków przed drzwiami od niego
Nyssa zatrzymała się i zamknęła oczy. Po tylu latach i tak długim
czasie oczekiwania w końcu dorwie swego największego wroga. Spojrzała
przed siebie i zapukała. Zero reakcji. Zapukała jeszcze raz, ale nic
się nie stało.
-Albo nas wykiwali, albo się boją. -Rzekła.
-Boją się. -Uśmiechnął się, odepchnął na bok Nyssę, kopnął w drzwi, po
czym rozchyliły się.
Kobieta weszła do środka.
-Ładnie tu -powiedziała. -Ale myślisz, że może to być przyjemne
miejsce dla kogoś, kto siedzi w tym miejscu uwięziony?
-Nie wiem. Pewnie nie, więzienia raczej nie są lubiane.
-Prowadź.
Mężczyzna ruszył do holu. Cały czas walczył z uczuciem, że większa
część przestrzeni jest martwa. Boją się, myślał. Podszedł do białych
drzwi i przystanął.
-Może jednak zabijesz władczynię smoków? -Zapytał.
-Nie w tym momencie, to nie będzie takie zabawne. Wchodzimy, czy
stoimy, jak słupy?
Arden pociągnął za klamkę, ale nie podziałała. Wyważył drzwi. Przed
ich oczyma stanął szary pokój bez mebli. Na podłodze widoczne były
czerwone plamy. Dwie postacie stały pośrodku, trzecia leżała skulona w
kącie, okryta szarym kocem i na pierwszy rzut oka wyglądała na martwą,
ale Uzdrowicielka Rosemary wyczuwała od niej cierpienie. Podniosła
brwi do góry i powiedziała:
-Witam. Daleko mi nie uciekliście.
-Jeśli ci się nie podoba, możesz nas uwolnić. -Stwierdził Kosashi. -Co
dla mnie przygotowałaś?
Nyssa roześmiała się, Arden nalewał do kieliszka białego wina. Podał
napój bogów swej pani, ta wychyliła łyka i odpowiedziała:
-Dowiesz się w swoim czasie.
-Jak się dowiedziałaś, gdzie jestem?
Rosemary podeszła do ciała w kącie, kucnęła i przyjrzała się kobiecej
twarzy z opuchniętym prawym policzkiem i rozbitymi ustami.
Uzdrowicielka widziała, jak pobita drży.
-Kto byłby tak miły i przekazał mi tę informację? -Zapytała Nyssa.
Chwyciła włosy Agafe i szarpnęła nimi. -Odpowiedz, skarbie.
-Nnie ffiemm…
-Jak ja nie potrafiłem jej przekonać, to pewnie ty jej nie przekonasz.
-Stwierdził książę. -Może byłabyś tak miła i sama to powiedziała?
-Odmawiasz mi zabawy? -Walnęła głową władczyni smoków o ścianę. I
jeszcze raz. -No dobrze, zabawimy się inaczej. Arden, Taju jest twoja.

* * *

Likame leżała w łóżku bez ruchu. Była blada jak śmierć i mimo, że
patrzyła na Astarotha, na jej twarzy malowało się przerażenie. Nie
była w stanie wydobyć z siebie żadnego głosu. Zza okna dochodził
śpiewny głos ptaków, a słońce stało wysoko nad wieżowcami.
Demon przytulał swoją panią, głaszcząc dłońmi jej kark. Pocałował ją w
usta. Nie odzywali się. Trwali w swoim uścisku dłuższy czas.
-Co ja zrobiłam -jęknęła rudowłosa. Chciało jej się płakać.
-Nie ty, tylko Nyssa. Poza tym nie miałaś wielkiego wyboru.
-Nie wiem…
Astaroth usiadł.
-Nie płacz, kochanie. -Poprosił. -W tej chwili musisz się ogarnąć. Zjesz coś?
-Nie dam rady…
Wciąż miała przed oczami pokrwawione, ludzkie mięso. Starała się
odepchnąć od siebie ten widok, ale nie udawało jej się. I im bardziej
zdawała sobie sprawę, że to się stało, miało miejsce, tym bardziej
chciało jej się rzygać.
Demon podał jej sukienkę o wzorze niebiesko-czarnej szachownicy.
Widząc jej brak reakcji, wcisnął jej jeszcze czerwone majtki i biały
stanik.
-Prysznic jest za drzwiami. -Przypomniał i pocałował ją w czoło.
-Kochanie, w porządku. Przed chwilą wzięli ją na salę operacyjną.
-Salę operacyjną?…
-Jest w najbliższym szpitalu. Lekarze skończą za kilka godzin, ale…
Rudowłosa zerwała się z łóżka.
-Jest tu… -Zaczęła.
-Jest. -Uśmiechnął się. Jego pani ruszyła szybkim krokiem do łazienki.

Czekał na swoją ukochaną dziesięć minut. W tym czasie zdążył
przygotować dla niej parę butów, która nie tylko miała wysokie obcasy
i błyszczała na czarno, ale także miała górną część – tą, dzięki
której buty są zauważalne – do połowy ud. Kiedy je postawił na
podłodze, stwierdził, że Likame jeszcze nie skończyła się bawić w
wodzie. Dłużył mu się czas, zmarszczył brwi i wsadził o prawego buta
czerwoną różę. Ziewnął, drzwi się otworzyły i spojrzał na ubraną panią
swego serca o rudych, mokrych włosach. Widząc obuwie, uśmiechnęła się
słodko. Wyjęła kwiata i powąchała.
-Sztuczny. -Stwierdził Astaroth.
Wsadziła mu różę we włosy na głowie i wzięła do ręki buta.
-Fajny. -Stwierdziła.
Usiadła przy demonie i zaczęła je wkładać.
-Wyglądasz na szczęśliwą. -Rzekł.
-Bo jak ona wróciła, to najgorsze mamy za sobą, prawda?
-Prawda. -Pocałował ją w usta, zdjął z włosów kwiata i rzucił go na
podłogę. -Gotowa?
-Chodźmy na spacer. To niedaleko, a ona i tak na operacji, tak?
-Tak, kochanie i zdaje się, że skończy się za kilka godzin.
Przeszli do biura, Likame wydawała ostatnie rozkazy swojej grupie,
pomachała Karienie i wyszli na korytarz. Gdy trafili do windy zaczęli
się obściskiwać. Namiętnie się przytulali, namiętnie się całowali i
gdyby nie koniec wycieczki, zdarliby z siebie ubrania.
Znalazłszy się przed siedzibą Dragon Arch, Likame odetchnęła ciężko i
chwyciła dłoń swego ukochanego.
-Czuję się, jakbym nabierała nowego, dobrego powietrza. -Wyjaśniła. Ruszyli.
-Może i tak jest. Nareszcie będę miał szczęśliwą Likame.
Pogłaskał ją po pupie.
-Może publiczny seks? -Zapytała, kładąc głowę na jego ramieniu.
-Chyba by nas nie docenili.
Większość drogi przeszli w milczeniu. Oboje jednak czuli, że coś się
skończyło i coś zaczęło. Władczyni smoków przybyła do Nudnego Świata.
I teraz powinni wygrać z Nyssą.
Rudowłosa gwałtownie przystanęła, gdy znalazła się tuż przed wysokim i
białym budynkiem, stojącym za czerwoną wiatą przystankową. To tu
znalazła się jej przyjaciółka. Na chodniku dostrzec można było powoli
zasychającą krew. Wzbudziło to w niej niepokój, a ciałem wstrząsnął
dreszcz. Wpadła w ramiona Astarotha i usłyszała jego szept:
-W porządku, jest po wszystkim.
Kiwnęła głową i ruszyli do wnętrza szpitala. Ściany korytarza były
pomarańczowe, a przestrzeń między nimi pełna kolorowej masy ludzkiej.
-Gdzie ją operują? -Zapytała Likame.
-Na drugim piętrze.
Weszli do windy.
-O czym myślisz? -Zapytał.
-Może wyjdzie jeszcze dziś, jak ją uzdrowię…
-Im szybciej, tym lepiej.
-Ale mam wrażenie, że to wszystko jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe.
-To jest prawdziwe. -Cmoknął ją w czoło.
Wyszli i stanęli przed salą operacyjną numer 1, mieszczącą się pięć
metrów od windy. Nikogo przy niej nie było, ale na drzwiach wyświetlał
się czerwony napis “ZAJĘTE”.
-Uda się, prawda? -Zapytała, siadając na krześle.
-Oczywiście.
Jak będzie wyglądało nasze spotkanie, zastanawiała się. Czy ona wie,
dlaczego znalazła się na wolności? Co ma jej powiedzieć?
Nie liczyła czasu. Spokojnie czekała na dalszy ciąg zdarzeń. Miała u
swego boku Astarotha, co było bardzo krzepiące.
Drzwi od sali operacyjnej otworzyły się i wyszedł lekarz. Na widok
pary uśmiechnął się i zapytał:
-Państwo na kogoś czekacie?
-Jeśli się nie mylę, to tu jest operowana kobieta, którą znaleźliście
pod swoimi drzwiami? -Zapytał demon.
-Tak, ale nie miała żadnych dokumentów… Państwo są jej rodziną? Jak
się nazywa?
–Nie jesteśmy spokrewnieni, ale tym dla niej jesteśmy. Jak operacja?
-Dobrze, przeżyje raczej. A teraz wybaczcie, muszę iść.
Lekarz ruszył korytarzem.
-Trzeba zawiadomić jej tatę. -Stwierdziła rudowłosa.
-Proszę. -Podał jej komórkę marki Sony Ericsson Zento.
-Jak to się obsługuje?
Astaroth parsknął śmiechem. Pokazał jej podstawowe funkcje i wcisnął
numer do ojca Agafe.
-Halo? -Zaczęła Likame.
-Słucham.
-Tu Likame z Dragon Arch…
-Czego pani chce?
-Wiem, gdzie jest pańska córka. W szpitalu na Zamenhofa, w sali
operacyjnej numer 1.
Rozłączyła się, nim mężczyzna zdołał cokolwiek powiedzieć.
-Tak bez pożegnania? -Zapytał demon.
-Nie mam ochoty z nim rozmawiać na ten temat.
-A masz ochotę na zabawę? -Wcisnął prawy przycisk telefonu.
Była czternasta, kiedy drzwi sali otworzyły się. Z pomieszczenia
wywieziono nieprzytomną kobietę. Jeden z lekarzy przystanął przy parze
i zapytał:
-Państwo są jej rodziną?
-Tak. -Odpowiedziała Likame. Jestem jej kuzynką.
-Świetnie. Pani kuzynka przeżyje, ale nie będzie jej łatwo. Musi
więcej jeść, tego jestem pewien. Może państwo wiedzą coś o jej
ubezpieczeniu?
-Nie ma go.
Lekarz westchnął.
-Jestem Damian Szablowy. -Przedstawił się po chwilowym milczeniu. -Ja
państwa tak przepraszam, że o takich sprawach, jak ubezpieczenie, ale
ta operacja to spory koszt, a jestem dyrektorem tego szpitala i w
przypadku braku ubezpieczenia tej dziewczyny NFZ nam nie będzie
chciało zwrócić za tę operację.
-Nie musieliście jej przyjmować. -Stwierdził demon.
-Owszem, musieliśmy. Hipokrates, a potem wszystkie media by nas
zbojkotowały, gdybyśmy jej nie pomogli. Tym bardziej, że pojawiła się
przed drzwiami naszego szpitala we krwi. To było straszne! Chodźmy do
mojego gabinetu.
-Dobrze. -Zgodziła się Likame.
Podeszli do windy, demon coś szepnął do ucha swej pani, cmoknął ją w
policzek i ruszył z powrotem.
-A co mu? -Zapytał dyrektor.
-Ma jeszcze kogoś na oddziale.
Weszli do windy.
-Tak, jasne. -Stwierdził lekarz. -Wie pani, że ja wiem, kim pani jest
i prawdopodobnie pani nie może być kuzynką tej dziewczyny?
-Słucham?
-Jestem bardzo wyczulony na kłamstwo. A pani jest na tyle bogata, że
paręnaście tysięcy za tę operację nie robi na pani wrażenia.
Wyszli z windy.
-Pan chce mnie wykorzystać finansowo.
-Jeśli pacjentką mają się opiekować moja kadra to muszę z czegoś
opłacić jej pensję.
Weszli do ciemnobrązowego gabinetu z obskurnymi fotelami i biurkiem.
-Dla pani ta pacjentka jest ważna. -Stwierdził lekarz, podchodząc do
okna. -To widać gołym okiem. Operacja przebiegła bez większych
komplikacji, ale przyznaję, że mieliśmy moment zawahania, gdy
zobaczyliśmy stan jej krocza.
Rudowłosa zbladła.
-Chce pani wiedzieć wszystko, czy tylko to, co jest mniej szokujące?
-Wszystko.
-Jest niedożywiona, stawiam na awitaminozę. Ma lekkie wstrząśnięcie
mózgu, być może zapadnie w śpiączkę. Na dłoniach ma spore otarcia, a
na całym ciele siniaki. -Spauzował. -Ma ranę na brzuchu, bardzo dużo
straciła przez nią krwi, ale łatwo było ją zatamować. Znaleźliśmy
ślady gwałtów, a to, co się stało z jej kroczem… -Trzasnął pięścią w
parapet. Rudowłosa wzdrygnęła się. -Cholera, pani wybaczy, nie
potrafię o tym mówić chyba. Ale gdziekolwiek była, życzę jej oprawcy
jak najgorzej.
Na chwilę zapadło milczenie.
-Koszty… -Mruknęła rudowłosa.
-Tak, będą duże. Wystawię pani rachunek za operację i opiekę medyczną
jutro, gdy moi finansiści zorientują się, co i jak. Może być?
-Dobrze, ale ja bym chciała dla niej jak najlepszą opiekę.
-Co ma pani na myśli?
-Najlepszych lekarzy, sprzęt…
-Dlaczego ona jest dla pani tak ważna?
-Bo jest moją przyjaciółką… Chyba zawdzięczam jej życie.
Do gabinetu wpadła pielęgniarka.
-Y, pacjentka z bloku operacyjnego 1 na drugim piętrze zapadła w
śpiączkę. -Powiedziała i wyszła.
-W ciągu tygodnia powinniśmy wiedzieć, co dalej z panią przyjaciółką.
-Stwierdził Damian. -Dłużej, niż trzy dni nie rokuje dobrze, a jeśli
przekroczy siedem…
-Ale będę mogła do niej mówić?
-Zależy, jaka śpiączka. Jest na drugim piętrze w sali numer osiem.
-Dziękuję.
-Nie ma sprawy, Hipokrates.
Likame wyszła, zamknęła drzwi i poczuła objęcie ciepłych, męskich
ramion. Astaroth pocałował ją w policzek, a potem w szyję.
-As.. -Mruknęła. -Ja muszę do sali numer osiem na drugim piętrze.
Po chwili znaleźli się na miejscu. Wśród dziesięciu łóżek w
pomarańczowym pomieszczeniu tylko na jednym leżała osoba – tym przy
łóżku. Rudowłosa wyrwała się z uścisku ukochanego i podbiegła do
nieprzytomnej przyjaciółki. Zobaczyła spokojną twarz i zdjęło ją
wzruszenie. Że ona tu jest, że ją nareszcie widzi, że wyjdzie z
tego…
Wytarła łzę, pociągnęła nosem i poszukała dłoni Agafe.Gdy ją znalazła,
powiedziała:
-Nie wiem, czy mnie słyszysz, ale jeśli tak, to cię kocham…
Na dłoni władczyni smoków znajdowały się duże, czerwone pręgi -
otarcia po kajdanach.
-Nie uzdrawiaj. -Rzucił Astaroth. -Nyssa rzuciła na nią dwie klątwy.
Jak ją uzdrowisz to rany znów się otworzą, a jak się same zagoją to po
pół roku znów mogą się otworzyć. Paskudne, ale klątwa będzie trwać,
póki Nyssa żyje.
Likame nie chciała wierzyć narzeczonemu. Ale Astarothowi nie wierzyć?
Zaufanie w związku to podstawa, ale ta dłoń, którą trzyma w rękach aż
się prosi o pomoc. Kobieta opadła na sąsiednie łóżko i rozpłakała się.
Czuła się tak, jakby wraz za łzami odchodziły troski, które męczyły ją
ostatnimi czasy. Oczyszczenie. Demon usiadł przy niej i ją przytulił.
Trwali tak dłuższy czas a potem postanowili pójść na obiad.

Leżała naga w łóżku. Była sama w swoim apartamencie, miała czas na
chwilę samotności. Ostatnio brakowało jej momentów bycia samej ze
sobą. Za dużo osób się tu pałęta, pomyślała i spojrzała na okno za
którym rozciągało się niebiesko-białe niebo wiszące nad szarymi
budynkami. Nie po raz pierwszy zadała sobie pytanie, dlaczego musiała
pójść na łatwiznę i umieścić Dragon Arch w takiej brzydkiej okolicy. Z
drugiej jednak strony Gorzów nie grzeszył pięknością. Westchnęła. O
czym ona myśli? Słońce wstało, nowy dzień pracy, a ona zastanawia się
nad otoczeniem tego budynku. Roześmiała się i usiadła. Pierwszy raz od
bardzo dawna czuła się wyspana i spokojna. Pogłaskała swoje rude
włosy. Agafe niebawem powinna wybudzić się ze śpiączki. Zrobi to,
pomyślała i wstała. Zaczęła się zastanawiać, gdzie podział jej się
ukochany. Podeszła do drzwi i stwierdziła, że wczorajszy seks średnio
ją zadowolił. Gdy otworzyła wejście, zobaczyła narzeczonego
rozmawiającego z Kariną.
-Ale ona go nie zabije. -Stwierdziła kobieta-demon.
-Sto procent? -Zadał pytanie Astaroth.
-Sto jeden. Plan ma prosty i bardzo bolesny. -Westchnęła i spojrzała
na Likame kryjącą swoje nagie ciało za drzwiami. -Przekazałbyś
ostatnie wieści swej pani.
Demon westchnął.
-A co jej to da? -Zapytał.
-Nie wiem, ale nie tak dawno temu miała ochotę go zabić.
-Piwa? -Zapytała słodko rudowłosa, gdy Astaroth spojrzał na nią
dłużej, niż sekunda. Podszedł do niej, zamknął za sobą drzwi i
uśmiechnął się.
-Później. -Rzekł. -Myślałem, że później wstaniesz, jest szósta.
-Kocham cię. -Mruknęła, przytulając się do niego. -Powiedz mi, że
wszystko jest w porządku i mogę ci zaufać.
Pocałował ją w usta.
-Pytasz, czy możesz mi zaufać? -Zdziwił się i rzucił ją delikatnie na
łóżko. Położył się przy niej i powiedział: -Jeśli jest coś, czego nie
wiesz, to tylko to, o co mnie nie pytasz.
-I nie kłamiesz.
-Nie kłamię. -Polizał jej szyję. -Martwisz się.
-Trochę.
-To miło z twojej strony. -Westchnął. -Używam twoich demonów do
szpiegowania wszystkiego, czego się da, zauważyłaś już to może?
-Nie zwróciłam uwagi. -Głaskała jego brzuch. -O kim rozmawiałeś?
-O tym, co Nyssa planuje zrobić Kosashiemu. Miałaś nadzieję na mord,
ale ona jest okrutniejsza, niż ty. Swoją drogą ciekawe, bo ten palant
ma moc, która mogłaby jej pomóc zwyciężyć władczynię smoków.
-Nie zdaje sobie z tego sprawy?
-Może i zdaje, ale myślę, że dla niej ważniejsze jest posiłkowanie się złem.
-Chodźmy na sushi.

* * *

Nieśpiesznie mijały godziny. Likame musiała zatwierdzić miejsce budowy
ośrodka szkoleniowego Phobosa, przejrzeć jego plany, porozmawiać o
oprogramowaniu do niego i umówić się na spotkanie z przedstawicielem
rządu polskiego. O godzinie szesnastej wstała od komputera i wyjrzała
przez okno. Słońce przygrzewało miejskie mury, ludzie na chodnikach
zdawali się mrówkami a ona miała wrażenie, że kwestia czasu jej nie
dotyczy. Poczuła delikatny dotyk na szyi.
-Co robisz? -Zapytał Astaroth, całując swoją ukochaną w ramię.
-Nic, odpoczywam. Chyba na dziś starczy tego biegania.
-Jak uważasz. Co planujesz?
-Odwiedźmy Agafe.
Ruszyli w stronę wyjścia, mijając zgraję demonów panoszącą się przy
czarnej kanapie. Na korytarzu milczeli, a gdy wpadli do windy niemal
natychmiast chcieli zedrzeć z siebie ubrania, ale na szóstym piętrze
do środka weszły dwie osoby.
-I po seksie -szepnął do ucha ukochanej demon, wsadzając dłoń w majtki
rudowłosej.
-Zobaczą. -Odmruknęła.
-Nie, bo stoję do nich tyłem.
Parsknęła śmiechem. Na piątym piętrze Likame wyciągnęła swego
narzeczonego z windy, zaciągnęła go na boczne schody, gdzie nikt się
nie szwendał.
-Kochanie…
-Ty zacząłeś, skończ pan, co zaczął.
Ściągnęła majtki, rozpięła mu rozporek, polizała jego szyję,
pocałowała w usta, pozwoliła, żeby w nią wszedł.
-Jeszcze -mruknęła.
Piętnaście minut później wstali i przywracali siebie do porządku.
-To może schodami, będziesz miała okazję do częstszego gwałtu na mej
skromnej osobie.
Rudowłosa przytuliła się do niego i zaczęli schodzić na dół. Nie
śpieszyło im się, a kiedy wyszli bocznymi drzwiami, takimi samymi,
powolnymi krokami ruszyli naprzód, prosto do szpitala.
-Cholera -zaklęła, kiedy znaleźli się w środku -zapomniałam papierów
dla dyrektora.
-Skoczę po nie.
On zniknął, a ona wdrapała się na drugie piętro, poszukała sali numer
osiem i weszła do środka. W pomieszczeniu leżały dwie osoby, jedna
staruszka – tuż przy drzwiach – druga przy oknie. Likame uśmiechnęła
się i podeszła do przyjaciółki. Siadła na sąsiednim łóżku i wpatrzyła
się w jej twarz. Siniaki już prawie zeszły.
-Nie wiem, czy mnie słyszysz -rzuciła w powietrze rudowłosa -ale
chciałabym, żebyś już się obudziła. -Słowa zamarły w powietrzu, jakby
okruchy nadziei. -Kiedy to zrobisz… nie wiem. Po prostu będę przy
tobie.
Pozwoliła zaistnieć ciszy w pomieszczeniu. Delikatnie wzięła dłoń
Agafe i zapatrzyła się w okno. Błękit ciemniał, słońce próbowało się
ukryć za budynkami.
-A, tu pani jest. -Usłyszała za sobą głos Damiana. Nie był sam, stał
przy nim Astaroth. Kobieta nie odwróciła się do nich profilem. -Nikogo
nie było?
-Nikogo. Obudzi się, prawda?
-Nie wiem. Na razie wszystko wskazuje na to, że tak, ale wstrzymam się
od wyroków. Pani narzeczony załatwił ze mną formalności.
Powinnam puścić rękę, pomyślała. Czuła jednak jakiś upór, zupełnie
tak, jakby… Puściła, wstała i podeszła do demona, przytulając się do
niego.
-Chodźmy stąd. -Szepnęła do jego ucha.
-Do widzenia -rzucił Astaroth, wychodząc. Postawili parę kroków w
milczeniu, a przy windzie zapytał: -W porządku?
-Nie. Jakoś tak… Smutno mi się zrobiło.
Westchnął ciężko.
-A zatem zapraszam damę do restauracji z fontanną czekolady.
-Rozpieszczasz mnie. -Mruknęła.

* * *

Demon stał przy oknie i patrzył na brzydki widok przed sobą. Okiennica
była otwarta, rześkie powietrze wpadało do apartamentu właścicielki
Dragon Arch, która spała w łóżku i przewracała się na boki.
-Otóż właśnie. -Mruknął Astaroth i usłyszał lekkie skrzypnięcie drzwi.
Karina spojrzała na mężczyznę i zapytała:
-Panie?
-Wejdź śmiało. Najwyżej z zazdrości zapomni o problemach.
Kobiieta-demon uśmiechnęła się i podeszła na paluszkach do łóżka Likame.
-Śni jej się koszmar. -Szepnęła.
-Miałem nadzieję, że coś o tym wiesz.
-Jest bardzo źle, jeśli chodzi o władczynię smoków… George przekazał mi…
-NIE! -Wrzasnęła rudowłosa, zaciskając pięści na pościeli i budząc
się. Była spocona, ciężko oddychała i gapiła się w sufit. -Kurwa.
-Jęknęła.
-Kontynuuj. -Poprosił Astaroth Karinę.
-Erm. -Jęknęła Karina. Zobaczyła, jak Astaroth kładzie się obok swej
ukochanej. -On stwierdził, że sam sobie nie poradzi. Ona jest już
zdecydowana na śmierć.
-Nie -jęknęła Likame, wtulając się w ciało narzeczonego. -Proszę. Proszę!
Płakała.
-Mówił o której? -Zapytał.
-Szesnasta. -Odpowiedziała kobieta-demon. Na jej twarzy malowało się
zmartwienie, widok cierpiącej pani powodował, że sama cierpiała.
-Będzie. Idź już, zobacz czy ferajna pracuje.
Informatorka niemal wybiegła.
-Ona tego nie może zrobić. -Poprosiła rudowłosa. Poczuła przyjacielską
dłoń we włosach.
-Wiem. -Odpowiedział. -Dlatego George zaingerował w nasz świat.
-Co się z nim stało?
-Ponieważ był aniołem, jego dusza poszła tam, gdzie idą wszyscy ci,
którzy czekają na narodziny i tam, gdzie idą odpoczywać kawałki dusz.
Takie dziwne, bardzo trudno dostępne miejsce. I piękne, bo dusze
przybierają formę światła, zwykle w kształcie smoków.
-Piękne. -Mruknęła. Była blada na twarzy. -Ale jak ja mam ją uratować?
Bo ona żyje, tak?
-Żyje, kochanie. Myślę, że musisz z nią po prostu porozmawiać. Jak u
niej będziesz, to uśpię cię, to sobie pogadacie, ale nie będziesz
miała dużo czasu, więc będziesz musiała się streszczać.
-Boję się.
-Poradzisz sobie. -Pocałował ją w czoło.

* * *

Za oknem królował miejski szum przy akompaniamencie ćwierkających
ptaków. Nie przeszkadzało to właścicielce Dragon Arch, siedzącej w
fotelu przed laptopem. Próbowała pisać kody do programów czy robić
cokolwiek, co wskazywałoby na pracę, ale nie mogła się skupić. Myślała
o tym, co dziś musi powiedzieć przyjaciółce. Jak ją przekonać do
życia? Przyjaźń i tylko to ma do zaoferowania. Czy taki drobiazg może
przekonać człowieka do istnienia na tym świecie, szczególnie takiego
człowieka, który sporo się nacierpiał? Weszła na KGS, znalazła Kamyka
i zaczęła z nim grać. Do dyspozycji miała czarne kamienie na planszy
19×19.

Kamyk: nie skupiasz się
Likame: bo myślę o czym innym
Kamyk: o czym?
Likame: czy człowiek po sporym cierpieniu może jeszcze chcieć żyć?
Kamyk: może mu się bardziej chcieć żyć, bo docenia to, co ma i potrafi
się bardziej cieszyć życiem od przeciętnego obywatela RP
Kamyk: a teraz graj

Astaroth dostrzegał zamyślenie swej pani, kiedy szli i kochali się w
łazience, i szli. Postanowił jej nie przeszkadzać w dobieraniu
argumentów. Był pewien, że jego ukochanej to zadanie się powiedzie.
Kiedy rudowłosa dama, ubrana w niebiesko-czarne paski na sukience i
lśniące, czarne buty sięgające ponad kolana weszła do sali z
przyjaciółką na chwilę się zawahała. Poradzi sobie? Nie da rady? Żeby
się udało, poprosiła w myślach.
I ruszyła przed siebie, udając pewność. Podeszła do Agafe, usiadła
tak, jak zawsze i wzięła dłoń nieprzytomnej. Co teraz?
Astaroth stanął przy swej pani i zapytał:
-Gotowa?
Likame kiwnęła głową i opadła nieprzytomna na łóżko.
Wyglądają, jak kochanki, pomyślał demon i podszedł do okna.

* * *

Chwilę trwało, nim uświadomiła sobie, że coś widzi. Ciemnoniebieskie
tło rozświetlane było stosem złotych, smoczych kształtów. Zmarszczyła
brwi i dotarło do niej, że stoi na trawie w kolorze soczystej zieleni,
ułożonej w kształt wznoszącego się w górę smoka. Jak motyl, pomyślała
Likame i ruszyła przed siebie. Zeszła z końca ogona i znalazła się na
brzuchu. Zatrzymała się, gdy zobaczyła przed sobą ludzki kształt.
Znajome włosy i ciało leżało na trawie.
-Agafe? -Zapytała rudowłosa, wykonując parę kroków ku postaci. Ta
usiadła i spojrzała na przybyłą. Wyciągnęła przed siebie dłoń,
pochwyconą nagle przez przyjaciółkę.
-Co chcesz zrobić? -Zapytała rudowłosa, spoglądając w piękne oczy towarzyszki.
-Zniknąć. Być niczym.
-Wiesz, że to oznacza śmierć?
-Tak. W tej chwili nie widzę dla siebie lepszego rozwiązania.
-Ale ja widzę dla ciebie lepsze. Obudzić się…
-Nie chcę. Nie mam po co wracać. Zabrali mi wszystko, zabrali
George’a, godność, kobiecość… Powiedz mi, po co mam wracać do tego
piekła?
Likame zrobiło się przykro. Wszystko zostało zabrane jej przyjaciółce,
ale właśnie ona była przyjaciółką i ciągle chciała z nią być. I nie
należała do wszystkiego?
-A ja? -Zapytała rudowłosa. -Mnie też tobie odebrano?
-Nie, ja… podtrzymywałaś mnie przy życiu chyba, dawałaś nadzieję…
Ale po co mam wracać do tego piekła? Do tych potworów?
-Jeśli chcesz wiedzieć, to Kosashiego już raczej nie spotkasz, a jak
natkniesz się na Nyssę, to ją zabijesz. A jeśli chodzi o mnie, to jest
mi przykro, że już ci nie jestem potrzebna. Podtrzymywałam cię, a
teraz co? Chciałaś, żebym była szczęśliwa, tak? Ale w pełni szczęśliwa
będę wtedy, kiedy się obudzisz, kiedy będziesz ze mną!
-Ale to piekło! Nie chcę wracać do piekła, nie każ… Ile można znieść…
-Gdy się obudzisz, będziesz w szpitalu. A potem wrócisz do domu w
Gorzowie, będziesz miała pracę i studia, będziesz miała normalne
życie, nie wracasz do piekła.
-Też mi się nie podobało…
-Tak, mnie też się nie podoba to, że muszę siedzieć w jakimś gabinecie
przy komputerze, zamiast spacerować w Tokio z Astarothem i uprawiać z
nim seks, ale gdybyś chciała, mogłabyś ułożyć życie z którego byłabyś
zadowolona.
-Nie wiem… nie umiem… chcę nicości…
-Jak po tym wszystkim możesz chcieć się poddać?
-Nie wiem, nie daję rady…
-Wiesz, był taki moment, kiedy też tak myślałam. Myślałam, że Astaroth
nie żyje, poszłam do sklepu, kupiłam wódkę, siadłam na ławce i
chciałam się urżnąć, żeby tego wszystkiego nie było. Ale urżnąć, a nie
zabić, bo gdzieś tam czeka na mnie jeszcze przyjaciółka, a obok mnie
usiadł chłopak, który też pił i ten chłopak jest młodszy ode mnie i
mnie przekonał, że poddanie się nie ma sensu! Nie ma sensu, bo dalej
się jest, bo to nie rozwiązuje problemów! Najłatwiej jest odejść,
najłatwiej jest przestać istnieć, ale czy ty chociaż trochę pomyślałaś
o mnie?! O tacie, który cię szukał przez fundację ludzi zaginionych?!
Pomyślałaś?!
-Cały czas…
-Nie, nie cały czas! Podobno wiesz, że śniłam o tobie, kiedy byłaś w
piekle! Widziałam, jak te chuje cię katowali! Myślisz, że mi było
łatwo? Wiesz, ile nocy przewrzeszczałam albo przepłakałam tylko
dlatego, że coś ci robili?! Specjalnie wstrzymywałam się od snu, bo
to, co widziałam było zbyt bolesne! Żeby oni to robili na jakiejś
obcej osobie, ale oni robili to tobie! Myślisz, że mi łatwo było?! I
po tym wszystkim mówisz mi, że zabrali ci wszystko, że chcesz umrzeć,
bo tak?! Bo tak?!
-Przepraszam…
-Nie ma za co! Kocham cię i wszystko jestem w stanie ci wybaczyć z
wyjątkiem jednego, wiesz czego? Jeśli umrzesz, to ja… Ja mogę cię
znienawidzić…
Między nimi zapadła cisza, którą po chwili przerwała Agafe cichym głosem:
-Nie chcę…
-Więc zrób coś, żeby to się inaczej skończyło.
-Boję się.
-Nie bój się, pomogę ci.
Likame puściła dłoń przyjaciółki.
-Co robisz? -Zapytała ze strachem władczyni smoków .
-Odchodzę.
-Nie, proszę… nie zostawiaj mnie…
-Jesteś wolna i w każdej chwili możesz do mnie przyjść.
Rudowłosa odwróciła się napięcie i powoli doszła do końca ogona
trawiastego smoka. I zniknęła.

* * *

Właścicielka Dragon Arch zachłysnęła się powietrzem, otworzyła oczy i
spojrzała prosto w twarz Astarotha, który swoją damę położył na
kolanach. Wyglądał na zaciekawionego. Likame przytuliła się do klatki
piersiowej narzeczonego, położyła głowę na jego ramieniu i szepnęła:
-Jestem suką.
-I taką cię kocham. -Pocałował ją w usta. Zaczął masować jej plecy.
-Chciałam płakać, a nie mogłam…
-Uważam, że byłaś świetna.
-Nie, byłam okropna. Ale jak usłyszałam jej pragnienie śmierci… To
ja nie mogłam udawać dobrej cioci… Tylko w ten sposób mogłam zrobić
coś sensownego… -Dodała cicho: -Obudzi się, prawda?
-Nie wiem, ale pewnie tak, skoro bardziej przekonująca nie mogłaś być.
-Kiedy się dowiemy?
-Na dniach. W ciągu czterech dni.
-Chodźmy stąd.
Wstali. Czuła się tak, jakby nogi miała z waty. Astaroth ją
podtrzymywał i po paru krokach to uczucie przestało ją męczyć. Wyszli
na korytarz, w połowie drogi do windy przystanęła gwałtownie.
-Tak? -Zapytał słodko demon.
-To był…
-Tatuś Agafe. Chodź.
Podciągnął ją do windy, weszli do środka, byli sami. Włożył dłoń pod
jej majtki. Jęknęła.
-W szpitalu? -Zapytała. -Niegrzeczny jesteś.
-A gdzie chcesz?
-Gdzieś daleko…
Zniknęli. Chwila dezorientacji i rudowłosa uśmiechnęła się promiennie.
Pusta plaża nad Morzem Śródziemnomorskim, z daleka widać najwyższe
budynki Montpellier.
-Francja! -Krzyknęła z radością i rzuciła się na Astarotha.
Roześmiał się.

* * *

Czwartego dnia Agafe nie wybudziła się. Leżała przy oknie za którym
ćwierkały ptaki o każdej porze i przez które można było dojrzeć
ponure, pokomunistyczne bloki mieszkalne. Rudowłosa kobieta w
wysokich, czarnych butach i niebiesko-czarnej sukience w róże z
przypiętymi, złotymi skrawkami muślinu do lewej piersi, pępka i na
samym dole stała przy szpitalnym i otwartym oknie i patrzyła w widok.
Ciałem była obok łóżka przyjaciółki, duszą znajdowała się tuż przy
niej. Znajdowała się sama, oprócz śpiącej, w pomieszczeniu. Poprosiła
Astarotha, by wyszedł na chwilę, bo potrzebuje chwili samotności.
Cieszyła się z powrotu Agafe ledwie, ile, dwa dni? Dlaczego szczęście
tak łatwo złamać? Czemu przyjaciółka nie wstaje? Ja chcę, żeby wstała,
pomyślała. Wstań, proszę. Spojrzała na śpiącą i stwierdziła, że to bez
sensu. Zasmucanie się nic nie da, a jeśli najgorszy scenariusz się
spełni… Wtedy będzie o tym myślała.
Powolnymi krokami, mając nadzieję, że już za chwilę, za moment Agafe
otworzy oczy i powie “cześć”, podeszła do wyjścia, w progu na sekundę
zatrzymała się i wyszła. Zastała narzeczonego przy oknie na korytarzu.
-Wszystko w swoim czasie. -Rzekł demon.
-No nie wiem. -Powiedział Damian, który zjawił się przy parze, jakby
wyrósł z podłogi. -W tej chwili rokowania nie są najlepsze, ale nie ma
co się martwić na zapas. Musi pani być ciężko.
-Żeby tylko ona wiedziała, jak jest mi ciężko…
Wtuliła się w ramiona ukochanego.
-Może jej pani to opowiedzieć. -Zasugerował lekarz. -Mimo wszystko, słyszy.
-To nic nie da, ja już zrobiłam wszystko, co mogłam.
-Poddaje się pani?
-Nie, ale miałam sen w którym próbowałam ją przekonać do życia. Nie
jestem przekonana, że się udało, ale wie pan… Myślę, że wszystkie
słowa zdolne ją przekonać zostały już powiedziane.
-Powodzenia. -Rzucił dyrektor szpitala i poszedł korytarzem.
Piątego dnia Likame przeszła szpitalny korytarz, jak burza. Do sali
numer osiem na drugim piętrze dotarła w chwili, kiedy mężczyzna o
krótkich włosach ubrany w strój wyjściowy siedział na łóżku Agafe.
Rudowłosa rozpoznała go.
-Dzień dobry. -Powiedziała.
-Dzień dobry. -Odpowiedział. -Nie sądziłem, że rzeczywiście wróciła,
bo nawet telefonu z ambasady nie dostałem.
-Ciężko to wytłumaczyć.
Po co ja tu przyszłam, zastanawiała się. Na rozmowę z ojcem
przyjaciółki nie miała ochoty, na pobyt w tym miejscu chyba też nie.
-Martwi się pani o nią, prawda?
-To moja przyjaciółka.
-Ma pani wyrzuty sumienia po tej waszej kłótni. -Westchnął.
-Nie wiem, co jest w stanie zniszczyć przyjaźń, ale… może to
egoistyczne, ale w takim momencie nie mogę jej opuścić.
-Słusznie, chociaż mam wrażenie, że to ona nas opuszcza.
-Nie wiem, ludzie podobno potrafią i pięć lat tak przeleżeć…
-Tak, złudzenia zawsze na początku są przyjemne.
Zapadła cisza, po chwili Likame rzuciła “do widzenia” i wyszła. Jej
ukochany stał dokładnie w tym samym miejscu, co wczoraj. Przylgnęła do
niego i zaczęła masować jego brzuch. Chwilę tak trwali i ruszyli w
windzie. Gdy znaleźli się w niej, zapytała:
-Czy ja się łudzę?
-Nie, czekasz i masz nadzieję. -Pocałował ją w szyję. -Nadzieja matką
głupich, ale dzięki niej trwamy.
-Trwamy… Ja… Ja się boję myślę o tym, co będzie, jak jej nie będzie.
-Nie myśl o tym. -Pogłaskał jej włosy. -Nie warto.
W szóstym dniu Likame wkroczyła do szpitala pełna nadziei o porze,
kiedy lampy miejskie się żarzyły, a powietrze przesiąknięte było
lekkim chłodem. Z tego też powodu, oprócz wczorajszego ubrania miała
na szyi czarny, posrebrzany szalik. Była sama, poprosiła narzeczonego,
by zajął się dwoma politykami, którzy chcieli przedyskutować pewne
sprawy dotyczące Phobosa. Jeszcze w windzie myślała o tym, co jej
powiedział: “Dasz radę, kochanie? Dasz, wierzę w ciebie”. Więc jeśli
nawet dziś Agafe się nie wybudzi to wytrzyma jakoś te samotne chwile.
Wybudzi się, powtarzała sobie w myślach. Przeszła korytarzem, weszła
do sali i zobaczyła delikatne ciało przyjaciółki w szpitalnej
pościeli. Ciało oddychało, ale oczy były zamknięte.
-Głupia -szepnęła rudowłosa i wyszła z sali.
Nie mam sił, pomyślała. Natrafiła wzrokiem na ciemne niebo za oknem w
ścianie szpitalnego korytarza. Chciałam, żeby się wybudziła,
pomyślała, dlaczego ona mnie nie słucha?
Ruszyła w stronę windy i minęła Damiana. Chciał ją zaczepić, ale ona
zignorowała jego postawę. Machnął ramionami i poszedł w swoją stronę.
Dopadła pustej windy. Głupia, pomyślała i zwróciła myśli w stronę
swego ukochanego. Przy nim czuła się silną kobietą – bez niego nie
dałaby rady przetrwać tego wszystkiego. Ma najważniejszą rzecz na
świecie, a jeśli straci Agafe to ta rzecz dalej będzie podtrzymywała
ją na nogach. Straci Agafe… Poczuła gulę w gardle. Przestań, zganiła
siebie. Poczuła łzy na policzkach i trzasnęła pięścią o ścianę. Nie
chcę, żeby umarła, pomyślała i rozpłakała się. Wyszła z windy, ale
czuła, że nogi ma z cegieł. Jej ciało lekko drżało. Obawa męczyła ją
tak, jakby była torturującym demonem. Nie chciała utraty przyjaciółki,
a musiała to przeżywać.
Wyszła na powietrze i spojrzała w górę. Gwiazd na ciemnym nieboskłonie
nie ujrzała, zobaczyła tylko ciężkie chmury zasłaniające księżyc.
Stała chwilę przy wejściu, po czym podeszła do drewnianej ławki i
usiadła na niej. Schylona głowa z założonymi na niej dłońmi, z
rozlewającymi się niczym rzeka łzami po policzkach. Dlaczego to tak
bardzo boli? Agafe jest tak blisko i tak daleko. Nie umieraj,
poprosiła w myślach, nie umieraj. Co ja zrobię bez ciebie? Co się ze
mną stanie, kiedy odejdziesz? I co z tego, że mam Astatortha, jak nie
mam ciebie?! Łkała. Nie przynosiło to ulgi, ale nie znała innego
sposobu na znoszenie takich uczuć. Tak bardzo się starała, żeby ocalić
przyjaciółkę, a teraz co? Co ma z tego wszystkiego? Ostatni raz płaczę
przez ciebie, pomyślała i nie przestawała tego robić. Wątpiła w to,
ale chciała się uspokoić, a nie potrafiła.
Żaden z przechodniów, biegnących idących od szpitala ze szpitala nie
raczył na nią spojrzeć, nie zastanowił się, co jej jest i nie zapytał,
czy pomóc. Każdy postanowił iść swoją ścieżką, zostawiając na boku
płaczącą kobietę z rudymi włosami, która pragnęła zarówno chwil
samotnych, jak i tych w których przyjaciółka ją przytula, dotyka jej
ciała.
Ktoś dotknął jej ciała. Wzdrygnęła się i spojrzała przed siebie.
Ujrzała brunetkę w fioletowej sukience.
-Pani. -Powiedziała przybyła. -W porządku? Astaroth się martwi. I mnie
jest smutno, że pani cierpi.
Karina przytuliła swoją panią, ta odwzajemniła uścisk.
-Pani cierpi przez władczynię smoków?
-Nie chcę, żeby umarła. -Wydusiła z siebie.
-Przecież jeszcze żyje, pani.
-Ale jak długo? Nie chcę się łudzić, bo to będzie jeszcze bardziej
bolało. Kolejnego razu po prostu… po prostu nie zniosę.
-Pani, jutro też jest dzień, pojutrze także… Może w końcu się
wybudzi. Daj jej czas… Pani…
-To bez sensu. -Jęknęła.
-Pani jest silną kobietą i myślę, że cokolwiek ją spotka, to pokona
to. Agafe po prostu się boi powrotu, po tym wszystkim… potrzebuje
czasu. Nie jest źle, niech pani nie płacze, będzie dobrze.
-A jak nie?
-Pani się nie podda. Może powinnaś sobie pozwolić na nadzieję na
powrót władczyni smoków? Jutro też jest dzień.
-Boję się, że odejdzie. Nie chcę, żeby odchodziła.
Likame już nie płakała, ale na jej twarzy namalował się smutek.
-Nie odejdzie -stwierdziła kobieta-demon, usiadłszy przy swej
właścicielce. -A jeśli nawet, to… dalej będziesz miała Astarotha.
-Dodała nieśmiało: -I mnie.
-Nie zastąpisz jej…
-Nie, ale stworzę nowe miejsce. -W tonie głosu była jakaś nutka, która
spowodowała, że rudowłosa spojrzała w oczy towarzyszki.
-Jesteś samotna? -Zapytała Likame.
-Czy to ważne? To pani powinna być szczęśliwa.
Właścicielka Dragon Arch położyła głowę na ramieniu Kariny.
-A ty?
-Ja jestem tylko demonem, pani. Powinnam dbać o ciebie bardziej, niż o siebie.
-To dziwne, że tak mówisz.
-Nie. Jeśli pani umrze, to ja też chcę umrzeć. Nie mam narzeczonego i
nie będę miała dla kogo zbierać informacji. Ale pani nie umrze, pani
się nie podda, bo pani jest silna. Pani, jeśli mogę coś powiedzieć…
-Śmiało.
-Kocham cię.
Rudowłosa uśmiechnęła się delikatnie i pocałowała policzek partnerki.
Kobieta-demon się zdumiała.
-Wybacz, że tak mało spędzam z tobą czasu. -Rzekła Likame. -Ale
Phobos… To głupie, że kiedy najbardziej mi brakuje przyjaciółki nie
jestem w stanie do niej iść. Poprosić cię o czas.
-Pani…
-Chcę cię kochać, Karino. Zostań ze mną. -Mruknęła i zamknęła oczy.
Karina nie odpowiedziała. Co powinna zrobić? Przecież to nie wypada,
by pani ją przepraszała… Ale z drugiej strony… Pani jest taka
dobra, ocaliła ją z niełaski, próbowała się zaprzyjaźnić… A ktoś
kiedyś jej powiedział, że człowiek jest w pełni usatysfakcjonowany,
jeśli nie tylko otrzymuje, ale i daje. Jeśli człowiek, to czemu nie
demon?
Słyszała spokojny, jednostajny oddech Likame. Właścicielka DA zasnęła.
Siódmego dnia Agafe nie wybudziła się. Leżała na łóżku tak, jak
wczoraj i przedwczoraj. Likame machnęła ramionami i przeniosła wzrok
na widok zza okna. Spokojny błękit leniwie przetaczał się w
bezgwiezdną noc. Patrząc na to zdała sobie sprawę, że jakby
zobojętniała. Może jej przyjaciółka otworzy oczy, a może nie. Późno
się robiło. Ziewnęła. Astaroth, który stał przy niej, spojrzał na nią
zdziwiony.
-Nie wyspałaś się? -Zapytał.
-Za mało tlenu. -Padła odpowiedź.
Rudowłosa ruszyła do wyjścia, demon doskoczył do niej. Kroczyli korytarzem.
-Jak samopoczucie? -Zainteresował się.
-Normalnie.
Przytulił ją i pocałował w szyję tuż przed windą. Objęła go i
pozwoliła, żeby wsadził dłoń pod jej majtki. Jęknęła cicho.
-Seksiu. -Mruknęła mu do ucha i polizała je.
Jutro też jest dzień, pomyślała.

* * *

Anioł miał ogromne skrzydła z białymi piórami. Błyszczały, niektóre
uciekały na ziemię. George uśmiechał się smutno. Dlaczego w ten sposób
to robisz? Powiedz mi, proszę. Zobacz, podaję ci rękę. Weź ją, proszę.
George? George? Twoje skrzydła się palą! George! Nni…
-IE! -Jęknęła Agafe, otwierając szeroko oczy na szpitalną ścianę
sufitu. Szybko oddychała i patrzyła bezmyślnie w górę. Gdy się
uspokoiła, uświadomiła sobie, że boli ją brzuch. Dlaczego, chciała
zadać to pytanie, ale nie mogła. Wiedziała, że to coś więcej, niż
głód, ale bała się poznać odpowiedź, bo świadomość może sprawić
rzeczywistość dotkliwszą. W ciemności, jaka ją otaczała spróbowała
przyjrzeć się swym dłoniom i ledwo dostrzegała pręgi. Bardziej je
czuła. Gdzie ja jestem, pomyślała. To jakieś nowe i znajome miejsce
zarazem, doszła do wniosku. Powietrze miało zapach lekarstw i śmierci.
Zmarszczyła brwi i próbowała się podnieść. Osiągnęła to po dłuższej
chwili, która była męczarnią. Jej ciało ledwo funkcjonowało, czuła się
słaba. Rozejrzała się po sali pełnej łóżek. Szpital?, pomyślała i
natrafiła na okno. Okno z widokiem na szare budynki ze świecącymi w
środku żarówkami. Ciemne niebo nad przestrzenią było spokojne.
Patrzyła. Piękne, pomyślała. Takie kolorowe i zwyczajne. Znała te
mury, mury jej miasta, Gorzowa. Jest w domu? Jeśli to nie sen,
dlaczego nikogo nie ma? Dlaczego nikogo nie ma? Wiedziała, że coś
umknęło z jej pamięci, ale dostać się do tego fragmentu nie potrafiła.
Im silniej chciała sobie go przypomnieć, tym bardziej ulatywał. Skoro
jest w szpitalu, dlaczego musi być sama? Czemu w tych łóżkach wokół
nikogo nie ma? Mam mówić do powietrza?, zastanawiała się. Była głodna,
lekko zdezorientowana, ale chciała kogoś mieć przy sobie. Samotność,
jaką odczuwała była narzędziem psującym jej istnienie. A może to
kolejna tortura? Że ma już być sama? Sama? Likame, gdzie jesteś,
pomyślała. W umyśle natknęła się na pewne słowa: “Jesteś wolna i w
każdej chwili możesz do mnie przyjść”. Gdzie ona jest, zastanawiała
się Agafe. Może na korytarzu? Chciała wstać, ale czuła, że niewiele ma
sił na wykonanie tego czynu. Prawdopodobnie po paru krokach padnie i
potłucze się. Nie chcę stłuczeń, nie chcę być sama… Chciała zawołać,
ale głos uwiązł jej w gardle. Coś podpowiadało jej, że na zewnątrz
nikogo nie ma. Jak długo tu była? Czy tak długo, że Likame mogła ją
zostawić samą? Likame, Likame, ja chcę do Likame…
Rozpłakała się. I co z tego, że żyje, skoro nikogo nie ma?
Jestem sama, stwierdziła z goryczą i opadła na łóżko. Skuliła się, a
potem pozwoliła sobie na zaśnięcie.
Zbudziła się przy szarym świetle. Spojrzała w okno i dostrzegła lekkie
zaróżowienie na niebie. Wschodzi słońce. Kiedy tu dają śniadania?
Przyglądała się odchodzącej ciemności, zapominając, gdzie jest i
dlaczego, co czuje. Wyciszyła się i nie zwróciła uwagi na kroki, które
rozległy się za nią. Poczuła chłód na ciele.
-Dzień dobry. -Głos był kobiecy, lecz nieznajomy.
Agafe spojrzała na złotowłosą pielęgniarkę z uśmiechem.
-Przyniosę śniadanie. -Powiedziała pracownica szpitala. -Jak się pani czuje?
-Ddobbrze. -Odpowiedziała pacjentka. Skrzywiła się i zwróciła twarz ku
oknu. Przecież nie zrobią mi tu krzywdy, prawda? Chciała, żeby miała
rację. Była zła na siebie, że pierwsze słowo, jakie wypowiedziała na
Nudnym Świecie po tym wszystkim było powiedziane z jąkaniem się. Ale
bała się, czuła wątpliwości. Przecież to nie może być sen, prawda?

* * *

Nadzy leżeli obok siebie na łóżku w apartamencie prywatnym rudowłosej.
-Nie chcę złudzeń. -Szepnęła.
Zza okna wynurzało się słońce, wbijając swe promienie do
pomieszczenia. Kobieta była odwrócona do niego tyłem, przez co jej ono
nie raziło.
-O jakich złudzeniach mówisz, kochanie? -Zdziwił się Astaroth.
-Miałam dziś piękny sen… ale poszedłeś gdzieś, jak się obudziłam i
chciało mi się płakać, bo on był taki piękny i nieprawdziwy…
Pocałował ją w usta.
-Komu jak komu, ale tobie akurat powinny śnić się rzeczy rzeczywiste
albo przynajmniej takie, które prawdopodobnie się zdarzą. To taki dar
od Archa, przecież.
-Ale tyle razy chciałam, żeby się obudziła, że ja już…
-Kochanie. -Przytulił ją do siebie. -Chodźmy na spacer, to ci coś pokażę.

-Nie mam ochoty. Poza tym za dużo siedzę w szpitalu, powinnam więcej pracować…
-Praca nie ucieknie. A rzecz jest warta twego czasu, kochanie.
-Coś knujesz.
-Ja? Nie, to ty nie masz ochoty na orzeźwiający spacer, podczas
którego zjedlibyśmy romantyczne śniadanie i dostałabyś parę kwiatków.
Na jedzenie powinnaś mieć czas, tak czy inaczej.
-Kurwa. -Jęknęła i usiadła. -Mam ochotę przynajmniej spojrzeć okiem na Agafe.
-To spojrzyj. -Spojrzała na niego smętnie. -Nigdy nie wiesz, co się zdarzy.
-Astaroth…
-Świat należy do odważnych. -Szepnął jej do ucha.
-Przestań… wiesz, jak to boli, kiedy nadzieja upada? Nie chcę znów
tego przeżywać.
-Kochanie, tylko jeden raz, tylko ten jeden raz. Wiesz, jako demon
pragnę się tobą zabawić, jak to demon. Pozwól mi, kochanie, czuję się
niespełniony.
-A diabli wzięli to wszystko! -Wybuchła i wstała. -Idziemy na
śniadanie, a… a potem rób ze mną, co chcesz, kurwa.
Nie zrobiła żadnego kroku. Demon westchnął ciężko. Kochał te rude
włosy, piękne ciało i w tej chwili zmarszczył brwi, wstał, dotknął
delikatnie swoją wybrankę i szepnął jej do ucha:
-Kochanie, przepraszam. Czasem demoniczność się we mnie odzywa, nie
znoszę tego. Ale jedno chcę ci powiedzieć, nie tworzę nadziei
nadaremno, sen wszystko ci powiedział.
Nie odezwała się. Poczuła na dłoniach czarno-niebieski jedwab i
dopiero po pocałunku narzeczonego ruszyła w stronę łazienki.
Nie umiem już być demonem, pomyślał demon stojący w apartamencie
Likame. Ubrał na siebie pomarańczową koszulkę i czarne spodnie z
myślą, że będzie się rzucał w oczy. Chciałbym zostać aniołem,
stwierdził, tylko nie bardzo wiem, jak to zrobić w tej sytuacji.
Podrapał się w głowę.
Piętnaście minut później rudowłosa wyszła z sukienką na sobie:
niebieskie skrawki materiału były delikatnie rozmieszczone na czarnym
tle, rękawy i dół składały się z niebiesko-czarnych falbanek.
-Jesteś piękna. -Powiedział, ale nie zareagowała. Kobieta wzięła buty
w błyszczącej czerni i rzuciła:
-Chodź.
-Masz focha? -Zapytał, wychodząc na korytarz. Nie usłyszał odpowiedzi.
-Masz focha. Może pójdziemy na pierogi?
Nadal się nie odzywała. Kiedy wyszli z budynku, westchnęła ciężko i
skierowała się w stronę przeciwną do szpitala.
-Dlaczego tam? -Zaciekawił się.
-Bo tak.
Przeszli parę metrów i weszli do jadłodajni “Agata”. Kobieta usiadła
do dębowego stolika i poczekała na menu. Gdy kelner się zjawił,
rzuciła:
-Jeden talerz pierogów i jedno piwo dowolne.
-A pan?
-On nie je.
Pracownik “Agaty” ruszył w stronę kuchni.
-Nic nie jem? -Rzucił Astaroth. -Będę musiał kraść z twojego talerza,
wiesz o tym?
Machnęła ramionami.
-Likame?
Dostała na talerzu jedzenie, powoli je zjadła, szybko pozbyła się
piwa, zostawiła pieniądze i ruszyła na chodnik. Demon niemalże rzucił
się na nią w biegu, a gdy ją dopadł, przytulił.
Z wolna kroczyli chodnikiem. Minęli Dragon Arch, jakby przystanęli, a
potem ruszyli do szpitala. Weszli do jego wnętrza, wleźli do windy i
wyszli na drugim piętrze. Westchnęła. Miała ochotę się zatrzymać, ale
nie zrobiła tego. Po co ma spowalniać nieuniknione? Podeszli do sali
numer osiem.
-To ja może się ulotnię. -Zaproponował Astaroth i nim zdążyła
zaprotestować już go nie było. Poczuła wściekłość. Specjalnie tu
przyszła, żeby mu pokazać beznadziejną sytuację. Otworzyła drzwi i
zamarła.
Widok wychudzonej kobiety siedzącej na łóżku i wpatrującej się w widok
za oknem mógł wzbudzać współczucie. W Likame obudził wzruszenie. Agafe
spojrzała w stronę przybyłej.
-Likame… -Szepnęła i uczyniła gwałtowny ruch, jakby chciała wstać.
Gdyby nie przyjazne i delikatne ręce rudowłosej, spadłaby na podłogę.
-Uważaj. -Rzekła spokojnie właścicielka Archa, ale czuła łzy na policzkach.
Władczyni smoków spojrzała w oczy swej towarzyszki.
Przytulały się niemo. Pacjentka trzymała rudowłosą tak, jakby
zamierzała się do niej przykleić.
-Tn… -Zaczęła Agafe, pozwalając, by pierwsze wrażenia ze wspólnie
spędzanego czasu ulotniły się. Przełknęła ślinę i powiedziała:
-Ttęskkniłam.
-Ja też.
Likame usiadła obok swej przyjaciółki i przytuliła ją do siebie.
-Tak bardzo chciałam, żebyś się obudziła. -Rzekła. -Jestem bardzo
szczęśliwa, że to wybrałaś. Bardzo… gratuluję wyboru. Jadłaś coś?
-Ttak. Kkannapkę. Bbęddzie ddobrze?
-Będzie. Niedługo przyjdzie lekarz, może zjawi się twój tata, wrócisz
do domu… będzie dobrze, obiecuję. Nikt cię nie skrzywdzi.
-Pogłaskała plecy Agafe.
-Cco uu ciebie? -Trzasnęła delikatnie dłonią o łóżko.
-Teraz już w porządku. Jak jesteś to jest świetnie. A jak się czujesz?
-Nnie wwiem. Rrany mnie bbolą i nnie hchcę ssię jjąkać…
-Z czasem przejdzie, wyślę cię na jakąś terapię może, szybciej minie.
Spokojnie, nic się nie dzieje. Jest świetnie. Prawda?

Władczyni smoków spojrzała na szpitalne, nie wyróżniające się drzwi do
sali i odpowiedziała:
-Nnie wwiem. Czczy jjuż jjest ppo wwszysttkim?
W pierwszej chwili Likame chciała odpowiedzieć “tak”, ale powstrzymała
się przed tym. Agafe wiedziała, że nikt już jej nie torturuje i jest
wolną kobietą. O co więc tak naprawdę spytała? A może zapytanie wprost
“czy Nyssa żyje” jest ponad jej siły, bo wzbudza złe wspomnienia?
Rudowłosa mocniej ją uścisnęła i pozwoliła zapanować milczeniu w
pomieszczeniu.
-Nnie. Bboję ssię.
Do sali wszedł ciemnowłosy lekarz.
-Witam. -Powiedział, uśmiechnąwszy się. -Jak się panie czują?
-Dobrze, tylko Agafe jest trochę słaba.
-Musi więcej jeść. Jest pani głodna, pani Agafe?
-Nnie.
-To chciałbym sprawdzić opatrunki. -Pacjentka kiwnęła głową. -Niech
się pani położy.
Posłuchała. W momencie, kiedy lekarz dotknął koszuli nocnej swej
pacjentki, ta spięła ciało, lekko drżąc. Czuła, jak serce łomocze po
wariacku. Uspokój się, myślała gorączkowo.
-Spokojnie, ja tylko zmieniam opatrunek. -Rzekł Damian, widząc
zdenerwowanie Agafe.
Kiwnęła głową. Tak, tylko opatrunek. Poczuła palce przy kroczu i krzyknęła:
-Nnnieeee!
Lekarzowi i rudowłosej ciarki przeszły po plecach.
-Ppprzeppraszamm… -jęknęła władczyni smoków, płacząc. -Jjesstemm
bbezznnadziejnna…
-Agafe -szepnęła czule Likame. Wzięła dłoń przyjaciółki, kucnęła i
patrzyła jej w oczy. Były piękne i takie wystraszone. -Jestem przy
tobie, nikt ci nie robi krzywdy, jest w porządku. Jeśli nie dasz
zmienić opatrunku lekarzowi, może dojść do gorszych rzeczy. Ale
wszystko jest w porządku.
-Mmów ddalej, tto mmnie usppokkaja…
-Tylko pozwól mu pracować.
-Ttak. -Wygięła lekko plecy do góry, jakby pod wpływem napięcia,
rozchyliła nogi. Dłoń przyjaciółki zaciskała aż do bólu, ale ta nie
protestowała.
-Jestem z ciebie dumna, że postanowiłaś stoczyć taką walkę… walkę ze
swoimi słabościami. Pewnie jutro będziesz mogła już wyjść do domu,
odpoczniesz sobie od tego wszystkiego… Teraz jest już z górki.
Będziemy się codziennie widzieć, rozmawiać, śmiać, będzie naprawdę w
porządku. Przed tobą piękny czas. Położysz się w swoim wygodnym łóżku
i zaśniesz dobrym snem, będziesz mogła robić wszystko to, co przyjdzie
ci do głowy, spełnisz marzenia, wydasz książkę… -Urwała.
-Skończyłem. -Stwierdził lekarz, prostując plecy i zdejmując
rękawiczki. -Rany ładnie się goją, ma pani rację, jutro będzie mogła
wyjść ze szpitala. Ale jeszcze ze trzy tygodnie będzie musiała
zmieniać opatrunek, a jak już termin minie, to zapraszam na wizytę
kontrolną. Do widzenia.
Damian szybko wyszedł z sali. Rudowłosa miała wrażenie, jakby się spłoszył.
-Pprzeppraszammm -rzekła władczyni smoków i puściła rękę przyjaciółki.
-Czczułamm… -Urwała.
-Agafe, jest w porządku, zupełnie w porządku, nie przepraszaj.
-Przytuliła towarzyszkę, kładąc się przy niej. Patrzyły sobie w oczy.
-Myślę, że to ja jestem winna przeprosin…
-Nniee, ttyy nniic nnie zzrobbiłaś…
-Ty też nic, ocaliłaś mnie, nie wolno mi tego lekceważyć. No, Agafe…
Agafe, kochana…
Rudowłosa poczuła, jak coś ją w gardle ściska. A potem łzy zaczęły
lecieć po jej policzkach.
-Nnnie ppłacz… -Poprosiła Agafe.
-To ze szczęścia.
Cisza ogarnęła przestrzeń. Nie musiały mówić, by być ze sobą
szczęśliwe. Rozmowy przyjdą później. Teraz najważniejsze, że są. Po
tak długim czasie Likame nie mogła się nacieszyć swoją przyjaciółką
przez tak krótki czas. Ale teraz czasu mają dużo, na spokojnie mogą go
tworzyć wspólnie. Z jakiegoś powodu ta dziewczyna jest dla mnie ważna,
pomyślała rudowłosa. Miała wrażenie, że Agafe zasypia. Po paru
minutach władczyni smoków miała nie tylko zamknięte oczy, ale
oddychała regularnie i spokojnie.
-Dobrego snu. -Szepnęła rudowłosa.
Wstała delikatnie i bezgłośnie wyszła na korytarz. Przy oknie zastała
swojego narzeczonego. Zamknąwszy za sobą drzwi, podeszła do ukochanego

i pocałowała go w usta.

-Całujesz, jakbyś tego nie robiła z rok. -Skomentował.
-Muszę się jakoś odprężyć. Jestem padnięta. -Westchnęła. -Zjadłabym
coś… Która godzina?
-Około trzynastej.
-Chodźmy na kebaba. Astaroth, przepraszam cię za ranek.
-Miałaś prawo.
Nie odpowiedziała. Zeszli schodami na dół i wyszli ze szpitala.
Zauważyli jakąś budkę z kebabami i do niej podeszli.
-Zastanawiam się nad jedną rzeczą -zaczął demon -jak teraz
zorganizujesz sobie czas?
-Nie wiem. Ty mi powiedz. -Wzięła do ręki kebaba i zaczęła jeść.
Astaroth zapłacił, ruszyli do ławki przy drzewie. Usiedli na niej.
-Ona teraz potrzebuje wsparcia… Złamali ją. Kurwa, zabiję tych
skurwieli, którzy jej to zrobili.
-Taju nie żyje, a jeśli interesuje cię zamordowanie Kosashiego, to
ciężko powiedzieć, czy ci się to uda. Ostatnio Nyssa wpadła na pomysł,
żeby się wykrwawiał po parę godzin dziennie.
-Może to i lepsze rozwiązanie… Niech się pomęczy, gnój.
-A powiedziałaś jej o tym, że za pół roku, jeśli nie pokonamy Nyssy,
znowu może trafić do szpitala?
-Nie. Ona była w takim stanie… Spytała mnie, czy już po wszystkim,
ale nie umiałam jej tego powiedzieć. Nie umiałam po prostu…
-Wyrzuciła papierek po przekąsce do najbliższego śmietnika.
-Czemu nie umiałaś?
-Gdybyś zobaczył jej stan, może zrozumiałbyś… Jąka się, boi się
zmian opatrunku… Nie wiem….
-Może zobaczę i jej powiem?
-To… To okrutne…
Położyła głowę na jego piersiach.
-Ale ona chyba musi wiedzieć, co? -Zapytał, głaszcząc jej głowę.
-Tak będzie lepiej…
Demon wstał.
-To chodź. -Rzekł.

* * *

Otworzyła oczy i nie zobaczyła twarzy przyjaciółki. Chciała do niej,
pragnęła do niej, tęskniła do niej. Gdzie ona jest? Poczuła pragnienie
krzyku. Jest sama, nie chce być sama, gdzie jest jej przyjaciółka,
miała tu być… Ale… Z kolei jak może wymagać, żeby poświęcała jej
cały swój czas? Ona ma ukochanego, ma pracę, ma po co żyć.
Skuliła się. Rozpłakała się. Była taka sama, taka sama, George’a już nie ma…
Uspokój się, nakazała sobie. Ona na pewno za chwilę wróci. Na szafce
stojącej przy łóżku zauważyła talerz z jedzeniem. Usiadła i
stwierdziła, że ma przed sobą ryż w sosie oraz kotlet. Zaczęła jeść.
Powoli, smakując każdy kęs. Przestała myśleć, przestała zwracać uwagę
na to, że nikogo tu nie ma, nawet śpiących ludzi. W połowie dania
drzwi otworzyły się i zobaczyła rudowłosą z partnerem. Ten miał
torebkę pełną owoców i warzyw.
-Cześć. -Powiedział Astaroth. Dobytek postawił na stole. Usiadł
naprzeciw dziewczyny i obserwował, jak jadła danie. W końcu odłożyła
talerz i spojrzała na niego.
-Wiesz -zaczął -gratuluję powrotu do Nudnego Świata. Niestety, Nys…
-Nniee… -Jęknęła, chwytając się za głowę. -Nniee mmów….
Rudowłosa podeszła do przyjaciółki, usiadła przy niej i przytuliła ją.
-Dobrze, kochanie, ale lepiej, żebyś to, co Astaroth chce przekazać,
wiedziała. To dla twojego bezpieczeństwa.
Demon westchnął. Znowu powiedzenie przykrej rzeczy było cięższe, niż
przypuszczał.
-Coś ci powiem. -Zaczął. -Są dwie sprawy o których musisz wiedzieć.
Masz na sobie dwie klątwy, przez jedną nikt nie był w stanie cię
uzdrowić magią, bo by tobie tylko zaszkodził, a przez drugą, jeśli nie
pokonasz pewnej suki, za pół roku możesz trafić do szpitala lub
wykrwawić się na miejscu. Po drugie, jesteś władczynią smoków i
teoretycznie tylko ty jesteś w stanie pokonać naszego wroga.
-Bbboję ssię… -Przełknęła ślinę.
-Ja też. Szczególnie tego, że Likame zginie, a zginie na pewno, jeśli
stchórzysz. Nie wolno ci stchórzyć, bo jesteś władczynią smoków, a te
skurwysyny nie przestają dręczyć swych ofiar.
Agafe nie odpowiedziała. Przylgnęła mocniej do ciała przyjaciółki i
schyliła głowę.
-Rozumiesz? -Zapytał demon.
-Kkocham Likame i nnigdy nnie ddopuszczę ddo jej kkrzywddy…
-Świetnie. -Westchnął. -A co byś zrobiła, gdyby jej zabrakło?
-Zzabiłabym ssiebie.
-To mam prośbę. Zabij też tych, co ci to zrobią. -Wstał, spojrzał w
oczy swej wybranki i wolnymi krokami skierował się ku wyjściu.
Rudowłosa chciała go zatrzymać, ale nie mogła wydusić z siebie głosu.
Gdyby mnie nie miała, pomyślała, to by się zabiła? Jaki w tym sens,
żeby tak się poddawać… Życie bez ukochanej osoby jest bez sensu, ale
tylko na początku. Bo życie dalej trwa, bo życie dalej jest piękne. I
czemu właśnie ona tego nie rozumie?
-Czemu to powiedziałaś? -Zapytała cicho właścicielka Archa.
-Bbo cię kkocham. -Władczyni smoków spojrzała w twarz rudowłosej.
Nieśmiało ją pogłaskała. -Bbym mmogła ddalej żyć, ale cco z ttego,
jeśli bbędę załamana bbez ciebie…
-Też cię kocham.
Ale inaczej, dodała w myślach. Chyba inaczej… Jeśli bez Astarotha
potrafię się podnieść…
Trwały w przyjemnej ciszy. Dotykały swoich ciał delikatnie. Czuły się
ze sobą doskonale. Nie potrzebowały słów do nacieszenia się chwilą
spędzoną razem.
-O czym myślisz?
-O ttym, że mmam ttylko ciebie…
-Przecież masz jeszcze tatę, on pewnie niedługo…
-Nnie chcę do ttaty. Hchcę ddo ciebie.
-Czemu?
-Bbo u ciebie bbezppiecznniej… Alle… nnie wwiem… jak mmogę cię o
tto pprosić?
-Agafe? Dlaczego bezpieczniej u mnie i czemu nie możesz prosić o to?
Jesteśmy przyjaciółkami, to jeśli możemy, róbmy cokolwiek dla siebie.
-Alle ty jjesteś…. już ttyle wycierppiałaś pprzeze mmnie i ttyle mi
ppomoggłaś…
-Nieważne. To nieważne, chcę, żebyś była szczęśliwa. Zawsze ci pomogę,
zresztą ty też mi pomagasz. Ale czemu nie chcesz do taty?
-Bbo ttam jest nniebbezpiecznnie… Czczuję tto. I… I ttatta,
ttatta… nnie wwiem… pprzeppraszamm…
-Nie przepraszaj, nie szkodzi. Jak chcesz, to pewnie, że będziesz
mogła u mnie się zatrzymać. Może to i lepiej, zaczynasz nowe życie…
-Dzień dobry. -Powiedział ojciec pacjentki, podchodząc do kobiet.
-Mogę na osobności porozmawiać z córką?
-Oczywiście. -Likame wstała, a towarzyszka nie puściła jej dłoni.
Władczyni smoków patrzyła tak, jakby chciała powiedzieć “nie idź”.
Rudowłosa zmarszczyła brwi. Nie rozumiem, pomyślała. -Puść?
Agafe zostawiła dłoń partnerki w spokoju. Patrzyła na ukochaną, dopóki
ta nie zniknęła jej z oczu.
-Jak się czujesz? -Spytał mężczyzna.
-Ddobrze.
-Jutro o dwunastej będziesz musiała sama wrócić do domu.
-Nnie…
-Nie będę zwalniał się z pracy tylko dlatego, że nie chce ci się ruszyć tyłka!
-Nnie kkrzywdźdź… -Jęknęła i skuliła się. Drżała. Poczuła dotyk
silnej, męskiej dłoni na brodzie, która podniosła ją trochę do góry.
-Ja cię krzywdzę?! Przecież cię nie biję!
Krzyk, dotyk, słowo “bić” przypomniały właścicielce Nirgiza niedawne
obrazy. Obrazy cierpienia, grozy i strachu. Pod sobą poczuła coś
mokrego. Rozpłakała się.
-Miłego wieczoru. -Stwierdził ojciec Agafe i wyszedł. Był
zdenerwowany, nie znalazłszy z córką żadnego kontaktu. A córka
położyła się na łóżku w pozycji embrionalnej, chcąc ukryć przed
światem twarz, zakrywając ją tak, że przed sobą miała tylko ciemność.
Chciała zniknąć.

* * *

Mężczyzna o krótkich, czarnych włosach i brązowych włosach stał na
dworze, tuż przed szpitalem. Nie zwracał uwagi na to, że słońce
szykuje się do zejścia za zenit. Zamyślił się, patrząc na szare,
miejscami pomarańczowe budynki w okolicy. W prawej dłoni trzymał
czerwoną różę, a na siebie włożył czarny garnitur. Usłyszał za sobą
czyjeś kroki i odwrócił się. Zobaczył piękność o rudych włosach, która
spokojnie wędrowała w jego stronę. Gdy znalazła się parę centymetrów
od niego, uśmiechnęła się i pocałowała go w usta. On włożył kwiecia we
włosy swojej wybranki i szepnął:
-Kocham cię.
Przylgnęła do niego. Czuła się z nim bezpiecznie, odczuwała radość.
-Jak fajnie być przy tobie. -Odszepnęła mu.
-I nawzajem.
-Ale co miała znaczyć twoja rozmowa z Agafe? Chyba byłeś dla niej zbyt
brutalny.
-Nie. To władczyni smoków, a jej zadaniem jest zabić tych skurwysynów,
co to ją torturowali. Po to została stworzona. A poza tym, chciałem
sprawdzić jeszcze jedną rzecz.
-Jaką?
-Czy się w tobie zakochała. A niestety, ona kocha cię bardziej, niż powinna…
-Niż powinna? Nie ma czegoś takiego, jak kochać za dużo…
Demon westchnął.
-Jestem tylko demonem. -Wytłumaczył się. -Ale ona cię nie kocha, jak
przyjaciółkę, tylko jak… bo ja wiem, kochankę? Siostrę?
-Za długo była sama…. Ale czemu ona nie chce mieszkać z ojcem, tego
pojąć nie mogę. Coś czuje, ale mam wrażenie, że czegoś nie wiem.
-Tak powiedziała, że czuje?
-Tak.
-To dobrze. Znaczy, że smoki od samego początku nie myliły się, że to
ona jest władczynią smoków.
-Przecież to Kosashi wyznaczył jej tą rolę?
Astaroth wybuchnął śmiechem.
-Kosashi wiele w tym do gadania nie miał, kochanie. Karina prowadziła
na ten temat śledztwo, ona ci więcej poda.
-Właśnie, Karina… Chodźmy na chwilę do nas, chcę, żeby jak
najszybciej zajęła się sprawą Agafe….
-Znaczy?
-Niech poszuka terapeutów.

* * *

Obudziła się w tej samej pozycji, w jakiej się położyła. Panował
półmrok, sala miała wyłączone żarówki. Przed sobą miała czerwonego
maka. Zmarszczyła brwi. Nie była sama, ale też nie było przy niej
Likame. Zadrżała i usłyszała znajomy głos:
-To tylko ja.
Odetchnęła z ulgą. To dziecko nie mogło jej skrzywdzić, nie po tym, co
przeszły. Spojrzała w twarz okrytą błękitno-różową chustą, zobaczyła
kobietę uwięzioną w ciele dziecka. Wyciągnęła przed siebie dłoń. Fadwa
objęła ją, uśmiechając się.
Agafe podniosła się na ramieniu i stwierdziła, że jej towarzyszka klęka.
-Czczemu klękkasz?
-Bo jesteś władczynią smoków, pani. Poza tym podziwiam cię i masz mój
pełen szacunek. Chciałam cię przeprosić za wszystkie cierpienia, jakie
ci sprawiłam. Co mogę dla ciebie zrobić?
Właścicielka Nirgiza nie znała odpowiedzi na to pytanie, ale jasno
wyczuwała, że uniżająca się przed nią osoba to demon. A demon nigdy
nie jest dobry. Zaufać demonowi mogło znaczyć to samo, co popełnienie
samobójstwa.
-Jjestteś ddemonnem… -Zaczęła Agafe.
-Czy życzysz sobie, bym złożyła przysięgę wierności? -Widząc lekko
zdezorientowany wyraz twarzy władczyni smoków, wyjaśniła: -To
przysięga, dzięki której na zawsze będę zmuszona wypełniać twoją wolę.
Jeśli się jej sprzeciwię, umrę.
-Okkruttne… -Urwała. Ale jeśli tego nie zechcę, pomyślała, zawsze
będę się zastanawiała, czy ona mnie kiedyś nie skrzywdzi. -Jjak
hchcesz.
Fadwa uśmiechnęła się. Miała przed sobą bardzo trudne zadanie, ale czy
tak trudne, jak poświęcenie ze strony władczyni smoków dla niej? Czym
była służba wobec samowolnego wzięcia na siebie cierpienia? Przełknęła
ślinę. Nigdy nie złożyła przysięgi wierności, ale może właśnie
dlatego, że była dzieckiem? Może dlatego, że czekała na tą jedną,
jedyną osobę? Właściwą władczyni smoków, która bez wątpienia zasługuje
na podziw. Na szacunek i sługów.
-Ja, demon twój Fadwa,
Przysięgam służyć wiernie
Pani: Agafe,

Bronić jej ciała i duszy,
Stać na straży jej wolności,
Strzec honoru demonicznej rasy,
Życia Pani bronić,
Za sprawę jej szczęścia,
W potrzebie, krwi własnej ani życia nie szczędzić,
Tak dopomóż Piekło. Amen.

Władczyni smoków w pierwszej chwili nie wiedziała, co powiedzieć, ale
magia podszepnęła jej:
-Przyjmuję.
-Co chcesz, bym zrobiła?
-Nnie wwiem. Hchcesz jabbłko? -Wzięła ze stołu owoc i podała swej
służce. Sama wzięła mandarynkę.
-Cieszę się, że mogę tobie służyć.
-Nnie mma sprawy. Jja… mmało o ttobbie wwiem….
-Chcesz zadawać pytania? Dobrze, otrzymasz odpowiedź. -Nagryzła
jabłko. -Smaczne, skąd je masz?
-Ddostałam od Asttarotha. Jja… jja ttyle rrazy ppyttałam… nnigdy
nnie miałam oddpowiedździ…
-Ale jest sens w zadawaniu pytań, bo im więcej wiesz, tym lepiej.
Niekoniecznie bezpieczniej, ale przynajmniej wiesz, za co cierpisz.
Pani.
-Ppani… jja hchcę… nnie hchcę… nnie chcę bbyć sama. Ppani nnie
jest ppotrzebnne.
-Musisz być bardzo samotna.
Moment milczenia, a potem słowa Agafe:
-Tty tteż. Tto zzabija, a tty wykkorzysttałaś osttatnią telepporttację
na pprzyjście ttu.

-To źle? Zakochałam się w tobie.
Władczyni smoków zapragnęła wypowiedzieć prośbę: nie krzywdź mnie.
Przełknęła ślinę, schyliła głowę. To bez sensu, pomyślała. Przecież
ona mnie nie może skrzywdzić. Wiem to, czuję to i chcę jej powiedzieć,
by mnie nie krzywdziła. Kurwa.
Demon stojący przy pacjentce był zaskoczony sytuacją. Nic złego nie
zrobił, a jego pani jakby się zlękła. A może walczyła ze sobą? Kto
wie, jakie skutki stworzyły tragiczne przejścia z piekła?
-Fadwo, możesz wyjść? -Rozległ się głos Likame w sali. Muzułmanka
spojrzała na rudowłosą, stojącą przy swym wybranku w wejściu, zerknęła
na cichą panią swoją i widząc jakikolwiek brak jej reakcji, wyszła z
pomieszczenia. Za nią wyskoczył Astaroth, zamknąwszy drzwi.
-Co zrobiłaś? -Zapytał. Miał ochotę na śmiech, ale powstrzymywał się.
-Nic. Nie wiem. Ja tylko złożyłam jej przysięgę wierności.
-Ty i przysięga wierności? Gratuluję. Tylko wyjaśnij mi, dlaczego?
-Miłość, może wyrzuty sumienia…
Rudowłosa usiadła przy przyjaciółce i spytała:
-Nic ci nie jest?
-Nic.
Agafe objęła przybyłą, kładąc głowę na jej ramieniu.
-Ppotrzebuję cię. -Szepnęła władczyni smoków.
Likame zabrakło słów. Co ją napadło?, zastanawiała się. Miło być
obiektem czułości, ale nic nie powiedziała, nic nie zrobiła… A może
za długo jej nie było? Może Fadwa zrobiła jej coś, o czym nie chce
mówić?
-Na pewno w porządku? -Zapytała.
-Ttak. -Odpowiedź była cicha. -Oddaliłam się odd tatty. Nakkrzyczczał
i wyszeddł… Kkocham cię.
Co ma jedno do drugiego, zastanawiała się właścicielka Archa.
-Też cię kocham. Czego chciała Fadwa?
-Nnie wwiem. Ona… zzłożyła mi pprzysięgę wwierności…
-To dobrze, nie skrzywdzi cię. Masz swojego demona, to jest fajne.
-Ttak?…
-No, zawsze spełnią twoją wolę. Nie ma się czego obawiać z ich strony.
Karina na przykład jest mi bardzo oddana, ale to dlatego, że ją
uratowałam z tortur. Taka fajna kobieta, można z nią pójść na zakupy,
na przykład. Bardzo dobrze zbiera informacje.
-Aale jak onna ppowiedziała, żże mmnie kkocha, tto się wwysttraszyłam…
-Nie ma czego, teraz każda próba skrzywdzenia cię skończy się dla niej śmiercią.
-Wwiem, ale onna jest ddemonnem…
-Astaroth także i jakoś potrafi mnie kochać. Jest świetny. Często
uprawiamy seks i rozpieszcza mnie.
W głosie Likame Agafe odnajdywała szczyptę radości i ogrom miłości.
Pozwoliła mówić przyjaciółce o swoim wybranku, bo sama nie miała o
czym opowiadać. Ją zadowalała sama obecność rudowłosej, jej głos,
dotyk ciała. Tym wszystkim właścicielka DA sprawiała, że władczyni
smoków czuła się dobrze, bezpiecznie. Wystarczyło do poczucia
szczęścia.
-Powiedz coś. -Poprosiła Likame.
-Cco?
-Nie wiem, cokolwiek. Ja także chcę posłuchać twojego głosu.
-Alle ja… -Wyglądała, jakby miała się rozpłakać. O czym miała mówić?
O swoim cierpieniu? O tragediach z piekła? O tęsknocie do George’a?
Ścisnęła mocniej przyjaciółkę. -Nnie wwiem, cco mmam mmówić… ppo
pprostu nnie wwiem…. nnie chccę ppamięttać o ttych rzeczczach…
Poczuła łzy na policzku. Rudowłosa je wytarła i powiedziała:
-Przepraszam. Zawsze to ty więcej opowiadałaś o tym, co się dzieje.
Tęskniłam za tym.
-Pprzeppraszaam…. -Rozpłakała się bardziej.
-Kochanie, nie przepraszaj. -Objęła ją, przyciągnęła do siebie. -No,
już… będzie dobrze, będziesz miała o czym opowiadać… tylko nie
płacz, bo mi się chce płakać… Agafe…

Słone strumienie rzeźbiły się na policzkach właścicielki DA. Milczała
i wsłuchiwała się w coraz powolniejszy oddech towarzyszki. Ta nie
wypowiedziała żadnego słowa, wycierała ostatnie łzy dłońmi. Po jakiejś
chwili, może dwóch, Likame zdołała zdusić w sobie płacz, taki smutek,
co ją znienacka zaatakował. Nie odezwały się nawet wtedy, kiedy
całkowicie pochłonęła je ciemność, a one spokojnie siedziały wsłuchane
w bicie własnych serc. Taka chwila, jedna na milion, zasługiwała na
dłuższy przystanek. Cisza, zagościwszy wokół nich, pozwoliła im
oczyścić się z niektórych emocji. W większości złe, uczucia uciekały w
powietrze, w próżnię i zostawały zapominane. W końcu drzwi do sali
zostały otwarte, jasność wkroczyła do sali. Przyjaciółki zostały
nakryte przez lekarza, który uśmiechnął się. W prawej ręce trzymał
tacę z czterema kanapkami i dwoma szklankami z herbatą.
-Witam. -Rzekł, kładąc nabytek na stole. -Jest już późno.
-Która? -Zapytała rudowłosa.
-Około dziewiątej i byłem zdziwiony, gdy jedna z pielęgniarek nie
mogła się dostać do waszej sali, jak chciała zanieść jedzenie. Myślę,
pani Likame, że musimy porozmawiać na osobności.
-Astaroth nie może tego załatwić?
-Formalności, tak. Ale chciałbym też przekazać pani dane o zdrowiu
pani przyjaciółki, jakieś zalecenia do tego i wyznaczyć termin wizyty
kontrolnej.
Rudowłosa westchnęła. Zorientowała się, że Agafe głaszcze jej włosy,
jakby chcąc coś przekazać, miłość może. Właścicielka DA nie miała
najmniejszej ochoty przerywać słodkich gestów partnerki.
-Jutro, jak Agafe będzie wychodzić, możemy obgadać te szczegóły.
-Stwierdziła. -Nie ma pośpiechu, prawda?
-Oczywiście. Ogólnie panie dobrze się miewają?
-Ttak.
Damian westchnął, życzył miłego wieczoru i wyszedł.
-Chodźmy do łazienki. -Zaproponowała Likame.-Trzeba się trochę ogarnąć.
Rudowłosa wstała, pomogła stanąć na nogi Agafe. Władczyni smoków była
słaba, ale przy pomocy kogoś, zwłaszcza kogoś kochanego, była w stanie
przejść się. Zjedzone posiłki sprawiały, że czuła się coraz
silniejsza. Przylgnęła do przyjaciółki, bardziej z miłości, niż z
fizycznej potrzeby. Tak ją kocham, pomyślała. Ale robi się późno, czy
ona zechce wrócić do siebie?
Wyszły na korytarz, podeszły do demonów.
-Dawaj majtki -szepnęła rudowłosa do Astarotha.
-Dam, jak mi powiesz, kiedy mogę się spodziewać ciebie w DA. -Odszepnął jej.
-Jutro pewnie.
-Tęsknię za tobą… -Podał jej czerwoną bieliznę.
-As… -Urwała. Było jej za mało chwil spędzonych z Agafe, ale jej
narzeczony był taki piękny. A ona od dłuższego czasu nie uprawiała z
nim seksu i zaczynało ją to męczyć. Odczuwała wyraźną ochotę, by
rozebrać swego wybranka, trzymała w sobie mocną tęsknotę za nim. Ale
za swoją przyjaciółką także. Spojrzała na nią i zobaczyła wychudzoną
twarz bez uśmiechu. Mogła sobie pozwolić na spędzenie jednej nocy z
dala od Astarotha, to tylko jedna noc, ale co dalej? Nowy stan dopiero
się zaczynał, a ona już poczuła lekkie zagubienie w nim.
-Idź -pogonił ją jej demon, pocałowawszy w czoło. -Nie pozwól jej
zrezygnować z waszej wspólnej nocy.
Kobiety ruszyły, brunet obserwował je dopóki nie zniknęły mu z oczu.
-Będziesz miała zadanie. -Stwierdził, podchodząc do stojącej przy
oknie Fadwy. Ta, zdziwiona, spojrzała na niego. -Będziesz musiała być
wsparciem dla swej pani, ale nie wiem, czy to potrafisz.
-Też nie wiem. To trudne?
-Biorąc pod uwagę twoją naturalną wredotę, zadanie może okazać się
bardzo trudne. Ale… No, ja jestem zaręczony z Likame, noce powinny
należeć do mnie.
-Ale one chyba nie są lesbijkami?
-Ciężko powiedzieć, ale Likame na pewno ma mnie za partnera i
chciałaby ze mną uprawiać dużo seksu, bardzo dużo seksu, a przy takim
nawale pracy i tej przyjaźni, pozostają nam tylko noce.
-A nie możecie w trójkę uprawiać seksu?
Roześmiał się.
-Nie rozumiesz. -Skomentował.
-Jak mam zrozumieć, jak ledwo rozumiem to, co czuję do swej pani?
Jestem stara, ale miłość to coś nowego.
Westchnął. Dla niego amory nie były nowością. Stara rozrywka najpierw
była dla niego formą obserwacji, potem zabawy, a teraz… teraz
odpowiedzialnością. Rozumiem miłość, pomyślał, ale czemu dalej jestem
demonem? To anioły znają te uczucia, a nie demony.

* * *

Łazienkę ubrano w jasne odcienie zieleni. Pomieszczenie składało się z
dwóch pryszniców, umywalek i sedesów. Agafe stała chwilę przy wejściu,
wahając się. Nie widziała się w lustrze od bardzo dawna, a dotykanie
swej twarzy i szyi nie sugerowało ich najlepszego stanu. Kto by nie
chciał być chudy? Ale człowiek nadmiernie wychudzony, taki człowiek
nie wygląda ładnie. Trochę wystraszona, stanęła naprzeciw swego
odbicia. Może nie wyglądała najgorzej, ale swój wygląd skomentowała
brakiem słów. Ile czasu musiało musiało minąć, by taką się stać?
Ile… Chciała zadać to pytanie na głos, ale nie wiedziała, czy uzyska
na nią odpowiedź. Po co miała stawiać jakieś znaki zapytania, skoro
odpowiedź na nie niekoniecznie musiała nadejść? Głupia jestem, zganiła
siebie w myślach.
-Co, kochana? -Zapytała rudowłosa, obserwując jej niepewną twarz.
Przytulała się do ramienia przyjaciółki. -Jak chcesz o coś pytać, to
pytaj.
-Jjak ddługo mmnie ttu nnie bbyło?
-Za długo. Nie wiem, w pewnym momencie nie liczyłam, a jeśli już, to
odliczałam do momentu, kiedy cię zobaczę. Dziś jest jedenasty kwietnia
dwa tysiące jedenastego roku.
Władczyni smoków zadrżała. Nie tylko zdawało jej się, że lata mijały,
ona faktycznie długo była więziona. Wzbierało jej się na płacz, ale
chciała zdusić w sobie to pragnienie. Przylgnęła delikatnie do ciała
Likame, objęła jej ciało. Ciepło, bliskość właścicielki DA dodawały
otuchy. Minęło parę oddechów, nim obie stwierdziły, że żadnej z nich
nie wylały się łzy.
-Ppotrzebuję cię. -Wyznała Agafe.
-Ja też, dlatego chodźmy pod prysznic, jeśli nie chcemy spędzić tu całej nocy.
Wlazły do kabiny prysznicowej, rudowłosa zaczęła się rozbierać.
-Nnie zzostawisz mmnie…
-Nie zostawię i nie w takim stanie. Ta noc będzie nasza i tylko nasza,
zasługujemy na nią.
Władczyni smoków zdjęła koszulę i brudne majtki. Chciała coś
powiedzieć, ale zrezygnowała. Ta noc należy tylko do nich. Niech
będzie wspaniała.

* * *

-Teraz zaczynam myśleć, że podjęłam tę decyzję zbyt pochopnie.
-Stwierdziła Fadwa. -Po co wzięłam jakieś obowiązki, skoro nie wiem,
czy uda mi się je spełnić?
-Na tym, droga Fadwo, polega dorosłe życie. -Skomentował Astaroth,
wyglądając przez okno. Roześmiała się.
-Generalnie, co w tym trudnego, słuchać rozkazów…
-Podobno ją kochasz, miłość wymaga czegoś więcej, niż słuchania.
-Mówisz, jakbyś był aniołem.
-Z jakiegoś powodu nim nie jestem i to mnie męczy. Może… -Westchnął
ciężko. -Chciałbym, aby władczyni smoków wiedziała, dlaczego tak się
dzieje, ale przy obecnym stanie jej wiedzy to raczej wątpliwe.
-Ciekawe, prawda? Ale to dowodzi tylko, że ona jest cudownym
człowiekiem! -Muzułmanka przytuliła się do towarzysza, ale ten ją
odepchnął.
-Przestań. -Warknął. -Jak chcesz kogoś podrywać, to nie mnie!
-Ale ja chciałam się tylko przytulić…
Za plecami Astarotha rozległy się kroki. Nie zwrócił na nie uwagi.
-Nie jestem twoją przytulanką i nie pomagam ci z dobrego serca! Robię
to z miłości do Likame i już mnie cholera bierze bez niej!
-Właśnie widzę. -Rzekła Likame, uśmiechając się. Brunet odwrócił się i
zobaczył dwie piękne panie. -Co ty robisz?
Chciało mu się śmiać. Wpakował się w głupią sytuację.
-Torturuję Fadwę. -Odpowiedział. Podszedł do swej wybranki i szepnął
jej do ucha: -Tęsknię za tobą. Bez ciebie staję się zły.
Pocałował rudowłosą w szyję. Ta momentalnie opierała się rozkoszy, ale
pocałowała go w usta.
Agafe drżała. Wystraszyła się krzyków, słowa “torturowanie”. Patrzyła
przed siebie, stojąc przy lgnącej do siebie parze. W oczach miała łzy.
Wiedziałam, pomyślała gorzko. Gdybym tylko ja miała… ja miała
swego… swojego…
Dziewczynka w turbanie zauważyła, jak jej pani wyciera łzę. Dostrzegła
w niej walkę: wylać swój ból teraz czy później. Może to nie miało
znaczenia, ale trwała noc. Muzułmanka doskonale zdawała sobie sprawę,
że ta noc powinna należeć do dwóch przyjaciółek. Odchrząknęła tak
głośno, jak tylko potrafiła, przerywając lizanie zakochanej pary.
-Przepraszamy -rzuciła Likame, oderwała się od swego demona i objęła
przyjaciółkę. -No nie płacz, jestem przy tobie.
-Aale jego nnie mma -wydusiła władczyni smoków i wybuchnęła płaczem.
Rudowłosa nic nie powiedziała. Żadne słowo nie pomoże w tej sytuacji.
Ona po prostu musi przez to przejść. Samodzielnie rozprawić się z
rozdarciem w swym sercu, ale czy tak się da? Tęsknota zawsze będzie, a
świadomość, iż on gdzieś tam jest niewiele pomoże, jeśli nie można
dotknąć tej osoby, pocałować, powiedzieć jej czegoś, usłyszeć coś od
niej… Tak dobrze rozumiała ten ból. Chciała go wydrzeć Agafe, ale
nie potrafiła.
Minęło może parę minut, nim władczyni smoków się uspokoiła. Pociągnęła
nosem i ruszyły do sali. Jak tylko się w niej znalazły, właścicielka
DA zamknęła drzwi. Pacjentka usiadła na pierwszym łóżku. Nie miała
sił, by dojść do swojego, a one i tak było brudne. Likame siadła przy
przyjaciółce i objęła ją.
-Wybacz -powiedziała. -zapomniałam się.
-Nnic ssię nnie sstało. Nnic…
-Nic? Nie powinnam rozdrapywać twojej rany. Ja doskonale cię rozumiem.
Cholernie za tobą tęskniłam, bolało mnie samo to, że cię przy mnie nie
ma… ale też… też mi na parę dni zabrano Astarotha… gdyby nie
Michał, gdyby nie ty, oszalałabym z tęsknoty… widzisz… -w jej
głosie znać było wzruszenie -nie ma sensu rozdrapywać ran…
Umilkła. Agafe bawiła się jej włosami, czule trzymając w dłoni, czule
głaszcząc.
-Oppowwiaddaj…
Rudowłosa opowiedzieć przyjaciółce o wszystkim: o tęsknocie za nią, o
walce z Nyssą i Kosashim, o bólu rozstania z narzeczonym… Ale noc
taka krótka, a one w końcu powinny się cieszyć.
-Spędziliśmy romantyczną noc na trawie obok Warty… mówił dziwnie,
jakby chciał się żegnać na dłużej. I jak się rano obudziłam, to już go
nie było, a ona oświadczyła mi, że mój Astaroth nie żyje… -Ostatnie
słowa były słabe. -Chyba się złamałam, chciałam się uchlać. To było
straszne… ale poszłam po pierwszą lepszą wódę, poszłam na pierwszą
lepszą ławkę i już miałam się schlać, ale spotkałam Michała,
nastolatka… taki młody geniusz, z nauką sobie nie radził. Też pił.
Jak rozmawialiśmy… uświadomiłam sobie, że nie mogę się poddać. Bo to
jest najłatwiejsze. Jestem z ciebie taka dumna, że wybrałaś życie.
-Życie… zzaczynna mmi ssię ppodobbać… -Szepnęła. -Bbo mmam ciebie.
-Fajnie.
Właścicielka DA po swym wyznaniu czuła się lżej. Jakaś cząstka złych
wrażeń zepsuła się, zgniła, zmarła, odeszła. Wzięła dłoń przyjaciółki
w swoją. Takie delikatne, niepozorne były palce władczyni smoków.
Ciepłe, piękne. Czy można się w nich nie zakochać?
-Tto zzabbawne.
-Co?
-Hchciałabbym… cię ppocałować.
Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, to faktycznie było zabawne.
Likame uśmiechnęła się uwodzicielsko i zapytała:
-A chcesz?
Spojrzały sobie w oczy. Natknęły się na miłość.
-Hchcę.
Ich drobny pocałunek w usta miał subtelnie słodki smak. Degustowały go
leniwie, póki im się nie znużył. Oderwały go gwałtownie, po czym
roześmiały się. Kiedy ostatnio słyszały ten dźwięk, nie pamiętały już.
-Tto bbyło piękne.
Przytulając się, położyły się na łóżku. Żadna z nich nie miała pojęcia
o godzinie i niewiele je to obchodziło. Cieszyły się swoim
towarzystwem.
-Gdybyś chciała, to zapraszam na wspólny seks z Astarothem.
-Nnie ppotrafiłabbym hchyba…
-Nie szkodzi.
-Tta nnoc… mmoggłaby ttrwać wwiecznnie… -Bardziej prośba, niż stwierdzenie.
-Mogłaby, ale my i tak będziemy miały dużo czasu, bardzo dużo czasu, prawda?
-Ttak… ddobrze…
Przestały mówić. Po co? Starczyło, że ich ciała są obok siebie.
Dotykając się eterycznie, zasnęły.

* * *

Gorące promienie słoneczne wyganiały ze szpitalnej sali drobiny
pozostałe po nocy. One leżały na łóżku i patrzyły na siebie, lekko
onieśmielone sytuacją. Nikt ich nie wyganiał, nie poganiał, nikt im
nie przeszkadzał. Były tylko dla siebie. Dzień w którym Agafe była
przytomna i wolna. Była ptakiem ledwo dostrzegalnie rozwijającym
skrzydła. Likame usiadła na łóżku. Patrzyła na przyjaciółkę, która
znów dobierała się do rudych włosów. Czułość w ruchach to jedno, ale
dlaczego ona ciągle powtarza tę czynność? Chciała myśleć, że
przytulanie się, bycie razem władczyni smoków nie zadowalały i chciała
czegoś więcej. Że to nie było natręctwo. Znała jednak zbyt dobrze
psychologię, by zdawać sobie sprawę, że to może być nerwica. A po tym,
co ona przeszła to byłoby zupełnie normalne. Chciała poprosić, by
zatrzymała swoje dłonie, porzuciła rude włosy, ale nie potrafiła.
Delikatny charakter Agafe mógł zareagować lękiem, strachem,
czymkolwiek niemiłym.
Właścicielka DA wzięła dłoń przyjaciółki i pocałowała ją. Delikatnie
trzymając rękę, przyglądała się spokojnie leżącej dziewczynie.
-Lubisz moje włosy?
-Kkocham je… kkocham cię…
Władczyni smoków jakby się skuliła. Likame zmarszczyła brwi.
-Nnie hchcę, żżebbyś szła…
-Daleko nie pójdę. -przyciągnęła towarzyszkę do siebie. -Miło jest razem…
-Wwiem… pprzeppraszam, mmyślę ttylko o ssobie…
-Nie, no…
-Mmam ttylko ciebie…
-Kochanie, nie mów tak. Daj szansę innym, Fadwie… może Nirgizowi…
-Nnie hchcę ddo Kkramu, nnie…
Agafe łkała.
-Nie płacz. Jeśli nie chcesz, to nie wrócisz do niego, ale nie płacz.
Musisz wziąć się w garść.

-Ttak.
Jak po tym wszystkim można się podnieść? Ale rudowłosa piękność
widziała szansę na lepszą przyszłość. Nie pozwoliła ani sobie, ani jej
na poddanie się. Agafe potrzebowała takiej siły, musiała mieć przy
sobie taką osobowość. Bo bez niej wszystko było owinięte w pustkę, a
życie niewysłuchane, może rozbite w pył. Czy to nie była przesada,
myśleć, że po prostu żyje się przez jedną kobietę dla jednej kobiety?
Tej właśnie istocie, która wychodziła na szpitalny korytarz, bo
władczyni smoków pozwoliła jej odejść. I musiała zostać sama, z
własnym ciężarem na duszy i lękami doprawionymi przez samotność. Była
sama… Jedna, malutka postać w tej wielkiej sali. Likame przed
sekundą opuściła to miejsce, a już serce pacjentki było stęsknione. Bo
to całkiem jeszcze niedawno była jedyna rzecz, ona, kobieta Astarotha,
stanowiła jedyną rzecz, dla której można istnieć. Bo pozwalała
przetrwać najgorsze koszmary, a teraz, kiedy jest tak blisko, jest tak
daleko, bo nie może zawsze i każdej chwili z nią spędzać, trzeba się
dzielić. Ale kto istniał w tym sercu, niedawno przecież wyłonionym z
ciemności, oprócz właścicielki DA? Może George, który przecież był tak
daleko, jak tylko daleko potrafią być gwiazdy od człowieka. A może
Fadwa, demon przecież, a demony nie są jednoznaczne, one są straszne,
zawsze wszystko niszczą i partolą, nawet, kiedy twierdzą inaczej.
Sala w płaszczu słońca milczała. Cisza przesiąkała każdy centymetr
przestrzeni. Agafe spojrzała w okno. Zobaczyła szary widok, bo
kolorowe budynki były pomalowane kilka lat temu i urok świeżej farby
na nich zmatowiał, zmarł. Ale za tymi blokami istniał świat pełen
kolorów i nadziei. Niebieski kolor z białym puchem na sobie malował
nadzieję. Czy będzie lepiej? Czy to możliwe?
Uświadomiła sobie jedną rzecz. Rudowłosej nie było zaledwie od paru
chwil, a nawet krócej, a już władczyni smoków czuła pragnienie
spotkania się z nią. Jedyna rzecz, dla której warto istnieć na tym
ziemskim padole.
Otworzyło się okno. Świeże, poranne powietrze zagościło wśród
milczenia pokoju szpitalnego. Do wnętrza sfrunął jeszcze jeden gość.
Małe, jakby kruche piórko w brązowej barwie. Dlaczego się tu dostało?
Może dlatego, że zaledwie przed momentem okno zobaczyło jaskółkę.
Agafe chwyciła prawą dłonią niespodziewany prezent od ptaka. I dopiero
wtedy poczuła łzy na policzkach.

Pukanie do drzwi, zgrzytnięcie nimi. W progu stanęła muzułmanka w
niebiesko-fioletowej chuście. Trzymała tacę z czterema kanapkami i
kubkiem, z którego leciała para.
-Można? -Zapytała.
-Tttak.
Fadwa podała jedzenie swej pani i usiadła obok niej. Milczały. Demon
zauważył brązowe piórko koło stóp Agafe.
-Jaskółka? -Zapytała ze zdziwieniem i zorientowała się, że okno jest
otwarte. -Dałaś radę otworzyć okno?
-Mmaggią.
-Świetnie, teraz może być już tylko lepiej. Czemu nie jesz?
Władczyni smoków jakby nerwowo drgnęła. Wzięła kanapkę do dłoni i
przyglądała jej się. Ugryzła. Jej towarzyszka zobaczyła na twarzy swej
pani rozkosz smaku.
-Hchcesz? -Pytanie było nieśmiałe.
-Nie, jedz. Czy coś mogę dla ciebie zrobić?
-Mmówwić.
-O czym?
-Nnie wwiemm. Cco chccesz. -Położyła pół kanapki na talerz i zaczęła
pić herbatę.
-Nie mam pomysłu. Ale bardzo fajnie jest mieć kogoś, kto cię wysłucha.
Mnie tego w Piekle brakowało. Fakt, że sama wybrałam ten styl życia
nie sprawił, że nie odczuwałam samotności… Tak czy siak, nie mam
pojęcia, co mogę mówić.
-Bbyłaś… kkieddyś szczczęśliwwa?
-To musiało być bardzo dawno temu, bo trudno mi sobie te chwile
przypomnieć… -Zamilkła na chwilę, po czym się roześmiała. Po chwili
jednak spoważniała. -Nie mówiłam prawdy, jak byłaś u mnie. Całą moją
rodzinę najchętniej bym powybijała, ale nie zrobiłam tego i do dziś
żałuję… Ale… byłam szczęśliwa, kiedy wojna ich zmiotła. Mój ojciec
na ten czas wysłał mnie na zagraniczne wakacje, wróciłam dopiero
wtedy, gdy burza się skończyła. Najpierw się cholernie bałam, bo to
byli bardzo źli ludzie. Stanęłam wtedy w progu niemal zburzonego
mieszkania, szukałam oznak życia… Wtedy ktoś mi powiedział, że ta
rodzina, co tu była, po prostu została wybita. To była masowa rzeź.
Nie chciałam uwierzyć, że nikt nie przetrwał, bo to wydawało się
niemożliwe. Zawsze jakiś gnój zostaje. Kilka lat poszukiwań i byłam
całkowicie pewna, że nigdy więcej do mnie przeszłość nie powróci. To,
co było tego potwierdzeniem było masowym grobem i gdy go odkryłam,
przeczytałam nazwiska… Popłakałam się ze szczęścia. Cieszyłam się z
cudzej śmierci… Rozumiesz, cieszyć się, że kogoś nie ma…
-Czczemmu mmamm ćci wwierzyćć?
Fadwa westchnęła.
-Możesz mi nie wierzyć, ale jeśli nakażesz mi powiedzieć prawdę, to
powtórzę tę historię, bo nie będę miała wyjścia. To po prostu był
najszczęśliwszy dzień w moim życiu. -Na jej twarzy znać było
wzruszenie. -Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie czułam się tak
szczęśliwa. Rozumiesz, wtedy naprawdę zrozumiałam, uwierzyłam w to, że
jestem wolna i mogę robić, co chcę. Religia, żadne gówno mnie już nie
trzymało w zrujnowanej wiosce, mogłam pójść w świat. I tylko żałuję,
że to nie ja ich zabiłam.
-Ttraffię ddo ppiekkła? -Pytanie było wypowiedziane cicho.
-Nie, za to, że ktoś cię skrzywdził, masz prawo żądać dla niego jak
najgorszego wyroku. Cieszyć się śmiercią… nie za to trafiłam do
piekła. Jakby się tak zastanowić… -Uśmiechnęła się złośliwie -sama
do końca nie wiem, dlaczego tam się znalazłam. Może gdzieś przypadkiem
zabiłam jakiegoś człowieka, czy zrobiłam inne nielegalne rzeczy, w
dupie to mam. Ale ty w tylko jedno miejsce możesz pójść po śmierci.
Tam, gdzie posłałaś George’a. Nie będziesz się przedzierać do niego,
jak bohater w Boskiej Komedii. A wiesz, dlaczego? Magia, zwłaszcza tak
silna, jak ty, ma głos decydujący. I twoja miłość także. Czemu nie
jesz?
-Nnie jjesttem ggłodnna.
-Może z czasem nabierzesz apetytu. -Wstała. -Miło się z tobą rozmawia.
-Wzięła tacę i położyła ją na najbliższym stole. -Cóż, piękna pogoda.
Uśmiechała się. Spojrzała na twarz Agafe i miała wrażenie, jakby
kobieta chciała coś powiedzieć, ale nie mogła się do tego zmusić. Już
kiedyś to widziała, widziała, jak strach zaciskał się na gardle i
zmuszał do milczenia.
-Agafe, jesteś moją panią. Powiedz cokolwiek, a zostanie ci to
wybaczone i spełnione. Jesteś moją panią, to ja mam się ciebie bać, a
nie na odwrót.
-Pproszszę -słowo zabrzmiało żałośnie. -Nnnie iidź, bbo… bbo….
-Spokojnie, słucham cię.
-Bbo nniennawwidźdzę… -Zamilkła. -Czczassami… mmi nnie
pprzeszkkadzdza tto jakk mmówwię… Aalle… ggówwnno… -Walczyła ze
sobą, walczyła z chęcią rozpłakania się. Fadwa obserwowała to w
milczeniu. Czy powinna ją objąć? Co demon winien robić dla swego
władcy w takiej sytuacji? Skąd może wiedzieć, co chce jego pan? Może
faktycznie trzeba ją przytulić, jakoś pocieszy… ale czy w tym
przypadku cokolwiek to zmieni?
-Mnie nie przeszkadza to, jak mówisz. -Stwierdziła w końcu. -Pójdziesz
do psychologa i pewnie pomoże ci to wszystko pokonać. Ale pewnie ty to
wiesz lepiej, niż ja. Chodzi o to, że… że nie musisz się tym
przejmować. Proszę, nie płacz. To… to boli.
Władczyni smoków spojrzała zaskoczona na dziewczynkę, która stała
naprzeciw niej. Kłamała czy mówiła prawdę, jej płacz na pewno bolał
Likame. Jak widzisz kogoś ukochanego, kto cierpi, to cię to boli. To
nie wiesz, co z tym zrobić, to chcesz, żeby przestał. Ale ona? Jak
może nie płakać, jak może tego nie okazywać? Jej ciągle chce się
płakać, a zmuszanie siebie, żeby tego nie robić jest takie trudne…
Ale to boli. Płacz boli.
-Pprzeppraszamm… -Wyglądała na uspokojoną. -Ppo pprosttu… nnie
wwiem, jjak mmam… mmoggę ssię pozzbbierać…
-Jeśli ja po okaleczeniu byłam w stanie się pozbierać, to ty powinnaś
tym bardziej się pozbierać.
-Tty…
-Zawsze byłam muzułmanką. Przestałam przestrzegać zasad mojej religii,
kiedy zrozumiałam, że moja rodzina jest trupem. Tylko ta chusta…
Podoba mi się ten element, czasem przeciwnik nie wie, czego się
spodziewać.
Nie mówi mi wszystkiego, pomyślała pacjentka. Chcę usłyszeć całą
prawdę. Głupia, nie bój się.
-Hchccę ppoznnaćć ccałą pprawddę.
-Pani, mogę ci ją opowiedzieć, ale nie mam ochoty. Mogę tego nie robić? Proszę.
Jedno spojrzenie na małą Arabkę i władczyni smoków już wiedziała. I
przypomniała sobie własny ból. Czemu nie ma przy niej George’a?
Dlaczego wtedy nic nie mogła zrobić? Długo za nim będzie jeszcze
tęsknić?

* * *

-Astaroth! -Likame wpadła w objęcia swego ukochanego na szpitalnym
korytarzu tak, jakby z co najmniej rok go nie widziała. -Tak bardzo za
tobą tęskniłam… -Pocałowała go w usta, nim zdążył cokolwiek
powiedzieć.
-Kochanie -zaczął -spokojnie…
Zmusiła go do oprzenia się plecami o ścianę. Rozbierała go z jego
koszuli, już miała rozpiąć rozporek, ale usłyszała chrząknięcie obok.
Spojrzała w bok i zobaczyła kogoś w białym kitlu.
-To nie burdel -stwierdziła nieznajoma osoba -proszę iść gdzieś w
bardziej odosobnione miejsce, ale proszę tego nie robić publicznie.
Nie czekając na odpowiedź, komentator poszedł dalej korytarzem.
-Ma rację, zdaje się. -Stwierdził demon.
Rudowłosa uśmiechnęła się i skończyła się przytulać do swego wybranka.
Poprawiła mu górę.
-Musimy pogadać. -Powiedziała. -Bo chciałabym spędzać dużo czasu z Agafe.
Ruszyli do windy.
-Mam być zazdrosny?
-Nie, ale sam wiesz… dawno jej przy sobie nie miałam, a poza tym…
gdy jej nie ma, to za nią tęsknię.
-A za mną?
-Wiesz, najchętniej z wami urządziłabym orgię, ale ona byłaby temu
niechętna. Trzeba podzielić ten czas.
-Jak chcesz?
-Chcę wieczory z tobą. -Pocałowała go w usta. -I tylko z tobą. Z nią
miło byłoby spędzać czas po pracy. Myślę, że na tego typu układ możesz
pójść bez wahania.
-I tak zrobię, jak zechcesz. Ale i tak będę zazdrosny.
-Jesteś złośliwy.
Weszli do windy i zaczęli zjeżdżać na dół.
-Jestem demonem, jak ciebie nie ma.
Wtuliła się w niego.
-Mój ty demonie….
-Wczoraj miałem ochotę zabić Fadwę, bo próbowała mnie podrywać. Na
szczęście przypomniałem sobie, że to jest bardzo debilne zachowanie.
-Może i byłoby lepiej, gdybyś ją zabił.
Na jego twarzy odmalowało się zdziwienie.
-Dlaczego? -Zapytał.
-Już zdradziła moją Agafe, a jeśli zrobi to powtórnie?
-Przecież nie może, ona złożyła przysięgę wierności władczyni smoków.
Wyszli z windy.
-Ale ty swemu panu nie pomagasz.
-No, nie pomagam, ale on mnie do tego nie wzywał. Gdyby mi rozkazał…
-Widzisz, kochany, ona może ją przechytrzyć.
-Może za bardzo ustawiłaś się negatywnie wobec niej…
-Bronisz jej?
-Nie, mówię tylko, że może jednak zaufanie to nie jest zły pomysł.
-Po cholerę ona złożyła jej przysięgę wierności?
-Bo to, czego była świadkiem… ja jej się nie dziwię, zrobiłbym to
samo na jej miejscu. Demony w ten sposób okazują szacunek. A twoja
ukochana na niego zasługuje. -Pocałował ją w policzek.
-Problem w tym, że demony są złe…
-Ja jestem zły…
-Ty jesteś piękny. -Pocałowała go w usta i nie mogła się od niego
oderwać. Miała ochotę zerwać z niego koszulkę, ale przypomniała sobie,
że znajdują się w publicznym miejscu.
-Ja jestem aniołem tylko dla ciebie i dla Twojej Agafe, bo cię kocham.
Ale reszta, co mnie do diabła reszta obchodzi? Widziałaś, jak byłem w
stanie traktować Karinę i co?
-I nic, chciałabym po prostu wiedzieć, dlaczego ona to robi. To mi nie
daje spokoju, chyba… -Westchnęła. -Boję się o nią, nie chcę, żeby
znów cierpiała, za dużo przeszła.
-Cierpienie to element życia i tego nie zmienisz. Fadwa jej nawet nie
tknie, a jak bardzo ci zależy na tej wiedzy, to zmuszę naszą malutką
muzułmankę do spowiedzi.
-Zamierzasz ją torturować?
-Zabronisz mi? -Wziął w objęcia swoją narzeczoną.
-Mogę, ale nie widzę takiej potrzeby. Może przynajmniej czegoś się
dowiesz . Chodź, chyba dyrektorek już przylazł.
Pędem ruszyli do gabinetu lekarza.
-Witam. -Powiedział Damian. -Jak noc?
-W porządku, myślę, że wyjście ze szpitala dobrze jej zrobi.
-Stwierdziła Likame.
-Powinno, ludzie szybciej zdrowieją, jak są w domu. Trzeba jej tylko
sprawdzić stan rany i chciałbym… bo widzi pani, albo panią nauczę,
jak zmieniać opatrunek, albo będę zmuszony przysłać jakąś
pielęgniarkę.
-Nauczę się.
-Jesteś świetną przyjaciółką. -Westchnął.

* * *

-Wwyddajeszsz ssię ttakka mmiła… -Stwierdziła Agafe, trzymając dłoń
Fadwy. Ta stała przy niej i spoglądała w jej oczy.
-A nie jestem miła, pani?
-Rrazz… mmnie oszukkałaś… ssmmuttnno mmi….
-Ile razy będę cię przepraszać?
-Nnie… jja… kkurwwa…. ppowiedzdz, czczeggo odde mmnnie
hchceszsz… w zammiann zza ssłużbbę u mmnnie. Ppoddaj ccokkolwwiek…
-Szacunek.
-Nnnie. Zza mmało.
-Nie rozumiem, pani. -Wyglądała na zmieszaną.
-Mmoggę ttobbie zauffaćć, ttakk?
-Naturalnie.
-Tty tteż mmi zzauffaj… wwymmyśll… ccokkolwwiek…. cco hchcceszsz
zza ssłużbbę u mmnie….
-Ale szacunek…
-Dddziękkuję. Alle mmoggę ttobbie zzauffać… tto ddla nnich zzza mmało…
-Dla kogo?
-Kkurwwa!
Arabka cofnęła się. Widziała, jak władczyni smoków chwyta się za włosy.
-Nnie hchccę tteggo wwiedździeć…
-Magia? Wiesz o rzeczach, które mogą się stać?
-Jjeśśli ssą bblisskkie. Nnie hccę ttak…
-Uroki magii. Ale, Agafe… Może tak nie musi się stać.
-Jjeśśli tty wwymmyśllisz… pproszszę… nnie hchcę bbez ćciebbie…
-Dla kogo?
Do sali wkroczyły trzy postacie.
-Mogłabyś wyjść, Fadwo? -Zapytała rudowłosa.
Muzułmanka spokojnie wyszła na korytarz, za nią wyskoczył Astaroth,
zamknąwszy drzwi do sali.
-I czego od niej chcesz? -Zapytał.
Służka władczyni smoków spojrzała zaskoczona na swego towarzysza. Może
jej pani mówiła nie o Nysie, tylko o nim i jego ukochanej? Mogli jej
nie ufać…
-A co cię to obchodzi?
-Mnie osobiście nic, ale moją panią, owszem, obchodzi. Nie chce, byś
skrzywdziła Agafe.
-Moja pani życzy sobie, byście mnie zostawili w spokoju.
-Uwierzę, gdy ona mi to powie.
-Mówię prawdę. A nawet, jeśli nie, to nic ci do tego.
-Doprawdy? Dobrze, a ona wie chociaż, dlaczego trafiłaś do piekła?
-Nie.
-A zatem, mogę założyć, że znów spróbujesz wykombinować coś, co ją
skrzywdzi. Bo wiesz, co jest podstawą zdrowego związku? Szczerość aż
do bólu. Powiesz jej, albo wezmę cię na tortury do mojego przyjaciela
i wyjawisz mi wszystkie swoje sekrety i gówno mnie to obchodzi, czego
Agafe chce. Po prostu moja pani domaga się czegoś, dzięki czemu
mogłaby tobie zaufać. Bardzo dba o swoją ukochaną.
-Odpieprz się.
-Masz tydzień.
Fadwa podeszła do okna.
-Nie lubisz mnie. -Stwierdziła. Jestem za niska, by spojrzeć dobrze
poza okno, pomyślała ponuro.
-Nie, ale mam ochotę cię zatłuc i to tylko dla przyjemności. I tak
jestem miły, bo daję tobie kolejną szansę.
-Ale nie jesteś moim panem i odpierdoliłbyś się!
-Owszem, nie jestem, ale ostatnio bardzo mi brakuje zabawy z kimś.
-Zabaw się Likame!
-Co powiedziałaś? -Astaroth podskoczył do swej rozmówczyni i jedną
dłonią chwycił za szyję. -Nie drażnij mnie.
-Ddusze sie…
Demon wziął rękę z szyi muzułmanki. Ta odkaszlnęła.
-Może powinienem dać sobie spokój z marzeniami o byciu aniołem. Ja…
mam ochotę cię skopać, ale tego nie zrobię. Zachowam na lepszy czas
swoją złość.
-Musisz wybrać i ty wiesz o tym, prawda? -Powiedziała żałośnie,
siadając na podłodze.
Nie odpowiedział. Dlaczego przy tej idiotce tracę panowanie nad sobą?,
zastanawiał się. Z sali wyszedł lekarz, poszedł w swoją stronę
korytarzem. Likame zamknęła za nim drzwi, zostając sama ze swoją
przyjaciółką.
-Oonn jją skkrzywwdździ… -Oświadczyła.
-A nie chciałabyś tego? -Rudowłosa usiadła przy Agafe, która wzięła do
dłoni jej włosy, zaczynając się nimi bawić.
Władczyni smoków pokręciła głową.
-Dlaczego? Raz cię oszukała, może to zrobić powtórnie.
-Nnie wwiemm… llubbię jją… Lllikkamme….
-Tak?
-Jja… nnie wwiemm… tty wwieczczorammi zz Asttharotthemm….
jjakkbby jjejj nnie bbyło…. jja… nniennawwidźdzę bbyćć ssamma.
-Kupiłaś sobie towarzystwo?
-Nnie wwwiemm…
Agafe przytuliła się do swej ukochanej.
-Hchccę jjejj ddaćć szszannsę… ppammięttasz…
-A, tak. Trudno jej nie zaufać, a jednak trochę się boję, że cię skrzywdzi.
-Ttakk… tto ddemmonn…. alle onna mmi ppommożże wwźziąćć ssię ww
ggarśćć, ttakk, jjakk hchćciałłaś…
-Tak, jak chciałaś… a czego ty chcesz?

-Nnie wwiemm… jja… mmożże nna sppaccer…
-Dasz radę sama, czy załatwić jakąś laskę?
Chcę dać radę, pomyślała władczyni smoków, ale nie wiem, czy potrafię.
-Ddam sse raddę..
Rudowłosa wstała, wyciągnęła rękę przed siebie i pomogła przyjaciółce wstać.
Nieśpiesznie podeszły do drzwi, otworzyły je i zastały milczące demony.
-Idziemy do DA -oświadczyła Likame.
-Szybko. -Skomentował Astaroth, podchodząc do swej ukochanej. -Umieram
jednak z ciekawości, co mam zrobić z tą tu muzułmanką.
-Nic. Zostaw ją w spokoju, trzeba jej dać szansę, ale miej na nią oko.
-Dobrze. Ochrona władczyni smoków to zaszczyt. Ma iść z nami? -Wskazał na Fadwę.
-Jjakk hchcce.
Złodziejka wstała. Ruszyli powolnymi krokami do windy. Nikt się nie
odzywał, nawet wtedy, gdy zjeżdżali na dół i wychodzili ze szpitala.
Dopiero wówczas, gdy stanęli na cemencie położonym poza wnętrzem
budynku, dopiero wtedy, gdy w Agafe uderzył delikatny wiatr, dopiero
wówczas, gdy zdmuchnął on parę liści z pobliskiej sosny, gdy ulicą
przejechało parę aut, dopiero wtedy Likame odezwała się:
-Piękna pogoda.
Na twarzy przyjaciółki rudowłosej malowało się wzruszenie. Nie była tu
tyle czasu, że wydawało się absurdalne, iż kiedyś chciała z niego
uciec. Malutkie zadupie nagle nabrało słonecznych barw. Niebo było
nieskazitelne w swym błękicie, budynki miasta godnie je ozdabiały, a
ludzie sprawiali, że ono żyło. To takie śmieszne, pomyślała władczyni
smoków. Płaczę, bo widzę Gorzów. Wytarła ukradkiem łzy.
-No już nie przesadzaj tak -stwierdziła Likame i przytuliła Agafe.
-Jeszcze ci zbrzydnie.
Właścicielka Nirgiza wybuchnęła śmiechem.
-Nie rozumiem -jęknęła Fadwa.
-Nie musisz. -Skomentował Astaroth i ruszył przed siebie, ale
przyjaciółki stały wtulone w siebie, jakby zamierzały przyrosnąć do
ziemi. -Nie śpieszy im się.
-A tobie?
-Mnie owszem, bo w Phobosie strasznie dużo zaległości.
-I mówisz mi to, chociaż nie ufasz?
-I co z tym zrobisz? Ty nie jesteś w żadnym razie zagrożeniem
bezpośrednim. A ta informacja nie jest wart funta kłaków.
W końcu kobiety ruszyły przed siebie.
-Jesteś ponury. -Skomentowała właścicielka DA.
-Zniecierpliwiony. Mamy mnóstwo zaległości w pracy przy Phobosie.
-Zawsze znajdą się jakieś zaległości, nawet, jakbyś pracował w dzień w
dzień, więc nie narzekaj. Poza tym, co ta piątka robi?
-Niektóre rzeczy tylko ty możesz załatwić, kochanie.
-Przecież my nawet nie jesteśmy u końca projektu.
-I oto właśnie chodzi. Za pół roku może się okazać, że tylko Phobos
jest w stanie pokonać… -Urwał, przypomniawszy sobie nagle o reakcji
władczyni smoków na imię Nyssy. -W każdym razie, teraz na pewno w pół
roku tego nie skończymy.
-Tego nie wiesz. Zobaczymy, co da się zrobić. Poza tym….
Agafe zatrzymała się i wpatrywała się w budkę z lodami. Likame zatkało.
-Weź przynieść nam po lodzie. -Poprosiła rudowłosa. -A wieczorem
będziesz mógł wszystko ze mną. Proszę.
-Podrywasz mnie, kochanie. -Mruknął Astaroth i podszedł do budki.
-Masz jakieś pytania? -Zapytała właścicielka DA.
-Jjakka ppiąttkka?
-Cztery demony i jeden anioł. -Agafe zadrżała. -Ale oni nic nam nie
zrobią, demony złożyły mi przysięgę wierności, zaś anioł ponoć był
generałem.
Fadwa zaklęła.
-Cóż? -Zapytał Astaroth, wręczając Likame i jej przyjaciółce lody
waniliowe z czekoladową polewą.
-A dla mnie? -Wtrąciła się muzułmanka.
-Chyba sobie żartujesz.
-Co ty kombinujesz, kochanie… -Zaczęła właścicielka DA.
-Chcę jej uprzykrzyć życie, póki mam okazję. Znudziła mi się rola dżentelmena.
-Zapewne Karina nie zgodziłaby się z tym, że byłeś dżentelmenem…
-Chodźmy, bo nas tu dopadną.
Likame parsknęła śmiechem, ale cała grupka ruszyła przed siebie.
Milczała, chociaż na większości twarzy malował się uśmiech.
-Nnie ppammięttam ttak ddobbreggo smmakku llodda.
-Cieszę się. -Stwierdził brunet i wszedł do budynku Dragon Arch. Za
nim wkroczyły trzy kobiety i cała społeczność firmy na chwilę zamarła.
-Do pracy! -Wrzasnęła Likame. -Albo was wszystkich zwolnię!
Gapowicze wrócili do swych zajęć, a oni ruszyli do wind.
-Nnicc ssię nnie zmmienniło…
-I tak, i nie. Szefem DA jest teraz kto inny, bo ja się zajmuję inną
firmą. Ale poza tym, to nic takiego.
Weszli do windy, Likame ziewnęła.
-I po spacerku. -Stwierdził Astaroth, głaszcząc szyję swej wybranki. -Ja…
-Hchcceszsz bbyćć anniołemm czczy ddemmonnem?
Narzeczonego rudowłosej zatkało.
-Słucham? -Zapytał.
-Nnicc.
Idiotka, pomyślała Agafe. Co, jak co, ale jego akurat nie powinnam się
bać… Mnie nie skrzywdzi. I jeśli wyczuwam w nim wahania… powinnam
mu pomóc, ale się boję. Niech to szlag…
Cisza, która między nimi zapanowała, przeszkadzała narzeczonej
Astarotha. Pytanie, które przed chwilą usłyszała, także ją zaskoczyło.
Niby jej ukochany dzielił się z nią wątpliwościami, ale skąd biedna
Agafe miałaby o nich wiedzieć? Całkiem możliwe, że to skutek działania
magii… Czuła, jak coraz mniej rozumie moce.
Drzwi od windy otworzyły się. Wyszli.
Fadwa na moment się zawahała.
Brunet otworzył drzwi. Gabinet miał tylko dwóch mieszkańców. Karina
spojrzała z ciekawością na nieznajomą. Szatyn zaś zauważył, że ktoś
kryje się za nogami władczyni smoków.
-Pani -odezwał się -kto stoi za tobą?
Fadwa wyjęła swój nóż.
-Kurwa! -Ryknął Sheez, zauważając błysk. Skoczył do przodu, stanął za
plecami muzułmanki. Zupełnie nie zwrócił uwagi na to, że władczyni
smoków zbladła i jakby się w sobie skuliła. -Zabiję cię!
Trzęsąca się Agafe wtuliła się w ciało Likame.
-Agafe?… -Szepnęła lekko zdezorientowana rudowłosa. Czuła, jak ciało
przyjaciółki trzęsie się, jakby było osiką.
-Bbojję ssię….
Nie płacz, pomyślała władczyni smoków, czując, jak napływają jej łzy
do oczu. Nie płacz, miałaś się wziąć w garść.
-On ci nic nie zrobi, obiecuję. -Rzekła Likame.
Fadwa trzymała przed sobą nóż z błyskiem w kształcie rozgwiazdy. Anioł
stał i wpatrywał się w swego przeciwnika.
-Moglibyście przestać z łaski swej? -Zapytał Astaroth, widząc, że jego
pani musi pocieszać przyjaciółkę. -Albo jedno z was, albo obydwoje,
wylatujecie stąd.
-Zabiję tę sukę! -Krzyknął Sheez, a ja Agafe przykleiła się mocniej do
swej ukochanej. -Doskonale wiesz, co zrobiła!
-Porachunki moglibyście załatwić kiedy indziej.
-Tak?! Mam kurwa patrzeć, jak ta kurwa sobie siedzi obok władczyni
smoków i robi, co chce?!
Z każdym okrzykiem była pacjentka szpitala czuła, jak coś w niej pęka.
Zaraz się popłacze. Nie chcę płakać, dlaczego chce mi się płakać,
dlaczego on wrzeszczy, ja nie chcę…
W gabinecie rozległo się szlochanie.
-Chodź. -Szepnęła właścicielka DA.
Ruszyły do drzwi od przejścia między gabinetem, pokojem a łazienką
rudowłosej. Ta otworzyła je i chwilę później znalazły się samotne w
jej pokoju. Likame położyła swoją towarzyszkę na łóżko, zamknęła za
nimi drzwi i spoglądała na Agafe. Ta przyjęła pozycję kłębka. Nie
mogła przestać płakać.
Co teraz?, zaczęła zastanawiać się ukochana Astarotha. Podeszła do
okna i otworzyła je. Ze zdumieniem odkryła, że jakieś ptaki przy jej
siedzibie istnieją. Do wnętrza wdarł się śpiew jaskółek.
Wszystko w tym pokoju zamarło, słuchając trelu z nieba.
-Ppprzeppraszszam…. -jęknęła Agafe, wycierając nos. -Jja… nnie hchćciałam…
-Wiem.
-Sttarrałamm ssię nnie ppłakkać, alle ttenn ddemmonn….
-To anioł. Chyba szczerze nienawidzi Fadwy.
-Ddlaczczeggo?
-Do końca nie wiem, ale zdaje się, że go uratowała i coś mu zrobiła.
-Ppraccujje ddla ćciebbie…
-Tak. Tamta kobieta też i ma na imię Karina. Reszta właściwie imion nie ma.
-Aa onn?… Jjakk mma nna immię?
-Przedstawia się jako Sheez Valceus.
Agafe wybuchnęła śmiechem. Śmiała się tak szczerze, że Likame nie
mogła powstrzymać się od parsknięcia śmiechem, a chwilę potem obie się
śmiały.
-A dlaczego my się śmiejemy? -Zadała pytanie rudowłosa, kiedy nabierała tchu.
-Bbo jja kkieddyś ppissałamm oppowwiaddannie o szattynnie z
bbłękkittnnymmi oczczammi… nnazzywwał ssię ttak ssammo…
Rudowłosa znów wybuchnęła śmiechem. Po chwili jednak uspokoiła się.
Usłyszała dźwięk telefonu komórkowego, który stał na stole.
Zmarszczyła brwi, trzymała przed sobą najnowszy model Nokii. No tak,
musiałam go tu wczoraj zostawić, pomyślała. Odebrała telefon.
-Halo? A, to pan… Chwila. -Zakryła słuchawkę i powiedziała: -Ojciec
chce z tobą rozmawiać.
-Nnie hchccę…
-Agafe….
-Nnie.
-Proszę pana, córka z panem nie chce gadać. Dobrze, przekażę. Do widzenia.
Likame położyła komórkę na miejsce i spojrzała na swoją przyjaciółkę.
-I czemu z nim nie możesz pogadać?
-Nnie ummiemm….
-Trudno, kazał ci przekazać, że przeprasza za wczoraj.
-Llikkamme… cco tterazz?
Narzeczona Astarotha usiadła przy rozmówczyni i wtuliła się w nią.
-Nie wiem. A co chcesz?
-Nnie wwiemm… jja… ppewnnie bbęddę mmussiała ddo ppracy…
-Agafe, w takim stanie to nikt poza mną cię nie przyjmie. Musisz
najpierw do psychologa i innych takich, żeby się wziąć jak najszybciej
w garść. Kochana… my jeszcze walczymy… Phobos jest tworzony do
walki z naszymi wrogami, dlatego to takie ważne… ale ty kochana,
musisz się sobą teraz zająć, jakoś to ogarnąć… nie wiem, jak ja mogę
patrzeć, kiedy kulisz się ze strachu… a przecież nic ci się tu nie
stanie.
-Jjjessttem ddla ćciebbie ttylkko ćciężżarremm….
-Nieprawda. Gdyby ciebie nie było, to bym… to bym nie wiem, jak
przetrwała… mówiłam ci już o tym… poza tym… trzeba czasu, by
wszystko wróciło do normy…
-Nnie wwiemm, czczy jjesstt ddo czczeggo wwraccaćć…
-Jak to? Napiszesz parę książek i zarobisz…
-Nnappissaćć? O czczymm? Jja…
-Może o tym wszystkim, co się wydarzyło? Terapia…
-Hchciałłabbym, abby tto bbyło ffikkcją, alle… hchybba nnie
ppottraffię o ttymm mmówwićć… nnie wwiemm, czczy
kkieddykkolwwiekk…
Rudowłosa wzięła dłoń przyjaciółki i zaczęła się nią bawić. Agafe
dotknęła rudych włosów. Też rozpoczęła zabawę.
-Obiecaj mi jedno. Cokolwiek by się nie stało, nie poddasz się.
Spojrzały sobie w oczy.
-Obbieccujję.
Na twarzy Likame malowało się wzruszenie. Poczuła na policzkach łzy.
-Llikkamme?
-Przepraszam…
Władczyni smoków wytarła dłonią policzki ukochanej.
-Nnie ppłaczcz. -Uśmiechnęła się. -Nnie ssttraćciszsz mmnnie,
obbieccujję. Ułożży ssię…
-Kurwa… -Jęknęła.
Obie zamilkły. Niewypowiedziane słowa rzednęły w powietrzu, rzednęły i
niknęły, aż całkiem ucichły i zniknęły. Kobiety nie potrzebowały
niczego więcej, jak tylko własnego dotyku. Jej dłoń była taka piękna,
te rude włosy takie cudowne, te oczy…
Tak zastał je Astaroth. Przyszedł z Kariną. Przyjaciółki nawet nie zareagowały.
-Wstawać. -Stwierdził demon. -Sytuacja już się uspokoiła.
-Dlaczego on chciał zabić Fadwę? -Zapytała Likame.
-Z dwóch powodów. -Odpowiedziała brunetka. -Po pierwsze, dostarczyła
informacje, które umożliwiły pewnej osobie na zniszczenie nieba, a po
drugie, jak Sheez się obudził, to Fadwa zmusiła go do opowiadania, jak
ginęli jego przyjaciele.
-Chciałbym zaznaczyć, władczyni smoków, że jeszcze nie wiesz o niej
wszystkiego, ale może ona sama chciałaby o tym opowiedzieć.
-Uśmiechnął się.
-Onna… jja… wwiemm… alle jja jją llubbię… onna…. hchcce ssię
zmmiennićć…
-Ona i zmiana? Agafe, na twoim miejscu nie ufałbym jej… tym
bardziej, że już raz cię zdradziła.
-Wwiemm…. nnie szszkkoddzi… ddoppókki onna jjesstt ww pporząddkku….
-Wiesz, że to trochę tak, jakbyś się poddawała?
-Nnie… tto jjesstt ttakk, żże jja hchccę wwierzrzyćć… żże…
kkttoś…. nnie wwiemm…. llubbię jją.
-Będę miał na nią oko.
-Dobrze. Zwołaj wszystkie demony, musimy zrobić zebranie, co już mamy,
czego nie mamy. -Stwierdziła Likame. Usiadła na łóżku.
-Llikkamme?
-Tak?
-Ppokkójj ddla mmnnie…
-Później. -Odezwał się demon. -Phobos nie może czekać.
-Alle… jja… -Umilkła.
-Co? Nie chcesz uczestniczyć w zebraniu? Chyba sobie żartujesz. Jesteś
władczynią smoków i po prostu MUSISZ wziąć w nim udział, czy tego
chcesz, czy nie.
Rudowłosa wstała.
-Karino, zostań z nią. -Rzekła.
Wzięła za rękę swego wybranka i wyszła z nim. Zamknąwszy za sobą
drzwi, zapytała:
-Jak ty się wobec niej zachowujesz?
-A co miałem powiedzieć? Ona chce się teraz wycofać, ale nie wolno jej.
-Ona potrzebuje czasu dla siebie.
-Nie. To władczyni smoków, kochanie. Poza tym, chciałbym zauważyć, że
za sześć miesięcy, jak będzie dalej tak zwlekała, to może się to dla
niej bardzo źle skończyć.
-Ma prawo o sobie decydować.
-Nie. To, kim jest, a jest nią na pewno, powoduje, że takiego prawa nie ma.
Ruszyli do gabinetu.
-Że niby dlaczego? -Nie dawała za wygraną właścicielka DA.
-A to dlatego, że wszystkie te skurwiele, które się nad nią
pastwiły… -Zmarszczył brwi, westchnął i powiedział: -Oni nie mają
jej za człowieka, a skoro nie, to będą ją inaczej traktować, niż
człowieka. Gorzej. Musi być na to gotowa i, kochanie, cholera mnie
weźmie, jak wszystko będzie na twojej głowie nadal. Co to za
przyjaciółka, która nie pomaga? Czy ty zdajesz sobie sprawę, ile dla
niej poświęciłaś?
-Gówno mnie to obchodzi. Ona w tej chwili, jakby poszła do
jakiejkolwiek pracy, to…
-Kochanie, wiem, że jest zupełnie rozklejona. -Pocałował ją w
policzek. -Ale zrozum, czasu mamy bardzo niewiele, a ona… jej już
chyba tylko pozostała rola władczyni smoków właśnie.
-Nie wróci do Kramu.
-Tak czy inaczej, ma jej moc. Jest nią, więc… więc musi spełniać
swoje obowiązki.
Obdarzył swoją wybrankę francuskim pocałunkiem.

ONA I ONA

Co ona teraz robi? Leży na łóżku i patrzy na czarnowłosą kobietę,
która ze spokojem i w milczeniu ją obserwuje. Nie, nie obserwuje.
Pilnuje? Po co Likame miałaby zostawać tu strażnika?
Agafe usiadła na łóżku swej przyjaciółki. Tyle czasu spędzała w
podobny sposób… Wpatrywanie się w cokolwiek, byle zapomnieć. Ale
teraz… Po co teraz miałaby to robić? Przecież jest wolna, tak? Chce
coś robić, tylko nie bardzo wie, co… Studia to przegrana sprawa, w
takim stanie nie dostałaby byle zaliczenia z przedmiotu. Nie mogła
sobie wyobrazić, jak tak zniszczona osoba, jak ona, mogła zajmować się
jakimkolwiek wychowaniem. Ale też nie potrafiła już myśleć o kolejnym
dniu spędzonym na niczym.
Co ja mam robić ze sobą?, zastanawiała się. Zrobię to, co mi kazali,
pomyślała. Było w tym trochę smutku, ale zaraz uświadomiła sobie, że
bez tego w ogóle nie wiedziałaby, co ze sobą począć. Co ze sobą
począć? Jak żyć? Musi się wziąć w garść, tego chciała Likame. I
obiecała, że się nie podda. Jeśli ma żyć, to żyć sensownie. Dobrze
żyć. Gdy przyjdzie jej cierpieć, to przyjdzie. Teraz musi wziąć to, co
jej los poda…. miała odczucie, że nic innego, niż dobre rzeczy,
świat nie może jej dać.
Czy ja jestem naiwna? Jestem naiwna, całe życie jestem naiwna. Ale co
z tego? Czy zaufanie nie jest dobre? Gdyby nie to… nie miałabym
Fadwy. Nie wiem, czy można jej zaufać, ale ten jej wygląd dziecka…
ten wygląd dziecka sprawia, że mam do niej słabość. Tak, ja widzę w
niej zagubione dziecko, któremu trzeba pomóc… Pomóc… mi też trzeba
pomóc…
-Wzywają nas. -Stwierdziła Karina. Uśmiechnęła się i wyciągnęła przed
siebie rękę. -Rozpoczyna się zebranie w sprawie Phobosa.
Władczyni smoków wstała, wzięła dłonie kobiety-demona w swoje. Karina
zmarszczyła brwi. Poczuła się zdezorientowana i zaskoczona. Co się
dzieje?, zadała sobie pytanie. Po chwili uświadomiła sobie, że jest w
pokoju obok, razem z Agafe. Cofnęła się.
-Co? -Zapytała Likame, widząc sytuację.
-Nic… ja… nieważne. -Odpowiedziała brunetka.
Władczyni smoków rozejrzała się wokoło. Przy biurku siedziała
rudowłosa i tuliła się do Astarotha, niemal go rozbierając. Na
tapczanie siedziało czterech mężczyzn z irokezami. Przy nich stał
Sheez.
-Ggddzzie Fffaddwwa?
-Na korytarzu, kurwa. -Odpowiedział szatyn. -Po chuja ci ona?
-Hchccę Ffaddwwy.
-Po chuja?!
Przed Agafe stanęła muzułmanka. Chwila dezorientacji, po czym
uśmiechnęła się, spoglądając na swoją panią.
-Jjjeśślli nnie mmożżeszsz nna nnią ppattrzećć tto wwyjdźdź.
-Dlaczego ci tak, kurwa, na niej zależy?! Co ona u diabła zrobiła dla
ciebie?! Ta mała pizda….
-Zamknij się. -Rzuciła twardo Likame. -Mieliśmy robić zebranie, a
skoro władczyni smoków ewidentnie się domaga Fadwy, to niech ją ma.
Zamknij się.
Agafe lekko drżała. Zrobiłam coś, czego nie powinnam, pomyślała. Niby
nic mi nie zrobią, ale kto to wie…  Przełknęła ślinę i zaczęła
szukać wolnego siedzenia. Demon z numerem Jeden wstał i wskazał na
swoje miejsce.
-Proszę, to dla pani. -Rzekł.
Władczyni smoków lekko się zarumieniła i skorzystała z propozycji.
Złodziejka podeszła do swej zwierzchniczki i zapytała:
-Mogę usiąść tobie na kolanach?
-Ttakk.
Jedynka przysiadł w kącie, ziewając przy okazji.
Rudowłosa wstała i wyszła na środek.
-Chciałabym wiedzieć, na czym stoimy, czyli usłyszeć od was wszystkich raporty.
-Wszystko gra. -Stwierdził Jedynka. -Mamy miejsce, mamy strategię,
mamy pomoc państw. Jest tylko jeden problem, a właściwie dwa.
-Mamy też, idioto, systemy informatyczne dla naszego Phobosa. -Wtrącił
się Dwójka. -Generalnie czekamy na chętnych i dodatkowych pracowników,
a z tym już problemy…
-Jeszcze nie zaczęliście rekrutacji? -Spytała szefowa.
-Nie, kurwa. -Odpowiedział szatyn. -A to z tego prostego powodu, że
nie bardzo wiemy, kogo do cholery do tego brać. Ludzie chcą się
zgłaszać, ale do kurwy, pedały same.
-Sheez, prosiłam cię o coś.
Szatyn wstał.
-Idę sobie, kurwa. -Stwierdził.
-Nnie. -Obdarzył ją zdziwionym spojrzeniem. -Nnie.
-Bo co?!
-Nnie hchccę.
-A co mnie to kurwa obchodzi?! -Stanął naprzeciw niej. -Teraz się mnie
nie boisz?! A może…
To nie jest wyobraźnia, pomyślała Agafe. On istnieje naprawdę.
Trzęsie się, jak osika, pomyślała Likame, widząc swoją przyjaciółkę.
Nie bardzo też wiedziała, co ta knuje. Boi się i spodziewa się
przemocy, więc dlaczego go doprowadza do szału?
A skoro on istnieje naprawdę, stwierdziła władczyni smoków, to ja nim rządzę.
-Ffaddwa -szepnęła muzułmance do ucha -czczeggo odd nnieggo hchcceszsz?
Złodziejka miała ochotę wybuchnąć śmiechem, lecz powstrzymała się. Nie
mam pomysłu, uświadomiła sobie. Czego ja mogę chcieć od tego kutafona?
-Kurwa! -Jęknął szatyn. -Czemu do kurwy nie mogę się ruszyć?!
-Bo przeklinasz. -Stwierdziła pewnie muzułmanka. -Chciałabym, żebyś przestał.
-J….! K… -Szatyn jęknął. -Co jest?! -Ryknął.
-Hchcę, żżebby Fffaddwwa nnie bbyła ww nniebbezzppieczczeństtwwie.
Hchccę…. hchccę bbyć wwollnna.
Astaroth wstał, podszedł do rudowłosej i zaczął ją głaskać po szyi. Zapytał:
-I ty, władczyni smoków, masz odwagę wypowiadać te słowa po tym
wszystkim, co przeżyłaś? Teraz?
-Mmarzrzyłamm o wwollnnośćci… jjeślli nnie jjesttem wwięźnniem…
nnie jjesttem wwięźnniem….
-Spokojnie. -Rzekła Likame. -Nie jesteś. Jesteś wolna i możesz robić, co chcesz.
-Ale musisz nam pomóc. Sama widzisz, co potrafisz wyczyniać, więc musisz pomóc.
-Nnnie wwiemm, jjakk uddajje mmi ssię tto… alle… alle…
-Zaraz -odezwał się Trójka. -My jesteśmy twoimi strażnikami, pani, bo
ona się tego domagała?
-Tak.
Wstał Jedynka, wstał Dwójka, wstał Trójka, wstał Czwórka. Sheez
spojrzał na tę zgraję i zwrócił się twarzą do władczyni smoków. Fadwa
także chciała wstać, ale Agafe zacisnęła na niej mocniejszy uścisk.
-Szacunek. -Stwierdził Trójka. -Chłopy, klękać!
-Ja też mam paść na kolana? -Szepnął Astaroth do ucha rudowłosej.
-Nnie.
Narzeczony właścicielki DA wybuchnął śmiechem.
-Chciałbym przypomnieć -wtrącił się -że nie skończyliśmy zebrania.
-Ttakk?
-Tak, nie wiemy, skąd brać wychowanków  i nie wiemy, kto ma się nimi
zajmować. Padła koncepcja, by brać najgorszych złoczyńców, ale nie
będziemy łapać siatkami tych idiotów.
-Ttu wwysttarczczy oggłossićć ww mmeddiahch, jjeśślli ddobbrze ppammięttamm…
-I chętni się znajdą? Super, a kto ich będzie wychowywał? I co
zamierzasz ze sobą zrobić?
-Jja… nnie wwiemm…
-Agafe… -Szepnęła uroczo Likame, zdzierając koszulkę ze swego
wybranka. -Chciałabym, żebyś miała poczucie wyboru. W tej chwili nie
mamy żadnych wychowawców, a będziemy ich musieli mieć, jak chcemy mieć
najlepszą szkołę na świecie.
-Inntternnatt?
-Tak, Puszcza Białowieska, czy jak jej tam.
-Ttakk… Llikkamme…. jja…
-Słucham?
-Nnicc nnie rrozzummiemm.
-Ja rozumiem z tego jeszcze mniej, kochana. Cieszy mnie, że masz do
tego wszystkiego odwagę. -Pocałowała sutek swego demona. -Generalnie,
mogłabyś być wychowawczynią.
-Nnie…
-Czemu?
-Bbo jja nnie mmam skkończczonnych sttuddióww i jjessttem ww ttakkimm
ssttannie…
-Pieprzyć studia, naprawdę. Tym bardziej, że twoja uczelnia niedawno
odwaliła takie numery… paru praktykantów czy absolwentów olewało
sobie u nas pracę. Wypraszam sobie takie zachowania. Poza tym nie
jesteś w stanie pisać, to może będziesz w stanie, kochana, zająć się
wychowywaniem. A… przy okazji nam pomożesz…
Rudowłosa rozpięła rozporek Astarotha i gwałtownie spuściła jego
spodnie na dół. Włożyła dłoń pod męskie slipy. Mruknęła.
Władczyni smoków spuściła głowę.
-Ddobbrze. -Powiedziała.
Miała ochotę wyjść z tego miejsca i nie patrzeć na lizanie się
zakochanej pary. To przypominało jej, że jest sama. Dla niej nie było
już George’a. Nie było George’a…
Nie płacz, pomyślała. Nie płacz… Nie płacz!
Rozpłakała się jednak. Pozwoliła, by Fadwa zeszła z jej kolan.
Muzułmanka wzięła ją za dłoń i zmusiła do wstania. Kochająca się para
nie zwracała na resztę otoczenia uwagi. Była całkowicie naga.
-Chodź -szepnęła złodziejka i wyprowadziła swoją panią na korytarz.
Zamknęła za nimi drzwi. Znalazły się w miejscu owiniętym w półmrok.
-Pani…
Agafe padła na kolana, przylgnęła do ściany i płakała dalej. Czemu ja
muszę płakać za każdym razem, kiedy coś mi przypomni George’a?,
zadawała sobie pytanie. Czemu ja nie mogę przestać płakać? Mogę tak
wiele, ale nie mogę się uspokoić? Co to ma znaczyć, do cholery?! Nie
chcę płakać, po co mam płakać… gdyby tu był George… gdyby tu był
George…
Ale George’a nie było. Jego duszy przy niej nie było. Otaczała ją
półciemność, bezduszność betonu i muzułmanka. Władczyni smoków jakby
rozpłakała się na nowo.
Jak mam uspokoić panią?, zadawała sobie pytanie Fadwa. Płacz Agafe
bolał ją, ale cóż mogła zrobić?
Miałam walczyć, zganiła siebie właścicielka Nirgiza. Miałam walczyć i
co robię? Użalam się… czy ja umiem tylko to robić? Mam tego dość…
nie chcę już płakać, ale jego nie ma… nie ma…. i co ja mogę…
gdzieś tam może czeka, ale nie tu… uspokój się… tak, uspokój
się…
Wytarła swoje łzy, spojrzała przed siebie i milczała.
I po co ja płakałam?, zadała sobie pytanie. Przecież to niczego nie
zmieniło. Nie zmieniło mojego bólu.
-Pani? -Szepnęła Fadwa.
Nie usłyszała odpowiedzi.
Miałaś walczyć, pomyślała Agafe. Ale jak walczyć?
-Ffaddwwa….
-Tak?
-Jjjakk mmamm wwallczczyćć… żżebby nnie ppłakkaćć…
-Nie wiem, ale kiedyś… kiedyś… pani, dlaczego pani się popłakała?
-Bbo ggo kkocham… -Uśmiechnęła się smutno. Wstała. Zapragnęła
zniknąć z tego przybytku betonu i spojrzeć w twarz gwiazdom.
Chwila dezorientacji i otoczył ich zapach róż zmieszany z rześkim,
wieczornym powietrzem. Niebo to ciemny błękit ze złotymi plamkami.
-Ppiękkne, pprawdda? -Rzekła, spoglądając w górę. -On… ggddzieśś
ttamm jjesstt ii jjeślibbymm… ttam ssię zzjawwiła, tto bbym jjużż
nnie żżyłła, pprawwdda?
-Nie wiem, pani. Ale gwiazdy są piękne.
Władczyni smoków usiadła i wbiła wzrok w trawę.
-Hchccę mmiećć kkoggokkolwwiekk pprzy ssobbie, ggddy nnie mma jjejj
pprzy mmnnie… ttyllkko ćciebbie mmamm… ćciebbie… ddlatteggo…
hchciałamm, żżebbyś ppowwieddziała ccokkollwwiek oo ttymm,
ddlaczczeggo mmi ssłużżyszsz… oonni ttobbie nnie uffajją…
Assttarotth….
-Boisz się być sama…
-Ttakk… -Odpowiedź była żałosna.
-Prawdopodobnie nie jestem najszczęśliwszym wyborem. Ale…  nie
zawiodę twego zaufania.
-Nniewważnne.
-Może. Ale pani, jestem jedną z ostatnich osób, do których można mieć
zaufanie. Nie wiesz o mnie wszystkiego i nadal nie chcę ci opowiedzieć
o wielu rzeczach… być może… nie chciałabyś mnie znać, gdybyś
wiedziała, co robiłam kiedyś.
-Aa… tterrazz tto rrobbiszsz?
-Nie, pani, ale…
-Wwięcc jjakkie tto mma zznnaczczennie? Ccco tto zzmmienni?
-Wiedza stwarza oceny… -Stwierdzenie to było nieśmiałe.
Agafe położyła się na trawie i powiedziała:
-Wwięcc mmi nnie mmóww oo ttyhch rzrzeczczaahch.
-Nie mogę. Przynajmniej jedną rzecz muszę powiedzieć, bo Astaroth się
tego domaga… zagroził, że będzie mnie torturował, jeśli…
-Jjeślli oonn ćcię ttkknnie…
-To co? Jesteś silniejsza, pani, ale Likame kocha go na zabój.
Ach tak, Likame. Nie może skrzywdzić Likame. Ale jeśli on tknie
Fadwę… czy ją zabije? Co, jeśli ją straci? Czy to nie jest śmieszne,
chcieć być przy kimś, kto wcześniej cię zdradził? A może nie, może
odpowiedzią jest wybaczenie… ale ona już tyle straciła… George’a
straciła… i jeśli skrzywdzi Astarotha, to straci Likame, dlatego,
że… a… aa… aaa….
Poczuła w sobie ból. Czemu musiała tracić wszystkie ukochane osoby,
albo ocalać jedne kosztem drugich? Dlaczego to miałoby kogoś bawić?
-Wwięcc wwymmyśll ccoś.
-Nie umiem.
-Tto bbęddę uddawwać…
-Pani, ja… ja naprawdę nie wiem, co miałabym ci opowiedzieć, żeby
cię do siebie nie zniechęcić… głupie, ale… też czuję się samotna.
I…
-Ppowwiemm mmu, żże skkazzałaśś ddziessięć ddziećci nna śmmierćć.
Fadwa zbladła. Cofnęła się. Skąd wiedziała? A może nie wiedziała,
tylko jest to przypadek? Ma się bać, że pani ją zechce odrzucić? Co ma
robić?
-Ffaddwwa…
-Słucham?
-Ppprzyttull ssię ddo mmnnie.

Naga, obudziła się przy swoim wybranku i natknęła się na jego oczy. Na
jej twarzy zagościł uśmiech.
-Która? -Zapytała, głaszcząc policzek Astarotha.
-Około ósmej… myślę, że wypadałoby zabrać się do roboty. Trzeba
załatwić sprawę z rekrutacją i kadrą.
-Tak mi się nie chce wstawać…
-Kochanie, koniec urlopu.
Chwycił ukochaną za dłoń i podciągnął na tyle mocno, że musiała
usiąść. Zmarszczyła brwi i zapytała:
-Gdzie Agafe?
-Karina jej szuka, ale zdaje się, że straciła trop.
-Co?
-W każdym razie, tutaj jej nie znajdziesz. Prawdopodobnie gdzieś się
teleportowała.
Do pokoju wparowała brunetka ubrana w pomarańczową sukienkę.
-Mam ją! -Oświadczyła. -Jest w belgijskim ogrodzie różanym i nie ma
sił się ruszać.
Narzeczony Likame zaczął się śmiać.
-No, oczywiście. -Rzekł, gdy się uspokoił. -Zużyła trochę dużo tej
magii, a nieprzyzwyczajona jest do tego… -Zmarszczył brwi. -Czy ona
coś jadła?
-Fadwa twierdzi, że nie jest głodna.
Demon zaklął.
-Zjemy śniadanie w Belgii? -Zaproponował, całując rudowłosą w usta.
-Czemu nie.
Niedługo potem, jak rudowłosa wdziała na siebie czarno-niebieską
sukienkę, a jej partner ubrał się w czerwony zestaw koszulka i
spodnie, nastąpiła chwila dezorientacji. Zakochana para znalazła się
naprzeciw władczyni smoków, która leżała na ścieżce przy czerwonych
różach.
-Zapraszam damy na śniadanie. -Powiedział Astaroth. Przed nim pojawiły
się dwa talerze, na których położono ziemniaki, jajecznicę i kotleta.
-Proszę. -Podał do rąk własnych kobietom naczynia i podszedł do róż.
-A sztućce? -Zapytała Likame, siadając przy przyjaciółce. -Palcami mamy jeść?
Demon pstryknął palcami i na talerzach pojawiły się widelce.
-Lubisz mnie irytować tym wyczynem. -Skomentowała właścicielka DA,
rozpoczynając posiłek.
-Ja? Nie.
-Czemu nie jesz? -Zwróciła się do władczyni smoków.
-Tto zźziemmniakki….
-Ziemniaki… -Chciała powiedzieć, że nie widzi problemu, ale
powstrzymała się. Przecież różne rzeczy jej robili…. -Ej. -Odłożyła
talerz na bok i przytuliła do siebie towarzyszkę. -Te ziemniaki były
pieczone, nie są surowe. Nie bój się, nic się nie stanie.
-Tto ggłuppie. Ssppojrzałamm nna nnie i… i… -Przełknęła ślinę,
próbując się uspokoić. Miała gęsią skórkę na ciele. -Nnie ppottraffię
zzjeśćć ggłuppich zziemmniakków, bboo onna wwtteddy, ttamm…
Zamierzała się uspokoić, czuła jednak, że jak zacznie więcej o tym
mówić, to się popłacze. To przecież była drobnostka, a jednak
przypominała jej o cierpieniu. Chciałam tylko zjeść ziemniaka,
pomyślała. Żeby nie być głodna i…
-Patrz.
Likame wzięła swój talerz i zaczęła zajadać się ziemniakami. Agafe
poczuła napływ śliny do ust.
-Nic mi nie jest, nic mi nie będzie. Jedz. -Poprosiła Likame.
Nieśmiało, władczyni smoków nabiła kawałek ziemniaka i wzięła do ust.
Smakował inaczej, niż surowy. Był pyszny. Odczekała chwilę i wzięła
kolejny kawałek.
Jeszcze jadła, gdy właścicielka DA skończyła posiłek. Chciała się
dobrać do kotleta, ale westchnęła tylko.
-Co? -Zdziwiła się rudowłosa.
-Nnie jjesttemm ggłoddnna.
-Likame? -Odezwał się Astaroth, podchodząc do ukochanej. Wpiął w jej
włosy czerwoną różę. -Mogę na osobności porozmawiać z władczynią
smoków?
-Kochanie, masz może przede mną coś do ukrycia?
-No tak. Agafe, czy Fadwa powiedziała ci, dlaczego trafiła do piekła?
-Nnnawwet, jjeślli…?
-Rozumiesz chyba, że akurat tej osobie za bardzo nie można ufać.
-Ii cco zz tteggo?
Westchnął ciężko. Ciężko się z nią rozmawia, pomyślał.
-To z tego, że nie życzę sobie, byś znów wpakowała się w tarapaty.
-Nnawwett, jjeślli, tto tterrazz jją llubbię.
-Życie ci niemiłe, czy co? Bo rozumiem, że to, co później się stanie,
jest ci obojętne. Ale chcę ci przypomnieć, że nie wolno ci tak myśleć.
Musisz robić tak, byś nie wpadła w ręce wroga. Fadwa jest
niebezpieczna i ty powinnaś o tym najlepiej wiedzieć.
-Wwybbaczczyłłamm.
-Wybaczenie to nie zapomnienie.
-Wwybbaczczennie tto ddannie kkollejnnej szszannssy.
-To ona właśnie mistrzowsko marnuje.
-Ttruddno.
Astaroth załamał ręce.
-Ja się cieszę. -Stwierdziła Likame.
-To nieporozumienie. -Odrzekł.
-Wręcz przeciwnie. Zaufać może jej nie można, ale sama prosiłam Agafe
o to, by próbowała komuś dać szansę. Nawet takiej Fadwie…
-Kochanie, wiem, że nie wiesz, co ona zrobiła, a to, co zrobiła, było
bardzo złe. Po pierwsze, przyczyniła się do śmierci nieba, po drugie
zdradziła Agafe, a po trzecie ma jeszcze inne rzeczy na sumieniu.
Ja… -Urwał. -Jestem w stanie ją tolerować, ale chyba nie do tego
stopnia.
-Ccośś ćci zzrobbiła.
Astaroth jęknął.
-Tak i dlatego nie życzę sobie jej towarzystwa w mojej obecności.
-Nnie ummieszsz wwybbaczczyć…
-Jestem demonem, po diabła mam umieć wybaczać?
-Bbo hchccesz zzosttać anniołemm.
-Ja nie rozumiem. -Zmarszczył brwi. -Nie rozumiem, jak możesz wybaczyć
komuś, kto skazał cię na tortury.
-Bbo onna ppróbbowwała mmi ddać ccoś jjeszczcze.
-Niby co?
-Szszaccunnek… ppoggubbiła ssię….
-No, chyba sobie jaja robisz. O demonach mówi się, że to zagubione
dusze, ale z reguły nikt im nie pomaga i nikt nie bierze tego na
serio. Zagubiła się? Na pomoc to chyba jest za późno już…
-Nnie. Kkttoś kkieddyś ppowwieddział, żże nniggddy nnie jjesstt zza ppóźnno…
-Że niby kto tak powiedział?
-Ussaggi Ttssukkinno.
Likame wybuchnęła śmiechem.
-Przepraszam. -Powiedziała. Cmoknęła w policzek swoją przyjaciółkę.
-Kontynuujcie.
Demon chrząknął.
-Nie wiem, kto to, ale Fadwa nie jest młoda. Po tylu latach chyba
niemożliwa jest resocjalizacja. Innym swoim oprawcom też wybaczysz?
-Nnie… nnie wwiemm… wwieszsz… jja… bbo wwieszsz, nniennawwiśćć
nniszszczczy. Odd wwewwnnątrz…
-Ach, tak. Chcesz, ale nie potrafisz. Dla mnie, droga Agafe, jest tak
samo trudno jej wybaczyć, jak tobie im.
-Alle mmożnna ssię ssttarraćć…
-Tak? Tego chuja, co cię tam krzywdził próbowaliśmy zresocjalizować. I
nic to nie dało, a wiesz, dlaczego? Zła nie można zmienić. Ona moim
zdaniem nie zasługuje na wybaczenie.
-Alle onna ggo hchcce…
-Ja chcę być aniołem i pewnie nie stanę się nim, bo nie umiem
wybaczać. -Westchnął ciężko. -Chyba chciałem zbyt wiele.
-Nnie. -Zobaczyła jego zdziwioną twarz. -Mmożeszsz bbyćć anniołemm…
alle… Asttarotth….
-Słucham?
-Nnie rrozzummiemm mmaggii… tteggo… mmożżeszsz mmi wwyjjaśnnić?…
-Na twarzy demona odmalowało się zakłopotanie. -Jja… ttobbie
ppommoggę ssttaćć ssię anniołemm, alle tty… pproszszę…
To raczej ona mi powinna wyjaśniać magię, a nie ja jej, pomyślał.
-Zgoda.
Agafe wtuliła się w ciało swej przyjaciółki i spojrzała w błękitne
niebo ozdobione białymi płachtami.
-Zostawię was same.
Ruszył przed siebie. Kobiety milczały. Władczyni smoków zaczęła się
bawić włosami Likame.
-Właściwie -powiedziała ta ostatnia -mam wrażenie, że wiesz więcej,
niż się wydaje.
-Jja… nnie wwiemm, alle tto hchybba mmaggia… ttakkie…
pprzeczczucia… ddziwnne.
-Może dlatego, że jesteś władczynią smoków…
-Mmożże… pprzerrażża mmnnie tta mmocc…
-Dlaczego?
-Jjestt ddużża… czczassemm ppommyślę i… tto jjestt…
-Wcześniej tak nie miałaś, ale przyzwyczaisz się do tego.
-Likkamme…
-Co?
-Kkochamm ćcię…
-Ja też.

* * *

Usłyszała za sobą kroki. Obejrzała się i szła dalej, mijając
fioletowo-żółte krzaki róż.
-Stój. -Nakazał Astaroth niskiej postaci w chuście na głowie.
Fadwa przystanęła.
-Czego chcesz? -Zapytała.
-Potorturować cię. I chyba to zrobię, bo nadal nie powiedziałaś jej o
swoim głównym grzechu.
-Jak nie? -Muzułmanka zdziwiła się. Czyżby sama teraz została
oszukana? Pani miała ją chronić przed tym demonem.
-Nie kłam, wiem, że nie powiedziałaś jej o tym, co robiłaś przez te
wszystkie lata. Ona sama cię broniła, choć tego nie rozumiem. Ale ona
wie.
-Wie?
-Wie o dzieciach. Nie musiałam jej mówić.
-Wie i nadal chce z tobą spędzać czas?!
-Tak. Wiem, że może nie uwierzysz w te słowa, ale naprawdę chcę jej
służyć dobrze. Nie wiem, jak to robić, ale mam nadzieję, że wszystkie
moje błędy zostaną mi wybaczone.
-Czy gdyby wiedziała, co mi zrobiłaś, to by nadal cię lubiła?
-O nie, tego nie zrobisz.
-Zrobię, zrobię.
-Nie!
Astaroth zniknął.
Fadwa chciała pobiec, ale nie pamiętała, skąd przyszła. Chyba się
zgubiłam, pomyślała.

* * *

-Ggddzie Ffaddwwa?
-Na spacerze. -Odpowiedział narzeczony Likame, zdejmując dłonie Agafe
z rudych włosów. Sam zaczął je głaskać. -Po krótkiej rozmowie z nią
doszedłem do wniosku, że władczyni smoków musi coś jeszcze o Fadwie
wiedzieć.Wiesz, że skazała dzieci na śmierć, ale chciałbym jednak,
żebyś wiedziała, co mi zrobiła.
-Co ci zrobiła? -Zapytała właścicielka DA i dostała od swego
ukochanego francuski pocałunek.
-Uniemożliwiła mi wejście do nieba. Więcej nie powiem.
-Dlaczego? -Zaciekawiła się rudowłosa.
-Bo to boli. Zwyczajnie boli.
-Nnie hchcceszsz bbyć anniołemm, alle ppommożżeszsz mmi?
-Jak nie chcę? Myślisz, że przejmowałbym się jej wybrykiem, gdybym mi
na niebie nie zależało?
-Astaroth, ale to było dawno.
-Są rzeczy, które nigdy nie przestają boleć…
-To nie jest ta rzecz.
-Tty ssię wwahhaszsz. Mmożże pommeddyttuj…
Demon westchnął. Miał już dość tego tematu, cały dzień go wałkują. A
jednak, dobrze by było, gdyby był stuprocentowo pewny, że to jest
to… demoniczność mu nie przeszkadzała przez tyle lat, ale nagle się
zakochał…
-Likame -zaczął -kocham cię.
-Ja też.
Agafe wstała. Właścicielka DA chciała zapytać, gdzie idzie, ale
Astaroth ją objął i spojrzał w jej twarz. Jego brązowe oczy zmusiły ją
do zanurzenia się w nich. Zapomniała o otaczających ją różach i
belgijskim niebie. Chciała być w nim na zawsze, czuła, że do niego
należy.
-Lubisz, kiedy jestem zły? -Zapytał, głaszcząc jej piersi.
-Jeśli masz na myśli bycie niegrzecznym w łóżku, to tak.
-A cała reszta?
-Wolałabym, żebyś nie krzywdził, ale skoro musisz…
-Kochanie, wiesz, że dla ciebie zrobię wszystko? -Włożył dłoń pod jej
majtki. Jęknęła. Głaskał ją między kroczami tak, że miała ochotę w
niego wejść. Oddychała szybko, pełna podniecenia. Pocałował ją w
szyję.
-Wiem…. ale jeśli to dla ciebie za trudne…
-Pewnie już nie takie rzeczy robiono.
Położył ją delikatnie na trawie i ściągnął jej majtki. Mruknęła.
Zdjęła z niego koszulę, a on podszedł do jednego z krzaków róży.
Zerwał kwiecia, kucnął przy swej pani i położył płatki między krocze.
Rzucił gdzieś w bok łodygę, schylił się do ciała ukochanej, zaczął ją
lizać po szyi.
-Wiesz, co z płatków zrobię? -Szepnął.
-Nie mogę się doczekać.
Pomacał ją między kroczem. Nagle poczuła muśnięcie linki. Astaroth
ciągnął ją po ciele Likame, w górę. Do pępka, między piersiami, do
szyi, subtelnie ją otoczył. Obwiązał jej piersi, poszedł w dół, po
plecach. Wrócił do krocza i gdy mocował na nim pętelkę, żeby jego
dzieło nie rozleciało się gwałtownie, rudowłosa jęczała z podniecenia.
Jego dotyk był taki delikatny i gorący. W końcu skończył i przyglądał
się podnieconej kobiecie. Pocałował ją w policzek, rozerwał jej górę i
zaczął miętosić sutki ustami. Kiedy on wejdzie we mnie, pomyślała.

* * *

Już za późno, pomyślała Fadwa. Usiadła na ścieżce. Jak Agafe się
dowie, to nie wiem, co będzie… chociaż… Może nie będzie tak źle,
skoro inne grzechy potrafiła mi wybaczyć? W końcu to tylko zadawniony
żal, ale z drugiej strony… Ona lubi Astarotha, a z ludźmi nigdy nic
nie wiadomo. Gdzie powinnam iść? Zresztą, nieważne.
-Ffaddwwa? -Głos rozległ się za plecami muzułmanki. Ta wzdrygnęła się
i niepewnie odwróciła się w stronę swej pani.
-Tak?
-Cco rrobbiszsz?
-Kontempluję. Wiesz, takie przemyślenia dobrze robią, gdy coś się zmienia.
-Ccoś ssię zzmmiennia?
-Nie wiem, pani. To zależy od ciebie. Ja jestem gotowa na…
spełnienie każdej twojej zachcianki.
-Fffaddwwa, bboiszsz ssię mmnnie?
-Robiłam okrutne rzeczy, różne takie… Astarothowi też dałam się we znaki….
-Wwiemm, alle tty jjestteś ddemmonnemm….
-No i co? Czy to spowoduje, że będziesz mną mniej pogardzała? Czy to
spowoduje, że dostanę u ciebie jakieś plusy?
-Nnie poggardzdzam ttobbą. Jjja… hchćciałabbym, bbyś bbyła ddobbra,
alle jjestteś, kkimm jjestteś…. jjeślli mmnnie skkrzywwdździsz…
jjeśli skkrzywwdź…
-Jeśli cię skrzywdzę? W życiu! Zakochałam się w tobie. Poza tym jak
mogłabym to zrobić, skoro jestem twoją własnością?
-Nnie jjestteś. P… Mmmożżesz rrobbić, cco hchccesz… alle nnic ssię
nnie sttannie, jjeślli mmnnie sskk… hchccę ttyllkko, bbyś nnie
kkrzywdździłła Likkamme.
Muzułmankę zamurowało. Jej pani nie radziła sobie z życiem. Niby je
wybrała, ale w zasadzie bez specjalnych emocji. Agafe podchodziła
obojętnie do swego losu. Masz ocalić świat, pomyślała Fadwa, ale tego
nie wypowiedziała na głos. Kto to widział, by sługa rozkazywał swemu
panu? Ale z takim podejściem władczyni smoków może niedaleko zajść.
Jeśli byłaby wobec niej okrutna, znów by ją oszukała, wcześniej, czy
później i to niezależnie od tego, czy byłaby jej poddaną. Nie zrobię
tego, powiedziała sobie twardo. Szacunek. Piękno. Dobro. Ona na to
zasługuje, chcę jej to dać, ale czy umiem? Jak sprawić, by nie myślała
o mnie źle… by mimo wszystko…
-Pani -zaczęła -jeśli uważasz, że zdolna byłabym cię skrzywdzić, to
znaczy, że nie mam twego zaufania.
-Pprzeppraszszamm. Ppo pprosttu… jja…
Agafe zrobiła taką minę, jakby chciała się popłakać. Widać było, jak
walczy z uczuciem rozpaczy, które cisnęło jej serce. Bo to, że żyje
jest dobre. Ale ona żyła tylko dla Likame. Nie miała specjalnego celu
w życiu, a na studia już chyba nie była w stanie wrócić. Kiedyś nie
wiedziała, co ze sobą zrobić, teraz nadal stała w tym miejscu. Nadal
stała w tym miejscu i co miała począć? Najgorsze już miała za sobą,
ale właśnie dlatego, że miała za sobą najgorsze, było jej wszystko
jedno, co ma się z nią stać. Gula w gardle dawała jej się we znaki.
Fadwa spokojnie obserwowała wewnętrzną walkę swej pani. Oczekiwała
wygranej, marzyła o niej. Nie poddawaj się, pomyślała. Wiem, myślała
władczyni smoków, że kiedy spotkam tę… tę… zechcę ją zabić, ale
prawdopodobnie nie dam rady. A oni tak wierzą we mnie… Nie
chciałabym ich zawieść, ale… ale…. jak mam to niby zrobić…
udawanie niczego nie zmieni… a może zmieni? Przecież Likame tak
bardzo wierzy w lepsze jutro… ona w to wierzy, a straciła Archa,
straciła mnie, straciła wszystko, tylko, że ona się nie poddała.
Chciałabym być tak silna, jak ona. Chciałabym! Obiecałam jej, że się
nie poddam, to jak mogłabym ją zawieść? Może nie będzie tak źle, jak
mi się wydaje? Patrzyła na muzułmankę i widziała w jej oczach prośbę o
walkę. Walcz! Walcz! Walcz do kurwy nędzy!
Agafe odetchnęła głęboko. Uczucie żalu, które chciało ją zmusić do
wylania miliona łez, uciekło. Uciekło. Właścicielka Nirgiza
uśmiechnęła się z lekkim smutkiem.
-Gratuluję. -Powiedziała muzułmanka. -Czy pani mi teraz powie, co mam
robić, żeby udowodnić swe dobre zamiary?

* * *

Głaskał jej piersi, a ona domagała się, żeby w nią wszedł. Podniecenie
Likame ciągle narastało. Astaroth stanął nad nią i wyciągnął swego
członka. Podciągnęła się do góry i polizała go. Po paru razach
przestała. Kucnął i poczuła penisa między nogami. Obdarzył ją
francuskim pocałunkiem. Przestał, cofnął się, rozchylił delikatnie jej
nogi, paluszkami poszukał łechtaczki i zaczął ją głaskać. Rudowłosa
jęczała słodko, gdy to robił. Chciała, żeby w nią wszedł, ale on tego
nie czynił. W końcu przestał. Uśmiechnął się i włożył członka w jej
pochwę. Jęknęła. To było, jakby na chwilę znalazła się w rajskiej
siedzibie. Taak, cudownie, cudownie…
Doszli. Wyciągnął z niej kutasa i położył się przy niej. Pocałował w czoło.
-Czas na obiad. -Stwierdził i zabrał się za rozwiązywanie sznurów na
ciele swej wybranki.
-Jeszcze. -Mruknęła.
Parsknął śmiechem.
-Wieczorem. -Powiedział.
Westchnęła. Było świetnie, ale nie czuła się całkowicie
usatysfakcjonowana. Gdy zdjął z niej wszystkie linki, przylgnęła do
niego.
-Jak dobrze ciebie mieć. -Stwierdziła.
Założył koszulkę.
-Myślę, że niedługo wrócą. -Powiedział, wstał. W dłoniach trzymał
długą sukienkę w czerni, która sprawiała wrażenie, jakby ktoś naszył
na nią niebieskie łaty. U dołu i przy dekolcie, włączając w to rękawy,
miała wyszyte srebrne róże.
-Śliczna!
Pozwoliła, by narzeczony założył ją na nią.
-Wyglądasz, jak królowa -stwierdził i pocałował ją w czoło.
Przed nimi wyłoniła się sylwetka władczyni smoków.
-Gdzie Fadwa? -Zapytał.
-Nnie wwiemm.
-Poszukać jej?
-Nnie, ttellepporttowała ssię.
-Gdzie?
-Nnie wwiemm. Ggddzie hchcce.
Rudowłosa podeszła do przyjaciółki i zapytała:
-Jesteś głodna?
-Nnie.
-A ja jednak coś zjem. A potem pójdziemy na zakupy po jakieś ciuchy
dla ciebie. I trzeba byłoby się w końcu umówić z tymi psychologami w
końcu… Astaroth, daj mi jakąś kanapkę czy coś.
Podał jej kebaba.
-Jakbyś chciała, to mów. -Stwierdziła.
-Jja… nnie… ddziękkujję.
-Cieszę się, że jesteśmy razem.
Jest taka szczęśliwa, pomyślała Agafe.
-Jja tteż…
Likame skończyła posiłek i przytuliła się do partnerki.
-Astaroth, to ja na razie idę z nią na zakupy.
-Idziesz? Pójdę z wa…
-Nie, kochany, to kobieca robota. Zanudziłbyś się na śmierć.
-Ale już czuję zazdrość.
-Pomedytuj, to zajęcie dla samotności.
Przyjaciółki zniknęły.

Chwila dezorientacji i zjawiły się w galerii handlowej. Stały
naprzeciw jednego ze sklepów odzieżowych. Weszły do środka i z miejsca
zaczęły przeglądać spodnie.
-Może te? -Zaproponowała rudowłosa, wyciągając fioletowy twór z
białymi pajączkami na kolanach.
-Nnie. Wwollę tte… -Wyciągnęła szare spodnie. Miały szerokie nogawki.
Właścicielka DA zmarszczyła brwi. To, co miała przed oczami nie
podobało jej się – nie przepadała za szarym, a sam krój nie podkreślał
walorów ciała. Zdziwił ją ten wybór również dlatego, że jej
przyjaciółka zwykle nosiła ciuchy w fioletach i brązie. Tak nagle
zmienić gust…
-Agafe….?
-Ttakk?
-Jak coś ci się spodoba, mów. Ale może… -Odłożyła propozycję
władczyni smoków na wieszak. -Nie wybieraj kroju dla starych babć.
-Jja… nnie wwiemm… nnie ummiemm… wwieszsz…
-Tak, tak, pokażę ci, jakie ładne ubranka w szarościach można dostać.
Zaczęła przesuwać spodnie i w końcu wyjęła szare ze srebrnymi
motylkami pod kolanem. Miały wąskie nogawki.
-Łładdnne.
-Tak, bierz, to dla ciebie. Kolejne… O, te też są fajne…
-Wyciągnęła kolejne, były białe, ale z szarymi plamkami. -Przepraszam,
że tak za ciebie… ale nie mogę patrzeć na ten syf…
-Nnie szszkkoddzi…. tto nniewważnne…
Likame wyciągnęła ze dwie pary jeszcze w szarościach i przeszła do
wieszaków z sukienkami. Wyciągnęła dwie długie, czarne, z szarymi
różami, czerwonymi skrawkami materiału, wyciągnęła dwie krótkie z
białymi motylami, z dużym dekoltem, wyciągnęła jakąś jeszcze, przeszła
do wieszaków z koszulkami, wzięła stamtąd ze cztery ubrania, podeszła
do kolejnego wieszaka, wyciągnęła pięć. Spojrzała na koszyk
przyjaciółki, pokiwała głową i powiedziała:
-Leć do przymierzalni.
Większość ubrań dobrze leżała na władczyni smoków, ale dwie spódnice
były za szerokie.
-Bierzemy to -wskazała sprzedawczyni rudowłosa kosz pełen odzieży. Ta
z lekko zdziwioną miną zapytała:
-Na pewno?
-Z pewnością.
Sklepikarka zaczęła układać ciuchy na stos. Na kasie pojawiła się
stale rosnąca cena. Efekt był zaskakujący.
-Yyyy… Dwa tysiące złotych.
Właścicielka DA wyjęła czarny portfel, z niego kilka banknotów i
położyła na stół.
-Zgadza się.
-A koszyk ile kosztuje?
-Koszyk? Chwila, zaraz pani dam jakąś torbę… -Schyliła się i po
chwili miała jedną, wielką torbę w dłoni. Zaczęła wkładać zakupy, a na
koniec powiedziała: -Proszę.
Likame wzięła pakunek. Kobiety wyszły ze sklepu. Na korytarzu zapaliły
się żarówki, za oknem słońce szło spać.
-Jesteś głodna?
-Nnie.
-Nie? -Była szczerze zdumiona. -Czy ty wiesz, która godzina?
-Ssieddemmnastta…
-I zdajesz sobie sprawę, że jak nie będziesz jadła, to padniesz? Agafe…
-Jja nnie hchccę ttakk… -Powiedziała żałośnie. -Nnie wwiemm.
-Chodź.
Usiadły na ławce, mając przed sobą gasnący błękit za szybą. Rudowłosa
przytuliła swoją partnerkę i szepnęła jej do ucha:
-Przepraszam za dziś.
-Nnie… nnic… Llikkamme…
-Słucham, kochanie…
-Kkkochamm ćcię.
-Ja też. I dlatego właśnie nie chcę, byś ubierała się, jak jakaś baba
ze wsi. I dlatego musisz jeść ze dwa razy w ciągu doby przynajmniej,
inaczej twój organizm nie da rady. I dlatego nie chcę, żebyś się
poddawała. Chcę, chcę, żebyś do siebie wróciła, jak najszybciej…
kochanie…
-Wwróccę… ddla ćciebbie…
-Dla siebie. Robisz to też dla siebie.
-Jja… nnie wwiemm, czczemmu… ćciebbie mmamm tto…
-Dla mnie, Agafe, to możesz zrobić naszyjnik. To ty masz być ze sobą
szczęśliwa, cieszyć się z tego, kim jesteś…
-Aalle jja… nnie wwiemm…. nnie wwiemm, jjakki tto mma ssennss….
tto bbezz ssennsu… jja… nnie… Likkamme…
Nie chciała się popłakać. Łzy jednak same spływały po jej policzkach.
-Pprzeppr….
-Nie, wypłacz się. Potrzebujesz chyba tego. Z czasem będzie lepiej i
cieszę się, że walczysz. Martwię się trochę o ciebie, wiesz? Mam cię
tu i martwię się nadal…
-Pppo cco…
-Bo jesteś moją przyjaciółką. Bo nie wiem, jak sobie radzisz z tym
wszystkim, a ciągle ktoś coś od ciebie chce… ja może powinnam ci
dziś pozwolić na wybór…
-Nnie… Ppiękkne ssą.
-Naprawdę?
-Ttakk. Ppoddobbajją mmi ssię.
-Wiesz, co oznacza szary kolor?
-Nnie…
-Niewysłuchanie. Niespełnienie… Ja… widząc cię w tych barwach
widzę nie osobę, którą wcześniej znałam, ale osobę, która została
zniszczona przez życie. Ale… ty jeszcze żyjesz, ty nie musisz być
zniszczona.
Nie muszę być zniszczona, ale czy ja już nie jestem zniszczona?,
zastanawiała się władczyni smoków.
-Dopóki się nie poddasz, dopóki nie będziesz zniszczona.
-Alle jjakki ww ttymm ssennss…
-Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Najważniejsze jest, że mam
ciebie i Astarotha. Nie wiem, Agafe… po prostu wiem, że jestem z
wami szczęśliwa.
Kobiety wtuliły się w swoje ciała. Wzajemne ciepło rozluźniało.

* * *

Pokój był niewielki, ale urządzony z klasą. Cztery ściany zabarwiono
na jaskrawy pomarańcz, po czym zawieszono na nich czerwone abażury,
zostawiając miejsce na czarne półki, biurko, łóżko i szafę. Rudowłosa
stała przy władczyni smoków na środku pokoju.
-Ppoddobba mmi ssię.
-Mnie też. Jakbyś chciała coś zmienić, to mów. A… -Spojrzała na
łóżko. -Jest bezpieczne i wygodne.
Klepnęły na nim. Likame przetarła oczy dłonią.
-Jestem zmęczona. -Powiedziała. -Ale ty pewnie bardziej.
-Nnie wwiemm…
Agafe wzięła dłoń przyjaciółki. Nie chcę, żebyś sobie szła, pomyślała.
Może, gdy zostawię twoje włosy w spokoju to dłużej ze mną zostaniesz.
Nie idź, co ja zrobię bez ciebie? Będę całkiem sama… Nie chcę tak.
Mogę jej to powiedzieć, ale po co?
-Chyba czas się zbierać. -Właścicielka DA wstała.
-Ppóźnno jjużż…
-Tak, a jutro kolejny dzień… dużo pracy. Dobranoc.
Wzięła dłoń i z wolna ruszyła do drzwi. Zatrzymała się w progu.
-Zamknąć?
Kocha mnie, pomyślała władczyni smoków.
-Nnie. -Odpowiedziała i zobaczyła, jak ciało ukochanej zanurza się w
ciemności korytarzy siedziby Dragon Arch.
Nowa właścicielka pokoju przełknęła głośno ślinę. Zostałam sama,
pomyślała. Nie chcę być sama. Tak nienawidzę samotności… Ziewnęła.
Może najlepszym wyjściem jest pójście spać. Przynajmniej wtedy nie
będzie pamiętać, że nikogo nie ma przy niej.
Położyła się na łóżku, zamknęła oczy i spróbowała zasnąć. Po paru
minutach udało jej się to.

* * *

Powietrze pachniało potem i przerażeniem. Agafe z podkulonymi nogami
jedną dłonią kurczowo trzymającą się ramienia przyjaciółki miała
rozszerzone źrenice ze strachu. Drugą ręką trzymała się za serce.
Czuła, jak tłucze się ono w niej szaleńczym rytmem. Ciężko oddychała.
Jeszcze wczoraj tak dobrze spała… A dziś, co? Koszmar powrócił, ale
we śnie. We śnie…. znowu się to działo. Niech jej dadzą już spokój.
Spokój… Wykrzywiona bólem twarz władczyni smoków schyliła się w dół.
I natrafiła na białe prześcieradło. Białe…
-Agafe -usłyszała przyjazny, kobiecy głos. On był zewnętrznym
dźwiękiem, znajomym brzmieniem. -Agafe, wróć do mnie. Proszę, wróć.
-Ton był przyjemny, przyjacielski. Ale jakby daleki… Czy to echo
marzeń, czy realności? Nie wiedziała. -To ja, Likame, jestem przy
tobie…
Marzenia są takie piękne…
Powinnam ją uderzyć, pomyślała rudowłosa. Nie umiem… nie umiem jej
uderzyć. Ale jakiś kontakt musimy załapać. Delikatnie położyła swoje
dłonie na policzkach przyjaciółki. Odwróciła twarz tak, by Agafe mogła
wpatrywać się w oczy Likame.
Marzenia są takie ulotne…
Właścicielka Archa zamknęła oczy. Ustami dotknęła cudzych warg.
Poczuła, jak uścisk na ramieniu staje się niewidzialny. Obejmowały się
obie, spoglądając sobie w oczy.
Marzenia są takie prawdziwe.
-Likkamme…
-Tak, kochana?
Ten ciepły głos był prawdziwy. Ciało, które przy niej było oddychało.
I było piękne oraz znajome. Zakochałam się w jej oczach, pomyślała
Agafe.
-Kkkohchamm ććcięę.
Rudowłosa wzruszyła się. Poczuła dwie słone krople na policzku.

Wysoki brunet w czarnej koszuli sięgającej kolan szybko przemierzał
korytarz tonący w półmrocznych cieniach. Zatrzymał się przed drzwiami
do gabinetu ukochanej i nie mógł zmusić się do ich uchylenia. Wokół
niego trwała cisza. Westchnął ciężko, gdy zdał sobie sprawę, że nie
może znajdować się w takiej pozycji w nieskończoność. Wszedł do środka
i zastał Karinę, która układała kamyki na gobanie. Kobieta-demon
spojrzała na niego zaskoczona i wróciła do swojego zajęcia. Astaroth
podszedł do biurka i uderzył pięścią w blat. Ciemnowłosa niewiasta
wzdrygnęła się.
-Co się stało? -Zapytała nieśmiało.
-Nie twoja cholerna sprawa. Jak nie chcesz oberwać, to lepiej zniknij mi z oczu.
-Ale z gobanem ciężko się przemieszczać.
-Nieważne.
Mężczyzna przeszedł do prywatnego apartamentu swej pani i usiadł na
łóżku. Przecież to tylko pocałunek, pomyślał. One zawsze okazywały
sobie czułość, czy tego chciał, czy nie. Ale… tym razem chyba
przesadziły? Cholera. Jestem zazdrosny.
Wstał i wyszedł. Brunetka gapiła się w kształt czarno-białych pionków
na planszy.
-Co ty knujesz? -Zapytał.
-Nie wiem, jak zabić czarnego. To problem dla 1 dan.
Przysiadł.
-Też nie wiem. -Przyznał. -Ale może coś dla mnie zrobisz, a ja
spróbuję znaleźć rozwiązanie.
-A jeśli odmówię?
-Wiesz, co ci zrobię? -Chwycił ją za włosy i podciągnął ku sobie.
-Czemu miałabyś odmówić? Dotychczas tego nie robiłaś.
-Dotychczas nie przerywałeś mi problemów.
Parsknął śmiechem.
-A ja dotychczas nie byłem tak wściekły na twoją panią, jak teraz.
Więc nie prowokuj mnie, jeśli nie chcesz pogarszać sytuacji.
-Co się stało?
-Nic, co powinno cię martwić. A jeśli będziesz grzeczna, to i ja będę
grzeczny dla twej pani. Zgoda?
Puścił włosy.
-Co mam zrobić? -Zapytała. Co się stało, zastanawiała się. Chyba nic
poważnego, skoro nie czuję cierpienia pani… Ale czemu on mi nie chce
powiedzieć?
-Dowiedz się, co porabia Fadwa i dlaczego.
-Ach. Generalnie, teraz wałęsa się na Dworcu Centralnym w Warszawie.
Uważa, że tam znajdzie kogoś potrzebującego.
-Ona? Potrzebującego? -Zdziwił się. -I dlaczego ty już o tym wiesz?
-Bo mi się nudziło, więc poszłam ją odwiedzić. Myślisz, że jak sobie
daję radę z tym wszystkim? Daj mi rozwiązywać.
-Dobrze, ty się baw, a ja pójdę ją odwiedzić.
-Nie pójdziesz.
Spojrzał na nią zdziwiony i zapytał:
-Rozkazujesz mi?
-Jej pani sobie tego nie życzy.
Wstał.
-Nie podoba mi się to. -Rzekł. -Nie podoba mi się…
Jestem demonem, pomyślał. To chyba nie dziwne, że mam ochotę zrobić
coś złego. Ale dlaczego nie mogę się do tego zmusić?
-Co się stało? -Powtórzyła pytanie.
-Jestem zazdrosny, nie widać?!
Karina uśmiechnęła się, hamując śmiech.
-Nie widać. I tak długo wytrzymałeś.
-Bo one nie powinny były się całować. Przytulanie jeszcze, ale cała
reszta miała być tylko dla mnie.
-Jakoś wspólne orgie ci nie przeszkadzały.
-Bo są wspólne! Ale ona… ona ją tak pocałowała… do diabła.
-Pocieszę cię, że to nie był ich pierwszy raz.
Zamurowało go. Już wcześniej się całowały? Kiedy? Może, jak były w
szpitalu? I czy tylko na tym się skończyło?
-Ona jest moja! -Warknął i wybiegł z gabinetu.
Bieg nieco go uspokoił i gdy zbliżał się do otwartego pokoju, pełnego
światła z żarówek, zatrzymał się. Był wściekły, pocałunek odczuł jak
cios w policzek. Ale może nie powinien tak się zachowywać? Jego pani
nie chciałaby, aby wystraszył Agafe. Zakradł się i zobaczył, jak
rudowłosa wstaje z łóżka,  na którym leżało ciało spokojnie
oddychające. Natknęła się na jego wzrok i uśmiechnęła się kusząco.
Bo zaraz w coś walnę, pomyślał. Nie dość, że mnie zdradziła, to
jeszcze uśmiecha się w ten sposób. Powoli szła w jego stronę i kiedy
wyszła na korytarz, wyciągnęła do niego ręce. Nie zareagował.
Dlaczego nie przytula?, zastanawiała się.
-Astaroth? -Zapytała. Na jej twarzy zaczęła się odmalowywać powaga.
-Dlaczego jej nie uderzyłaś? Tylko musiałaś ją pocałować?
-Ja… inaczej nie umiałam. Nie potrafiłabym jej skrzywdzić.
-Przecież to tylko klaps.
-Nie, to nie klaps. Już wystarczy wobec niej przemocy.
-Ja bym to zrobił.
-Nie.
-Nie musiałaś jej całować!
-Ciszej, bo ją obudzisz. Dopiero co usnęła. -Uśmiechnęła się.
-No i z czego się tak cieszysz? Przecież mnie zdradziłaś.
-Nie przesadzaj, przecież nie uprawiałam z nią seksu.
-Jeszcze nie, ale skąd mam wiedzieć, że…
Podeszła do niego i zamknęła mu usta francuskim pocałunkiem.
-Jak miło wiedzieć, że mnie kochasz, kochany. -Mruknęła.
-Nie życzę sobie powtórki z rozrywki…
-Ja po prostu was kocham. Nie wiem, czy tak samo, ale muszę jakoś
okazywać jej uczucia…
-Miałaś być wyłącznie dla mnie.
-Miałam jedynie dawać ci ciało.
-Nie kochasz mnie?
-Przecież powiedziałam, że kocham was oboje.
-Ale jak możesz się całować z nią i ze mną….
-Potrafiłbyś mnie uderzyć?
Uświadomił sobie, że może i chciał zadać jakiś cios, ale zieleń w jej
oczach go zatrzymywała. Było w nich coś z dojrzałej trawy o ciemnym
kolorze. Nie był w stanie wypowiedzieć żadnego słowa.
-Nie. -Rzekł w końcu i czuł się tak, jakby zrobił to po całej wieczności.
-Widzisz? Jak można krzywdzić najdroższą ci osobę?
Przytulił się do niej. Chyba zapominał o złości. Bo dotyk jej ciała
był dla niego pieszczotą. Bo miał ochotę ją rozebrać i wziąć, posiąść.
Bo była dla niego wszystkim.
Cmoknął ją delikatnie w usta.

Likame miała rację, pomyślała. Powinna była coś zjeść, niż tylko
poranne ziemniaki.
Leżała na łóżku i gapiła się w brązowy sufit. Chciała wstać, ale nie
miała sił. Była słaba i nadal nosiła bandaże. Niech mi ktoś pomoże
wstać albo niech przyniesie jedzenie, poprosiła w myślach.
-Pani? -Usłyszała znajomy głos muzułmanki. Spojrzała w bok i zobaczyła
przed sobą kobietę o ciele dziecka.
-Ttakk?
-Wzywałaś mnie?
-Nmt… -Urwała. Przecież ten demon nie zjawił się tu bez powodu,
stwierdziła. I wiem, dlaczego się zjawił, a mimo to boję się przyznać,
że to moja sprawka. Głupia. -Jjjesttemm ggłoddnna….
I nie mam siły wstać, dodała w myślach. Spojrzała na otwarte okno,
przez które delikatnie zstępowały do pokoju ciepłe promienie
słoneczne. Co za dzień dziś mamy? Miałam chyba dziś zrobić coś
ważnego…
Na korytarzu rozległy się kroki. Fadwa odwróciła się i zobaczyła w
wejściu czarnowłosą kobietę w czerwieni.
-Dzień dobry. -Powiedziała przybyła i weszła do środka. -Jak się miewacie?
-Daj jedzenie, to ci powiem. -Odparła złodziejka.
W dłoni Kariny pojawił się talerz z sushi. Położyła go na łóżku.
-Proszę. -Powiedziała, uśmiechając się.
Agafe rozpoczęła posiłek. Zapadła cisza.
-Wyjdźmy -zaproponowała w końcu muzułmanka.
Władczyni smoków znieruchomiała. Chcą wyjść? Zostawią ją samą? Tylko
nie samą, ja nie chcę być sama, stwierdziła. Czuła jednak obawę przed
reakcją swego demona. On ma wolę i niech robi, to, na co ma ochotę.
Tylko raz ośmieliła się wydać jej rozkaz. I nie miała ochoty na dalsze
rządzenie. Bo to w końcu żywa istota z uczuciami.
Fadwa patrzyła na swoją panią.
-Pani? -Zapytała.
-Jja… jja bbymm…. nnie zzosttawwiajj mmnnie.
-Nie zostawię. Równie dobrze tu mogę z nią o tym porozmawiać.
Właścicielka Nirgiza wróciła do jedzenia, choć czuła, że jest pełna.
Może rozepchanie żołądka to nie taki zły pomysł, zastanowiła się. W
końcu musi mieć siłę na życie. Życie…
-Dlaczego tak? -Zapytała Karina, przerywając tok myślowy Agafe.
-Jjessttemm ssammottnna…
Brunetka westchnęła ciężko. I co z tego?, myślała. Ja też jestem, ale
ona może więcej ode mnie. Czuła złość, że pani Fadwy życzyła sobie jej
obecności.
-Jak noc? -Zadała pytanie złodziejka.
-Ddobbrze.
-Doskonale, pocałowały się. A Astaroth się dowiedział.
I zaraz tu przyjdzie, uświadomiła sobie władczyni smoków. I będzie chciał…
Niedojedzone jedzenie spadło na podłogę, sos rozlał się na butach
muzułmanki. Ta, zupełnie zaskoczona, została przygarnięta i przytulona
przez swoją panią.
-Ppottrzebbujję ćcię. Kkoggośś…
-Co? -Zdziwiła się Fadwa.
-Bbojję ssięę.
Ale czego?, zaniepokoiła się złodziejka.
W drzwiach stanął demon. Miał na sobie czarny garnitur.
-Witam. -Powiedział chłodno i wkroczył do wnętrza. -Byłybyście tak
miłe i zostawiły nas w spokoju?
-Nniee. -Jęknęła Agafe. Spojrzała w brązowe oczy Astarotha, ale nic w
nich nie dostrzegła.
-Przecież cię nie skrzywdzę.
-Sskkądd mmamm wwieddż… wwiedźdźiećć? Jjesstteśś ddemmonnemm, aa…
-Chciałem tylko powiedzieć…
-Więc to powiedz. -Wtrąciła złodziejka.
-Zamknij się! -Warknął. -Nie życzę sobie takich numerów! Likame jest
tylko moja i moja, zrozumiano?! I nie waż się mnie prowokować,
ostrzegam.
-Nnie kkrzywwdźdź… -Jęknęła płaczliwie władczyni smoków.
-Jeśli pozwolisz im na wyjście, to zostawię twoją Fadwę w spokoju. Ciebie też.
Właścicielka Nirgiza nic nie odpowiedziała. Czego ja się boję?,
zastanawiała się. Przecież to tylko jego chora zazdrość, a on mnie nie
skrzywdzi, bo jest Astarothem. Przecież Astaroth jest dobry.
-Jjesstteśś ddobbrry…
Brunet westchnął ciężko. Jeśli Likame się dowie o jego dzisiejszym
zachowaniu, to go opierniczy. Skamieniał nagle. Pokręcił głową, jak
tylko usłyszał za sobą śmiech Kariny. Zwrócił w jej stronę twarz.
-Co? -Zapytał.
-Myślałam, że jesteś inteligentniejszy. Najpierw od siebie się wymaga,
a potem można od innych. Zresztą, nie wymagaj od niej zbyt wiele,
bo…
-Karina, co ci powiedziałem?
-Myślisz, że Likame ci pozwoli?
-Pozwoli, jak tylko dowie się, że mnie prowokujesz.
-Nudzi mnie ta rozmowa.
Zaczęła wychodzić, narzeczony rudowłosej ruszył za nią. Już na
korytarzu rozległy się uderzenia biegnących stóp.
-Pani? -Odezwała się muzułmanka.
-Tto… tto… bbyłło…
Zabawne, dodała w myślach. Chciałabym to powiedzieć normalnie.
Dlaczego nie jestem w stanie mówić normalnie? Przecież teraz nic się
nie dzieje, jest mi dobrze. Jestem przecież…
Jest? Kim jest? Na pewno nie jest szczęśliwa, nie bez niego. Bardzo za
nim tęsknię, pomyślała.

Rudowłosa piękność usiadła na łóżku i ziewnęła. Zerknęła na widok za
oknem i westchnęła. Błękitne niebo bez białych płat oznaczało kolejny
letni dzień. Kiedy ostatnio padało?, zastanowiła się i wstała. Naga,
podeszła do swej garderoby, wzięła pierwszą lepszą bieliznę i
niebiesko-czarną sukienkę. Zza drzwi usłyszała głos Astarotha:
-Chciałem tylko porozmawiać.
-Tak? Może powiem pani, co zrobiłeś.
-Przestań mnie prowokować!
-Nie mogę. Musisz sobie uświadomić, że masz w sobie wiele złych emocji
uniemożliwiających zostanie aniołem, a moja pani życzy sobie, byś nim
się stał.
Nie odpowiedział.
Likame włożyła na siebie stanik i majtki, po czym otworzyła drzwi.
Uśmiechnęła się na widok Kariny i swojego narzeczonego.
-Co zrobiłeś? -Zapytała.
-Karina, ja cię kiedyś…
-Wystraszył Agafe.
Właścicielka Archa westchnęła ciężko. Znów będzie ją musiała pocieszać
i pewnie wycierać łzy.
-Ja nie chciałem. -Powiedział ze skruchą Astaroth. -Ale chcę, byś była
cała moja…
-Później o tym porozmawiamy.
Ruszyła na korytarz. Szła wolnymi krokami, nie śpiesząc się. Pewnie
zastanie przyjaciółkę skuloną albo zapłakaną, nie ma znaczenia, czy
przyjdzie do niej za sekundę, czy za dwie minuty. Zaburczało jej w
brzuchu. Stanęła w wejściu i uśmiechnęła się.
Agafe nie płakała, obejmowała swojego demona i patrzyła na biurko.
-Agafe? -Odezwała się Likame.
Wtedy władczyni smoków jakby się ocknęła. Pozwoliła, by muzułmanka
wyplątała się z jej objęć. W powietrzu pachniało sushi. Gdy Fadwa
odeszła na bok, rudowłosa zauważyła jedzenie na podłodze.
-Pposspprząttamm.
-Astaroth to zrobi.
-Alle oonn…
-Niech to będzie jego pokuta. -Dotknęła policzka właścicielki Nirgiza.
Nie wyczuła zaschniętych łez. -Mocno cię wystraszył?
-Hchybba nnie…
Likame usiadła przy ukochanej i przytuliła ją.
-To dobrze. Jak reszta nocy?
-Ssppokkojnna…
-Tak?
-Jja… mmiałłamm ssenn… ssmmuttnno mmi… ttęsskknnię….
Milczały. Dobrze być razem. Czuły się ze sobą szczęśliwsze. Te zielone
oczy są takie piękne, pomyślała Agafe. Gdybym mogła o nim zapomnieć…
nie, nie zapomnieć… gdybym mogła być jakoś szczęśliwsza… co mam
robić, tak tęsknię.
-Llikkamme?
-Słucham, kochanie?
Władczyni smoków nerwowo zaczęła się bawić rudymi włosami przyjaciółki.
-Jjakk mmamm bbyćć szszczęśślliwwa, sskkorro jjeggo nnie mma…?
-Ja…
Nie wiem, stwierdziła. Nie wiem, co mam powiedzieć. I nie wiem, jak ją
pocieszyć. Nie potrafię odpowiedzieć na takie pytanie. A przecież
sama… ale wtedy… ja…
-Nie wiem.
Jak można spróbować odpowiedzieć na takie pytanie? Czy w ogóle się da?
Nie wiem.
-Ttakk bbarddzoo hchccę bbyćć ppprzy nnimm…
Musi się w końcu przestać jąkać.
-Chodź. Ja zjem śniadanie, a ty się umyjesz. Czeka nas długi dzień,
nie ma co się użalać…
-Jjesstteśś ttakka szszczczęśślliwwa…
-Ty też możesz być, kochanie. -Pocałowała ją w czoło. I czuła, jak ma
ochotę powtórzyć ich ostatni pocałunek. Nie sposób nie kochać
władczyni smoków.

* * *

Drzwi do gabinetu zostały otwarte.
-Pani. -Rzekł Astaroth, stając przed oczyma swej wybranki, do której
przytulała się Agafe.
-Astaroth, mam ochotę na sushi.
-To aluzja chyba, a nie ochota?
-Jestem głodna, a ty byś posprzątał w pokoju Agafe.
-Nie jestem służącym, poza tym to ona nabałaganiła.
-Ale ty ją wystraszyłeś i jako pokutę mógłbyś to zrobić.
-Jaja sobie robisz ze mnie, kochanie?
-Absolutnie nie. Mówię to jak najbardziej poważnie.
-Kochanie…
-Idź sprzątać, As.
-Kochanie…
-Idź!
Spojrzał na nią, jak na nieznajomą kobietę. To na pewno była jego
narzeczona? A może wkurzyła się tym, co zrobił dziś rano? Pewnie tak.
Nie powinienem się dziwić, pomyślał. Czy one mogły… Czy one mogły
się pocałować kolejny raz? Cholera, znowu robię się zazdrosny.
-Dobra, dobra. -Rzekł z rezygnacją i uciekł na korytarz.
-Dość chłodno go potraktowałaś. -Skomentowała czarnowłosa
kobieta-demon, stawiając sushi na biurku.
-Może zasługuje na to. Moja Agafe… Agafe… -Przytuliła
przyjaciółkę. -Chciałabym, żebyś, Agafe, była szczęśliwa i nie bała
się. Nie ma czego, naprawdę.
Takie to ładne, pomyślała Karina. Szkoda, że pani nie jest dla mnie
taka czuła… kiedy nie było Agafe, było lepiej…. dla mnie…
-Kkarrinna?
-Słucham cię.
-Kkarrinna… jja… hchodźdź ddo nnass.
Kobieta-demon niepewnie podeszła do ściskającej się pary kobiet.
Władczyni smoków przysunęła ją do sobie i objęła.
-Y… -Stęknęła zdezorientowana brunetka.
-Cco? Jja nnie hchccę… nnie hccę ssmmuttkku.
-Ale ja nie jestem smutna…
Ale ja wiem, co myślałaś, stwierdziła władczyni smoków. I nie podoba mi się to.
Ciekawe, powiedziała sobie w głowie Likame. Czegoś nie wiem i pewnie
Agafe powie mi to, jak zostaniemy same… jeśli mi powie.
-Nnie?… Kkarrinna…
-Tak?
Czego ona może chcieć?, przeleciało jej w myślach. Czuła się
niepewnie. Zrobiła może coś złego? Zostanie ukarana?
-Bbądźdź szszczczerra.
Kobieta-demon chciała krzyknąć: “a nie jestem?!”, wyrwała się z
uścisku pobladła na twarzy. Władczyni smoków sprawiała wrażenie, jakby
czytała w myślach. Ale, nawet jeśli… to jest takie…
-Muszę wyjść. -Powiedziała i nie czekając reakcji przyjaciółek, wyszła.
-Co jej zrobiłaś? -Zapytała rudowłosa.
-Jja… Llikkamme…
-Słucham, kochana.
Właścicielka Nirgiza zaczęła się bawić włosami ukochanej.
-Jja… jja nnie hchćciałłamm… jja…
-Kochanie, spokojnie.
-Bbo oonna… jja… jja nnie wwwiemmm… Llikkamme…
-Tak?
-Kkohchamm ćcię. Ii… ddllatteggoo.. bboo oonna wwyddawwała ssię
zzazzddrossnna… bboo… oonna jjesstt ssammottnna… ii…
wwieszsz… hchćciałłabbymm… jja… jja…
Właścicielka Archa nie odpowiedziała. Karina zazdrosna? Czemu wszyscy
są zazdrośni?
-Hchccę… hchccee mmi ssię ppłakkaćć…
-Nie płacz, proszę. Bądź silna i nie płacz, przecież nic się nie stało.
-Nnie jjesstteśś zzła?
-Nie ma za co. Jedyne, co jestem, to głodna. -Uśmiechnęła się.

* * *

Siedział na korytarzu i przyglądał się swoim pazurom na dłoniach.
Stanęła naprzeciw niego. Objął ją wzrokiem. Żadne z nich się nie
odezwało. Musiała minąć chwila, może więcej, nim postanowiono przerwać
ciszę.
-Przepraszam. -Powiedziała brunetka.
Astaroth uniósł brew i zapytał:
-Za co?
-Za moje zachowanie. Może, gdybym nie była taka głupia, pomógłbyś mi teraz.
-O co chodzi?
-Ja nie wiem, kim ona jest? Kim ona jest, żeby czytać mi w myślach?!
Narzeczony Likame westchnął ciężko. Tak, władczyni smoków ma być
potężna, ale żeby jej moc, nie, umiejętności posługiwania się nią,
były tak szybko zdobywane? Jasne, dawno, dawno temu najwięksi
potrafili czarować samymi myślami. W porządku, sam do nich należał.
Jednak dzisiejsze zdolności zawdzięczał ciężką, wieloletnią pracą. A
ona? Tak po prostu brnie w te czary, umie z miejsca czytać innym w
głowie… Nyssa nie ma z nią szans, uświadomił sobie i był tego tak
pewny, jak tylko mógł być.
-Jest władczynią smoków. -Powiedział. -Myślę, że miała swoje powody do
skomentowania twej myśli. -Uśmiechnął się niemal złośliwie.
-Przecież ja bym nigdy nie skrzywdziła Likame!
Spoważniał.
-Nigdy nie wiesz. O bogach mówiło się, że są nieśmiertelni i jakoś się
to nie potwierdziło.
-Czy władczyni smoków jest bogiem?
-Sama powinnaś to wiedzieć najlepiej. Prowadziłaś na ten temat badania, prawda?
-Miałam pewne podejrzenia, ale… jak… powiedz mi, jaka magia może
się bać i kochać? Jaka magia?!
Wybuchnął śmiechem. Wstał.
-Twoje pytania są bezwartościowe. Lepiej się dowiedz, czy twoja pani
cię nie potrzebuje.
-Tak, wzywa.

Agafe siedziała na kanapie. Likame przy biurku, przed swoim
komputerem. Pozostałe demony rozłożyły się w kącie. Do gabinetu weszła
Karina, zaraz za nią Astaroth.
-Widzę, zebranie naukowe. -Powiedział przybyły.
-Kochanie, chodź tu, coś ci powiem. -Odparła rudowłosa. Demon wykonał
polecenie, a Likame objęła jego szyję i pocałowała w usta. -Może być?
-Naturalnie. -Usiadł na jej kolanach. -Chyba jestem za duży. Zamieńmy
się miejscami. Ustami musnął jej ucho. Wstała, wyszła na środek i
powiedziała:
-Mamy problem logiczny. Chcemy ogłosić wszędzie, gdzie się da, że mamy
świetną szkołę wojskową i szukamy chętnych, ale… -Urwała. Chciała
powiedzieć “Nyssa”, ale przecież władczyni smoków spanikuje.
Westchnęła. -Wróg może tego nie przespać.
-Nie trzeba się podawać za szkołę wojskową. -Odparł Trójka.
-Wystarczy, jak podamy, że mamy niesamowite programy nauczania oraz
niesamowitą kadrę i ostatnią szansę zdobycia edukacji.
-Ale i tak się dowie, że coś knujemy.
-Ona już to wie, tylko jeszcze nie jest zorientowana, co takiego…
-Dla naszego bezpieczeństwa lepiej by było, gdyby nie wiedziała.
-Tylko nie mów, że jesteśmy w kropce.
-Jesteśmy w czarnej dupie, nie w kropce -skomentował Sheez, zjawiając
się nagle przy swej twórczyni. Odetchnął głęboko, gdy zauważył, że nie
ma w pokoju Fadwy.
-Nnie pprzessaddzajj. Jja…
-Tak, ty, kurwa! -Wrzasnął na nią, a ona skuliła się. Nie będę płakać,
pomyślała. Przecież to ja go stworzyłam, czemu on na mnie krzyczy?
-Mogłabyś przestać się opierdalać i raz na zawsze…!
-Przestań. -Powiedziała twardo Likame. -Przestań. Znów muszę ją uspokajać…
Jestem ciężarem, pomyślała Agafe. I będę nim, dopóki nie przestanę…
ale czy ja mogę się przestać… przestać bać? Zapomnieć o tym? Czy
potrafię? Czy dam sobie radę? Poczuła ciepły uścisk. Położyła głowę na
ramieniu rudowłosej.
-Chciałaś coś powiedzieć. -Powiedziała narzeczona Astarotha.
-Jjja…. bboo jja ppottrzebbuję czczasu… czczasu… -Chciała
powiedzieć: “czasu”. -Czczasu… -Stwierdziła: nie potrafię.
Wybuchnęła płaczem.
Mogła tyle zrobić, ale przestać się bać nie mogła. Bo to wszystko, co
przeszła było tak dotkliwe, tak niszczące, że to, iż żyje, powinno
zostać nazwać cudem. Zrobiono jej różne świństwa i teraz nie może
normalnie wypowiedzieć słowa. To jak ma się opiekować bachorami? Nie
wyobrażała sobie jąkającego się nauczyciela. Jąkanie… przecież
jąkanie można wyleczyć.
-Jja hchccę nna tterrappięę. -Jęknęła.
-Karina, co z tymi psychologami, co miałaś załatwić?
Kobieta-demon westchnęła.
-Są gotowi w każdej chwili. -Powiedziała. -Proszą tylko o podanie terminu.
-Weź ich umów na dziś, dobrze?
-Świetnie, moje panie, ale Phobos nie może dłużej czekać. -Postanowił
Astaroth. Nadal mamy problem do rozwiązania i nadal nie wiemy, jak go
rozwiązać.
-Jja… bbo jja… -Przełknęła ślinę. -Jjaa hchćciałłamm pprossićć o
czczas… -Poczuła gwałtowną potrzebę spróbowania znów, ale
powstrzymała się. To nie moment na taką walkę.
-Kiedy my go właśnie nie mamy.
-Aalle jja… jja wwiemm, jjakk zzabbezzppieczczyćć… jjakk… rrozzummieszsz?
-Powiedz to pełnym zdaniem.
Nie, pomyślała. Nie powiem.
-Bbęęddę hchrronnićć. Hchrronnić nnass… wwass ttuu ii ttaamm….
-Skoro potrafisz nas chronić, to weź dupę w…! -Wtrącił szatyn.
-Zamknij się. -Rozkazał Astaroth. Na jego twarzy malowało się
zniecierpliwienie. -Ja mogę nie przepadać za Agafe, ale to
przyjaciółka mej pani i jak jeszcze raz spróbujesz wypowiedzieć imię
kurwy, to każę cię dostarczyć prosto w jej ręce.
-Jaki chuj! Po czyjej stronie jesteś?!
-Weźcie go walnijcie czymś. -Poprosił Dwójka.
Władczyni smoków roześmiała się trochę histerycznie.
-Ale bajzel. -Dodał Trójka.

Park Róż w Gorzowie Wielkopolskim to duże miejsce, znajdujące się przy
nowoczesnej bibliotece. Gdy wchodzi się do niego, zauważa się wielki
staw z bawiącymi się łabędziami. Można usiąść w cieniu drzew,
kasztanów czy dębów, na dość stylowej ławce. Spokój, jaki panuje w
otoczeniu pomaga powędrować myślami ku niebu. Ona, siedząc na właśnie
takim ozdobnym miejscu i wtulając się w miękkie ramię pięknej kobiety
o rudych włosach, wspominała moment, gdy George do niej podszedł i
spytał, czy pomóc. Bo znajdowały się dokładnie w tym samym punkcie.
-O czym myślisz? -Zapytała Likame.
-Oo nnimm… -Odparła cicho Agafe. -Oo mmoimm annielle.
-Jesteś smutna.
-Bbo jjeggo nnie mma…
-Nie ma również Archa. Nie mogę z nim porozmawia -znać było wzruszenie
w głosie -przelecieć się na nim… on był taki piękny… I ciągle nie
chce mi się wierzyć, że ja do tego doprowadziłam. Tak bym chciała go
przeprosić…
-Nnie mmussiszsz…
-Muszę. Przeze mnie zachorował, zrobił to, co chciałam… głupia.
-Miała łzy w oczach.
-Pprzeppraszszamm, nnie ppłaczcz…
-Tak, masz rację. Nie ma sensu płakać. Może kiedyś zostanie mi to wybaczone.
-Aalle cco…
-Przecież, kochana, mogłam współpracować z tą kurwą. Mogłam!
-Zacisnęła pięści. -A teraz muszę się gryźć z wyrzutami sumienia…
-Aalle oonn nnie mma nnicc ćci zza zzłee… mmówwi… wwiemm, żże
mmówwi, żże ćcię kkohchaa… oonn nnie hchcce, bbyśś ssięę nnimm
pprzejmmowwała…
-Co?
Agafe wzięła dłoń rudowłosej i przyłożyła do swego serca.
-Jakie…
Zabrakło jej słów. Wydawało jej się, że ma przed sobą nie
przyjaciółkę, a smoka. Gad zdawał się mieć uśmiech.  Czuła z niego
przyjemne ciepło i uświadomiła sobie, że zna to uczucie. Odruchowo
przytuliła się do Archa. Chciała zatopić się w tym ciele, w tym sosie
miłości. Nie potrzebowała słów, chciała mu dać to samo, ale miała
wrażenie, że robi to nieudolnie. Wiem, że mnie kochasz, usłyszała w
głowie znajomy głos. Ja też cię kocham i nie ma powodu, bym był na
ciebie zły. To był mój wybór. Do zobaczenia.
-Nie odchodź -jęknęła.
Poczuła, jak czyjeś dłonie z czerwonymi pręgami wycierają jej łzy z
policzków. Agafe, pomyślała. Przytulam się do Agafe.Czy to był sen,
czy to była prawda? Co to było?
Objęła przyjaciółkę mocniej.
-Chciałabym wiedzieć, że to było prawdziwe.
-Bbyłło. Jja… jjessttemm… wwiddziszsz…. pprobbllem ww ttymm,
żże… jjessttemm hchybba wwładdczczyńnią ssmokkóww pprawwdździwwą ii
jjakk ssmmokk uummierra, tto czczęęśćć m… jjeggo czczęśćć iidździe
ddo mmńnie ii jja nnie rrozzummiemm tteggo…
-Nie musisz. Dziękuję ci. Dziękuję.
Przyjaciółka Likame zobaczyła na jej twarzy uśmiech. Jest szczęśliwa,
pomyślała. Mimo utraty ukochanej osoby, jest szczęśliwa. Ja też bym
tak chciała…
Ale przecież czasami potrafi się śmiać czy cieszyć z drobiazgów. Gdy
widzi przed sobą błękitne niebo, czuje w sobie coś, co każe jej tu
dalej być. Bo jest pięknie. Wyjść na dwór i zobaczyć, ile kolorów ma
ten świat. Poczuć zapach świeżo ściętych róż i obejrzeć taplające się
w wodzie ptaki. Różnorodność tego wszystkiego wołała, by ją odkrywać i
się nią cieszyć.
Ale to, co przeżyła, było takie straszne… a może powinna mniej czasu
poświęcać na roztrząsanie tego wszystkiego? W końcu Likame też nie
wiodła życia usłanego tulipanami. Raczej miała go wyłożonego różami o
dużych, ostrych kolcach. Była przecież zmuszana do współpracy z …  i
jakaś suka nagle postanowiła ją skrzywdzić i zabić Archa. Ale dlaczego
ta kurwa tak krzywdzi tych, których pokochała?
Chcę ją zabić, pomyślała władczyni smoków. Chcę zabić tę kurwę. Ale
nie zrobię tego chyba, jak będę się nad sobą tak użalała…
Ale to wszystko nie ma jakiegoś większego sensu. Spojrzała w niebo.
Jest piękne, ale czemu nie może być z George’m? Dlaczego postanowiono
jej go zabrać?
Przestań się dołować, strofowała się. Przecież Likame chce, by
walczyła. Ona też pewnie niejedną walkę ze sobą rozegrała.
Przyjaciółka zawsze była od niej silniejsza, ale to nie znaczy, nie
znaczy to przecież, że sama Agafe nie mogłaby być jeszcze silniejsza,
niż jest.
Bo ból, który ma za sobą ma za sobą. ZA SOBĄ, nie przed sobą. Dam
radę, dam radę, wmawiała sobie.
Przytulała się do właścicielki Archa. Stały przy stawku i patrzyły na
łabędzie igraszki.
-Chodźmy już. -Postanowiła Likame. -Musisz na terapię.

Budynek był skromny, o niskiej zabudowie. Nie wyróżniał się z tłumu
nawet pomalowany na niebieski kolor. Ciemniejące niebo sprawiało, że
miejsce to zlepiało się z nim w jedną całość.
-Ciekawy widok -skomentowała rudowłosa, pozwalając, by Agafe nerwowo
bawiła się jej pasmami włosów. Stały parę metrów przed wejściem.
-Nnie wwiemm…
-Chodź.
Ruszyły w stronę brązowych i lekko zdrapanych drzwi. Likame otworzyła
je, weszła do środka i przygarnęła do siebie przyjaciółkę, która
zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, czy ma wejść, czy nie.
Do pokoju terapeuty szło się korytarzem wyściełanym czerwonym dywanem.
Na ścianach zawieszone były informacje o turnusach rehabilitacyjnych i
problemach z mową. Przeszły obok nich zupełnie obojętnie. Stanęły
naprzeciw różowych drzwi z tabliczką z nazwiskiem Agata Wojciesz. Obok
nich przyczepiono dzwonek. Właścicielka DA nacisnęła na niego. Po
chwili w progu stanęła wysoka i trochę gruba kobieta o krótkich,
brązowych włosach. Miała na sobie zieloną sukienkę w czarne kropki o
dość niestylowym kroju.
-Witam. -Powiedziała terapeutka. -Proszę, wejdźcie.
Goście weszli i usiadły na zielonej kanapie, która nijak nie pasowała
do różowych ścian.
-Jak państwo wiecie, jestem logopedą i terapeutką. -mówiła bardzo
wyraźnie, uśmiechając się z lekka sztucznie. -Prowadzę terapię metodą
Aurutian, przynosi ona bardzo dobre efekty. Ale nie wiem dokładnie,
która pani ma problem z jąkaniem.
-Jja…
-Dobrze, przedstawisz się?
-Nnazzywwamm ssięę Aaggaffe…
Agata podrapała się w głowę. Kontynuowała zadawanie pytań:
-I jak długo pani się jąka?
-Oodd… jja… nnie wwiemm…
Nie wiedziała. Lekko ją niepokoiło to, iż do dziś nie uświadomiła
sobie dokładnej daty dnia, ale nie chciała tego. Nie chciała wiedzieć,
ile przebywała tam, w Piekle. W Piekle… w tym miejscu zaczęła się
jąkać, to było straszne miejsce, z ludźmi, którzy robili jej wiele
złego.
Likame przytuliła przyjaciółkę, wyczuwając jej nerwowość. Terapeutka
uważnie przyglądała się sytuacji, miała zmarszczone brwi. Władczyni
smoków chciała zniknąć choć na chwilę, czuła, jak niewesołe obrazy
wciskają się jej do głowy. Chwyciła kosmyki włosów przyjaciółki i
zaczęła je przesuwać z jednej do drugiej dłoni.
Nie wiem, czy będę mogła jej pomóc, pomyślała logopeda. Jej reakcja
bardziej przypomina atak paniki, niż tik nerwowy.
Likame westchnęła ciężko. Czuła się odrobinę nieswojo.
-Wie pani -rzekła. -Ona od jakiegoś czasu się jąka. Wcześniej tak nie
miała, ale jest po trudnych przejściach.
-Pani ją dobrze zna?
-Tak.
-Więc mogłaby pani odpowiedzieć na choć trochę pytań? Bo z jąkaniem
się to trzeba jak najkrócej, wie pani.
-Myślę, że tak.
-Ona każdy wyraz tak wypowiada?
-Każdy, jaki słyszałam, czy byłyśmy same, czy nie.
Właścicielka Archa czuła się coraz mniej komfortowo. Nie dość, że
Agafe spanikowała, to jeszcze rozmawia o niej, jakby jej nie było.
Przełknęła głośno ślinę.
-Wie pani może, czy ona ma jakieś wady w budowie warg, twarzy lub uszkodzenia?
Rudowłosa czuła na sobie drżące ciało przyjaciółki. Miała wrażenie, że
samo mówienie o jakimkolwiek uszkoczeniu czy czymś podobnym wywołuje
lęk we władczyni smoków.
-O wadach wrodzonych nic nie wiem… nie jestem również pewna co do uszkodzeń…
-Niech mi pani jutro przyniesie dane lekarskie na ten temat z każdego
okresu. Niech pani przyjdzie ze swoją przyjaciółką za dwa dni do mnie.
Skończę diagnozę wstępną. Tylko proszę mi jeszcze powiedzieć, czy ona
będzie brała udział w jakiś innych terapiach?
-Mam nadzieję, ale ona najpierw chciała się pozbyć jąkania.
-Nniee… nniee hchccę ssię jjąąkkaćć…
-Jeśli pani -podjęła wątek Agata -będzie walczyć ze strachem w
mówieniu, będzie pani trenować mowę przed lustrem i będzie pani bardzo
chciała, to w końcu pani pokona jąkanie. A przynajmniej w mojej
terapii każdy, kto brał w niej udział, nie jąkał się.
Ale nikt nie był tak trudnym przypadkiem, jak ty, pomyślała
terapeutka. I nie jestem do końca przekonana, czy to jąkanie da się
wyleczyć.
-W każdym razie, to wszystko na dziś. -Dokończyła. -Dziękuję.
Przyjaciółki wstały.
-Dziękujemy. Do widzenia.
-Ddo wwiddzenniaa…

Szły w milczeniu przez korytarz, a gdy znalazły się na zewnątrz,
zatrzymały się. Miały nad sobą granatowe niebo, na którym światło
roztaczał samotny księżyc. W ich ciała uderzył chłodny powiew wiatru.
-Pprzeppraszszamm…
-Za co? Znowu nie wiem, za co mnie przepraszasz…
Likame objęła przyjaciółkę. Ciepło ich ciał zlepiało się w
przyjemność. Nie liczyły czasu swego zetknięcia. Rudowłosa poczuła na
ramieniu znajomą, męską dłoń. Otrzeźwiała.
-Jest późno -stwierdził Astaroth.
-I co? -Zapytała, nie wypuszczając ze swych rąk Agafe.Tak dobrze się
przy niej czuła.
-Chciałbym dostać swoje, jeśli można.
-Dawno w ten sposób nie mówiłeś. -Mruknęła, kładąc głowę na ramieniu
władczyni smoków i pozwalając, by jej włosy otuliły twarz.
-Bo pozwalasz, bym był zazdrosny. Naprawdę mnie to męczy.
-Przepraszam. -Nie wiedziała, do kogo kieruje to słowo. Jakoś nie
mogła się zmusić, by odejść od ukochanej. A powinna, bo to przecież
przed nią stoi najprzystojniejszy mężczyzna, a może demon, a może
jedno i drugie, jaki istnieje. Powinna też dlatego, że go kochała tak
samo być może, jak Agafe. A jeśli miałaby się od niej odłączyć, to czy
nie sprawiłaby tym jej przykrości? Przecież ona potrzebuje jakiegoś
ciepła, żeby sobie wszystko poukładać.
-Iidźdź… -Szepnęła władczyni smoków.
Rudowłosej zrobiło się żal. Poczuła przy sobie ciało swego ukochanego,
który delikatnie wyrywa ją z uścisku przyjaciółki. Delikatnie
obejmował i delikatnie pocałował w czoło, szyję, a na końcu w usta.
Wtedy władczyni smoków rozpłakała się. Bo ona nie ma jego przy sobie,
bo nie słyszy jego głosu i nie czuje jego dotyku. Bo tak za nim
tęskni, bo to jest ponad jej siły, ponad siły, żeby na widok byle
całusa zachować spokój. To po prostu bardzo boli. Boli
niewypowiedzianie.
Właścicielka Archa chciała podejść do Agafe, ale demon ją przytrzymywał.
-Co robisz? -Zapytała.
-Ona nie chce. -Odpowiedział. -Chodź, zostawmy ją samą.
-Jak to nie chce?
Chwila dezorientacji i znalazła się w swoim gabinecie. Demon zaczął ją
rozbierać.
-Ona cierpi, bo jest sama.
-Nie chcę, żeby była sama… -Zdjął z niej stanik. Już czuła podniecenie.
-Chcesz, żebym był jeszcze bardziej zazdrosny, pani ma?
Czuła, że coś jej w tym wszystkim umknęło. Wiedziała, jak to jest
stracić najbliższą osobę, ale nie bardzo rozumiała i nie była do końca
przekonana, że to dlatego jej Agafe popłakała się. I dlaczego chciała
być sama?
Władczyni smoków najpierw pomyślała: przytul mnie ktoś. Gdy się
rozpłakała, już tego nie chciała. Głupia jestem, przeszło jej przez
głowę. Tak płakać zgięta na ulicy, bez wyraźnego powodu i sensu.
Chodnikiem przechodzili ludzie. W pierwszej chwili, patrząc na
zrozpaczoną istotę, chcieli wyciągnąć do niej dłoń. Pod cierpiącym
spojrzeniem, unikającym dłuższego kontaktu, rezygnowali z tego
zamiaru.
Właścicielka Nirgiza przysunęła się do byle ściany, nawet nie
wiedziała, od czego. Wlazła w cień pokryty samotnością i nie chciała
się z niego wywlec. A może chciała, ale nie miała na to sił? Łzy
spływały jej po policzkach, nie zatrzymywała ich, nie wycierała ich,
tylko siedziała skulona pod ścianą budynku z panią terapeutką.
Zmęczona, zasnęła.

Położyła się na łóżku, bez stanika. Astaroth zdjął koszulę i usiadł
przy swej rudowłosej wybrance. Pocałował ją w policzek, zaczął głaskać
okolice pępka.
-Kochanie, chcesz seksu? -Zapytał, widząc jej brak reakcji. Zwykle
zaczynała pieścić go po klatce piersiowej.
-Tak. -Odpowiedziała.
Dlaczego tak skołowana osoba, jak Agafe, miałaby nie chcieć, by ją
przytulono, zastanawiała się Likame. Przecież ona potrzebuje wsparcia,
niepotrzebnie ją zostawiłam… zostawiłam? Chyba wróciła do siebie,
jak umie się teleportować, albo coś. Wróciła… Prawda?
-Tak, chcesz seksu. -Odparł demon i rozłożył nogi ukochanej na boki.
Uśmiechnęła się, ale nadal była zatopiona w myślach.
W jego dłoni pojawiła się czerwona wstążka. Zaczął nią obwiązywać
kostki narzeczonej. Po dwa razy i przywiązał do nóg łóżka.
Oddychała szybko z podniecenia. Co planuje?, zastanowiła się. Nie
powinnam jej tam zostawiać, przemknęło jej przez głowę. Ona przecież
taka sama… a jak była w Piekle to przecież zawsze jakoś nie
znosiłyśmy rozstań… cholera, co ja narobiłam? Ale on powiedział, że
tego nie chce, ale jak może nie chcieć? Na jej miejscu po prostu bym
się… bym, no, żądała przecież jakiegoś wsparcia. A ona tam sama,
biedna…. może wróciła, chcę, żeby wróciła. Czemu ja o niej myślę?
Przecież Astaroth tak delikatnie, pięknie mnie głaszcze między
biodrami, och…
Demon ziewnął. Stał nad swoją partnerką. W jego dłoni pojawiła się
tubka z bitą śmietaną. Położył ją na stole, po czym Likame zauważyła,
że zaczyna wiązać jej nadgarstki. Gdy przywiązał je do łóżka, wstążka
wcale nie skończyła się. Puścił ją i zsunął niżej jej majtki.
Pocałował kobiece krocze. Jęknęła.
Agafe, tak bym chciała wiedzieć, gdzie jesteś.
Na sutkach rudowłosej pojawiła się bita śmietana, która wędrowała
dalej, aż do pępka. Mężczyzna zlizywał z piersi smakołyk. Właścicielka
Archa uroczo jęknęła. Ogarnęła ją fala gorąca.
Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła, pomyślała. Przecież moje
dzisiejsze zachowanie było… nie powinnam się tak przy niej
zachowywać, opowiadać o niej, jakby jej nie było, pozwalać, by
zostawiono ją nie wiadomo gdzie, przecież nie tak dawno musiałam ją
zostawiać… Agafe, wybaczysz mi kiedyś?
Astaroth głaskał łechtaczkę swej pani. Paluszkami masował delikatną
skórkę wystającą trochę z krocza, zakreślając na niej bardzo kuliste
serduszka.
Ja nie wiem, błądziła dalej gdzieś ponad seksem Likame, czuję, że
powinnaś mi mieć za złe dzisiejszy wieczór. Tak nie chciałam tego
wszystkiego, może wizyta powinna się odbyć… cholera jasna… cholera
jasna…
Cholera jasna, skup się na seksie, strofowała siebie. Przecież jej
ciało było zniecierpliwione pożądaniem. Spięte z podniecenia, czekało
tylko, aż Astaroth przestanie zlizywać z palców mokry płyn, jaki
znalazł między udami swej pani. A potem chciało, by w nią wszedł, ale
demon uśmiechał się na swój demoniczny sposób i zamiast tego głaskał,
miętosił to mocno, to słabo, piersi kobiety.
Gdyby tak były razem i nie miały zmartwień, gdyby tak nie musiała jej
wtedy zostawiać, może teraz w pełni uczestniczyłaby w stosunku? Może
As tak sucho ją potraktował, bo pozwalała mu na bycie zazdrosnym? Ale
gdy to okazywał, to czuła się jeszcze bardziej kochana.
Jeszcze bardziej kochana, och, tak. Tak, mój drogi, wejdź we mnie, nie
dotykaj mnie tylko penisem, po prostu włóż go tam, gdzie jego miejsce,
proszę….
Pocałował ją w usta, pocałował ją w szyję, pocałował ją w pępek, po
czym zrobił to, czego się domagała.

* * *

Ciało leżało skulone, opierało się o niebieską ścianę. Spokojnie
oddychało. Drgnęło, otworzyło oczy i zobaczyło przed sobą przestrzeń w
szarych kolorach. Budynki mimo różnorodnych barw, miały jakby martwe
odcienie. Ludzi na połamanych chodnikach nie było widać. A samo słońce
ukrywało się za jakimś budynkiem.
Nie poruszyło się. Pojawił się nad nim cień.
-Zostawili cię tak samą? -Zdziwiła się Fadwa. Kucnęła.
-Pprrośsiłamm… rrozzummieszsz?… oonn… jjeggo… ii ddlatteggo…
Muzułmanka chwyciła delikatnie ramiona swej pani i podniosła je tak,
że Agafe znalazła się w pozycji siedzącej. Złodziejka przytuliła się
do władczyni smoków.
-Nawet nie wiesz, jak rozumiem.
-Ttakk?
Oddychały równomiernie, ich ciała były rozluźnione. Tęsknię za nią,
pomyślała Agafe i roześmiała się. Miała przy sobie kogoś miłego, kto
pragnie jej miłości, kto chce ją dawać, a myślała o pięknej,
rudowłosej damie z zielonymi oczami. Tęskniła. Tęsknić do osoby, którą
można usłyszeć… czy to nie jest przyjemne? Uśmiechnęła się ze
smakiem melancholii na ustach. Zaburczało jej w brzuchu.
-Chodź do mnie, zjesz śniadanie, a ja opowiem ci, co nabroiłam przez
ostatni czas.
-Cco nnabbroiłłaśś?…
-Coś, co mam nadzieję, że ci się spodoba.

* * *

Obudziła się z przeświadczeniem, że coś jest nie tak. Zmarszczyła
czoło, leżąc u boku swego ukochanego, popijającego kawę w pozycji
siedzącej. Ostatni seks nie był zbyt zadowalający, pomyślała.
Przytuliła się do Astarotha i pocałowała go w policzek.
-Co masz dziś w planach? -Zapytał.
-Nie wiem, może pokażę Agafe budynek Phobosa.
Demon nie odezwał się. Likame zamarła. Stało się coś? Przecież miała
tu wrócić. Ale czy to zrobiła?
Wstała gwałtownie, sięgnęła po bieliznę i czarno-niebieską sukienkę ze
wzorem krzywych kratek. Włożyła to wszystko na siebie w tempie
błyskawicznym.
-Myślałaś o niej. -Odezwał się narzeczony. -Myślałaś o niej, jak
uprawiliśmy seks, prawda?
-Też byś myślał o mnie, gdybyś mnie zostawił gdzieś zapłakaną.
Co ja zrobiłam, dręczyła się w umyśle. Może jednak wróciła i wszystko
jest w porządku. Astaroth nie zachowuje się, jakby wydarzyło się coś
bardzo strasznego. Ale widać, że nie miał najlepszego humoru.
Pocałowała go w policzek. Znów jest zazdrosny? To dobrze, to znaczy,
że ją kocha. Pozwolił, by opuściła swój pokój. Przeszła przez pusty
gabinet, wyszła na korytarz i niemal pobiegła do pokoju przyjaciółki.
Stanęła, jak skamieniała. Łóżko, jakby jej nie było. Kogoś w tym
wnętrzu brakowało.
Co ja zrobiłam, nie powinnam tak jej zostawiać, jestem okropna.
Odwróciła się napięcie i zamiast ruszyć do budynku z terapią, patrzyła
się na małą kobietę w chuście na głowie.
-Dzień dobry -powiedziała muzułmanka, uśmiechając się. -Jak dzień?
-Gdzie Agafe?
-Pomyślałam, że skoro cię kocha, nie będzie miała nic przeciw temu,
żebyście zjadły razem śniadanie u mnie.
-U ciebie? -Zdziwiła się rudowłosa.
Fadwa podskoczyła do Likame, chwyciła ją za dłoń, po czym zniknęły w pokoju.

* * *

Mieszkanie nie było duże, znajdowało się w kamienicy położonej na
starszej, warszawskiej dzielnicy. Wszystkim pomieszczeniom nadano
delikatny kolor mięty. Łazienkę również. Ta jednolitość podobała się
Agafe, która, po kąpieli, zakładała na siebie sukienkę w szarym
odcieniu, ale z namalowanymi na niej fioletowymi kwadratami. Pani
gospodyni była tak miła i za każdym razem sprawiała wrażenie, jakby
chciała pomóc, niczego nie nakazywała. Bezpiecznie, jest tu
bezpiecznie, myślała władczyni smoków wychodząc z toalety. Uśmiechała
się lekko.
Kuchnia miała okno, przez które światło dnia padało prosto na stół.
Zamiast krzesełek ustawiono brązowe pufy. Szafki w tym samym kolorze
wzorowano na ludowe wzornictwo. Usiadła na stołku i zauważyła, że na
kuchence gazowej gotuje się coś w metalowym garnku. W pomieszczeniu z
wolna zaczął się rozchodzić zapach gołąbków.
W progu stanęły dwie kobiety. Muzułmanka podeszła do kuchenki, a
rudowłosa doskoczyła do przyjaciółki. Objęła ją.
-Wybacz.
-Ccoo?
-Nie powinnam się wczoraj tak zachowywać…
-Aalle nnicc ssię nnie sstałło…
-Agafe -szepnęła jej do ucha -nie zostawia się przyjaciółki w ten sposób.
-Aalle jja…jja hchćciałłamm…jjaa…
Spojrzały sobie w oczy.
-Jjaa ćcięę kkohchamm i nnic ssię nnie sstałło… ii… -Chciała coś
dodać, na jej twarzy przemknął ból.
-Kochanie, powiedz mi. Powiedz mi, jak się czujesz, proszę. Bo…
wydaje mi się, że mało mi mówisz…
-Jja… Likame… bbo jja ttęskknnię zza Gg… zza nnimm…. ii jja
wwczczorrajj… bbo tto jjestt ttakki bbóll ttyllkko ddla mmnniee ii
nnie mmożesz ppommóc…
Wtulały się we własne ciała. wszystko inne przestało istnieć. W tej
miętowej kuchni tylko one się liczyły. Ważny był ich dotyk dłoni,
ważne było odczuwanie oddechów i patrzenie sobie w oczy. Władczyni
smoków uśmiechnęła się.
-Wszystko będzie dobrze. -Szepnęła rudowłosa.
-Śniadanie na stole. -Oświadczyła muzułmanka, kładąc dwa talerze na
których leżały po dwa gołąbki z sosem pieczarkowym. -Smacznego!
Władczyni Archa usiadła na sąsiedniej sofie. Jedną dłonią trzymała
dłoń przyjaciółki, a drugą zaczęła jeść. Fadwa przysiadła się
naprzeciw niej i z uśmiechem obserwowała gości.
Nadal nie czuję się dobrze, pomyślała Likame.
-Marcin ma dziś zajęcia do szesnastej, więc chyba was nie pozna.
-Stwierdziła ni z tego, ni z owego złodziejka.
-Marcin? -Zdziwiła się narzeczona Astarotha.
-A tak, bo ty nie wiesz. W skrócie chodzi o to, że pomagam pewnemu
nastolatkowi. Znalazłam go na dworcu centralnym w środku nocy. Był
kompletnie załamany i przyjechał z Koszalina. Taki miły z niego
licealista, pisze wiersze i generalnie na ścianie w swoim pokoju
zawiesił kartkę z napisem “Spotkałem anioła”.
Agafe roześmiała się.
-Ćciesszę ssię. Mmoggę tto zzobbaczczyć?
-Jasne, będę mogła tym szpanować.
Pani Fadwy nagle przylgnęła do ukochanej. Była blada. Likame
zauważyła, jak po policzku władczyni smoków spłynęła łza. Walczyła z
odruchem, ciężko oddychała.
-Ale czemu płaczesz? -Zapytała właścicielka Dragon Arch.
-Nniee hchccę tteggo… -Jęknęła. Zacisnęła dłonie na sukience
partnerki. -Ppproszszęę…
Kurwa, pomyślała muzułmanka. Nie znosiła widoku zrozpaczonej władczyni
smoków. To takie smutne, wtedy przypominała jej się scena z Piekła,
jak została ocalona przed ogniem piekielnym. Szacunek, przemknęło jej
przez głowę. Moja pani… czy gołąbek jej smakował? Zjadła tylko
jednego.
-Pprzeppraszszamm… Likame….
-Tak, kochanie?
-Hchccę ćci ccośś ppowwiedź… ppowwiedź…
-To może ja wyjdę. -Zaproponowała muzułmanka i nie czekając na
reakcję, po prostu się teleportowała.
-Likame… -mówiła cicho.
-Dobrze.
-Bboo oonna mma ssię ooppiekkowwać kkimmś… kkommuśś mma ppommócc ii
bbyćć pprzyy ttymm jjakk nnajmmnniejj szszkkoddliwwa… wwieszsz…
jja ssię czczujję źźlle zz ttyymm.
-Nie rozumiem.
Bo właściwie, dlaczego ona miałaby rozpaczać? Raczej powinna się
cieszyć, że demon pomaga człowiekowi, chociaż przed chwilą jeszcze się
śmiała. Wahanie nastrojów? Agafe mogła mieć depresję. Czy to było to?
Ale Agafe spojrzała w zielone oczy Likame, zaczęła bawić się jej
rudymi włosami. Powiedziała:
-Wwidździałłam, jjakk ttaa… jjakk oonna… jjakk…. -Po jej
policzku spływały łzy. Przełknęła ślinę. Nie chciała płakać, ale jak
inaczej mogła? -Widździszsz… jjeśśllii ttobbiee nnie ppottraffię
tteggo pppowwiedździeć, tto jjakk jja mmoggę jjejj… bboo
Mmarćcinn… onnaa… tta, wwieszsz, wwróógg… ggo zzabbijjee…
jjakk jja mmamm…
Jak ma to powiedzieć Fadwie? Przecież sama kazała jej komuś pomóc, to
tak, jakby skazała jakiegoś człowieka na śmierć. A w dodatku,
widziała, jak muzułmanka już go pokochała, jakby był jej dzieckiem.
Jak mogła to jej zrobić?
Władczyni smoków drżała i cierpiała. Pani Archa zmarszczyła brwi i
powiedziała twardo:
-Nie zabije.
-Nniee?…
-Nie zabije, bo my ją wcześniej dopadniemy. A jak wiemy, co ma się
zdarzyć, to możemy temu zapobiec. Agafe, jeśli ci zależy na tym
chłopcu, to zrób wszystko, by go ocalić. Czyli nie myśl o tym
negatywnie, rozumiesz? Nie wolno ci myśleć, że on umrze.
Nie wolno mi tak myśleć, pomyślała Agafe. Dobrze, postaram się w ten
sposób nie myśleć…
Likame chciała dobrze.
A władczyni smoków czuła się uwięziona.
Zamknięta w swoim strachu przed robieniem tego, co chce i zamknięta w
przekonaniu, że jak wie, że coś się stanie, to to się stanie.
-Pytałaś, jak ja to robię, że jestem szczęśliwa. Ja po prostu myślę pozytywnie.
Tak? Więc myślenie pozytywne… więc, jeśli chce, żeby Fadwa była
szczęśliwa, musi myśleć, jakby tak miało być… Bo może rzeczywiście
da się go uratować? Przyjaciółka była dobra i często dostawała to,
czego chce. Tak, tak, myślenie pozytywne to dobry pomysł.
Ale nadal nie wiedziała, jak ma przekazać tę wiadomość muzułmance. To
przecież…
-A jeśli ty nie potrafisz, to ja jej powiem.
-Ddobbrzee.
Złodziejka zerknęła zza drzwi. Rudowłosa wskazała dłonią, by przyszła.
Fadwa wykonała polecenie.
Właścicielkę Archa zamurowało. Gospodyni wyglądała na szczęśliwą i
taką, która nie powinna znać cierpienia. Jak jej to powiedzieć? Może
po wizycie w pokoju Marcina?
-Myślę, że możemy zobaczyć ten pokój, a potem chciałybyśmy ci coś
powiedzieć. -Oświadczyła rudowłosa.
-Dobrze.
Dziesięć kroków później znajdowały się w pokoju z mahoniowym biurkiem
i białym łóżkiem. Na ścianie wisiała kartka z sercem i napisem:
“SPOTKAŁEM ANIOŁA”.
Agafe przyglądała się temu obrazkowi w milczeniu. Chłopak spotkał
anioła. I miał zginąć i wszystko, co pozostawi po sobie to jakieś
wiersze i to jedno zdanie? Nie wolno mi źle myśleć, zganiła się. Nie
wolno. To ja jestem odpowiedzialna za tę sytuację, więc powinnam
zrobić wszystko, by jej nie spieprzyć. Marcin, ty musisz żyć. I
będziesz żył, tak, będziesz żył.
-Jeszcze szafę trzeba by mu dołożyć -stwierdziła Fadwa, oglądając
pokój. -Ale nie mam pojęcia, skąd wziąć kasę, a miałam być uczciwa
podobno.
-Poradzisz sobie. Ale… musisz się pilnować, Fadwo.
-Pilnować? Dlaczego?
Władczyni smoków zacisnęła pięści. Tak, powiedz jej, poprosiła w duchu
swoją przyjaciółkę. Tak, zrobimy wszystko, żeby tak się nie stało. Nie
wolno się poddawać.
-Chodzi o to, że Marcina może spotkać… prawdopodobnie spotka go
śmierć ze strony naszego wroga.
Muzułmanka zbladła.
-Co? -Zapytała tylko.
Jeśli jestem pewna, że potrafię zabezpieczyć to wszystko, co kocham,
myślała Agafe, jeśli jestem tego pewna i to robię, to pewnie mogę to
samo robić na Marcinie. Tylko musiałabym go poznać…
-Jjjaa… jjaa ppommoggęę, aallle mmuszszęę ggoo ppozznnaćć.
Usłyszeli dzwonek od drzwi.

Fadwa uśmiechnęła się. Podeszła do drzwi wyjściowych, otworzyła je. W
progu stanął szesnastoletni człowiek o długich blond włosach. Ubrany w
czerwoną koszulkę i spodnie z khaki, nosił na plecach tornister.
-Miałeś wrócić później. -Powiedziała.
-Tak, ale odwołali lekcje, bo ktoś zadzwonił i powiedział, że mamy
bombę w szkole.
Kobieta-demon westchnęła ciężko. Nie wierzyła mu i poczuła się
zawiedziona. Choć z drugiej strony, czemu miałby kłamać właśnie jej?
-Jeśli kłamiesz, pożałujesz, ale jestem demonem…
-Jesteś aniołem, Fadwo, aniołkiem. I nie, nie wykorzystuję cię,
dlaczego? I kto to jest, w moim pokoju?
Wszedł do wnętrza, pomachał gościom i uśmiechnął się.
-Tam jest moja pani, mówiłam ci. I jest też jej przyjaciółka.
-Ale fajnie! -Rzucił. Podbiegł do nich, niczym jakiś elf i wyciągnął
przed siebie dłoń. -Jestem Marcin. Milo mi was poznać.
Od chłopaka aż tryskała pozytywna energia. I on potrzebował pomocy?
Położył plecak na łóżku, wskazał na napis na swoich drzwiach i
powiedział:
-Jestem ciekaw, która z was to jej pani. I chwała jej za to, że ją do
mnie wysłała.
Szacunek, pomyślała złodziejka, podchodząc do swego współlokatora.
-Jjaa… -Głos był niepewny.
Tak, ona, piękna kobieta z szarym odzieniem na sobie. Marcin spojrzał
na nią z ciekawością i powiedział:
-Miło. Dziękuję jeszcze raz. Może w szkole zacznie mi iść w końcu…
-Westchnął. -Ale nie rozumiem połowy rzeczy, które mamy.
Nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, że szkoła to jego najmniejszy problem.
-Ach. -Westchnął. -Jak rozumiem, pani sprawdza, czy twój sługa robi
wszystko tak, jak pani sobie życzy?
-Mmmożże. Jja bbymm hchćciałła ccośś zzrrobbićć.
Agafe podeszła do niego i chwilę przyglądała się nastolatkowi. Był
taki młody i piękny. Nosił na sobie koszulkę z dłuższymi rękawkami,
być może po to, by zasłonić jakieś siniaki. Zasłaniasz się w ten
sposób, przeszło przez myśl władczyni smoków.
-Mmmuszszęę ćcię ddottkknnąćć.
Marcin wyglądał najpierw na zaskoczonego, a potem wystraszonego.
Przełknął ślinę.
-Ssppokkojnnie… jja nnie hchccę… ttyllko… ppozzwóll mmi… pproszszę.
-Dobrze. -Zgodził się. Serce mu biło jak szalone. Zrobił coś złego?
Chyba nie, skoro go prosi i mówi w ten sposób, jakby chciała mu raczej
pomóc.
Agafe przyłożyła dłoń do jego serca. Uśmiechnęła się lekko, po czym
zabrała rękę z tego miejsca. W pokoju zaległa cisza pełna oczekiwania.
-Jjuużż.
Spojrzał w jej oczy, jakby lekko nieprzytomnie. To wszystko? Coś mu
zrobiła, ale co? Uśmiechnął się, gdy zdał sobie sprawę, że teraz czuje
się pewniejszy siebie, silniejszy.
-Dowiem się, co mi zrobiłaś, pani?
-Nniee…. bbo hchćciałłabbym ćcię… wwidź… wwidździeć ttakkimm,
jjakk tterrazz.
Takim go chcę zapamiętać, pomyślała władczyni smoków. Ale może nie
będę musiała tego robić? Może faktycznie da się go ocalić? Żeby tylko
Likame miała rację. Jeśli będzie myśleć dobrze, to będzie dobrze. Musi
być silna, nie może się poddawać.
-Nie brzmi to zbyt optymistycznie. -Oświadczył. -Ale nieważne, jesteś
kimś niezwykłym. Czy ty jesteś człowiekiem, pani? W ogóle, mam tyle
pytań do ciebie i tyle rzeczy chciałbym usłyszeć.
Właścicielka Nirgiza poczuła gorzki smak w ustach. Zmarszczyła brwi.
Milczała. Czuła, że młodzieniec mógłby zasypać ją pytaniami. Ale ona
nie mogła, nie nie mogła, nie potrafiłaby na nie odpowiedzieć.
Przynajmniej nie teraz. Czy on kiedykolwiek dowie się o tym wszystkim,
co przeżyła? Wątpiła, a zapewne Fadwa nie opowiedziała mu wszystkiego.
Taka miła istotka.
-Może i masz pytania -odparła Likame, przytulając się do przyjaciółki.
-Ale jakoś nie pora i nie czas, by o tym opowiadać.
-Przecież to wspaniałe, móc zwiedzać jakieś magiczne światy i…
Agafe jęknęła. Przywarła do rudowłosej, jakby zamierzała się do niej
przykleić. Nerwowo zaczęła się bawić jej pasemkami włosów. Nie płacz,
nie płacz, myślała gorączkowo. To takie głupie, że jej się chce
płakać. To, że znalazła się tam, gdzie się znalazła to jej wina. Jej
wina, ona sama narobiła sobie tego bałaganu, bo gdyby nie chciała
uciec z tego zwykłego, szarego i wspaniałego świata, to nie chciałoby
jej się teraz płakać. Nie płacz, nie płacz, Likame jest przy tobie,
Likame cię ocali…
Chcę ją pocałować, uświadomiła sobie władczyni smoków.
Marcin siedział zmieszany na swoim łóżku. Pewnie winien był jej
przeprosin. Ale w tej chwili chyba wypadałoby poczekać, aż się
uspokoi? I co takiego powiedział, że tak nerwowo zareagowała?
-Llikkamme… -Szepnęła jej do ucha. -Likkamme, kkocham ćcię…
Tak mocno cię kocham, że nawet nie wiesz, jak mocno.
-Też cię kocham. -Odszepnęła właścicielka Archa.
Na ich twarzach widać było wzruszenie.
Chwila za chwilą mijały, a one stały przytulone do siebie, jakby były
jednością. Nikt nie poczuwał się do przerwania tego pokazu miłości.
Ale w końcu trzeba było skończyć te czułości.
-Przepraszam. -Odważył się licealista. -Nie chciałem skrzywdzić.
-Nnicc ssię nnie sstało, jja ttakk mmamm…
Westchnął.
-Może opowiesz mi coś… nie, nie -pomachał dłońmi, widząc niepewność
na twarzy władczyni smoków, która w oczach miała pytanie, czy ma może
płakać, czy może jednak z tego zrezygnować. -Po prostu chciałbym o
tobie napisać wiersz, mogę? Bo widzisz, postanowiłem sobie w
gimnazjum, że zostanę poetą.
Ale dlaczego on chce to zrobić? Po co? Czym sobie na to zasłużyła? Czy
jako poeta nie może pisać o czymś zwykłym, jak gwiazdy, miłość i inne
klasyczne tematy? Zobaczyła w jego oczach szacunek. Fadwa też ją nim
darzyła, chyba takim samym. Ale co mogłaby mu powiedzieć, co mógłby
zamieścić w swoim utworze? Że bardzo cierpiała? Nikt przecież nie
przekaże tego, co czuła. Młody poeta czekał. Powie mu coś czy nie? To
nie ma znaczenia, uświadomił sobie, bo jak niczego się nie dowiem, to
przynajmniej opiszę to spotkanie. Ale tak bardzo chciałbym coś o niej
wiedzieć.
-Nnie wwiemm. -Padła w końcu odpowiedź.
-A co widzisz? -Zapytała rudowłosa.
Co miał przed sobą? I jakich słów wolno mu było używać, żeby nie
urazić znów? Rzekł:
-Widzę piękną kobietę, która się w tobie zakochała i która chce robić
wiele dobrego.
-Więc opisz to. I możesz dodać, że Agafe jest bardzo dzielna, dzielnie
walczy codziennie. -Uśmiechnęła się na niespodziewany rym.
-Z czym? -Palnął.
-Z demonami życia. -Spoważniała. -I nie proś o większe szczegóły, bo
sam widzisz, jak to wszystko boli.
Dostrzegał grube, lecz z rzadka ułożone ziarna cierpienia w zachowaniu
pani kobiety, którą zwykł nazywać aniołem. Jąkanie, niepewność, płacz,
miłość… Odwaga do życia w takim stanie musiała wzbudzać podziw. Od
współlokatorki słyszał, że władczyni smoków ma ogromne problemy ze
zdrowiem i że jej się chce pokonywać te przeszkody. Opowiadała mu też
o wielu innych rzeczach, jednak było ich zbyt mało, by czuł się
zadowolony. Bardzo był ciekaw, co to za istota jest w rzeczywistości i
bardzo chciał ją poznać. Spodziewał się osoby o nieco innym odcieniu
psychologicznym.
-Fadwo -odezwała się w końcu Likame -Myślę, że musimy się już zbierać.
-Oczywiście -odpowiedziała muzułmanka.
Podeszły do drzwi wyjściowych.
-Do zobaczenia. -Pożegnały się.
Przyjaciółki zeszły ze schodów i wyszły przed kamienicę. Ciepły wiatr
otulił ich ciała. Na błękicie nieboskłonu sunęły leniwie białe
obłoczki puchu. Drzewa kwitły w najlepsze, a dziurawą jezdnią sunęło
po parę samochodów. Na chodniku spacerowali głównie starsi ludzie, od
czasu do czasu szła jakaś matka z wózkiem.
-Piękna pogoda -rzekła właścicielka Archa. -Wiem, że dziś miałyśmy
obejrzeć budynek Phobosa, ale tak dawno nie byłam w Wawie, może trochę
pospacerujmy?
-Jjakk hchcceszsz.
-A ty? Co ty chcesz, bo jak nie masz ochoty…
-Nnnie, jjesstt ppiękknnie… tto ddobbrry ppommysł. Llubbię ssppaccerry.
Ruszyły przed siebie.
-Ciekawie było u Fadwy. Myślę sobie teraz, że niepotrzebnie jej nie
ufałam, Astaroth przesadza.
-Wwiemm…. tto ttruddnno zzrozzummieć, aalle… oonna ttwierdź…
uwważa, żże mmńnie kkohcha…. nnie wwiemm, czczemmu… jja…
wwtteddy… jja…
Urwała. Chwilę szły milczące, a potem dodała: -Nnnie wwiemm,
ddlaczczeggo. Nnic nnie wwiemm… mmożże… Likame, czczy tty wwieszsz
ccośś wwięccejj, nniż jja?
Rudowłosa zatrzymała się, jak wryta.
Przez cały czas walczyła o to, by zbudować jakąś cholerną armię tu i
tam, przez cały czas kochała się ze swoim narzeczonym i przez cały
czas starała się wspierać swoją przyjaciółkę, że nawet nie miała
czasu, by zastanowić się choć na chwilę, dlaczego to wszystko się
stało i dlaczego jest ktoś taki, jak Nyssa. Poczuła wyrzuty sumienia.
Gwałtownie chwyciła ukochaną i przytuliła ją.
-A o co pytasz?
-Bbo jja zzaddawwałłamm ssobbiee nna ppoczcząttkku tteggo…
wwieszsz… nno… jjakk u… -Poczuła, jak wzbiera jej się na płacz.
Nie płacz, głupia, masz to za sobą już, skarciła się w myślach. -Ww
Pppiekklle…www wwwięźźzieniu… ii… tterrazz tte ppyttannia
ppowwraccajją, bbo jja nnaddall nnie wwiemm, jjakki jjesstt tteggo
wwszszysttkkieggo ssenns… ii… hchćciałłabbymm zznnaćć ttenn
ssennss… ppowwiedzz, żże jjesstt jjakkiśś ssennss…
Właścicielka Archa ciężko westchnęła. Ona sama przez ten długi czas
zapomniała, że to wszystko ma jakieś przyczyny, skądś się wzięło.
Tylko, jak ma to wszystko opowiedzieć? Bo Kosashi jakąś cząstkę tego,
mówiło o sensie, jej jednak przedstawił, wtedy, jak władczyni smoków
znajdowała się u Arabów. Ale, czy to było wystarczającym argumentem,
żeby usprawiedliwić koszmar przyjaciółki? Pokręciła głową, jakby
zaprzeczając i stwierdziła:
-Ja nie wiem, kochana. Coś może wiem, ale musimy znaleźć miejsce do siedzenia.
Ruszyły.
Agafe bała się obecnie torturowanego Kosashiego, bała się martwej już
Taju, bała się Nyssy i właściwie pewnie wiele jeszcze innych rzeczy
się obawiała. Bo o ile zielona trawa swym zapachem potrafiła
pocieszyć, a ćwierkające ptaki nad głową rozmarzyć, o tyle nadal nie
znaczyło to, że to wszystko ma jakikolwiek sens. Po kiego człowiek
idzie na studia? Po kiego ona chciała zmieniać swoje życie, na,
wydawałoby się, lepsze? Wszystko doprowadziło do tego, że jej życie to
jedna, wielka ruina. Mogła i musiała cieszyć się chwilami, bo w końcu
po to one są. Jak w jakieś piosence, bo w życiu najpiękniejsze są
tylko chwile. Tylko one jej zostały wśród nerwowych tików, strachu, że
zrobi coś źle i dostanie jakiś cios, tylko miłość do Likame miała
sens. Reszta, po co jest? Żyła tylko dlatego, że przyjaciółka ją
poprosiła o to. Ale rudowłosa miała przecież własne życie, była
zakochana w Astarothu i była w nim w związku, nie mogła wymagać od
niej takiego oddania, jakby były parą. Wspomnienia, które na nią
napierały, koszmary, które ją dręczyły… Wiedziała, że dziś także
będzie miała sen o czymś okropnym i nawet bała się o tym myśleć. A to,
co może się stać Marcinowi? Musiała jakiś sens odnaleźć w tym
wszystkim i to szybko, bo nie może zawieść Likame. Powiedziała, że
będzie żyła, powiedziała, że się nie podda, to musi się nie poddać.
Musi stawiać czoło rzeczywistości, nawet, jeśli ta jest okrutna. Nie
mogła pozwolić, by przyjaciółka nosiła na sobie wszystkie jej ciężary,
bo już wystarczająco dużo zrobiła dla niej, może nawet zbyt wiele…
Sensy, powody, dla których to piekło wydarzyło się, sprawiłoby, że
choć trochę łatwiej byłoby stawiać jej czoło temu wszystkiemu.
Z daleka zobaczyły Pałac Kultury i Nauki.
W milczeniu stawiały kolejne kroki. Mijały kolejnych ludzi, kolejne
budynki, w końcu stanęły naprzeciw dworca Warszawa Centralna.
-Hchccę ttamm iiśćć. -Wskazała na przystanek kolejowy.
-Dobrze.
Znalazły się w środku. Otoczone przez rzeszę ludzi, szły w kierunku
peronu, z którego za pół godziny miał odjechać pociąg do Krakowa
Głównego. Nie zamierzały wchodzić do pociągu, w ogóle nie wiedziały,
co dziś, oprócz Phobosa, zamierzają robić. Jednego były pewne: odbędą
ze sobą dłuższą rozmowę. Udało im się znaleźć wolną ławkę. Usiadły na
niej przytulone. Uśmiechnęły się.
-Zzaśppiewwajj mmii “Jjedździe ppoćciągg zz ddallekkaa”, bbo jja zz
mmoimm jjąąkkańniem…
Likame parsknęła śmiechem i pocałowała przyjaciółkę w czoło. Też
pamiętała, jak pewnego lata, właśnie na Dworcu Centralnym, śpiewały
razem ten utwór. Było tak wspaniale!
-Jedzie pociąg z daleka -zaczęła rudowłosa -na nikogo nie czeka…
Odprężyły się. Władczyni smoków miała na twarzy wymalowane
zadowolenie. Może rozmowę na trudne tematy powinny zostawić na
później? Bo teraz zapomniały o wszystkich problemach. Poczuły, że mimo
wszystko, życie jest całkiem przyjemne. Z daleka rozległ się pisk
pociągu. Zaraz podjedzie, tłum wsiądzie do niego. Jaki model
lokomotywy? Czy PKP znów nawali, czy jednak odjedzie zgodnie z
harmonogramem? Przyjechał nowy pociąg z oznaczeniem IC, z działającą
klimatyzacją, klasą pierwszą i drugą. Kobietom nie udało się
stwierdzić czy reszta pociągu jest nowsza, czy starsza, bo siedziały
za daleko od niej. Zamarzyły się na chwilę o podróżach po świecie, o
przygodach…
Powiało melancholią.
-Mmmożżeszsz mmówwićć.
-Co?
-Ccokkolwwiekk…
A może teraz jest najodpowiedniejsza pora, by sobie to wszystko
wyjaśnić? W końcu trzeba będzie udać się do Phobosa, do codzienności,
do Astarotha…. tę rozmowę miały tylko dla siebie, więc…
Cholera jasna, zganiła siebie właścicielka Archa, jaka ja byłam
głupia. A teraz, co? Mam jej powiedzieć, że przez ten cały czas, kiedy
ona cierpiała, ja wiedziałam więcej o przyczynach tego? Zmarszczyła
brwi. Może i znała powody, dla których to wszystko się stało, ale nie
czuła, że nadają one jakiś sens temu wszystkiemu. A władczyni
smoków… skoro wiedziała o niektórych rzeczach, dlaczego nie
wiedziała o tych?
-Boję się. -Przyznała się zarumieniona właścicielka Archa.
-Ccoo? Czczemmu?
-Chodzi o to, że naciskałam na tego skurwiela, o co w tym chodzi, jak
ty… jak ciebie nie było przy mnie. To nic takiego, ale…
-Likame…
-Słucham?
Agafe spojrzała w zielone oczy rudowłosej.
-Tterrazz jjużż zza ppóźnno nna ggłuppotty. Ccokkollwwiekk wwieszsz…
nniewważnne… jja ppo pprossttu wwiemm…. jjaa… ccokkolwwiekk
bbyśś nnie zzrrobbiłła, czczeggokkollwwiekk bbyś nnie wwiedździałła…
jja… wwiemm, żże tty jjesstteśś kkochanna ii ddlatteggo, żże jja…
żże pprośsiłłaś mmnnie…
Wiedziała, co chciała powiedzieć, ale jąkanie jej w tym przeszkadzało.
Bać się Likame? Nie, cokolwiek by nie zrobiła, czegokolwiek by nie
wiedziała, na cokolwiek by nie pozwoliła, to nieważne. Bo ukochana
poprosiła ją, by jeszcze raz mogła zobaczyć piękne niebo, usłyszeć
bogactwo świata. Prawdopodobnie chodził o jakiś szczegół, ale dobrze
znała te obawy.
Utrata przyjaciela bolała.
Ale, czy one przypadkiem nie przeszły za dużo, by mogły sobie na to pozwolić?
-Likkamme…
-Tak?
-Jjesstteś wszystkim, cco mmamm…
-Nie mów tak, kochanie…
Poczuły ochotę na pocałunek. Trzymały swoje dłonie w ciepłym uścisku.
Dotknąć swych ust?, zastanawiały się.
-Nie mogę chyba -szepnęła rudowłosa. -Astaroth mnie zabije, jak to zrobię.
Agafe pokiwała głową na znak zgody. Tak, związek trzeba pielęgnować.
Wystarczy, że demon jest zazdrosny o to tylko, że się przytulają czy
są ze sobą. Między nimi nastała cisza.
-Iii ttakk wsppannialle jjesst ttęskknnić zza oossobbą, kkttórrą ssię mma.
-Jezu. -Wyrwało się właścicielce Dragon Arch. Położyła głowę na
ramieniu przyjaciółki. -Tak za tobą tęskniłam, jak ciebie nie było, że
nie wiem, jakbym sobie poradziła bez Astarotha… Nawet raz nie miałam
ochoty na seks…
Roześmiały się. W dźwięku ich śmiechu słychać było nutki histerii.
-Jjja ttamm… mmyśllałłamm ttyllkko o ttobbie… wwyddawało mmi ssię,
żże ttyllko mmyślli o ttobbie sspprawwiają, żże jjeszszczcze
bbyłłamm….
-A teraz?
-Tterrazz tto wwiemm… bbo nnie wwiemm, cco ooppróczcz ćciebbie
mmnnie ttu ttrzymma…
Władczyni smoków wybuchnęła płaczem.
-Mmmiałłamm nnie ppłakkaćć… -Jęknęła.
-W porządku, masz prawo. I tak dziś byłaś bardzo dzielna.
-Nnie wwiemm…
-Ale ja wiem, no już. W ogóle, co zrobiłaś Marcinowi?
-Jjja… nnicc…
Właścicielka Dragon Arch parsknęła śmiechem.
-Nnapprawwdę nnicc… nnoo…. mmożże… bbo jja mmuśsiałłamm ggo
ttyllkko zzobbaczczyćć, żżebby ggo hchronnić…
-To po co ty go dotykałaś?
-Ddałłamm mmu ttrochę ćcieppła.
-Ojej, ale to miłe. W ogóle… masz w sobie dużo mocy chyba, prawda?
-Tto mmnnie pprzerrażżaa…. bbardzzoo…
-A wcześniej nie?
-Mmaggia jjesstt hchybba ffajnna, alle tta ddużża mmaggia… tto nnie
jjesstt ttakka zzwwykkła… ii czczujję ssmmokkii… iii jja… bbojję
ssięę….
Nie potrzebowały słów. Sama obecność sprawiała, że czuły się
bezpiecznie. Przyjechał kolejny pociąg.
-Właściwie niewiele więcej wiem od ciebie. -Przyznała po jakimś czasie
narzeczona Astarotha. Ale to chyba drobnostki…
-Ppowwiedzdz jje, bbo… nnie wwiemm…. Likame… hchćciałłabbymm
jjakkieggośś ssennssu… ttakk bbardzo mmi ggo bbrakkuje
czczassemm….
-Właściwie to może nie jest to aż tak ważne, bym… po prostu nie
wiem, jak ja mam to ci przekazać, bo to może być dla ciebie bolesne.
-To może ja to zrobię. -Zaproponował brunet, stojąc przed kobietami.
Miał na sobie czarny garnitur. -Ale nie obiecuję delikatności.
-Dlaczego?
-Bo ciągle jestem zazdrosny. -Pocałował policzek ukochanej.
-Proszę cię, Astaroth, dobrze wiesz, jak nienawidzę, kiedy ona cierpi.
-Właściwie to nic takiego. -Spojrzał w oczy Agafe. -I tak wcześniej
czy później musi się o wszystkim dowiedzieć… No, może nie musi, ale
tak głupio umrzeć trochę bez wyraźnego powodu.
-Umrzeć? Nawet się nie waż tak mówić. -Na jej twarzy była widoczna wściekłość.
-No dobrze, nie jestem literatą, więc nie proś mnie o doskonałe
wysławianie się. Mam jej to powiedzieć, czy wolicie zostawić sprawę na
później?
-Ppowwiedzz.
Władczyni smoków przylegała całym ciałem do swej przyjaciółki. Mam złe
przeczucia, pomyślała. Boję się.
-Dobrze. -Zgodził się. -Twoi oprawcy nie mieli cię za człowieka.
Raczej mieli cię za coś magicznego, ale ciągle trudno im było
zrozumieć, dlaczego czujesz czy dlaczego masz duszę.
Napięcie w powietrzu rosło. Właścicielka Nirgiza miała napięte całe
ciało. Co zaraz usłyszy? Rudowłosa czuła nerwy partnerki. Głaskała ją
po plecach. Demon kontynuował:
-Z wyjątkiem Taju, reszta była wrogami. Taki na przykład Kosashi…
-Nniee… -Jęknęła. -Nniee…
On nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
-…postanowił być miły wobec bogów i uwięzić Nyssę w ogniu
piekielnym. Ta oczywiście tam przesiedziała…
-Kkurrwwwa…
Agafe rozpłakała się. On przerwał. Chciał powiedzieć jeszcze coś, ale
darował. W powietrzu poczuł zapach sików.
-Przepraszam. -Rzekł. -Chciałem to załatwić szybko i zrozumiale. Poza
tym… -Skrzywił się. -Wcześniej czy później będziesz musiała przed
nią stanąć.
-Ona się stara, jakbyś nie zauważył.
Wyczuł w głosie narzeczonej chłód. Zrobiło mu się przykro. Wiedział,
że tak może być, ale nie chciał skrzywdzić. Nie miał też pojęcia, jak
doprowadzić do tego, żeby władczyni smoków mogła normalnie walczyć z
Uzdrowicielką Rosemary. Spoglądał na przytulające się panie i czuł
zazdrość. Zastanawiał się, czy one nie miały ochoty na seks ze sobą.
Czy jego związek z Likame ma przyszłość? Taka przyjaźń, jak ta… jak
ma nie tracić ukochanej na rzecz osoby, a właściwie na rzecz nie
wiadomo czego? Po raz pierwszy nie miał jasnej odpowiedzi na takie
pytanie. To jasne, że powinien czulej traktować Agafe, ale co z tego?
-Przykro mi. -Wyznał cicho.
-Kocham cię, Astaroth. Ale musisz ją traktować delikatniej…
-Www pporzrząddkkuu…
Pojawili się na środku podłogi w gabinecie właścicielki Dragon Arch.
Władczyni smoków, blada, odsunęła się lekko od Likame.
-Mmmożże ppowwinniście tto zzałłattwwićć mmiędzzy ssobbą.
Wstała, jakby nogi miała z waty. Uśmiechnęła się niewyraźnie.
Sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała się wywrócić. Powoli wyszła na
korytarz.
Demon przysiadł obok ukochanej i przytulił ją do siebie.
-Jestem chorobliwie zazdrosny -szepnął jej do ucha. -I nie wiem, co mam robić.
-Pocałuj mnie. -Poprosiła.
Obdarował ją francuskim pocałunkiem w usta. Chciała o wszystkim
zapomnieć. Zanurzenie się w cudze ciało było przyjemne i dawało chwilę
wytchnienia. Jak zawsze.

 Położyła brudne ubrania na biurko. Miała na sobie szarą koszulkę z
czarnymi różami i spodnie w jednolitej szarości. Stała tak chwilę,
zapatrzona w odzież. Co miała zrobić z tym brudem? W łazience był
jakiś kosz, ale czy mogła do niego wkładać swoje ciuchy? A może winna
była je wyprać? Właściwie nic konkretnego nie zrobiła i nie zamierzała
w najbliższym czasie. Nie chcę, żeby była na mnie wściekła, pomyślała.
Już i tak ma zbyt wiele problemów przeze mnie. Głupia.
Usiadła na łóżko. Okno otwarte, drzwi tak samo. Przeciąg sprawiał, że
czuła chłód na ciele. A ono reagowało gęsią skórką. Sprawiała
wrażenie, jakby było jej wszystko jedno, czy jest lato, czy zima. Co
za różnica? Jak spadnie śnieg, to może przynajmniej zamarznie. Tu ma
na to szansę. Skrzywiła się. Nie myśl tak, skarciła siebie. Nie myśl
tak. Przełknęła ślinę. Wstała.
Pokój miała bardzo ładnie udekorowany. Była zadowolona, że dostała
ten apartament. Wprawdzie brakowało jej parę drobnych elementów, ale
nie była przekonana, że Likame jej na nie pozwoli. Dlaczego by nie
miała?, zastanawiała się. Przecież to taka cudowna osoba. Bardzo
ciepła i radosna. Za jej uśmiech Agafe była w stanie zrobić wszystko.
A oczy, te zielone oczy, pięknie patrzące na świat. Włosy były w niej
najlepsze. Rude, dostojne, delikatne. Bardzo się lubiły… nie, to za
mało powiedziane.
Może właścicielka Archa miej do niej czuła, ale jakoś w to nie
wierzyła. W oczach przyjaciółki władczyni smoków dostrzegała miłość.
Czy to może być pociechą? Tęskniła. Może i mogło to być jakąś
pociechą. W końcu jest, w końcu żyje ta rudowłosa dama z demonem u
boku. On… zazdrosny, ostatnio wiecznie zazdrosny i zły za to. Musiał
jeszcze wiele zrozumieć, żeby stać się aniołem. Musiał? A może nie
musiał, bo on po prostu był nim w przebraniu potwora? Bo jak zły duch
miał umieć kochać? Powiedz mi, pomyślała, czemu on nie może stać się
aniołem. Czuła, że jest to trochę wina Fadwy. Ale wiedziała też, że to
tak zamierzchła sprawa, iż los zdążył o niej całkiem zapomnieć. Może
starczyło przebaczenie? Może, może, wieczne morze myśli i pytań.
Powolnym krokiem ruszyła na korytarz. To cudownie, że jej
przyjaciółka znalazła partnera na całe życie. Tylko, że on miał powody
do zazdrości. I to całkiem uzasadnione. Zawsze, kiedy wtulała się w
ciało Likame czuła wypływającą z niego miłość. Ciepło, dotyk. Miała
ochotę całować tę zgrabną szyję, wymasować jej plecy, zrobić wszystko
tak, jakby były parą zakochanych dziewczyn. Marzenia. To są tylko
marzenia, a one nie zawsze się spełniają. To takie ulotne chmurki,
które człowiek próbuje złapać, ale one ulatują i już jest za późno,
kiedy zdąży się on zorientować, co się właśnie stało.
Czy moje marzenia właśnie powędrowały do kosza, czy też może ich
nigdy nie miałam? Takich prawdziwych pragnień. Chciałam być
pedagogiem, pomyślała. I co z tego? George… A ona i tak zrezygnowała
z tej możliwości kształcenia. Jak mogła być tak głupia? A z drugiej
strony… poszła na studia i to, co tam zastała zupełnie jej nie
zadowoliło. Zawiodła się na tym wszystkim, odkryła, że ci ludzie to
ludzie, którzy są zaprzeczeniem swego zawodu. Bo jak inaczej nazwać
mówienie o pokorze, kiedy jej nie ma, jak inaczej nazwać to, że nie
pochwala się sprytu i dopiero w ostatniej chwili, kiedy jest już na to
zdecydowanie za późno, uczelnia przyznaje się do błędu co do studenta
i chce go wywalić? Pedagodzy, dobre sobie.
Zjeżdżała na dół windą. Była już w połowie, kiedy zaczęła myśleć
zupełnie o czymś innym. Czy Likame…. Zadrżała. Kochała Astarotha na
zabój i zrobiłaby wszystko dla niego. A on? A on nie przepadał za
władczynią smoków, wręcz domagał się, by przestały okazywać sobie
czułości. Może się myliła, ale jak nazwać wyznania, że jest się
zazdrosnym, robieniem różnych awantur pomniejszej wagi? Psuła czyjś
związek. Niedobrze się z tym czuła. Dlaczego? Może powinna coś zrobić,
żeby naprawić, ale co mogła? Przecież nie opuści rudowłosej, nie
potrafiłaby, nawet, jeśli by tego bardzo chciała… Nie po tym
wszystkim, co przeszła. Bo gdyby musiała sobie gdzieś pójść, to
skoczyłaby z pierwszego lepszego wieżowca, z dachu. I nie obchodziłoby
ją to, że jej ciało zostanie roztrzaskane, a ulica zamieni się w
jezioro krwi.
Czyżby miała myśli samobójcze? Może. Przeszła przez jakieś
pomieszczenie w budynku Dragon Arch i wyszła na zewnątrz. Otuliło ją
słońce i lekki, nieco chłodny wiaterek. Jakby ziemia powiedziała:
witaj, przybyszu. Podeszła do najbliższej, drewnianej ławki i usiadła
na niej. Jakieś biało-czarne ptaki sfruwały na chodnik i szukały
jedzenia. Biedne stworzenia, pomyślała i wyczarowała cztery kromki.
Odłamywała kawałek po kawałku, zrzucając kawałek po kawałku ptakom na
pożarcie. Przestała myśleć. Obserwowała zwyczajne istoty, machające
skrzydłami.
Zmarszczyła brwi.
Tęsknota.
Przełknęła ślinę. Nie, nie chcę tam wracać, pomyślała. Proszę.
Dlaczego ja o tym myślę? Kromka chleba spadła jej na chodnik. Nie
podniosła jej, podniosła za to głowę w górę. Spojrzała na nieboskłon,
nieskalaną górę nad głową i pomyślała, że brakuje tylko smoków. Tak
właśnie pomyślała: brakuje smoków.
Skuliła się. Te gady były piękne. Można było wiele zobaczyć. Zapewne
przeżyć wiele wspaniałych przygód. Ale po co, jak życie nie ma sensu,
a niedługo po przyjściu do Kramu zabito by ją, bezceremonialnie
zdeptano? Nie chciała tam wracać, pragnęła zapomnieć, że istniała
kiedykolwiek ta kraina. Serce bezlitośnie podpowiadało jej, że chce do
smoków.
Dlaczego… DLACZEGO KURWA MIAŁABY CHCIEĆ DO SMOKÓW PO TYM WSZYSTKIM
DO JASNEJ KURWY NĘDZY?!?!
Schyliła głowę, zasłaniając ją rękoma. To wszystko było jakieś takie
nie takie. Ona całe życie szukała swego powołania i w pewnym momencie
stwierdziła, że pedagogika to jednak nie to. Trafiła do magicznej
ziemi, gdzie nazwano ją władczynią smoków i zechciano pozbawić ją
wszelkiego człowieczeństwa. Może nie była człowiekiem? Nienawidziła
tego uczucia, które ją ogarnęło. Nie tak dawno wygrałam z nim,
pomyślała, starając się sobie wmówić, że i tym razem to się uda.
Koło jej stóp przeleciał papierek po batoniku bliżej nieokreślonej
marki. Popatrzyła, jak odlatuje i wybuchnęła płaczem. Przytul mnie
ktoś, pomyślała. Uświadomiła sobie, że jest beznadziejnie sama,
beznadziejnie sama i nie ma kto jej pocieszyć, powiedzieć miłego słowa
i nie ma ciepłego dotyku Likame, nie ma…
Jakby nie wiedziała, gdzie jest. Po prostu spadła na ziemię i skuliła
się w kłębek. Ludzie przechodzili obok zdarzenia i nie zareagowali.
Łzy leciały jej tak, jakby zamieniły się w rzekę.

* * *

Leżeli na podłodze, nadzy, wtuleni w siebie. Kobieca dłoń delikatnie
głaskała go na klatce piersiowej. Spojrzał w jej oczy i uśmiechnął
się.
-Pamiętasz -zaczął -jak zapytałem, kogo kochasz bardziej?
-Nie. -Odmruknęła. -Człowiek częściej nie pamięta strasznych rzeczy.
-Strasznych rzeczy? -Zdziwił się.
-To jest okropne pytanie. Czemu mi je zadajesz? Kocham cię, As…
W tych słowach było tyle dźwięku, że uwierzył jej. Pogłaskał po szyi.
-Jestem zazdrosny. -Przyznał. -Nie wiem, zależy mi na naszym związku, a Agafe…
Ścisnęła jego dłoń.
-Agafe to moja przyjaciółka. -Powiedziała. -Jedyna, którą mam.
-Czy tylko przyjaciółka? Przecież widzę, jak się przytulacie, dwa razy
nawet się pocałowałyście…
-A co mam robić? Ona jest taka biedna, mała. Astaroth, jesteś demonem
i możesz tego nie rozumieć, ale… wydaje mi się, że… każdy człowiek
tęskni do miłości. Ona teraz nie ma nikogo, oprócz mnie. Muszę być
przy niej i nie zostawię jej.
-A gdybym o to poprosił?
-Byłbyś skurwielem. Nie wiem nawet, czy nie gorszym od Kosashiego.
-Aż tak ją kochasz?
-Astaroth, co ja na to poradzę?! Kocham ją, kocham ciebie… -Jęknęła.
-Kocham was. To nie moja wina, że jesteś zazdrosny…
-Twoja, bo przesadzasz. Boję się, że pewnego dnia zostawisz mnie dla
niej. To może głupie, ale wyczuwam coś takiego, przez co to może się
stać.
-Przestań, nie opuszczę cię, za bardzo cię kocham. -Pocałowała go w
policzek. -Nie wiem, co mogłabym dla ciebie zrobić, żebyś stał się
szczęśliwszy.
Westchnął.
-Nie chcę cię dręczyć, kochanie. -Powiedział. -Miałbym do ciebie
jednak prośbę… cholerną prośbę. I nie spodoba ci się ona, ale ja
będę czuł się pewniejszy.
-Co za prośba?
Nie spodziewał się, że słowa te przyjdą mu z takim trudem. Jednak
zdawał sobie doskonale sprawę, że kiedy je wypowie, zrani swoją
wybrankę.
-Chciałbym, żebyś nie okazywała jej takich czułości przy mnie. Kiedy
mnie nie ma, rób z nią co chcesz, ale nie chcę o tym wiedzieć. Tylko
proszę cię, nie każ mi patrzeć na waszą miłość.
Poczuła się tak, jakby ktoś dźgnął ją sztyletem prosto w serce. I
prawdopodobnie było tak, jakby Cezar dostał cios od Brutusa. Zachciało
jej się płakać. Położyła głowę na jego piersi i pozwoliła, by łzy
spływały po jej policzku.
-Jesteś okropny -mruknęła.
-Nie moja wina, że wy się kochacie, jak dwa aniołki… -Zmarszczył
brwi i wybuchnął śmiechem. -Likame, proszę cię, nie płacz. -Pocałował
ją w czoło. -Nie jest mi łatwo o to prosić, ale im więcej widzę tych
uścisków, tym więcej sobie wyobrażam, że bogowie wiedzą, co wy ze sobą
robicie, jak mnie nie ma. Staję się zły, chorobliwie zły i zazdrosny.
To rozwali nasz związek.
-Nie. -Szepnęła. -Nie rozwali. Moja przyjaźń trwa długo… I może
kocham ją tak, jak ciebie, ale nie pozwolę, by to zepsuło nasz
związek. Kocham cię, kocham…
Weszła na niego i zaczęła gładzić go po skórze na szyi, na brzuchu.
Uśmiechała się smutno. Pocałowała go w policzek.
Chciała zsuwać się niżej, ku jego członkowi. Chciała, ale zatrzymała
się, gdy zdała sobie sprawę, że ktoś puka do drzwi.
-Co jest? -Zapytała tylko i szybko wstała. Była lekko speszona. Demony
nie miały zwyczaju tak wchodzić. Astaroth przywdział białą koszulę i
granatowe spodnie, zaś na nią nałożył czarną sukienkę z niebieskimi
frędzelkami kończącymi się złotymi kulkami.

* * *

Poczuła czyjś delikatny dotyk. Taki kruchy, jakby osoba ją
podtrzymująca była aniołem. Bo może była? Przytuliła się do ciepłego,
znajomego ciała i odważyła się podnieść powieki do góry. Nad nimi
panowała ciemność bezgwiezdna, bezksiężycowa. One siedziały pod taką
osłoną na trawie mokrej od rosy. Były same i nikt nie zwracał na nie
uwagi.
-Cccoo ssię ssttałłoo… -Władczyni smoków położyła głowę na ramieniu
przyjaciółki.
-Chyba straciłaś przytomność. Jadłaś coś?
-Nnniee hchybbaa…
-Kochanie, musisz jeść…
-Zzzappommńniałłammm, pprzeppraszszaammm….
-Spokojnie…
-Ćciąggle sspprawwiamm ćci pprobbllemmmy…
-Nie mów tak.
-Kkieddy tto pprawwdda… oonn… jjaa… wwieemm… oonn nnie
llubbii, kkieddyy mmyy ttaakk…
-Powiedział, że nie chce nas widzieć w ten sposób, ale powiedział też,
że kiedy go nie ma, to nie widzi do tego przeszkód.
-Nnoo ii jjeszszczczee tterrazz…
-I cóż z tego? Powiedz, co z tego?
Czy ona jest na mnie wściekła, czy może rozżalona?, zastanawiała się
Agafe. I cóż powinna zrobić?
-Jjja nnnie hchccę, żżebbyśś mmiałła rrozzwwallonny zzwwiązzekk
pprzezze mmńnie…
-Nic takiego się nie stanie. A na pewno nie przez ciebie. -Pogłaskała
ukochaną po włosach. -Nie obchodzi mnie, czy jesteś ciężarem, czy nie.
Dla mnie jesteś bardzo ważna. I nie po to cię odzyskiwałam, żebym cię
teraz znów traciła tylko dlatego, że mój narzeczony ma jakiegoś focha.
Agafe, moja kochana Agafe.
W ostatnich słowach brzmiała miłość.

 Phobos rozciągał się w Puszczy Białostockiej, jakby był wężem o
urodzie kameleona. Z daleka odnosiło się wrażenie, że budynek w tym
miejscu nie istnieje – na jego dachu zrobiono ogród dla roślin
wszelkiego rodzaju, posadzono nawet parę drzew. Pod ich ciężarem, gdy
będą kiedyś dorosłe i potężne, nie mógł się w sobie zapaść. Istniał
przy pięknych terenach, między wodami i stepami dla zwierząt. Jedna
jego część była spory i miała kształt kopuły, z której wyrastały
potężne człony. Największy i najlepszy ośrodek szkoleniowy na świecie
zbudowano ze stali nierdzewnej i z materiałów od niej wytrzymalszych.
Podłogę Phobosa stworzono jako ogromną, niebiesko-czarną mozaikę w
której bawiły się żmije. Szło się, mijając puste drewniane gabloty i
gabinety z drzwiami z padouku. Po korytarzu hulała pustka z ciszą
czekającą na śmierć. Doczekała się jej, kiedy Likame odziana w
niebieską sukienkę z rysunkiem czarnego smoka otworzyła wielkie,
szklane drzwi do wnętrza jej wnętrza. Po podłodze zaczęły brzmieć
kroki paru osób. Rudowłosa miała u swego boku Agafe i ukochanego.
Przytuliła się do niego, całując w szyję. Był taki piękny i męski. Nie
wyobrażała sobie kogoś innego na jego miejscu. To ciało było jej znane
bardzo dobrze i chciała je posiąść na zawsze. Na czułości patrzyła
władczyni smoków, sprawiająca wrażenie osoby niepewnie stojącej. Miała
na sobie sukienkę w szaro-białą kratkę i czarne bolerko z wyszywanymi
różami. Mimo to założyła na siebie ręce, jakby było jej zimno.
Narzeczona Astarotha spojrzała na nią. Chcę ją przytulić, pomyślała. W
oczach przyjaciółki zobaczyła smutek i tęsknotę. Naprawdę chcę ją
przytulić. Odruchowo przysunęła się bliżej ciała swego wybranka. Ale
mu się to nie spodoba, zganiła się. Czuła się tak, jakby została
przepołowiona. To naprawdę ciężkie zadanie, nie okazywać ciepła wobec
tak kruchej istoty. Ale może demon miał rację? Bo przecież, czy można
kochać dwie osoby naraz?
Zrobili parę kroków i zatrzymali się przed jednym z wejść do klasy.
-Niedokończona robota -skomentowała Likame, zauważając brak
jakichkolwiek tabliczek.
-Mieli na dniach to zrobić, ale muszą dostać pieniądze, bo firma
wcześniej nie spodziewała się tak ogromnych wydatków i ustaliła za
mały koszt niespodziewanych wydatków. -Odparł brunet, uśmiechając się.
Właścicielka Dragon Arch westchnęła ciężko.
-W sumie szkoda wydawać pieniądze na takie głupoty -odparła. -Naprawdę
są lepsze wydatki.
-Ale jak trzeba…
-Nie trzeba, poradzimy sobie bez takich pierdół. -Pocałowała go w usta.
Ruszyli dalej.
-Myślę, że idealnie będzie tu pracować. -Rzekła.
-Przyjemniejsze miejsce od twojego DA.
-A ty jak uważasz? -Zwróciła się do przyjaciółki. Pokręciła głową i
dopiero, gdy odwróciła się napięcie ujrzała Agafe. -Co robisz?
Zapytana stała w miejscu, jakby ją coś wmurowało. Drżała lekko.
-Daj jej spokój -szepnął Astaroth. -Ona teraz rozmawia ze smokami.
Władczyni smoków kiwnęła delikatnie głową. Słyszała w głowie znajomy
głos i starała się nie odpowiadać na jego zaczepki.
-Wystraszyłem cię, kotku? -Pytał Nirgiz.
-Daj mi spokój. -Odpowiedziała mu chłodno.
Rudowłosa zauważyła w oczach Agafe smutek, tęsknotę i strach. Już
wyciągała rękę w stronę towarzyszki i miała na ustach słowa “Chodź,
przytulę cię”, lecz demon silnie ją objął i pocałował w usta. Miała
ochotę go spoliczkować. Znów nie pozwolił jej na czułości z ukochaną i
on to robił specjalnie. A umiłowana stała na korytarzu, wpatrzona
przed siebie w coś niewidzialnego, osamotniona w swej dziwnej rozmowie
ze smokami.
-Chodź -szepnął Astaroth do ucha swej narzeczonej. Pociągnął ją za
siebie do gabinetu pełnego ławek i zamknął za sobą drzwi. -Mam ochotę
na seks.
-Tu?
-Oczywiście.
-Jak w pornosie.
-Przykro mi, że tak nisko cenisz moje zdolności…
Uśmiechnęła się i przytuliła do niego, pocałowała go w usta, a potem w szyję.
Przyjaciółka Likame ciągle stała w tym samym miejscu. Zasłoniła twarz dłońmi.
-Odezwij się. -Poprosił smok w jej umyśle. -Proszę.
-Gdybym chciała… Nirgiz, zostaw mnie.
-Nie mogę. Tęsknię za tobą, koteczku.
Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła się zmusić. Czuła w sobie jaką
blokadę. Dlaczego obawia się reakcji swego gada? Co złego jest w
pytaniu “Dlaczego?”.
-Kochanie -rzekł spokojnym tonem -jestem twoim smokiem, jestem do
ciebie przywiązany i tęsknię do ciebie. Chcę, żebyś wróciła do Kramu.
Nie odmawiaj mi, bo wiem, że za nim tęsknisz.
-Tęsknię, ale nie chcę.
-Chcesz, ale nie chcesz? To nie jest logiczne.
-Ja… po prostu nie mogę.
-Ależ oczywiście, że możesz. A zapewniam cię, drogi koteczku, że u nas
będziesz najlepiej się czuła.
Zadrżała. Tak, najlepiej… Zobaczyć znów czerwone niebo i stada
smoków. Wędrować z Likame po dziwnych miejscach i nie pamiętać walk…
Tak było ostatnim razem, za krótko w tym wszystkim była, ale i tak
zakochała się w nowym świecie. Oferował wszystko, co najpiękniejsze za
koszmarną cenę. Bo to, co jej zrobiono, to była taka cena, że ciężko
było o stawkę wyżej. I to ma być niby najlepiej?
-Nie obwiniaj Kramu o coś, czego nie zrobił. -Zganił ją Nirgiz.
-Nie… zrobił?… -Słowa rozmówcy trochę ją zszokowały. -Nie… zrobił?
-To wina rozgrywek, nie Kramu. Może i jest w tym moja wina, ale nie
było zbyt wielkiego wyboru. Świat i tak domagał się ciebie.
-Nie rozumiem.
-Ja domagam się ciebie, więc wcześniej czy później wrócisz.
-Nie. -Jęknęła na głos.
-Wrócisz.
-Nie. -Odpowiedziała tak samo. Czuła się, jakby ktoś ją uwięził i
chciał zmusić do czegoś nieprzyjemnego, a ona nie miała pozostawionego
innego wyboru. Walczyła, by nogi się pod nią nie ugięły.
-Czego się tak boisz? -Zapytał smok.
Chciała mu wrzasnąć prosto w twarz: jak śmiesz o to pytać?! Nie mogła
jednak. Nawet nie stała przy swoim gadzie i nie patrzyła w jego oczy.
A nawet, jeśli by tak było, to co? W tej chwili skupiła się na tym, by
się nie rozpłakać. Gad chwilę poobserwował wewnętrzną walkę swej pani
i rzekł:
-Dobrze, idę już. Ale chcę, żebyś wiedziała jedno: gdziekolwiek byś
nie była, ona cię znajdzie.
Poczuła nieobecność Nirgiza. Przełknęła głośno ślinę. Teraz została
sama. Rudowłosej nie miała przy boku. A gdyby tak była, to chociaż
spojrzenie mogło dodać otuchy. O nic innego nie mogła prosić.
Opuszczono ją. Ja chcę do kogoś, pomyślała. Do kogokolwiek.
Padła na kolana i rozpłakała się. jest taka beznadziejna. Ciągle
płacze. Ale co może zrobić, skoro wszyscy od niej uciekają? George nie
żyje, Likame chce, ale nie może… Nirgiz jest daleko… daleko jest
ten zboczony gad i chciał, by do niego wróciła, ale go odtrąciła. A
gdy to już zrobiła, zrozumiała, że postąpiła bardzo głupio. Przykro
jej się zrobiło, bo opuszczenie zwaliło się na nią swym ciężarem.
Opuszczenie… była sama, mimo, że miała u boku przyjaciół. A
przynajmniej ludzi, którzy w każdej chwili mogą do niej wyciągnąć
pomocną dłoń. Jak to możliwe, że patrząc na nich brakuje jej ich? Nie
jest sama, ale jest sama. Kiedy była więziona myślała, że cały horror
zakończy się z chwilą jej śmierci lub wyjścia na wolność. Śmierci…
bała się wówczas spojrzeć prawdzie w oczy, że przecież tam nie może
polec. Łudziła się, by mieć nadzieję. Bo co ją trzymało przy życiu w
tym przeklętym miejscu? Sama nie wiedziała. Odczuwała tęsknotę za
Likame, która zawsze stała przy jej boku i była chętna w dowolnym
momencie ją wesprzeć. Uczucie to z dnia na dzień pogłębiało się, a ona
coraz więcej o niej myślała, bo należała do żywych. Kiedy przyjdzie,
myślała, będę mogła ją przytulić. Kiedy przyjdzie, może uda mi się dać
jej jakiś pocałunek czy inaczej pokazać jej swoją miłość. Gdy
przybędzie świat nagle zmieni swe kolory, zostanie obrzucony różowymi
i delikatnymi płatkami rzeczywistości. I zawsze tak było, ilekroć
rudowłosa przybywała do swej przyjaciółki. A w tym momencie, po prostu
siedząc na mozaikowej podłodze w Phobosie, Agafe stwierdziła, że to
wszystko znów jest nierzeczywiste, fałszywe. Będąc na Nudnym Świecie
chciano dać jej nadzieję na lepsze i pogodniejsze życie. Ale jak można
tego dokonać, jeśli umiłowana osoba może tylko patrzeć z boku na to,
co robisz? I tylko słowami łechtać delikatnie twoją postać. Tęsknota
nie zginęła. Odrodziła się jako roślina, która jest potężna i ma kolce
zamiast liści, kolce zamiast płatków, jest kolcem. Trzeba się
przyzwyczaić do tej tortury. Ale to tak boli. Kiedy ktoś jest z tobą i
nie jest jednocześnie, czy nie lepiej by było, gdyby w ogóle go nie
było przy tobie? Wiercić się we własnych wyobrażeniach na temat tego,
jak cudownie mogłoby być, gdyby ta osoba nagle przy tobie stanęła.
Posiłkować się marzeniami, jak lekarstwem. Bo przy dotykaniu takiej, a
nie innej rzeczywistości, one bolały jeszcze bardziej. Za to istniała
nadzieja, nadzieja… ale ona wisiała nad jej głową, jakby była
niedosięgalnym niebem. Materią, która sobie gdzieś z boku leży i tylko
zadaje smutne tony osobie, którą posiadła, bo przecież wiadomo o
jednej rzeczy: mimo pragnień, mimo wyobrażeń, one nigdy się nie
spełnią.

-Ona by tego nie chciała. -Usłyszała znajomy głos. Znieruchomiała,
lekko zdezorientowana. -Moja pani by tego nie chciała.
Zastanawiała się przez chwilę, z kim ma do czynienia. Gdy zdała sobie
sprawę, kto to, drgnęła nerwowo. Była taka beznadziejna…
-Agafe. -Powiedział spokojnie Arch. -Nie płacz.
Miał taki uspokajający, przyjazny głos. Wytarła łzy z policzków.
Wstała na trzęsących się nogach.
-Ja także za nią tęsknię. Ale nic z tym nie można zrobić. -Chciała
zaprzeczyć. -Nie zaprzeczaj mi, dobrze wiesz, że nie możesz tego
zrobić. Musisz być dla niej silna. Nie możesz pozwolić sobie na płacz.
Bo kiedy to robisz, poddajesz się. Władczyni smoków ma wygrać,
gdziekolwiek by nie była.
Mówił. Ona go słuchała. Była coraz spokojniejsza. Ruszyła parę kroków
do przodu. Nie chciała płakać. Ale tak często nie miała już sił.
Jednak jej płuca ciągle żyły, a Likame spoglądała na nią z taką
troską, tyle robiła… Załatwiła leczenie, załatwiła mieszkanie.
Załatwiła dla niej życie, a ona potrafiła tylko płakać i milczeć.
Przełknęła ślinę. Nie powinna płakać, przynajmniej nie przy
przyjaciółce. To niedobrze, odwdzięczać się jej cierpieniem. Może, jak
nie będzie tego robić, będzie czuła się szczęśliwsza?
-Moja pani będzie szczęśliwsza. -Usłyszała odpowiedź smoka właścicielki DA.
Jak ona będzie zadowolona, to może… ale teraz rudowłosa jest taka
radosna, a mimo wszystko… Agafe oparła się plecami o ścianę.
-Masz mnie, masz Nirgiza i masz smoki. One cię wysłuchają, kiedy
będziesz potrzebna, a moja pani niedostępna. Nic nie zrobisz. Musisz
być silna, żeby pokonać zło. Jesteś władczynią smoków…
Musi być silna. Będzie silna dla przyjaciółki. Nie chce płakać. Ja nie
chcę już płakać, pomyślała. Ale jak to zrobić? To wydawało się takie
niemożliwe. Bo kiedy dopadał ją ten koszmar, kiedy obrazy wracały, ona
nie umiała ich odparować, nie wiedziała, jak to zrobić. Chwytały ją za
szyję i dusiły. Wlewały do gardła truciznę upokorzenia. Przysiadła.
-Moja pani chciałaby dla ciebie szczęścia. -Prowadził dalej monolog
smok. -I mówię to tylko w jej interesie.
Czy potrafiła znieść kolejną godzinę, kolejny dzień z takim
brzemieniem, grzebień haratającym jej wnętrzności? Bo ona jakoś…
Wiedziała, że jej koszmar gdzieś sobie żyje i lada moment może ją
dopaść… A niech mnie dopadnie, pomyślała. Byle nie dopadł Likame.
Proszę, tylko nie Likame.
Była blada, jak śmierć. Wyczuwała w morzu rzeczywistości delikatne
strumyki o mrocznych barwach, strumyki płynące w stronę jej
przyjaciółki. Pokręciła przecząco głową. Nie chcę, pomyślała. To mogę
być ja, tylko, żeby nie była ona.
-To, co wyczuwasz to tylko pragnienia i możliwe scenariusze. To
wszystko, co wyczuwasz niekoniecznie musi się stać.A jeśli będziesz
silna, zło cię nie skrzywdzi.
Silna. Nie płakać, ale być silnym. Bo jeśli to zrobi, to Likame będzie
miała większe szanse na przeżycie. Większe szanse, czyli jakie?
Każde…
Tylko, że ona jest taka samotna. Jak ma sobie poradzić z tym wszystkim?
-Po co jest przyjaciółka? -Zapytał smok.
-Nie chcę jej martwić. -Odpowiedziała. -I tak… nie wiem, czy
dzisiejszej nocy znów jej nie przerwę…
-Przecież to przyjaciółka. -Arch zdawał się nie rozumieć problemu.
-Będzie wściekła…
-Nie będzie wściekła. Agafe, ona cię kocha. Zmartwi się, ale pomoże
tobie. Przecież ty o tym wiesz. Przecież ty doskonale wiesz, że nic
się nie stanie. Przecież ty doskonale wiesz to i to o niebo lepiej,
niż ja.
-Boję się…
Tak się boję wszystkiego, stwierdziła.
-I po co? Ona będzie zdecydowanie szczęśliwsza, wiedząc, co u ciebie.
-Tak?
-Tak.
Zamilkli. Spojrzała na sufit. Szczęśliwsza…

 Zwróciła głowę w lewą stronę. Jedne z drzwi otworzyły się. Na
korytarz wyszła rudowłosa, uśmiechając się delikatnie. To ty powinnaś
mieć Archa, nie ja, pomyślała władczyni smoków. Odruchowo wyciągnęła
rękę w stronę przyjaciółki. Proszę, weź ją. Dotknij moją dłoń, daj mi
swoje ciepło, tak bardzo go potrzebuję. Zza pleców właścicielki DA
wyłonił się demon. Stał bez ruchu, obserwując swoją panią. Ta natknęła
się na oczy ukochanej. Zmieszały się w nich tęsknota i pragnienie.
Likame chciała wyciągnąć przed siebie rękę. Dobrze bym zrobiła,
pomyślała. Jednak wyczuwała za swoimi plecami Astarotha. Jeśli spełni
niemą prośbę partnerki, co zrobi jej luby? Nie mogę, pomyślała. Nie
chciała stracić narzeczonego. A on, jakby nic się nie działo,
spokojnie położył swój podbródek na ramieniu kochanki. Przypatrywał
się tak władczyni smoków, która w milczeniu i z wolna opuszczała rękę
na zimną podłogę. Zimną, jak ich uczucia, zimną jak jego uczucia. A
jednak było w nim coś więcej, niż lód. Pod spodem, pod materią demona
wyczuwała człowieka, a może tylko istotę, która zakochała się w kimś
wspaniałym i śmie teraz czynić zazdrość wobec niej, Agafe. Agafe
chciała szepnąć: miłość nie zazdrości. Demon zauważył lekkie zawahanie
na twarzy przyjaciółki rudowłosej i uśmiechnął się. Poczuł też na
głowie czuły dotyk swej lubej. Mruknął z zadowolenia. Władczyni smoków
schyliła głowę w dół. Boję się, pomyślała. Nie umiem wydusić tych
prostych słów, bo się boję. A przecież on, oni mnie nie skrzywdzą, nie
skrzywdzą… Czuła, jak coś rysuje po niej szramy. Delikatne
uderzenia, niemal nieodczuwalne, a jednak wyczuwała to. Powracało
znane uczucie. W potrzasku, w rozpaczy… Odsuń od siebie płacz. Odsuń
od siebie to uczucie bólu. Obiecałaś. Obiecałaś. Obiecałaś.
-W porządku? -Zapytała delikatnie Likame.
-Tttakk… -Odpowiedziała, przymykając na chwilę oczy. Ciężko
oddychała. Jednak nic nie czuła na policzku.
-Chodź, obejrzymy resztę Phobosa.
Wstała. Ruszyli w głąb budynku. Prócz sal lekcyjnych mijali łazienki
i kuchnie, dostrzegali za oknami place, które miały bawić młodych
ludzi sztuką wojny.
-Wygląda świetnie. -Stwierdziła Likame.
Nie usłyszała odpowiedzi, tylko nieśmiałe kroki za sobą. Odwróciła
się napięcie i spojrzała na przyjaciółkę ze zmarszczonymi brwiami.
Czemu ona nie odpowiada? Czemu nie informuje ją o swoich
przeżyciach… zakładając, że jest w stanie o nich opowiadać? Mogłaby
chociażby zatrzymać się w chwili i powiedzieć, jakie uczucia w niej
siedzą w tym momencie.
-Agafe? -Zapytała. Zrobiła krok w stronę władczyni smoków. Ta
znieruchomiała. Miała się cofnąć? Co ma zrobić? Nie może narażać
związku ukochanej tylko dlatego, że jej jest ciężko i potrzebuje
kogoś… A jeśli się cofnie, to będzie wyglądała, jakby się bała. Bała
się, ale nie rudowłosej. Nie jej. -Jak ci się widzi nauka w takim
miejscu?
-Jjaa… -W pierwszym momencie chciała odpowiedzieć “nie wiem”.
Rozejrzała się wokoło, jakby jej oczy po raz pierwszy karmiły się
obecnym tu widokiem. A przecież ciągle byli w Puszczy Białowieskiej,
ciągle oglądali sale lekcyjne, ciągle natykali się na place ćwiczebne.
Znajdowali się w ośrodku szkoleniowym dla żołnierzy od jakiegoś czasu.
Może godzina, może mniej, może więcej. Co o tym wszystkim naprawdę
sądziła? Przyjaciółka żądała, by wypowiedziała się na ten temat.
Wypowiedziała się, nie odpowiedziała “nie wiem”. Coś w Agafe mówiło,
że słysząc cokolwiek, rudowłosa będzie na lepszym świecie. Nie może
wiecznie mówić “nie wiem”. A przynajmniej nie wobec ukochanej osoby.
-Mmyśśllęę, żżee bbędźdź… bbędźdździe iimm ddobbrzee. Mmiejjssccee
mmaa nniezzwwykkłłyy kklimmaatt… ppoddobbaa mmii ssię…
Miejsce było przyjemne. Sprawiało wrażenie zagubionego piękna pośród
puszczy. Żadna szkoła, nawet taka w Finlandii, nie mogła mu dorównać.
Tutaj człowiek dobrze się czuł, mógł delektować się spokojem. Tak się
zdawało. Władczyni smoków w swej wyobraźni widziała dzieci, które
trenują w wojnę, ćwiczą swe umysły. I po co to wszystko? Aby pokonać
zło. Zadrżała niewidocznie. Na Phobosa spadły smutne łzy. Dzieci,
które walczą za dorosłych… Zmarszczyła brwi. Coś jej się
przypomniało, lecz nie mogła tego wychwycić.
-Cco tto bbyłłaa zza kksiąążkka, ggdździe dździećci wwallczczyłły zz
Rrobballammi….
Likame parsknęła śmiechem. Chciała przytulić przyjaciółkę. Że też jej
się musiała przypomnieć powieść. To dobry znak, pomyślała. Chcę ją
jakoś nagrodzić, ale jak? Astaroth tu jest, będzie wściekły, jak
zobaczy kolejne nasze przytulanki…
-Gra Endera. -Odpowiedziała. -I tak, Phobosa wymyśliłam na podstawie
tej książki. Zgromadzimy wojsko, które dosięgnie naszego wroga i wygra
z nim. Choć chyba nie bardzo będziemy mieli, czym czarować.
-Ano, nie. -Westchnął ciężko demon. -Znaczy, w czystej teorii
moglibyśmy i nawet się do tego szykowaliśmy, ale nasz wróg
wspaniałomyślnie postanowił podbić już nasze regiony w Kramie. Tylko
smokami będziemy mogli się posługiwać, jeśli chodzi o magię.
-Kkrramm…
-Kram się bał. I przegrał. Za bardzo to zbieranie sprzymierzeńców się
rozwlekło w czasie. Ale ponoć technika to też magia…
-Aalle czczyy tto nnie… nnie wwiemm…
Rudowłosa zobaczyła to, czego Astaroth nie dostrzegł. Znów coś
malowało swój cień na istnieniu jej przyjaciółki. Co robić, ta
dziewczyna zaraz się rozpłacze… Nie chcę oglądać jej łez. I to z
jakiego powodu? Mojego? Cholera, żebym to ja była ostrożniejsza…
Władczyni smoków się skurczyła w sobie. Młodzi ludzie mają być ciężko
doświadczeni prze życie, ale czy życie już im nie dało w kość, czyniąc
czarnymi owcami w środowisku? Ale to przecież nie one powinny znaleźć
się na miejscu areny, gdzie dobro toczy wieczne boje ze złem. To
powinna być ona, przecież ona ma magię potężniejszą od kogokolwiek.
Wiedziała to doskonale. Mogła wszystko pokonać, co tylko chciała,
gdyby tylko chciała… albo, gdyby potrafiła. A w tej chwili miała
ochotę paść na kolana i rozpłakać się. Bo to przecież takie straszne,
bo to przecież ją boli, bo przecież wroga się boi. Póki co była w
stanie chronić swoją potęgą bliskich. Tylko tyle umiała zrobić? Ona
cię wszędzie dopadnie, zabrzmiały słowa, które były echem Nirgiza.
Więc co to ma za znaczenie, czy w Kramie, czy na Nudnym Świecie, czy
gdzie, czy kiedy, czy teraz, czy później? Jakie to miało znaczenie?
Zamiast rozlewać słone łzy cierpienia, powinna pójść do wroga i z nim
zawalczyć. Ale, czy to by jej coś dało? Przecież jej wróg jest takim
potworem, że nawet jego imienia nie potrafi powtórzyć, nie potrafi
spokojnie jego nazwy słyszeć i gdy tylko zasypia, gdy śni o nim,
oblewa się zimnym przerażeniem.
-Ona nie chce, żebyś płakała. -Powiedział Arch.
Tak, jakby przywrócił Agafe do rzeczywistości. Uśmiechnęła się
nieśmiało. Stali naprzeciw siebie w milczeniu przez chwile zamienione
w minuty.
-Nie płaczesz… -Szepnęła Likame.
-Nnie hchccę.
Demon westchnął. Miał wrażenie, że najlepiej będzie, jeśli zniknie.
Było po trzynastej.
-Kochanie -przytulił się do rudowłosej i pocałował ją w policzek
-pozwolę wam pobyć same. Wrócę, jak już uwiniecie się z panią
logopedą.
Nie musiała mu odpowiadać. Gdy poczuła brak jego ciała przy sobie,
zaczęła za nim tęsknić.
-Kochana -powiedziała, podchodząc do Agafe. Przytuliła ją. -Kochana.
Zabrakło im słów. Władczyni smoków wtuliła się w ciepłe, przyjemne
ciało przyjaciółki. Jest szczęśliwsza, kiedy nie widzi moich łez,
pomyślała z zadowoleniem. Brakowało im takich chwil. Nie wiedziały,
jak długo są ze sobą złączone.
-Jestem z ciebie dumna.
-Tttoo nnicc…
-Nie udawaj. Jesteś blada, jak trup.
-Aalle jja tteggoo ssamma… ssamma nniee zzrrobbiłłamm… tto
ssmmokki… Likame…
-Tak?
-Kkohchamm ćcięę.
Chciała powiedzieć coś innego, ale słowa same wyszły. Czy to, że
rudowłosa już nie ma swego smoka, że on jest teraz we władczyni smoków
jest dobre? Czy ona powinna wiedzieć, że on jest cały czas przy niej,
w niej? Przyjaciółka…
-Jjjaa… ddużżoo rrozzmmawwiamm zzee ssmmokkammii… zz Aarrchemm…
Nie wiedziała, jak Likame na tą wiadomość zareaguje. Obawiała się
reakcji przyjaciółki. Zobaczyła w jej oczach tęsknotę.
-Jjaa…
-Agafe, jesteś władczynią smoków, pewnie…
Urwała. Straciła swojego smoka. Straciła część siebie. Każdego dnia
znajdowała się igła tęsknoty wobec niego. A wtedy, gdy go usłyszała i
zobaczyła ponownie… Jeden z najwspanialszych momentów jej życia.
-Pprzeppraszszamm…
-Spokojnie. -Odpowiedź cichego smutku.
-Jjja nnie wwiemm, czczemmuu… mmoggęę rrozzmmawwiaćć zzee
ssmmokkammii ii… hchćciałłabbymm ttobbie oddaćć Aarcha… aallee…
nnawwett… ttaa… ttoo, żżebbyyśś mmoggłła zz nnimm pporrozmmawwiaćć
ddużżo mmńnie kkoszttujje. Jjjaa…
Poczuła delikatny dotyk serdecznego palca rudowłosej na swoich ustach.
-Daj mi z nim czasem pogadać.
-Ddobbżrzee. Kkieddy hchcceeszsz…
-Nie. Ja bym chciała z nim codziennie, ale to niemożliwe, prawda? Daj
mi z nim pogadać, kiedy jesteś w stanie.
-Ddobbrze.
Jedwabna cisza opadła na nie. Mijały momenty, a one wędrowały po
Phobosie bez słowa. Wtulone w siebie i zamyślone. Czasem nie potrzeba
słów, by się zrozumieć. W pewnym jednak momencie rudowłosej zaczęło to
przeszkadzać. Zapytała:
-Jak widzisz swoje nauczanie?
Agafe odczuła pragnienie stwierdzenia “nie wiem”. Nie miała czasu, by
się nad tym zastanowić, a jedyne, co jej przychodziło do głowy, to to,
że ona nie powinna stać w miejscu nauczyciela.
-Bbojjęę ssięę.
-Czego?
-Bboo jjakk jjaa ssttannęę ppżrzedd ńnimmii jjąąkkajjąącc ssięę, ttoo
oonnnii bbęddąą ssięę zzee mmńnie śmmiaćć.
-Czy ja wiem? Pójdziesz na terapię i pewnie już nie będziesz się jąkać.
Władczyni smoków nie odpowiedziała. A może coś jest w tych słowach,
które mówią, że wyczucie pewnych wydarzeń niekoniecznie spowoduje ich
spełnienie? Może faktycznie uda jej się przestać jąkać, w końcu jest
to podobno uleczalne.
-Dździęękkujjęę.

* * *

Brązowowłosa kobieta miała na sobie różową koszulkę i czarne spodnie.
Siedziała przy swoim mahoniowym biurku stojącym w gabinecie o różowych
ścianach. Patrzyła, jak jej pacjentka wtula się we właścicielkę Dragon
Arch, jakby chciała się z nią scalić. Powinna skończyć wstępną
diagnozę. Nie wiem, czy dam sobie radę, pomyślała. Przecież ta kobieta
w każdej chwili może nerwowo zareagować na moje prośby. Westchnęła
ciężko.
-Dobra wiadomość jest taka -zaczęła -że jąkanie się pani Agafe ma
podłoże psychiczne. Zakładając, że terapia się powiedzie, zostanie ono
wyleczone. W tej chwili powinnam poprosić ją, by przeczytała jakiś
tekst. I zapewne powinnam spytać ją, czego się boi.
Likame poczuła, jak władczyni smoków zaczyna bawić się jej włosami.
Czemu ona nie mówi o Agafe, jakby tu była?, zastanawiała się ze
wściekłością. Nie chciała rozmawiać w ten sposób o przyjaciółce. Jak
to powiedzieć? Jeśli okaże złość, to co zrobi władczyni smoków?
Właścicielka Nirgiza nie lubiła nerwów, nie lubiła krzyków, nie
znosiła cierpienia.
Agata wzruszyła ramionami.
-Pani przyjaciółka -zaczęła znów -potrzebuje terapii. Może ją odbyć tu
albo w Gdańsku, na dwutygodniowym turnusie. Wybór należy do pani.
-Agafe -zwróciła się Likame do ukochanej. -Gdzie chcesz terapię?
Władczyni smoków zapragnęła odpowiedzieć “nie wiem”, lecz
przypomniała sobie słowa rudowłosej: czego ty chcesz? Czego ja chcę,
zastanawiała się przez moment. Odpowiedziała:
-Ddo Ggddańńsskkaa.
-Świetnie. Sprawa jednak wygląda tak, że ktoś musi pojechać z pani
przyjaciółką na niego.
Zaraz wybuchnę, stwierdziła właścicielka Archa. Zaczęła kontrolować oddech.
-Nnie ddennerwwuujj ssię. -Odparła Agafe.
Bardziej by się jej przydał psycholog, niż ja, pomyślała logopeda.
Nie rozumiała ostatniej myśli władczyni smoków i zmarszczyła brwi.
-Nie wiem tylko, czy pani Agafe nie powinna najpierw iść do
psychologa. -Odpowiedziała.
-Nnie. Nnie hchccę ssięę jjąąkkaćć…
-Ach, tak. Terapia trwa dwa tygodnie, przebywa się wśród ludzi i jest
droga. Najbliższy termin to niedziela, kiedy autokar wyjeżdża do
Gdańska, ale takie wskoczenie na ostatnią chwilę też kosztuje.
-Wie pani -odezwała się Likame -stać mnie na obie rzeczy. Co tam będziemy robić?
-Bawić się w prezenterów, między innymi. Nie chcę zdradzać szczegółów,
bo może to wam zepsuć zabawę. Zbiórka jest o dziewiątej rano, przy
pomnikach obok Rolnika. -Uśmiechnęła się. -Najlepiej by było, jakbym w
tej chwili albo jutro otrzymała zapłatę za turnus i nagły udział.
Autokarem jest niewygodnie, pomyślała władczyni smoków. Wolałabym
pociągiem. Tak dawno nim nie jechałam. Chciałabym pociągiem… I
chciałabym to powiedzieć. Nie bój się, usłyszała głos Archa. Powiedz
to.
-Wwwolllałłabbymm ppoćciąggiemm.
Likame uśmiechnęła się. Nie pozwoliła sobie na wybuch śmiechu, jakim
miała ochotę uraczyć logopedę. To byłaby z jej strony przesada.
-Myślę, że pociąg to niezły pomysł -stwierdziła. -Autokarem na dłużej
może być niewygodnie.
-No dobrze. Zajęcia zaczynają się w poniedziałek. I kiedy zamierza
pani zapłacić?
-W ciągu trzech dni. -Rudowłosa wstała, ciągnąc za sobą przyjaciółkę.
-To wszystko, tak?
-Raczej tak.
-Do widzenia.
Gdy znalazły się na korytarzu, Likame powiedziała:
-Wkurzające babsko.

Agafe milczała.
-Nie znoszę, gdy ktoś mówi, jakby ciebie nie było. -Poczuła mocny
uścisk towarzyszki. -Przecież to takie niesprawiedliwe.
-Hchćiałłabbymm ćcię ppoccałłowwaćć.
-Gdyby tylko Astaroth nie był taki zazdrosny…
-Tto ddobbrze, żże jjesstt… ddobbrze… nnie wwiemm.
Rudowłosa pogłaskała włosy przyjaciółki delikatnym ruchem. Otwiera
się, pomyślała.
-Bbrakkujje mmi ćcieppłła… ćciebbie. Kkochamm ćcię. Ttakk… mmałło ćcię mmam.
-Chciałabym dać ci coś więcej, ale nie wiem, czy potrafię.
-Nnie mussiszsz… jjaa… ttyllkko ttakk…
-Agafe, przecież cię kocham. -Tak bardzo chcę cię pocałować,
stwierdziła. Ale nie mogę tego zrobić, nie mogę…
-Ćcierppiszsz pprzezze mmńnie…
-Nie, po prostu… -Urwała. Z jednej strony pragnęła dać swej
partnerce coś więcej, niż uścisk. Nie mogę jej pocałować, myślała. Nie
czuła się z tym komfortowo. -Kocham też Astarotha i chcę z nim być.
-Wwiemm… pprzeppraszszamm…
-Za co?
-Bboo… ttakk bbymm hchćciałła ssppędździćć zz ttobbą ttee ddnnii ii
nnocce ww Ggddańńskku. Aallle jjeśślli nnie mmożżeszsz…
-Mogę. Przynajmniej w dzień mogę być tylko dla ciebie. W nocy nie mam
pojęcia, ale pogadam z nim o tym.
-Dździękkujję.
Ona tak ładnie prosi, on musi się zgodzić, stwierdziła właścicielka Dragon Arch.
Ruszyły przed siebie, w stronę siedziby DA. Spacer zajął im dłuższą
chwilę, szły w milczeniu.

* * *

Wysoka kobieta ziewnęła. Bose stopy dotykały białego i zimnego piasku
zalewanego niskimi, lecz szybkimi falami błękitnej tafli oceanu. Miała
na sobie czerwoną sukienkę z koronek obszywanych złocistą nicią.
Spojrzała w górę. Zobaczyła błękit spowity szarymi chmurami.
-Będzie padać? -Odezwał się Arden, podchodząc do swej miłości.
Przytulił się do niej.
-Czerwony deszcz już widziałam. Szkoda, że nie ma już skrzydełek, żeby
to powtórzyć.
Zaczęli odchodzić od wody. Szli w stronę wysokich, brązowych skał,
które były za niskie, by wspiąć się do nieba. Znaleźli się w cieniu.
-Nudzi mi się. -Powiedziała.
-Masz jeszcze zabawkę.
Westchnęła ciężko.
-Ona też mi się znudziła. Myślisz, że już pora?
-Jeśli tak uważasz. Wszak nie warto popełniać jego błędu.
Potarła nerwowo czoło. Zaczęli obchodzić skałę.
-Nie wiem, czy nie warto zostawić tych sentymentów na bok i się bawić. -Odparła.
Zmarszczył brwi i zapytał, zaskoczony:
-Boisz się?
-Połączenie geniuszu i mocy bywa zabójcze. Może powinnam ją zabić u Taju?
-Wtedy nie miałabyś tak doskonałej zabawy.
Zaklęła.
-Mamy czas, jak się wydaje. -Rzekła w końcu.
Stanęli przed schodami wędrującymi w dół. Były ułożone z czerwonej cegły.
-Nie warto panikować. -Stwierdził. -Może zamiast je zabijać,
przekonamy je do siebie…
Roześmiała się i wbiegła na dół. Skoczył za nią i wylądował na
podłodze zatopionej w krwi. Cień ścian powodował, że we wnętrzu
panował półmrok. Zawiesił nad sobą złotą kulkę, która oświetliła
przestrzeń.
Kobieta znajdowała się przy zwiniętym ciele, skutym w kajdany. Więzień
był oblepiony zaschniętą krwią. Oddychał niespokojnie, lekko
świszcząc. Miał zamknięte oczy.
-Mogłabym go bardziej pokaleczyć. -Skomentowała.
-I co by ci to dało?
-Większe znudzenie.
Uderzyła lewym sierpowym w policzek skatowanego. Otworzył oczy.
-Mam dobrą wiadomość dla ciebie. -Powiedziała Nyssa, uśmiechając się.
-Koniec zabawy.
Jej ofiara tylko stęknęła. Chwyciła za włosy i podniosła do góry.
-To, co robiłeś Agafe było czystym skurwysyństwem. -Ton miała
spokojny. -Ale to już wiesz, prawda? Czy zatem chcesz nadal
kontynuować swoje dzieło?
Wybąkał coś cicho i niewyraźnie.
-No dobrze. -Przyłożyła mu jeden palec do czoła, drugi do serca.
-Dziękuję więc za owocną współpracę.
Coś strzeliło. Z głowy i serca wystrzeliły wąskie strużki krwi, by po
chwili zaniknąć. Ciało opadło na ziemię i zamieniło się w czarny
proch.
-Miałam nadzieję na lepsze efekty specjalne! -Burknęła.
Arden cofnął się.
-Czego się cofasz? -Zapytała. -Chodź i bądź tak miły, daj mi rozkosz.
Mężczyzna podszedł do oprawczyni, uśmiechnął się i położył dłonie na
jej piersiach.
-Jak sobie życzysz.

* * *

Astaroth stał naprzeciw siedemnastolatka, może osiemnastolatka z
czarnymi włosami ściętymi na jeża. Ten siedział na kanapie w gabinecie
Likame i ze zdziwieniem patrzył na demona.
-Długo mam czekać? -Zapytał Michał.
-Siedź i nie gadaj. Ciesz się, że jeszcze nic ci nie zrobiłem.
-A mógłbym dostać piwo?
-Nie. One zaraz powinny przyjść.
-Czekam już godzinę, mówiłeś to samo przed godziną…
Narzeczony rudowłosej chwycił chłopaka za podbródek i rzekł:
-Prosiłem o ciszę.
Młodzieniec kiwnął głową.
Otwarły się drzwi do gabinetu. W progu stanęły dwie kobiety. Michałowi
w oczy rzuciły się piękne dłonie z czerwonymi pręgami.
-O, cześć. -Powiedziała Likame, wpadając w ramiona swego ukochanego.
Pocałowała go. -Co on tu robi?
-Podobno przyszedł pokazać ci wyniki w nauce i powiedzieć coś jeszcze,
ale stwierdził, że to rozmowa w cztery oczy.
Agafe patrzyła się na chłopca, który zdawał się nie odrywać wzroku od
jej dłoni. Zdawało się, że władczyni smoków chce je zakryć, lecz nie
umiała się do tego zmusić. Musiałaby dać ręce do tyłu, a to budziło w
niej nieprzyjemne wspomnienia.
-Likame -zaczął Michał. -Możemy porozmawiać w cztery oczy?
-Oonn… oonn wwłłammałł ssięę ddo ssysstemmu
zzabbezzppieczczajjącceggo Pphobbossa.
Rudowłosa zmarszczyła brwi.
Nastolatek wyglądał na zszokowanego.
-To załatasz te dziury. -Odpowiedziała właścicielka Dragon Arch.
Podeszła do biurka, wzięła małą kartkę i uśmiechnęła się. -A oceny
świetne.
-Chciałbym więcej pracować w Phobosie. To takie ekscytujące…
-Powinieneś skupić się na nauce.
-Mmoggęę wwyjjśśćć?
Likame uśmiechnęła się delikatnie.
-Tak. -Odparła.
Władczyni smoków ruszyła w głąb korytarza. Doszła na jego koniec,
znalazła się u schodów i weszła na nie. Po parunastu krokach znalazła
się na dachu. Wiatr obrzucił ją chłodnym powietrzem, zadrżała.
Podeszła na skraj budynku i rozejrzała się. Widziała cały Gorzów z
wolna zatapiający się w ciemnościach. Złoto-pomarańczowa kula
wchodziła za brązową katedrę. Usiadła, zgięła kolana i położyła na
nich głowę.
Dziś jest piękny dzień, pomyślała. Może nie będę miała koszmarów? Zimno mi.
W dłoni pojawiła się szara kurtka z kapturem. Założyła ją. I usłyszała
za sobą kroki. Nie odwróciła się.
-Uciekłaś. -Odezwał się Astaroth, podchodząc do niej. -Czyżbyś dawała
mi powody do zazdrości?
-Mmożże… -Skuliła się trochę. -Nnie ccałłowwałłyśmmy ssię.
Mmóggłbbyśś… mmóggłbbyś mmńnie zzossttawwićć ssammą?
-Ponieważ?
-Assttarrotth… -Głos jakby jej się załamał. Przeraża mnie,
pomyślała. Przełknęła ślinę.
-To mi powiedz, bo raczej nie codziennie chcesz być sama. I może już
wiesz, czemu nie mogę zostać aniołem?
-Iii ttakk bbyśś mmi jją zzabbrałł… ii… nnie mmoggę ćcii
ppowwiedździećć, czczemmu nnie mmożżeszsz zzossttać aanniołłemm…
-Czemu?!
Skuliła się.
-Nnie kkrzyczcz… -Poprosiła płaczliwie. -Pproszszę…
A miała nadzieję, że dziś koszmar jej nie będzie dotykać. A jednak nie
mógł jej zostawić w spokoju.
-Przepraszam. -Rzekł demon, gdy już się uspokoił.
Przy schodach stanęła Karina.
-Pani pyta, co robicie. -Odparła. -I powiedziała, że chce urządzić dziś domówkę.
-Z jakiej okazji?
Kobieta-demon uśmiechnęła się.
-Kosashi nie żyje.
Agafe wybuchnęła płaczem.
-Idźdź… idźćcie ssobbiee… -jęknęła.
-Posprzątaj ten bajzel. -Rozkazał Astaroth i zaczął schodzić na dół.
Karina ruszyła za nim. -Powiedziałem, żebyś posprzątała go.
-Nie jesteś moim panem i to nie ja go zrobiłam.
Stanęli w progu. Likame rzuciła na nich spojrzenie, siedząc przy swoim biurku.
-Gdzie Agafe? -Zapytała.
-Rozpłakała się. -Odparła kobieta-demon. -Poprosiła, żebyśmy poszli w
cholerę, jak oświadczyłam im tę wieść.
-Bo rozpłakała się przez ciebie… -Wtrącił narzeczony rudowłosej.
-Tak? Przecież to ty z nią wcześniej rozmawiałeś.

Właścicielka Dragon Arch westchnęła ciężko.

-Piwa nie żałujcie. -Rzekła.
-Co? -Zdziwił się jej kochanek, do którego podeszła.
-Idę do niej. Proszę, bądź tak miły i nie przeszkadzaj nam.
-Ale… -Chwycił ją za rękę. -Nie. Jesteś moja.
-Kocham cię, ale nie chcę, by siedziała sama, gdy my tu świętujemy.
-Miałaś już dość jej towarzystwa na dziś.
-Nie. -Wyrwała się z uścisku i uśmiechnęła się. -Proszę. Dobrze wiesz,
jak bardzo ona mnie potrzebuje…
-Każesz mi być zazdrosnym. -Powiedział z wyrzutem.
-To znaczy, że mnie kochasz.
Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale wbiegła już na korytarz. Po paru
minutach była już na dachu. Zobaczyła przyjaciółkę leżącą na plecach i
wpatrującą się w fioletowoczarne niebo.
-Agafe? -Zapytała, podchodząc do niej.
-Nnie jjesstteśś zz nnimm…
Likame przytuliła do siebie władczynię smoków.
-Nie chcę, byś była sama, gdy my świętujemy. -Szepnęła jej do ucha.
Agafe wzięła dłoń rudowłosej w swoją.
-Nnie hchccę ttamm… oonnii mńnie pprzerrażżajją…
-Wybacz…
-Nnie… rrozzummiemm… pprzeppraszszamm…
-Agafe, w porządku.
-Oonn bbędździe zzłły…
-Może i tak, ale ja o ciebie też powinnam dbać. Przyjaciółkę powinno
się wspierać, prawda?
-Jja… mmałło cco ćcię wwssppierramm…
-Wystarczająco.
-Aallee Aarhch… ppowwinnienn bbyćć ww ttobbie… nnie wwiemm, jjakk
ćci ggo tterrazz oddaćć…
-Wystarczy, że jesteś przy mnie.
-Llikkamme…?
-Tak, kochana?
-Zzosstannieszsz zze mmnną nna nnocc?
-Zostanę. Obiecuję.
-Kkkohchamm ćcię.

Dwa kobiece ciała leżały spokojnie oddychając na dachu wieżowca
siedziby Dragon Arch. Niebo nad nimi było błękitno-różowym pasmem z
białymi plamami. Naprzeciw katedry mozolnie wznosiło się słońce.
Pierwsza otworzyła oczy Agafe. Widząc nad sobą jasne pastele,
podniosła rękę w górę. Gdyby jeszcze nad nimi fruwały smoki…
Musiałabym się udać do Kramu, pomyślała ze smutkiem.
-Idź do Kramu, koteczku. -Odezwał się w głowie władczyni smoków Nirgiz.
-Nie mogę. -Odpowiedziała mu.
-Możesz. I tęsknisz, więc czemu nie?
-Bo nie.
-Boisz się…
-Zostaw mnie.
Usłyszała kroki. Usiadła i spojrzała na Astarotha. Stanął przy
schodach i patrzył się na kobiety. Demon milczał. Agafe serce zaczęło
bić szybciej. On cię nie skrzywdzi, pomyślała. Widziała na jego twarzy
niezadowolenie. Podszedł do nich, kucnął i wziął w swoje objęcia
Likame.
-Co robisz -mruknęła rudowłosa. -Włóż… -Otworzyła oczy. -Uch.
-Witaj. -Rzekł Astaroth. -Dobrze się bawiłaś?
-Bardzo. -Spojrzała na przyjaciółkę. Ta wyglądała na spiętą. Wydawało
się, że lekko drży.
-Dlaczego mi to zrobiłaś?
-Ale co?
-Zostawiłaś mnie na noc z tymi tam, na dole.
-Dobrze się bawiłeś?
-Nie.
-Kochanie…
-Nie podoba mi się, jak muszę spędzać noce bez ciebie. Tęsknię za
tobą, ty za mną chyba też?
-Tak, ale Agafe też…
-Ale chyba ja jestem ważniejszy?
-Co to za pytanie? Ja ciebie kocham, ją też i chciałabym z wami
spędzać po równo…
-Noce miały należeć do mnie.
-Ale ona jest w takim stanie, że…
-Ona, ona… kochanie, kończy mi się cierpliwość, a nie chcę
zachowywać się idiotycznie.
-Ale ona potrzebuje wsparcia, rozumiesz i poprosiła mnie, żebym z nią
spędziła noc.
-I co z tego? Mogłaś odmówić.
-Nie, nie mogłam.
-Bo?
-Jest moją przyjaciółką i po tym, co przeszła potrzebuje wsparcia!
-A ja, kim jestem?
-Pprzessttańńćcie. -Jęknęła władczyni smoków. Wstała, zgięta w pół.
-Jja… pprzeppraszszamm… nnie kkłóććcie ssięę… nnie pprzezze
mmńnie… jjeśślli hchccećcie… jja… ooddejjddę… żżebbyśśćcie
ssię ńnie rrozzssttallii…
-Co? -Jęnęła rudowłosa. -Co zrobisz?
-Ppójddę ddo Kkrammu, jjeśśllii… wwaszsz zzwwiązzekk mma bbyćć…
-Nie! -Wyrwała się z uścisku. -Nie wolno ci. Nie beze mnie.
Podeszła do władczyni smoków i przytuliła ją.
-Aassttarrotth…
-Agafe, nie po to cię ratowałam, żebyś teraz odchodziła.
-Aalle oonn…
-Jesteś moją przyjaciółką, co ja bym bez ciebie zrobiła? Kocham cię.
-Poczuła łzy na policzku. -Kocham cię.
-Cco zzrobbiszsz bbezz nnieggo…
-Kochana, jemu też nie pozwolę odejść.
-Nnie?…
-Nie. Kocham was. Rozumiecie?! Wystarczyłoby, żeby co druga noc z
Agafe… Ja was kocham!
-Jestem zazdrosny… -Wtrącił Astaroth, lekko zdezorientowany sytuacją.
-A ja za tobą zawsze tęsknię, kiedy cię nie ma. I za nią też.
Demon westchnął ciężko.
-Mogę się zgodzić, żebyś dwa razy w tygodniu na noc z nią była. Nie więcej.
-Tylko dwie…
-Kochanie, jesteśmy parą. Myślisz, że mi łatwo patrzeć, jak się obmacujecie?
-Niech będą dwie. -Szepnęła. -Ale musisz mi coś dać.
-Dać? Przecież się targujemy…
-Miłość to nie targ. Ale jeśli tak to traktujesz, to tym bardziej
musisz mi na to pozwolić.
-Na co? -Zdziwił się.
Likame dotknęła delikatnie ust ukochanej. Łagodnie odsunęła się od
przyjaciółki, uśmiechając się. Podeszła do swego demona.
-Czemu to zrobiłaś? -Zapytał.
-Bo ją kocham. -Wzięła go za rękę. -Chodź.
Zaczęli schodzić na dół.
Pięknie całuje, pomyślała władczyni smoków. Spoglądnęła w górę i
zobaczyła niezmierzony błękit bez rys.

Pocałowała go w policzek, gdy schodzili po stopniach. Uśmiechnęła się.
-Mam ochotę na seksiu. -Szepnęła mu do ucha.
Objął ją w talii.
-Na ostro? -Zapytał.
-Średnio.
Astaroth podszedł do gabinetu Likame, otworzył drzwi, pozwolił przejść
przez próg swej pani. Ta ruszyła od razu w stronę swego prywatnego
pokoju, nie zwracając uwagi na bandę demonów, która grała w go,
komentując partię Kariny z Jedynką.
Znalazłszy się u siebie, zaczęła ściągać sukienkę. Jej narzeczony
zamknął za sobą drzwi, podszedł do niej i pomógł zdjąć ubranie. Objął
ją w pasie. Pocałował w usta francuskim stylem.
-Co zamierzasz? -Zapytała.
-Włączmy muzykę. -Zaproponował. Podszedł do radia stojącego na jednej
z półek, nacisnął guzik i zmarszczył brwi. -E, nie działa.
-Bo to stary grat. -Usiadła na łóżku.
W dłoni demona ukazał się najnowszy model komórki. Pogrzebał coś na
sprzęcie, po czym po pokoju zaczął brzmieć śpiew Gabrieli Guncikovej.
Odłożył telefon na stół, wziął za ręce ukochaną, przyciągając ją do
siebie.
-Potańczmy. -Zaproponował. Pocałowała go w nos.
Z wolna zaczęli tworzyć koła w pomieszczeniu. Wtuleni w siebie,
obracali się w kółko, rytmicznie machając biodrami.
-Nie znam Guncikovej -stwierdziła Likame.
-Czeska piosenkarka. Niedawno śpiewała w jakimś programie pokroju
Idol. -Przystanął, pocałował ją w policzek, podał do dłoni piwo. -Też
czeskie.
-Jesteś bardzo miły, jak na niedawno okazaną zazdrość. -Otworzyła
napój i wypiła łyka.
-Przecież cię kocham. -Zaczął głaskać jej szyję. Jęknęła. Jego dotyk
był taki czuły. Zamknęła oczy i pozwoliła, by puszka upadła na
podłogę. Położył ją na łóżku. Pomasował brzuch nad pępkiem. Zdjął
stanik. Zaczął lizać jej lewą pierś. Jęknęła. Dotyk jego ust na
sutkach, pieszczoty po biodrach sprawiały, że miała ochotę na więcej i
więcej.
-Tak mnie kochasz, że pierwszy poleciałeś sprawdzić, co z Agafe.
-Powiedziała między kocimi jęknięciami.
-Bo mam nadzieję w końcu poznać odpowiedź, dlaczego nie mogę być
aniołem. Poza tym taka ucieczka to była trochę nie w jej stylu.
-Twoje zachowanie także nie było w twoim stylu.
-Doprawdy? Może za mało mnie znasz. -Pocałował ją w ucho. Włożył dłoń
pod majtki i zaczął kręcić kółka, gdy znalazł łechtaczkę. Niemal
mruczała, wpatrując się w jego brązowe oczy. Dostrzegała w nich
miłość. Astaroth ściągnął jej majtki na wysokość kolan. Rozsunął jej
nogi. Lizał pępek, pieszcząc jej myszkę od środka. Delikatnie wiła się
z rozkoszy, jęcząc słodko. W końcu zaczął lizać jej łono.
Nagle przestał. Uśmiechał się. W jego dłoni pojawiła się czarna
wstążka. Wziął dłonie Likame i zaczął je obwiązywać.
-Kocham cię. -Wyznała, całując go francuskim pocałunkiem w usta. -Kocham…
-Cieszę się. Ale… Tak się zastanawiam, czy nie zechciałabyś w końcu pobrać.
-Pewnie, że bym chciała… -Jęknęła, gdy włożył dwa palce w jej
szparkę. Zaczął masować jej biodra. -Z tobą wszędzie bym chciała i
wszędzie bym mogła…
Ściągnął spodnie, położył jej dłonie na swoim penisie, który stał.
Delikatnie go obejmowała. Zaczęła ściągać jego slipy. On masował jej
łechtaczkę, a ona miała w swoich dłoniach jego członka i masowała go
delikatnie. Zaczęła go lizać. W którymś momencie odsunął ją od siebie,
a ona na to:
-Jeszcze.
Parsknął śmiechem.
-Czy ja cię kiedykolwiek zaspokoję? -Zapytał.
-Nie, bo jesteś zbyt wspaniały, byś przestał mnie zaspokajać.
Pocałował ją w usta długim pocałunkiem z języczkiem.
Wsadził penisa w pochwę. Burza uniesienia i zadowolenia przyszła z
ogromną siłą dla nich obu. Kiedy wyjął członka, położył się obok
niego, a ona:
-Jeszcze. Proszę.
-Sekundkę. -Obdarzył ją pocałunkiem w czoło.

* * *

Bazar znajdował się jakieś trzydzieści minut od siedziby Dragon Arch.
Doszła do niego powolnym krokiem, starając się nie myśleć o
przeszłości. Błękit nad jej głową ubrany był w biało szare, drobne
chmury. Piękno przysłonione smutkiem. Smutkiem… Dlaczego ciągle jest
jej smutno? Tak wspaniale jest jej być tutaj, u boku Likame… Chociaż
na chwilę. Ale ta chwila nie wystarczała. Rudowłosa musiała poświęcać
swój czas Astarothowi, jego kochała, a ją… Agafe przełknęła ślinę.
Nie myśl tak, zganiła się. Likame na pewno nie chce, byś się smuciła.
Sprawisz jej tylko przykrość.
Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się przy kolorych straganach. Bez
wielkich emocji spoglądała na sprzedawców, którzy wystawili albo owoce
z warzywami, albo ubrania. Szła przed siebie. Tak chciałabym ujrzeć
Nirgiza, przyszło jej do głowy. Smok… Smok żył w pewnej krainie, do
której teraz nie chciała wracać. Strach mieszał jej się z tęsknotą.
Dlaczego tęsknię, zadawała sobie ciągle to jedno pytanie. Chciałabym
po prostu być normalna. Być normalna… Przystanęła nagle i wybuchnęła
śmiechem. Wszyscy bohaterowie powieści, komiksów czy filmów pragnęli
być normalni. Ludzie zaczęli się na nią gapić. Z czego ona się śmieje?
Wariatka jakaś, czy coś?
Władczyni smoków z uśmiechem lekko wyblakłym spojrzała w górę. Chmury
płynęły leniwie. Wyciągnęła w górę rękę. Chciałabym się tam znaleźć,
wśród niebios…
Już miała zamknąć oczy i wzlecieć w górę, ale poczuła ciarki na
plecach. Chciała… Pamiętała, jak kiedyś pragnęła uciec przed szarą i
nudną rzeczywistością. To, co ją spotkało po tym kroku… Lepiej
niczego nie chcieć. Albo przynajmniej nigdzie nie iść. Nawet, jeśli
się czegoś bardzo pragnie. Tu jest bezpiecznie. Tu jest jeszcze
bezpiecznie…
Pomóż mi ktoś, pomyślała błagalnie. Złe myśli zaczęły ją przygniatać.
Nie chciała tego. Musi być silna dla Likame, przecież Likame nie mogła
patrzeć na nią, gdy ta płakała.
Agafe zacisnęła pięści. Pomóż ktoś, powtórzyła w myślach i zamknęła
oczy. Nagle na lewym ramieniu poczuła czyjś delikatny dotyk. Spojrzała
w jego stronę. Czemu smoki się nie odezwały? A może…
Jej partner miał długie i brązowe włosy. Nie uśmiechał się. Nosił na
sobie czarną koszulę z szarymi spodniami i adidasami.
-Co tu, kurwa, robisz? -Spytał.
-Żżyjję. -Odpowiedziała, odsuwając się z lekka od Sheez’a.
-Byś się w końcu, do chuja, przeniosła do Kramu.
-Nnnie pprzekklinnaj. Pproszszę.
-Będę robić, co chcę, kurwa.
-Nnie.
Przysunęła się do niego i zaczęła go głaskać po policzku.
Zdezorientowała go. Nie boi się mnie?, zapytał siebie w myślach.
-Jjesstteś mmójj. -Odpowiedziała mu pogodnie. -Ccałły mmójj.
Ddlatteggo nnie bbęddzieszsz pprzekklinnałł. Ddlattegoo…
-Nie wkurwiaj mnie.
Odsunęła się od niego. Pragnęła jakiegokolwiek towarzystwa, ale
towarzystwa, które nie przypominałoby jej o cierpieniach. Chciała
znaleźć się przy smokach… Chodź do mnie, odezwał się w jej głowie
Nirgiz. Nie mogę, odpowiedziała mu. Chciała, a nie mogła, pragnęła, a
nie miała, tęskniła… Tęskniła.
Skuliła się z lekka. Człowiek, nie, anioł, który przed nią stał, był
jej tworem. Dlaczego nie mogła go posiąść w całości? Zmieniać go… A
może… Może mogła? Sheez Valceus okazał się zwykłą istotą, choć
napisała o nim opowiadanie, w którym przyjął rolę boga. Z jakiegoś
powodu odczuwała, że mogłaby tą rolę wziąć. Ale była tylko zwykłym
człowiekiem, który…
Czasami wiedza ją przygniatała. Nie chciała znać przyszłości. Nie
pragnęła posiadać magii i nie chciała wiedzieć tego, co już wiedziała.
Nie może być zwykłym człowiekiem. Jaka normalna kobieta zakochałaby
się w aniele?
Czemu nie mogę być przy Likame, George’u, przy kimkolwiek, kto by…
Chcę zniknąć, stwierdziła. Chcę, żeby niczego nie było, żebym ja była
niczym… Chcę…
Szatyn obserwował jej wewnętrzną walkę ze spokojem. Żołnierzu, walcz
ze sobą, pomyślał. Zmarszczył brwi. Miał wrażenie, że dziewczyna się
poddaje. Ogarniał ją mrok. Co powinienem zrobić?, zastanowił się.
Dotychczas wydawało mu się, że opierdziel jest najlepszą formą
motywacji, ale może się mylił. Nie w przypadku Władczyni Smoków. Ta
potrzebowała czegoś innego. Może uda mu się to wykorzystać?
-Pójdę już, kurwa. -Rzucił. Odwrócił się napięcie.
Agafe chwyciła go gwałtownie, przytuliła się do niego.
-Nniee. -Jęknęła.
Być może skazywała siebie na kolejne okrzyki czy uderzenia, ale gdyby
poszedł we własną stronę, gdyby poszedł to nie byłoby już nikogo…
Uśmiechnęła się smutno na wspomnienie tytułu królowej kryminału,
Agathy Christie. To taka ładna książka, pomyślała.
-Zdecyduj się, do cholery. -Odpowiedział oficer.
-Czczeggo odde mmnie hchceszsz?
-Tego, co wszyscy. Chcę, byś zamordowała tę sukę.
-Zzrobbię tto, alle mmussiszsz mmi ppommócc, pproszszęę…
-Posłuchaj, kurwa, wszyscy wiemy, że kiedyś to nastąpi, tylko im
szybciej, tym lepiej, więc, kurwa…
-Jja tterrazz tteggo nnie mmoggę… nnie ummiemm… Sheez…
Zaskoczyła go, wypowiadając jego imię płynnie. Czyżby jej choroba się
cofała albo ona się go wcale nie obawiała? A może to normalne, że
czasami tak mówi, a czasami inaczej? Gdybym był psychologiem, jęknął w
duchu.
-Jak to, do diabła, nie umiesz teraz tego zrobić?
-Bbo jja nnie mmoggę… jja… tterrazz bbeznnadździejjnnie bbymm
wwallczczyłła… Jjja… -Urwała na chwilę, a potem szeptem
dopowiedziała: -Jja chcę ummrzećć.
-Zgłupiałaś, kurwa.
-Nniee. -Wyglądała, jakby miała się rozpłakać. -Jja… zz tteggo
wwszyssttkieggo aallbbo żrzuccę ssię zz mmossttu allbbo oszszalleję…
-Wybuchnęła nerwowym śmiechem.
Szatyn potarł czoło. Kurwa, pomyślał. Raz ma doła, raz jest
szczęśliwa, jak skowronek.
-Co mam robić, do cholery?
-Bbądź pprzyy mmnnie i bbądź mmiłły.
-Mogę być przy tobie, ale kurwa, nie wymagaj ode mnie, bym był miły.
Nie jestem twoją cholerną maskotką i nie zamierzam się zmieniać tylko
dla ciebie, kurwa!
Zmienisz się, pomyślała. Zmienisz się, bo ja tego chcę, bo jesteś mój.
Podeszła do niego i przytuliła się. Chciałabym teraz przytulać
George’a albo Likame, stwierdziła. Albo Fadwę. Ale on też może być. To
w końcu moje stworzenie…
Jej stworzenie ciężko westchnęło i nieśmiało odepchnęło ją od siebie.
Chciał jej pomóc, ale chciał też zostać sobą. Teoretycznie był
aniołem, ale wychowanym do walki. A na polu bitwy litość była
niewskazana.
-Co zamierzasz, kurwa? -Zapytał.
-Nnie wwiemm.
Zmarszczył brwi. Z jednej strony chciała go wykorzystać, a z drugiej
jakby nie do końca była przekonana…
Westchnął ciężko.
-Przepraszam. -Westchnął. -Wojsko to nie zabawa, nie jestem dobrym partnerem.
-Jjesstteśś jjakkimmkkollwwiekk pparrttnnerremm.
Zamarł i spojrzał w jej piękne, lecz smutne oczy. Przypomniała mu tymi
słowami kogoś, z kim dawno temu spędzał dużo cennych chwil, a kto
ugiął się pod potęgą Nyssy. Skrzywił się z lekka.
-Masz Likame. -Odparł.
-Nnnie zzawwszszee i nnie mmamm Dżordżża.
-George, ten… -Uciął. Opamiętaj się, sukinsynie, pomyślał. Po tym,
jak ten anioł pozwolił, by Fadwa go męczyła, miał ogromną ochotę go
ukatrupić. Chociaż z drugiej strony…
Spojrzał w niebo.
-Kochałaś go? -Zapytał.
-Ttakk…
-Myślę, że on ciebie też. -Uśmiechnął się, wziął ją za rękę i ruszył do przodu.
Sunęli powoli, między różnymi wystawcami. Władczyni Smoków nagle
zatrzymała się i zaczęła obracać w dłoniach książkę z zieloną okładką,
stojąc przy straganie księgarskim. Zaciekawiony Sheez zmarszczył
czoło.
-Co to za bzdura? -Zapytał.
-Tto… ppięttnnasstty ttomm Jjeźdźccóww ssmokkóww…
-Jeźdźców smoków? -Zdziwił się i wyrwał książkę z palców partnerki.
-Ludzie to mają wyobraźnię. Lubisz takie pierdoły?
-Kkkochchamm… jja… -Pokręciła głową. Wyrwała mu powieść z dłoni,
odłożyła na stolik i odeszła od straganu.
-Ej, kurwa! -Ryknął za nią. Zaczęła iść przed siebie, nie zwracając
uwagi na swego towarzysza. -Gdzie idziesz, kurwa?!
Szybkim krokiem ją dogonił. Chwycił ją gwałtownie za ramiona i siłą zatrzymał.
-Co robisz?! -Wrzasnął. Z lekka się zaczerwienił, gdy zobaczył na jej
twarzy lzy.
-Nnicc… nnicc nnie ppommagga…
Miał ochotę ją uderzyć. Za bardzo jęczała. Była zbyt otumaniona
własnym cierpieniem, by logicznie funkcjonować. Drżała w jego
ramionach. Gdy inni narzekają na swoją dolę, opowiedz im o gorszej
doli -przypomniał sobie słowa innego swojego przyjaciela i jęknął,
zaklął i westchnął ciężko.
Niech cię, kurwa, szlag trafi, pierdolona suko! -Pomyślał wściekle o
zabójcy jego armii. Nie czas jednak na takie duperele, zganił się.
-Chodź, kurwa. -Jęknął nieomal. Znów wziął ją za rękę i podprowadził.
Doszli do brązowej ławki w cieniu drzewa. Posadził ją na niej. Agafe
zaczęła się kiwać na boki.
-Kurwa. -Jęknął ponownie i usiadł obok Władczyni Smoków. -Czy ty, do
kurwy nędzy, choć raz nie możesz się uspokoić? Nie możesz być, kurwa,
spokojna?
Przyjaciółka Likame pokręciła nerwowo głową. Chciała… nie chciała…
zamienić się w proch. Tylko tego jednego była pewna. Przełknęła ślinę.
Nie powinna tak się zachowywać, ale czasami, mimo wewnętrznej bitwy o
to, by się nie rozpłakać, po prostu nie potrafiła. Jak długo można być
silnym? Ale czy ona była kiedykolwiek silna? Chciała wrzasnąć: kurwa.
A może powinna tak zrobić? Co powinna zrobić? Powiedz mi ktoś, co
powinnam zrobić…
Chwyciła się za głowę. Koszmar powracał. Mimo, że te osoby już leżały
martwe, to ich czyny ciągle do nich powracało. Nie chciała tego.
-Jak kurwa, Likame z tobą wytrzymuje? -Zapytał zdziwiony. Agafe nie
zwróciła na niego uwagi. Przytulił ją do siebie, ale dziewczyna
sprawiała wrażenie, jakby to nie miało żadnego znaczenia.
-Agafe. -Zwrócił się do niej delikatnie. -Agafe! -Potrząsnął nią.
Niektórzy nasi żołnierze mogą się zachowywać tak, jakby właśnie byli
uwięzieni i torturowani, przypomniał sobie słowa jego towarzysza z
wojska. Jęknął. Ciągle musiał przypominać sobie słowa martwych osób.
To go bolało. Bolało… Agafe utrata George’a też bolała, samotność
też bolała, wszystko ją bolało, ona cała sama była boleścią.
Ale on to jakoś wytrzymywał, dlaczego on to wytrzymywał? Co mu dawało
taką siłę? Spojrzał w błękit nad głową, jakby miał mu odpowiedzieć.
Podaj mi wskazówkę, poprosił. Podaj mi kurwa wskazówkę.
Między nimi zapanowało milczenie. Nie wiedział, jak długo trwało. W
pewnym momencie poczuł, jak jego towarzyszka się od niego odsuwa. Była
blada na twarzy i patrzyła przed siebie. Wytarła z policzków łzy i
powiedziała to, co zwykle:
-Pprzeppraszszamm…
Potrząsnął głową. Może jedynie przeczekanie takich momentów wchodziło w grę?
-Myślisz, kurwa, że masz najgorzej? -Zapytał twardo.
-Nnnie wwwiemm…
-Może i masz, ale kurwa, przypominam, że mnie też nie jest łatwo. Czy
ty kurwa, wiesz, co mi zrobiła ta dziwka? I twoja Fadwa to też suka.
-Zzddradździła mmnnie -szepnęła cicho.
-I ty takiej osobie, kurwa ufasz?
-Nnnie wwiemm… hchćciałłamm ttyllkko, żżebby jjakk
nnajszszybbciejj… bbyłło ppo.
Westchnął ciężko.
-Nie wiem, nie wiem, kurwa, to co ty wiesz?
Roześmiała się. Zdumiony jej reakcją, patrzył na jej piękne, wychudzone ciało.
-Co w tym śmiesznego, kurwa? -Zapytał.
-Nnnie wwiemm… -I wybuchnęła głośniejszym śmiechem.
Ja pierdolę, pomyślał. Gorzej, niż z wariatem.
Nagle ogarnął go smutek. Całe jego wojsko rozsypało się w proch. A on
miał pomóc Władczyni Smoków, która nie dość, że się jąkała, to jeszcze
bała się wszystkiego, miała dziwne wahania nastrojów i miał tego jej
zachowania dość. Jak taka osoba miała uratować świat przed Rosemary
Uzdrowicielką? W ogóle było to możliwe? Posiadanie mocy to jeszcze nie
wszystko, trzeba było umieć z niej korzystać, a przede wszystkim nie
zachowywać się, jak schizofrenik. I takiej właśnie osobie miano
powierzyć losy świata… Bogowie chyba byli głupcami, pomyślał. On
został stworzony przez Agafe, czuł to. A jeśli nawet nie, to czuł jej
moc, która z każdą chwilą go owijała. Znajdował się w jej rekach i nie
mógł już się od niej uwolnić. I nawet nie chciał. Pragnął tylko pomóc.
Ale jak, kurwa, to zrobić?, zastanawiał się. Miał wrażenie, jakby
musiało minąć co najmniej kilka lat, nim jego towarzyszka będzie na
tyle normalna, by móc stanąć przed tą suką. Gdyby ją teraz wysłał w
sidła największego zła… popełniłby jeden z najgłupszych czynów w
swoim życiu.
Dziewczyna nie mogła się uspokoić. Nieomal turlała się na ziemi.
-Gdy po długim śnie obudziłem się -zaczął. Agafe spojrzała na niego
uważnie, wstrzymując śmiech. Chcę go wysłuchać, chcę go słyszeć,
mówiła sobie. -Fadwa, ta suka, mnie dorwała. Miałem misję, by odnaleźć
kogoś, z kim mógłbym ukatrupić mojego wroga, ale ta suka, no,
powiedziała, że mi przekaże te informacje dopiero wtedy, kiedy opowiem
jej o swoich cierpieniach. Kazała mi opowiadać, jak na moich oczach
ginęli moi ludzie, kurwa, moi przyjaciele. Nie potrafiłem, ale ta
suka… Byliśmy przy ogniu piekielnym. -Jego słuchaczka zadrżała i
jakby się skuliła. -Posłuchaj. Chcę, byś była silna, Władczynio
Smoków. Ja przeżyłem już wiele popieprzonych rzeczy, może dlatego po
tym wszystkim, co te kurwy mi zrobiły, jestem w stanie normalnie
funkcjonować, ale kurwa, no… To też koszmar. Proszę cię, kurwa,
żebyś czasem zachowywała się przynajmniej odrobinę normalniej, bo ja
kurwa, naprawdę, kurwa, mogę z tobą nie wytrzymać. Ale… -Urwał. -Jak
trzeba będzie, to wytrzymam. Wszystko dla nienawiści.
-Jjjesstteś anniołłemm, nnie ppowinnienneś nniennawidździćć…
-Czyżby? A czy ty to potrafisz?
Pokręciła przecząco głową i przysunęła się do jego piersi.
-Nnnie. -Odparła. -Ssmmuttnno mmi. Oppowwiedz mmi ccośś.
-Co?
-Ccokkollwwiekk.
Zabrakło mu słów. Co mógłby jej opowiedzieć? Nie miał pomysłu, a ona
spoglądała na niego tak proszącym spojrzeniem, że w końcu zaczął
pierwsze, co mu przyszło do głowy:
-Dawno, dawno temu…
Ona po prostu chce być z kimś, pomyślał. I nieważne z kim, bo chce
zagłuszyć samotność, chce poczuć się tak, jak przed tym wszystkim.
Może, kurwa, kiedyś to pojmę.

* * *

-No nie -rzekła z niezadowoleniem Rosemary Uzdrowicielka. Szła
brzegiem oceanu. Słońce wschodziło. Jego blask nie oślepiał jej. -Mój
skarb mnie nie kocha.
-Nie byłbym tym tak zdziwiony -Odrzekł Arden, ziewając. Otulił ją
swymi ramionami. -W końcu dużo nabroiłaś. -Pocałował ją w policzek, a
ona się roześmiała.
-Niegrzeczna dziewczynka -rzekła -chce być jeszcze bardziej
niegrzeczna. Masz może jakiś pomysł?
-O tak. Zabawa pionkami.
Odwróciła się napięcie i zaczęła go żarliwie całować w szyję.
-Chcę ciebie. -Jęknęła, wsuwając dłoń w jego spodnie i szukając
penisa. -Chcę ciebie. -Pocałowała go w usta.

* * *

Głaskał ją po głowie jedną dłonią, a drugą masował pierś. Leżeli w
łóżku, owinięci białobłękitną kołdrą. Astaroth uśmiechał się.
-O czym myślisz, kochanie? -Zapytał, całując ją w usta.
-O niczym. -Odpowiedziała, gapiąc się w sufit.
-Kochanie…
Pocałował ją w szyję. Parsknęła śmiechem, gdy nie chciał zdjąć z ust
jej skóry pełnej żył.
-Chciałabym zobaczyć się z Archem. -Powiedziała, kładąc jedną dłoń na
jego plecach i zaczynając go masować. -To był taki wspaniały smok…
-Ciągle masz sny od niego.
-Ostatnio jakoś… nie bardzo. Nie bardzo wiem, jak mam to rozumieć.
Westchnął.
-Jedyną osobą, która może to wiedzieć, jest Agafe.
-Ale ty o niej nie chcesz rozmawiać, prawda? -Pocałowała go w usta.
-To, że jestem zazdrosny, nie oznacza, że jestem idiotą.
Roześmiała się słodko.
-Kocham cię w każdej postaci. Zazdrosnego, demonicznego i
idiotycznego. -Szepnęła mu do ucha.
-Z idiotyzmem nie mam nic wspólnego. -Przytulił ją do siebie.
Za oknem promienie słoneczne rozświetlały panoramę miasta. Z jego
położenia wynikało, że nie był to wczesny poranek.
Która godzina, przeszło przez głowę Likame.
-Ty zwykle wszystko wiesz. -Powiedziała nagle, przerywając słodką
ciszę. -Tym razem nie wiedziałeś, że twój pan zginął?
-Z moim panem straciłem kontakt, gdy ta dziwka go wzięła. Więc równie
dobrze mogła go zabić, jak odbijała Agafe.
-Ach, tak. Jak się cieszę, że ten skurwiel zginął.
-Wszyscy się cieszą, nikt nie płacze, a my wchodzimy do morza
rozkoszy, co ty na to?
Zsunął się na dół, delikatnie rozwarł jej nogi na bok i zaczął masować
myszkę. Jęknęła.

* * *

Jak dziecko, pomyślał Sheez. Władczyni Smoków leżała na jego kolanach,
śpiąc. Potrząsnął głową. Czy powinien złożyć jej przysięgę wierności?
I tak na uwolnienie się od niej było już za późno.
Czy ona w nocy spała?, zastanawiał się. Pewnie nie, podsumował
wspomnienie śmierci Kosashiego. Myślała o nim? O tym, że nigdy już jej
nie tknie? Czy może marzyła o George’u?
Krzyknęła cienko. Ludzie przechodzący obok zatrzymali się, spojrzeli
na parę rozłożoną na ławce i ruszyli w swoją stronę.
Agafe otworzyła oczy, w których malował się ból.
-Nnnie mmoggę ssppaćć… -Jęknęła.
Przytuliła się do szatyna.
Kurwa, jestem jej maskotką. -Uświadomił sobie. Miał wrażenie, jakby
dla niej najmniej ważne było jego imię.
-Mmamm kkoszszmmarry… onni oddeszszlii, aa jja mmamm ccałły czczass
kkoszszmmaryy…
-Nie potrafię cię obronić, kurwa. -Odpowiedział. -Nie przed snami.
-Nnie wwiemm.
Jęknął. Był zmęczony, a zdaje się, że Likame zostawiła go na pastwę z
tą… z tą… Przełknął ślinę. Do głowy wpadł mu obraz jednego z jego
przyjaciół, który ciągle powtarzał, że to normalne. Że należy dać
sobie czas… Jakiv był wtedy młody i głupi.
-Powinnaś iść do lekarza. -Powiedział. -W takim stanie, kurwa, nie
możesz ocalić świata.
-Jjja… śśppięę ddobbrze ttyllko zz Likame.
-To do niej idź, co to za problem, do cholery?
-Nnnie mmoggę.
-Bo co?
-Oonnaa mma… Assttarottha.
Jęknął.
-Dlaczego nie możecie spać wszyscy troje? Sądzę, że Likame byłaby z
tego bardzo zadowolona…
Roześmiała się. Dojrzał na jej twarzy smutek.
-Hchccę…
Nie odpowiedział. Czekał na dalszy ciąg. Nie doczekał się go, zapytał więc:
-Tak?
-Czczeggo jja hchccę…?
No zaraz coś wyjebię, pomyślał ze wściekłością. Gorzej, niż z
wariatem, przypomniał sobie własną myśl.
-Chcesz się wyspać. -Odpowiedział. -Chcesz być szczęśliwa i zapomnieć
o przeszłości, nie chcesz się jąkać i chcesz wrócić do Kramu, chcesz,
dużo chcesz, ale nic nie robisz. To mnie, między innymi wkurwia, bo
wkurwia mnie też twoje jąkanie i wszystko inne.
-Jjuttroo jjaddę nna tterrappię jjąkkannia ddo Ggddańskka… nna ddwaa
ttyggoddnie. Hchccę, żżebbyś mmnnie oddwiedzałł…
-Jasne. Świetnie. Agafe, miałem się tobą, do kurwy nędzy, opiekować, a
nie pozwalać sobie na pierdoły. -Zobaczył wyraźnie, że dziewczynie
zbierało się na płacz. Chciała z tym walczyć, ale jakby zabrakło jej
na to sił. -Chodź, kurwa.
Wtulił ją do siebie. Zamilkli, a ona natknęła się na niebo z szarymi plamkami.
-Jesteś najbardziej wkurwiającą osobą, jaką znam. -Stwierdził w pewnym
momencie.-Ale… nie wiem.
Czy zaczynam ją lubić?, zadał sobie pytanie. Samotność, ta cholerna
samotność, to wszystko przez nią.
-Jjjakk ssttałeś ssię anniołłemm?
-Przecież ty mnie stworzyłaś, kurwa?
-Hchccesz, żżebbym ćciebbie ssttworzyłła?
Droczy się ze mną, zdał sobie sprawę. Uśmiechnął się. Nie czuł jednak
radości. Zrobiło mu się żal tej biednej, wychudzonej dziewczyny, która
miała masę problemów ze sobą. Tak żal… kiedy ostatnio czuł taki żal?
Jęknął. Zmarszczył brwi i roześmiał się.
-Wpadłem na świński kawał, chcesz posłuchać?
-Mmożże. Nniee… wwiemm…
-Jęczę, jakbym ruchał.
Nie zabrzmiało to śmiesznie. Jego towarzyszka jakby zignorowała te
słowa. Spojrzała w niebo i zapytała:
-Kktórra ggodzinna?
-Około trzynastej.
Wstała niezręcznie. Postąpiła krok naprzód i zachwiała się. Sheez
natychmiast przygarnął ją do siebie ramionami.
-Co jest? -Zapytał.
-Ssłabbo mmi… zzappommńniałłamm oo śńniaddanniu.
-Kurwa. -Zaklął. Położył partnerkę na ławce. -Musisz jeść.
-Wwiemm…
Jestem taka głupia, zganiła siebie. Przecież Likame mi mówiła, że
muszę jeść. Tutaj bez tego umrę… Umrę. Ostatnia myśl wydawała jej
się kojąca.
Anioł skrzywił się. Kurwa, pomyślał. Co powinienem zrobić?
W jego dłoni pojawił się pączek oblany czekoladą i kokosami.
-W środku jest wypełniony budyniem. -Rzekł. Oderwał kawałek i włożył
go do ust Agafe. Ta przełknęła i nic nie powiedziała. Nie wydawała się
chętna do skosztowania słodkości.
-Ogarnęło cię piekło. -Podsumował, przyglądając się jej. -Dziś nie
masz sił z nim walczyć, prawda?
-Aniele… -Wyrwało jej się słabo.
-Aniele, stróżu mój, ty zawsze przy mniej stój. Rano, wieczór, we
dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy. Strzeż duszy i ciała mego,
zaprowadź mnie do Królestwa Bożego. Agafe, na to ostatnie w
najbliższym czasie nie mogę ci pozwolić. Ale jestem aniołem i
chciałbym ci, kurwa, pomóc. Tylko musisz chcieć.
-Jjjessstteśś mmoimm anniołłemm ssttróżżemm?
-Jestem aniołem, który chce zajebać tę jebaną sukę, przez którą
cierpimy. Mogę ci pomóc, ale nie potrafię, jeśli ty przebywasz tylko w
piekle. Może to, kurwa, minie, ale musisz być silna.
Załkała.
-Nnnie ppottraffię… -Jęknęła.
-Agafe… -Przytulił ją. -Zdajesz sobie sprawę, co się stanie, jeśli
się poddasz? Zdajesz?
-Likame…
-Tak, Likame cię kocha. I chciałaby, żebyś bez sensu nie głodowała i
nie chciałaby, żebyś się smuciła. Weź się w garść.
Nie umiem, pomyślała i rozpłakała się. Bo nie potrafiła. Nosiła na
sobie krzyż, który wydawał się cięższy od jej ciała. Jak mogła żyć
spokojnie, gdy piekło nie chciało odejść? Gdyby tylko mogła więcej
czasu spędzać z przyjaciółką…
-Idziemy.
-Cco? -Zdziwiła się.
Szatyn wstał, wziął ją za dłoń. Wyrzucił pączka w trawę, zaczął
prowadzić przed siebie swoją partnerkę.
Szli w milczeniu. Jestem wkurwiony, jestem wkurwiony i jestem coraz
bardziej wkurwiony!, krzyczał w myślach anioł. Najbardziej dlatego, że
nie potrafił jej pomóc. Co z niego za anioł? Może dla niego walka była
żywiołem, ale miał też, jako anioł, pewne obowiązki.
Zbliżali się do Dragon Arch. Nie śpieszyło im się. Minęło z
czterdzieści minut, nim zjawili się w budynku. Spacer spowalniała
Władczyni Smoków.
Sheez bezceremonialnie wkroczył do gabinetu rudowłosej i zobaczył, że
nie ma nikogo. Zaklął soczyście i ruszył w stronę prywatnego
apartamentu Likame. Próbował je otworzyć, ale były zamknięte. Walnął
pięścią.
-Uupprawwiajją ssekkss… -Próbowała bronić Agafe.
-Gówno mnie to obchodzi! -Ryknął. Dziewczyna skuliła się, drżąc.
-Pproszszęę… -Jęknęła.
Głupek, zganił się. W jego dłoni pojawił się ogień. Przyłożył go do
drzwi i patrzył, jak je spowija. Dym drażnił nos, krzyczał skwiercząc.
Astaroth ugasił ogień, stanął naprzeciw anioła. Demon miał na sobie
szare spodnie, a na widok szatyna i kulącej się w kącie Agafe
zmarszczył brwi.
-Czego? -Zapytał lekko zirytowanym tonem.
-Od ciebie niczego. Jest może Likame?
-Nie ma.
-Jasne, bo akurat ty lubisz bezczynnie siedzieć w jej pokoju, kurwa.
-Nie wkurwiaj mnie.
-Wzajemnie. -Warknął anioł.
-Co się dzieje? -Zapytała rudowłosa, podchodząc do ukochanego i
wtulając się w niego. Miała na sobie błękitno-czarny szlafrok.
Sheeza zatkało. Przez moment odczuwał opuszczenie swej podopiecznej.
Przełknął głośno ślinę i zapytał:
-Czy możesz zająć jej przynajmniej pół godziny? Chciałbym, byś
przekazała jej informację, że powinna jeść i być silna.
Rudowłosa prześlizgnęła się obok narzeczonego i podeszła do
przyjaciółki, opierającej się o ścianę i płaczącej.
-Agafe. -Szepnęła i przytuliła się do ukochanej. Demon zniknął w
gabinecie, nie gapiąc się na właścicielkę Dragon Arch. W jego ruchach
widać było gniew. Sheez patrzył na niego ze zmarszczonymi brwiami.
Jest chorobliwie zazdrosny i wytrzymuje tylko dlatego, że ją kocha, podsumował.
-Ppprzeppraszszamm… -Jęknęła Władczyni Smoków. -Jjja…
-W Gdańsku spędzimy ze sobą dużo czasu, wiesz o tym… tęsknię za
tobą, ale Astaroth…
Agafe wtuliła się w nią.

-Jja… wwwieemm… jja… ddziśś… mmńnie mmęczczy lloch zz Arrabbammi…
-Przecież cię nie zostawię.
-Obbieccujjeszsz?
-Kochanie, jeśli będziesz silna… będziesz walczyła ze swoją
rozpaczą, to cię nie zostawię…
-Aa jjeśślli nnie ddamm rraddy…
-Dasz radę. Wiem, że dasz.
Rudowłosa miała ochotę pocałować swoją towarzyszkę, ale jej narzeczony
był zaledwie parę metrów od niej. Mógł to dostrzec. A nawet, jeśli
nie… musiałaby mu o tym powiedzieć. Szczerość w związku była bardzo
ważna. Nie chcę mieć przed nim tajemnic, pomyślała. Chcę z nim spędzić
całe życie, ile tylko można…
-Aa… jjeśśllii…
-Agafe, musisz myśleć pozytywnie. Nie możesz się poddawać… i za dwa
tygodnie masz wychowywać młodzież, jak chcesz tego dokonać w takim
stanie?
Nie dokonam, stwierdziła władczyni smoków. W ogóle nie powinnam
zgadzać się na bycie pedagogiem… ale…
Spuściła głowę. Pamiętała ten dzień, kiedy u Taju błagała, aby dano
jej spokój, a ona wróci na studia. Skończy je, tylko, żeby dano jej
spokój.
Co miała ze sobą zrobić? Może rzucić się z mostu wrocławskiego albo
być. Ale jeśli miała być, to tak, by zanadto nie cierpiała. Nie może
się poddawać. A Likame zasługuje na życie… Bo gdy zabraknie teraz
władczyni smoków… gdy jej już nie będzie… żyć dla kogoś. Ma dla
kogo żyć, tylko czemu mogą być ze sobą tak krótko? Ale nawet taki
czas, za taki czas oddałaby wszystkie skarby świata, żeby mogła go
mieć.
-Kkkochamm ććcię.
Rudowłosa uśmiechnęła się.
-W porządku?
-Tttakk… jja… pprzeppraszamm… bbezz ćciebbie tto nnie mma ssennssu…
Właścicielka Dragon Arch miała łzy w oczach. Czemu chce mi się płakać,
zapytała siebie. Przecież wiadomo, że ona mnie kocha… cholera,
Astaroth…
-Likame… -powiedziała słabo Agafe, widząc parę łez staczających się
po policzku przyjaciółki. -Nnnie hchćciałłamm… nnie ppłaczcz…
-Jak… jak ty nie będziesz płakać, to ja też nie.
Akurat, pomyślała gorzko narzeczona demona. Ale to kłamstwo… nie
można się poddawać, żadna z nas nie może się poddać, a ona musi jakoś
znaleźć siły… Boże… cholera. Cholera, cholera, cholera!
Mamy tylko siebie… nie… ona ma tylko mnie?
-Agafe, tak cię przepraszam…
-Zza cco…
-Chciałabym spędzić z tobą całe życie, ale nie mogę… nie mogę być
ciągle przy tobie… za bardzo kocham Astarotha…
-Pprzeppraszszamm… nnie ppowinnamm ttakk… jja… nnie wwiemm…
-Ale wiesz o tym, że ja cię kocham? Że nie wiem, co bym bez ciebie
zrobiła? Nie dawaj się tak… złym myślom… nie dawaj się. Proszę.
-Dddla ćciebbie…
Dla ciebie się nie dam, pomyślała Agafe i usłyszała nad sobą głos demona:
-Likame, chodź już.
Rudowłosa zawahała się. Przypomniało jej się któreś rozstanie w
piekle. Tak wtedy nie chciała opuszczać swej przyjaciółki. Teraz czuła
to samo. Ale jej ukochany stał nad nią i czekał. Nie będzie tego robił
wiecznie, może odejść. Ja chcę być z nim… Chcę go.
-Iidźdź… -Wykrztusiła Agafe. -Nnnie rróbb ssobbie kkłoppottu…
jja… ddla ććciebbie…
Właścicielka Dragon Arch wstała. Została otulona ciepłym i delikatnym
ramieniem swego towarzysza.
-Chodź już do mnie, kochanie. -Szepnął jej do ucha.
Zaprowadził ją do pokoju, a następnie położył na łóżku.
Czy mam na to patrzeć?, zastanawiała się władczyni smoków, która z
całych sił wstrzymywała łzy. Nie mogę się rozpłakać, wmawiała sobie.
Czy to, że ona się z nim kocha, a ja to widzę, czy to mu sprawia
radość, że ja cierpię? Czy ja muszę cierpieć, czy ja muszę na to
patrzeć, nie chcę na to patrzeć…
Poczuła czyjąś dłoń na ręce. Spojrzała w górę i spotkała błękitny
wzrok szatyna. Nie uśmiechał się, nie wyglądał na wściekłego, sprawiał
wrażenie zamyślonego. Chudy anioł, który chciał ją bronić przed złem,
skromna istota, którą wykreowała… ale po co to zrobiła? I kiedy?
Kiedy ja go stworzyłam?
-Nie patrz na nich. -Powiedział, zaciskając palce na jej dłoni. -Chodź
na spacer, postawię ci loda.
Kiwnęła głową i chciała wstać, ale nie miała sił. Za mało jem, zganiła
się. Mężczyzna podniósł ją delikatnie. Chwyciła się za jego ramię,
jakby miała za chwilę upaść. Była strasznie blada. Spojrzał w jej
oczy, zamknął swoje na chwilę i powiedział cicho:
-Mam prośbę. Uśmiechnij się.
Zrobiła to. On pożałował swych słów. Tak przykrego uśmiechu dawno nie widział.
-Przepraszam. -Odparł.
Chciała go o coś zapytać, ale nie zdążyła. Ruszyli przed siebie,
prosto do windy. W milczeniu na nią poczekali, w milczeniu do niej
weszli i w milczeniu zaczęli nią wjeżdżać na dół.
-Mmmóww… -Poprosiła słabo, jakby nieśmiało.
-Co? -Zdziwił się, zanurzony we własnych myślach.
-Mmmóww ccośś… jja… nniennawwiddzę ćciszszy.
-Sama byś…
-Sheez -spojrzała mu w oczy -jja nnie ummiemm… nnie mmoggę… nnie mmam…
Przygarnął ją do siebie.
-Muszę pomyśleć. -Odparł.
Kiwnęła głową.
Co bym, kurwa, mógł jej opowiedzieć? Pomyślał i wyszli z windy. Od
razu skierowali się do wyjścia z budynku. Przechodzili między biurkami
z ludźmi, którzy sprawiali wrażenie, jakby goście nie istnieli.
Wyszli na zewnątrz. Szatyn pokierował ich do pierwszej lepszej
restauracji, która oferowała włoskie przysmaki. Kobieta usiadła przy
czerwonym stole na zewnątrz, a anioł miał ochotę uklęknąć i spojrzeć w
jej oczy… Pokręcił głową. Kurwa, zaklął. Przecież to scena z
podrzędnego romansu. Jestem wobec niej taki miły z litości czy z
czegoś innego?
Zmarszczył brwi i usiadł naprzeciw niej. Zjawił się kelner, podał menu
i zniknął.
-Na co masz ochotę? -Zapytał Sheez.
-Nnie wwiemm…
Trzeba nią kierować prawie zawsze, stwierdził i poczuł litość. Zaklął
w duchu. No bez jaj.
-Zastanów się. -Poprosił.
Czekał cierpliwie i zastanawiał się, co mógłby jej jeszcze
opowiedzieć. Żył długo, ale czy miał na tyle ciekawe życie, by mógł o
nim mówić? Czy jego słowa będą miały jakieś znaczenie, czy będą tylko
słowami? Nienawidzi ciszy i samotności, myślał. I co z tego? Jak
zacznie tworzyć historię…
-Powiedziałaś, że stworzyłaś mnie -zaczął.
-Ttak… nnappissałłamm oppowwiaddannie…
Może wtedy go zainicjowała? Nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Żyła
wówczas w takim pięknym świecie, którego nie doceniała. Była młoda i
przymierzała się do napisania egzaminu gimnazjalnego. Pełna marzeń i
energii.
-Ciekawe -odparł -bo kiedy ty byłaś młodsza, ja już miałem za sobą ze stulecie.
-Prz…
Miał wrażenie, jakby po jej twarzy przemknął strach.
-Nie jestem zły. Po prostu mam więcej lat, niż siedem.
Roześmiała się. Zaskoczyła go. To nie powinno we mnie budzić
zdziwienia, stwierdził. Podszedł do nich kelner.
-Co podać? -Zapytał.
Chciała odpowiedzieć, że nie ma pojęcia, ale spojrzała na partnera.
Jakby ją o coś prosił. Jestem taka głupia, pomyślała. Spojrzała w menu
i powiedziała, co przeczytała:
-Ddużżą pizzę hhawwajjskąą. Wwoddę.
-A dla pana?
-Dla mnie nic. -Kelner poszedł. -Brawo. W zasadzie… mógłbym ci
opowiedzieć, jak trafiłem do nieba.
-Ttakk…
Zaczął snuć opowieść o swojej przeszłości. Nie czuł zbyt dużo emocji
wobec niej. Przy boleśniejszych fragmentach jednak pauzował. Agafe
siedziała wschłuchana. Słucha mego głosu czy mej historii, zastanawiał
się. Wszystko jedno. Widział, jak powoli smakuje zamówiony przysmak.
Gdy skończyła, spoglądała na niego z twarzą pogodną.
-Chodźmy w inne miejsce. -Zaproponował w pewnym momencie. Wstał,
zapłacił, wziął w swe ramiona władczynię smoków i wyszli.
-Ddokkąd?
-Nie wiem. Może do parku?
-Ppparrkkuu…
Parę kroków dalej znaleźli się w Parku Róż. Dwie pierwsze ławki zajęte
były przez miziające się pary. Podeszli do jednego z siedzeń stojących
na uboczu, w cieniu dęba.
Agafe opadła na niego. Zapatrzyła się w dal.
Sheez usiadł obok niej. Nie mógł się powstrzymać i pogłaskał ją po głowie.
-Nnnie sskrrzywwdziszsz mmnnie, pprawdda? -Zapytała.
-Nie skrzywdzę. -Odpowiedział szczerze.
Milczała.
-Chcesz, bym opowiadał dalej? -Zagaił.
-Ttakk…
Znów zaczął snuć o sobie historię. Oparła się o jego ramię. Zamknęła
oczy. Jakieś pół godziny później zorientował się, że zasnęła.
Urzekła mnie, stwierdził. Jest taka niewinna i biedna… Litość… czy
chce, żebym czuł do niej litość? Kurwa.
Czuł się zmęczony. Przestał myśleć i zaczął medytację.
Z błogiego stanu wyrwał go krzyk Agafe. Siedziała obok niego z
brzuchem przyciśniętym do nóg. Dłońmi obejmowała deskę ławki. Była
spięta. Wydała z siebie dwa jęki.
Nie mogę płakać, nie mogę, nie mogę, wmawiała sobie. Nie mogę, ale to
jest takie trudne… jak mam być… żyć normalnie, skoro to ciągle
mnie męczy i nie chce odejść? Pomóż mi ktoś… nie mogę płakać, nie
mogę…
Sheez przytulił ją do siepie i szepnął do ucha:
-Nie płacz. Nikt cię nie skrzywdzi. Jesteś bezpieczna.
Te słowa były jakby wyjęte z ust Likame. Likame, kocham cię, pomyślała
i wtuliła się w szatyna. Rudowłosa… skoro pozwoliła jej zostać z
nim, to jest bezpieczna i nic jej się nie stanie.
Wydawało mu się, że się odprężyła.
-Likame… -wyrwał jej się cichy szept. -Tak tęsknię…
-Nie jestem Likame -powiedział z wyrzutem.
-Psz…
-Ale ciężko mi zrozumieć, dlaczego tak bardzo ją kochasz. Tylko
dlatego, że pomogła ci, jak byłaś u Arabów?
-Nnnie wwiemm… zza wwszyssttko… zza jjej rrudde wwłossy, zza tto,
żże ssię mmną oppiekkuje…
Zamilkła. A potem powiedziała:
-Ona jjesst ddla mmnie wwszysstkkim, cco mmamm.
A ja, chciał się kłócić Sheez, ale przypomniał sobie, że dopiero
niedawno się poznali. A czuł się tak, jakby ich znajomość miała lata.
-Więc musisz być silna, żeby ona mogła żyć. -Odpowiedział w końcu.
Pokiwała głową. Silna… może smoki…
-Tak. -Usłyszała w głowie Nirgiza. -Gdy będziesz z nami, będziesz się
lepiej czuć, złociutka.
Kuszące… chcę… pomyślała Agafe, lecz szybko się zreflektowała.
Przecież w Kramie czeka ją cierpienie i śmierć. Wrogowie… a ona w
takim stanie nie da im rady, w stanie z klątwami nie ma szans na
przetrwanie. Ale smoki…
Nie mogę płakać, pomyślała. Chciało jej się to robić, bo było jej
smutno. Smutno mi, pomyślała i roześmiała się. A kiedy ostatnio była
szczęśliwa?
Jakby się uspokoiła. Poczuła dotyk chłodnego wiatru. Słońce zniżało
się ku zenitowi.
-Wwieczczór…
Szatyn nie odpowiedział.

* * *

Naga, siedziała na łóżku. Demon siedział za jej plecami i czesał jej włosy.
-Kochanie -powiedział -milczysz.
-Myślę o Agafe, a ty nie lubisz o niej rozmawiać.
Westchnął ciężko.
-Rozmawialiśmy o tym rano. -Odpowiedział.
-Może, ale… -Chciała pokręcić głową, lecz powstrzymała się, nie
chcąc burzyć pieczołowicie budowanej fryzury. -Nie zareagowałeś ostro,
gdy ona tu przyszła.
-A jak miałem zareagować? Chciałabyś, żebym uniemożliwił ci pomoc
przyjaciółce? Jesteś zazdrosna? -Roześmiał się. Na twarzy Likame
pojawił się uśmiech. Po chwili spoważniał. -Nie uspokoiłaby się,
gdybyś jej nie pomogła. A tylko ona może zabić Nyssę.
Westchnęła ciężko.
-Mam wrażenie, że mogłabym ją lepiej wspierać.
-Mogłabyś, gdybym tylko na to pozwolił. -Pocałował ją w policzek. -Ale
nie ma tak dobrze. Albo mnie kochasz i chcesz spędzać całe dnie ze
mną, albo… Chyba jestem ważniejszy od przyjaciółki?
Nie potrafiła na to odpowiedzieć. Jak można tak mówić? Ale przecież on
był demonem. Być może nie mógł tego zrozumieć. Agafe przecież była dla
niej ważna. Bardzo ważna. Była w stanie oddać za nią życie… Była?
Zrobiłaby to przed poznaniem Astarotha. A teraz? Miała wrażenie, jakby
od nowa musiała poznawać przyjaciółkę i to od jej najciemniejszej
strony. Stała się dla niej bardziej matką, niż towarzyszką. Czy teraz
by poświęciła swe istnienie dla niej? Prawdopodobnie… ale Astaroth
byłby załamany.
-Kochasz mnie? -Zapytała.
W odpowiedzi dostała francuski pocałnek w usta.
-Całym sobą i więcej. -Odparł. Pogłaskał jej szyję.
-Co byś zrobił, gdyby mnie zabrakło?
-Jak możesz o to pytać, kochanie? Kochanie, zabiłbym się.
-Każdy zakochany tak powie, a potem…
-Ale ja nie jestem każdym. -Szepnął jej do ucha. Pogłaskał ją po szyi.
-Ja nie żartuję. Naprawdę bym się zabił. Po cholerę miałbym być bez
ciebie? Nawet, jeśli znalazłbym inną… Porównywałbym każdą do ciebie,
doszukiwałbym się w każdej twoich cech i piękna. Kochanie, prawdziwa
jest tylko jedna miłość. I ty nią jesteś.
-Kocham cię. -Odpowiedziała.
Chciała mu się rzucić w ramiona, ale on nadal tworzył piękną formę z
jej włosów.
-Ja też cię kocham. -Odpowiedział.
Czy pozwoliłaby, aby popełnił samobójstwo? Może… To nie byłoby takie
złe, skoro ona byłaby wtedy bez niego. Szybko by go dostała z
powrotem.
Poświęciłaby siebie dla Agafe i Astarotha.

* * *

Szkoda, że mnie tak nie kocha, jak ich, pomyślała Karina, wsłuchując
się w odgłosy zakochanej pary zza ściany. Drzwi do prywatnego gabinetu
Likame były wyłamane, więc kobieta demon mogła usłyszeć wszystko. Piła
wino, siedząc przed laptopem. Grała w pasjansa i zastanawiała się, jak
dowiedzieć się, co planuje Rosemary Uzdrowicielka. Rosemary, myślała,
co knujesz? Na czyim życiu teraz położysz łapska?
Gdy ułożyła karty, westchnęła ciężko i spojrzała w okno. Za jego szybą
malowało się ciemnoniebiskie niebo. Może powinnam zamówić dla niej
drzwi? -Zastanawiała się.
Do gabinetu wszedł Sheez. Spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami.
-Dowiedziałaś się czegoś nowego? -Spytał i usiadł na kanapie. Patrząc
na niego miało się wrażenie, jakby nosił na barkach cały ciężar
świata.
-Nie. -Odpowiedziała. -Ta suka bardzo skrupulatnie ukrywa swoje plany.
Trochę czasu mi zajmie, nim odkryję jej plany.
Westchnął ciężko i spojrzał w sufit.
-Współczuję Likame…
-Wszystko, co powiesz, ona usłyszy.
-Chyba, że zamkniesz drzwi do korytarza.
-Ani mi się śni.
-Szpiegujesz własną panią? -Zdziwił się.
-Nie twoja sprawa.
-Karina…
-Daj mi spokój.
Wstał. Na jego twarzy malowała się wściekłość. Przy Agafe nie mógł
sobie pozwolić na brutalne zachowanie. Przy kim innym – czemu nie?
Podszedł do kobiety demon i chwycił ją za włosy. Podciągnął lekko w
górę i powiedział twardo:
-Powiesz mi, dlaczego nie chcesz zamknąć tych cholernych drzwi, czy
mam ci coś zrobić?
-Jesteś bratem bliźniakiem Astarotha?
Spoliczkował ją.
-Chcę, by Likame i cała reszta była bezpieczna, to źle? Jestem
oficerem, generałem i przede wszystkim żołnierzem! Kurwa, dziwisz
się?!
-Może masz rację. -Wyrwała się z jego uchwytu, wywracając krzesło.
Podeszła do drzwi i je zamknęła. -Lepiej?
-To nie wyjaśnia, kurwa, dlaczego nie chciałaś zamknąć tych drzwi.
Trzasnęła pięścią o drzwi.
-Jestem samotna. -Mruknęła. -Nie wierzę, że nie słyszała naszej
rozmowy. -Dodała cicho.
-Sprowokowałaś mnie?
-Nie wiem. -Spojrzała na niego. -Cholera.
-Co?
Potarła czoło.
-Moja pani…
-Tak?
-Chciałam być dla niej przyjaciółką, a jestem tylko służką. -Jej głos
smakował gorzko.
-Nie możesz mieć wszystkiego. -Szatyn usiadł na kanapie. -Ja
chciałbym, kurwa, święty spokój, a muszę się opiekować Agafe. Wiesz,
jak to wykańcza? Ciesz się, kurwa, że musisz zbierać tylko informacje.
A nie wierzę, żebyś, do cholery jasnej, nie mogła z nią rozmawiać!
-Sama jestem sobie winna?
-A nie? Kurwa, ja rozumiem, że musisz się jej słuchać, ale nie wierzę,
że Likame nie chciałaby z tobą rozmawiać! Może sobie myśli, że dla
ciebie to jest mało ważne? Kobieto, weź się ogarnij, kurwa.
-Ach, tak. Jesteś aniołem… zagramy w go?
-Jasne.
Usiedli naprzeciw siebie, na podłodze. Karina położyła między nimi
goban i kamyki.
-Biały. -Zaryzykował szatyn.
-Miłej gry.
-Miłej.
Położyła w tengena. Uniósł brew i zaczął się zastanawiać, który ruch
jest najlepszy. Położył po swojej lewej, dolnej gwieździe.
-Gdzie Agafe? -Zapytała.
-U siebie. Próbuje spać. Kurwa, gramy czy rozmawiamy?
Parsknęła śmiechem.
-I to i to.
-Ale…
-Kobiety mogą robić wiele rzeczy naraz, nie moja wina, że ty nie jesteś kobietą.
Zagrali kolejnych dziesięć ruchów bez słowa.
-Zrobiłem coś głupiego. -Przyznał.
-Masz rację, to powinno być tu. -Wskazała obok jego położonego kamienia.
Roześmiał się.
-Nie -odparł, gdy się uspokoił. -Zaprowadziłem Agafe do jej pokoju i,
kurwa, zadałem jej pytanie…
-Tak?
-Zapytałem, czy mogę się obok niej położyć.
Brunetka skrzywiła się.
-To nie było najlepsze pytanie. -Potwierdziła, stawiając kolejnego
kamyka. -Co zrobiła?
-Uciekła do ściany i zaczęła błagać, bym wyszedł.
-Musisz się nauczyć ogłady.
-Tak, kurwa, a ty byś nie wytrzymała z nią nawet minuty.
-Skąd wiesz?
-Bo wiem, kurwa. To najbardziej wkurwiająca osoba, jaką znam.
-Założymy się?
-Że niby, kurwa, jak długo wytrzymasz?
-Że wytrzymam dłużej, niż minuta.
-Cóż… kurwa, godzina. W minutę to niczego się nie dowiemy. Co będzie nagrodą?
-Na jeden dzień wrócę do Kramu. A ty czego sobie życzysz?
-Pomasujesz mi stopy.
-Jaja sobie robisz?
-Nie, kurwa. Mówię serio. W wojsku zawsze znalazł się ktoś, kto by mi
uczynił tę przyjemność.
-Jesteś gejem?
-Nie, kurwa, po prostu muszę odprężyć nogi.

* * *

Leżała w ciemnościach. Nie miała ochoty ruszać się z łóżka. I co by
jej to dało? Nikt jej nie słyszał, gdy z wrzaskiem się rozbudziła.
Likame kochała się ze swoim narzeczonym, Sheez poszedł w swoją
stronę…
Ogarnęła ją samotność. Tak chciała się przy kimś znaleźć, przy kimkolwiek.
-Przyjdź do nas. -Usłyszała w głowie Nirgiza. -Złociutka, chodź.
-Nie mogę. -Odparła.
-Przecież chcesz do nas wrócić.
-Chcieć a móc… Nirgiz, jak ja do was wrócę… Przecież wiesz, że nie mogę.
-Bo?
-Bo umrę. I ty o tym doskonale wiesz.
-Złociutka, przecież chcesz umrzeć.
Poczuła, jak włosy stają jej dęba. Chce umrzeć? A tak… świat jest
taki okrutny. Tyle zła przeszła. Tak się z tym koszmarem męczy.
Przełknęła głośno ślinę. Z jednej strony chciała zamienić się w proch,
bo po tym, co jej zrobiono, co jej zostało? Likame. Likame jej
została. Przyjaciółka chciała, by żyła, przyjaciółka pragnęła, by się
nie poddawała. Ile razy już jej to obiecałam, zastanawiała się
władczyni smoków.
-Spadaj. -Odparła na głos. Usiadła blada na łóżku. Coś się stanie?
Usłyszała tylko ciszę. Roześmiała się, gdy wyobraziła sobie
wkraczającego do Dragon Arch jej smoka.
Nie mogę zasnąć, stwierdziła. Wstała. Jutro… jutro sobie pośpię, u
boku Likame. Uśmiechnęła się na swój sposób, przypominając sobie, że
pojadą do Gdańska, gdzie nauczy się normalnie mówić. Musi walczyć.
Musi być silna po to, by zabić tę cholerną kurwę i by Likame
przetrwała. Kiedy zabije…
Kiedy zabije…
Zachwiała się. Wpadła na krzesło i usiadła na nim.
-Kurwa! -Wrzasnęła. Poczuła słone łzy na policzku. Tak, wolałabym
umrzeć, niż mieć przed sobą taką przyszłość. Nagle roześmiała się. Co
ja myślę, co ja myślę… Ale…
Przecież kolejne rozstanie z ukochaną złamie jej serce. Przecież, gdy
się odłączą, nigdy już się nie zobaczą. I co będzie dalej? Ona będzie
musiała w jakimś stopniu nadal być, ale co to za bycie, bez
rudowłosej… Co to za bycie? Nawet tak krótkie spotkania, jak teraz,
nawet one są lepsze, niż…
Jestem śmieciem, wpadła na myśl.
-Nie mów tak. -Usłyszała w sobie głos Archa. -Nie jesteś śmieciem.
Moja pani za tobą tęskniła… za śmieciem by nie tęskniła.
-Jak… jak ja mogę to zaakceptować…
-Co?
-Ja… przecież wiesz, kim jestem. Wiesz…
-Wiem, władczynio smoków. Ale to nie oznacza, że jesteś śmieciem i nie
oznacza, że ktoś może cię traktować, jak rzecz. To raczej wręcz
przeciwnie, prawda? Magię trzeba szanować.
Opadła na podłogę.
-I co? -Zapytała ze smutkiem w głosie.
-Nic. Weźmiesz się w garść, zabijesz i…
-I co? I tyle tylko? Wiesz, że to nie ma sensu.
-Jesteś narzędziem…
Zakryła twarz w dłoniach. Była narzędziem. Czuła się, jakby była
rzeczą. Wszyscy tak ją traktowali. Bo musi zabić tę… tę, która jej
to zrobiła. Ale gdyby nie ona, to…
Roześmiała się. Ironia goni ironię, stwierdziła.
Może niech tak będzie.
-Czy można zapomnieć o przeszłości, będąc magią?
-Można spróbować się w niej na tyle zanurzyć. Zresztą, ty to powinnaś
lepiej wiedzieć.
-Nigdy nie czytałam jej myśli, a chyba wiem, co czasem chciała mi powiedzieć.
-Co?
-To, że jestem rzeczą.
-Władczynio…
Pokręciła głową. Chciała zostać sama. Ale czy aby na pewno? Przed
chwilą tak tęskniła do czyjegoś towarzystwa…
Mam wahania nastrojów, uświadomiła sobie. Depresja… Psychologia, pedagogika…
Wstała. Zapaliła światło w swoim pokoju i rozejrzała się. Nie było w
nim żadnych książek, a przecież tak je uwielbiała. Co ostatnio
czytała? Czy jeszcze w ogóle pamiętała, jak się to robiło? Ile czasu
mogło upłynąć w więzieniach?
Na biurku pojawiła się jedna, druga, trzecia i kolejna książka.
Podeszła do niego. “Pedagogika, tom 1″, wzięła kolejną pozycję:
“Diuna” Franka Herberta, jakaś powieść, której nie znała i kolejna,
“Gra o tron” George R.R. Martina. Westchnęła ciężko. Pedagogika…
Dlaczego w ogóle chciała od niej uciec? Zawiodła się na drugim roku i
chcieli ją wyrzucić przez praktyki. Nie wyrzucili, bo George…
George, gdzie jesteś…
Rozpłakała się. Cały dzień o nim nie myślała, ale gdy tylko się na
niego natknęła, rozbudziła się w niej rozpacz. Dlaczego on musiał ją
zostawić, dlaczego nie mógł się nią opiekować u Taju, dlaczego,
dlaczego przez tak krótki czas byli parą, dlaczego to się wszystko
rozwiało, dlaczego, dlaczego było jednym z najgłupszych pytań, jakie
mogła sobie zadać. Wiedziała o tym doskonale, a mimo to robiła to. Bo
już nie potrafiła być silna, musiała odnajdywać sens byle gdzie,
gdziekolwiek, nawet w koszu na śmieci.
Śmieci, śmierci… Boże, którego nie ma, pomyślała, czemu mi to
zrobiłeś, bogowie, których już nie ma, dlaczego mnie stworzyliście?
Chciałabym żyć normalnie, chciałabym studiować tę cholerną pedagogikę
i nie martwić się o to, że lada chwila moja przyjaciółka zginie!
Ale ona przecież nie zginie, nie zginie, bo jej bronię, bo muszę ją
bronić, bo ją kocham i tylko ją mam, tylko ją mam…
Czy aby na pewno? Sheez dzisiaj nie zachowywał się wobec niej źle.
Może czasami mówił słowa, które mogły ją złamać, ale z drugiej strony
była wtedy tak nieprzytomna, że nie zwróciła na to uwagi. Jego czułość
anioła sprawiła, że oprzytomniała. Przemówił do niej w ten sposób.
A teraz nie mogła zasnąć, a jutro ciężki dzień… Rozpocznie… nie,
nastanie kolejny dzień walki.
Wyszła z pokoju i skierowała się na schody. Po paru minutach znalazła
się na dachu. Otulił ją chłodny wiatr. Zadrżała. Podeszła do ramy i
spojrzała w miasto. Tysiące kolorowych świateł i przejeżdżających
samochodów mogło robić wrażenie. Zauważyła katedrę, najbardziej
charakterystyczny punkt Gorzowa Wielkopolskiego i uśmiechnęła się.
Dawno mnie tam nie było, pomyślała. Może powinnam się tam przejść…
Zacisnęła pięści. Miała ogromną ochotę pospacerować. Ale miała też
bardzo złe co do tego przeczucia. Głupi pomysł, starała się sobie
wmówić. A jeśli coś mi się stanie? Niby co? W Gorzowie, na tym
zadupiu? Ale to przeczucie… A przeczucie magii jest święte.

* * *

Przy wyjściu z dachu stanęła rudowłosa. Miała na sobie błękitną
spódnicę z falbankami i krótką, czarną koszulkę ze srebrnymi,
biufiastymi ramionami. Pośrodku kokardka z koronki o kratkowym wzorze
w kolorze srebra.
-Tu jesteś. -Powiedziała delikatnie.
Głowa Agafe zwróciła się w stronę przybyłej. Władczyni smoków
potrząsnęła ramionami. I co z tego… Czy mogę do niej podejść i ją
przytulić, czy Astaroth to zobaczy?
-Za godzinę mamy pociąg do Gdańska. -Stwierdziła Likame, podchodząc do
przyjaciółki. Uśmiechnęła się i przytuliła towarzyszkę. Spojrzały
przed siebie, na miasto. Słońce wynurzało się z murów miejskich,
rozpościerając nad sobą złoto-różowe barwy przechodzące w coraz
jaśniejszy błękit. -Spałaś?
-Nnie.
-Biedna. Kochana… pośpisz w pociągu.
-Aalle bbędździeszsz ssię nnudździćć…
-Pośpisz w pociągu, bo nie chcę, byś mi padła gdzieś na zajęciach czy
na mieście. Tak cię kocham.
Wtulały się w siebie, jakby coś je przykleiło. Nie śpieszyły się.
-Ppowwinnam… iiść ddo łłaźziennki.
-Pomóc?
-Ddamm ssobbie rraddę.
Agafe ruszyła ku schodom, a następnie zeszła z nich.
Te koszmary, pomyślała Likame. Kiedy w końcu przestaną ją męczyć? Może
porozmawiać z kimś o tym w Gdańsku? Jeśli jej przyjaciółka ma zamiar
normalnie funkcjonować, to nie może budzić się zlana potem w środku
nocy. Ciężko to widzę, westchnęła.
-Martwisz się czymś? -Zapytał Astaroth, stanąwszy przy swej ukochanej.
Objął ją ramieniem i pocałował w usta.
-Nie wiem, czy damy radę to wszystko udźwignąć. -Odpowiedziała.
-Damy. Musimy. Kochanie… Ona wie, że chcesz od niej siły, a bez niej
zginiesz. Damy radę.
Uśmiechnęła się i włożyła palec pod jego majtki. Wyczuła nabrzmiałego penisa.
-Poczeka do wieczora. -Mruknęła.
-Dziwię się, że chce ci się jechać, zamiast przez teleport…
-Agafe mnie prosiła, a ja… mogłabym zrobić dla niej coś więcej,
As… to moja przyjaciółka.
-Przyjaciele się poświęcają?
-Tak, przecież to wiesz, kochanie. -Pocałowała go w policzek. -Dla
niej zrobiłabym tyle, że…
Urwała, słysząc kroki na schodach. Spojrzała na nie i zobaczyła brunetkę.
-Pani -powiedziała. -Agafe czeka na ciebie w swoim pokoju.
Likame kiwnęła głową. Ruszyła w stronę kobiety-demon. Gdy rudowłosa
zniknęła im z oczu, Astaroth zapytał:
-I spotkałaś ją przypadkiem, jak wychodziła z łazienki?
-Oczywiście, że nie. -Podeszła do demona. -Ale co cię to, u diabła obchodzi?
Parsknął śmiechem.
-Jeśli nie zamierzasz skrzywdzić mojej ukochanej, to rób co chcesz.
-Skąd ci to przyszło do głowy? -W jej tonie brzmiało oburzenie. Czy
naprawdę… naprawdę jestem taka zła, że wszyscy o mnie tak myślą? Ale
to dziwne, przecież nic nie zrobiłam.
-W pewnej książce, zwanej “Diuna”, był taki fragment, który mówi, że
kto raz zdradził, ten zdradzi ponownie. Dlatego zdrajców trzeba
zabijać od razu lub po ich wykorzystaniu.
-Złożyłam przysięgę!
-Karino… znałaś Nyssę o wiele lepiej, niż ja i bardzo dobrze wiesz,
jaka to podstępna suka. Podejrzewam, że ona próbuje nas zniszczyć
bocznymi drzwiami. A ty jej służyłaś, może więc to ty nas zniszczysz?
-Paranoik z ciebie!
-A pewnie. Wolno mi cię podejrzewać, jak i każdego…
-Nie skrzywdzę mojej pani, Astaroth. To może zrobić każdy inny…
Sheez, Agafe…
-Agafe? Co masz do Agafe? -W jego tonie zabrzmiała niebezpieczna
nutka. Czyżby się tym zdenerwował? Przecież nie lubi władczyni smoków,
więc o co chodzi?
-Nie lubię jej. -Mruknęła. -A wczoraj się założyłam z Sheezem, że
wytrzymam z nią dłużej, niż godzinę.
Roześmiał się.
-Właśnie się zdradziłaś. -Odrzekł. -Jesteś zazdrosna o nią? Może byśmy
tak połączyli siły…
-Co chcesz zrobić?
-W zasadzie nic. Żartuję sobie, ale potraktuj to jako ostrzeżenie.
-O co ci chodzi! -Na jej twarzy pojawiła się wściekłość.
-Chodzi mi o to, że Agafe jest osobą, która nie powinna być podejrzewana.
-Kto najmniej podejrzewany, ten zwykle jest winny przestępstwa.
-Czytasz kryminały? A widziałaś jej stan? Przecież musiałaś widzieć
jej zachowanie, kiedy weszła do gabinetu i słyszeć niejeden krzyk.
Ona… ma depresję i pewnie parę innych rzeczy również.
-Nie znoszę jej! Likame poświęca się tobie albo jej! A mi nie, w
ogóle! Jestem jej tak potrzebna, jak zeszłoroczny śnieg!
-Czy czujesz się samotna?
-To nie jest przesłuchanie! Ale… cholera, nie umiem nic z tym zrobić…
-Czemu akurat mnie postanowiłaś się z tego zwierzyć?
-A zwierzam się komu popadnie, do diabła. Pamiętasz może jeszcze, co
to jest samotność?! Kiedy mnie zabrała na zakupy, to ja myślałam, że
staniemy się przyjaciółkami, że będziemy dużo rozmawiały, a ona ciągle
o Agafe i ciągle…
-Jeśli nie potrafisz tego zaakceptować, może nie powinnaś być jej przyjaciółką.
-Astaroth!
-Co? Osoby kocha się ze względu na wszystko. To, że ona często myśli o
Agafe, nie znaczy, że musi ci się to podobać, ale musisz to tolerować.
Na jej miejscu, myślę, też bym się tak zachowywał. Jesteś…
rozczarowana. Może chcesz wrócić do mojego przyjaciela, tego, który
zamierzał cię torturować?
Karina osłupiała.
-Słucham? -Zapytała słabo.
-Skoro ci się tu nie podoba i nie wiesz, jak to naprawić, a ja jestem
demonem, to mimo wszystko mógłbym sprawić, byś tam wróciła. Ucieszy
się.
-Idiota! Kurwa! Nienawidzę cię! Nienawidzę wszystkich i wszystkiego!
Oburzona brunetka zbiegła na dół.
-Kobiety. -Mruknął demon. -Nigdy ich nie zrozumiem.

* * *

Typowy, polski pociąg ruszył do Gdańska Głównego ze stacji Gorzów
Wlkp. Miał przejechać przez Krzyż Wielkopolski, Poznań, Krzyż
Wielkopolski, Stargard Szczeciński, Szczecin i wiele mniejszych,
podrzędnych miast czy wiosek. Planowo podróż trwała siedem godzin,
istniała jednak spora szansa, że potrwa dłużej.
Znalazły pusty przedział, lekkie walizeczki w kolorze błękitnym Likame
położyła na sąsiednim siedzeniu. Usiadły obok siebie.
Wtulone, zaczęły leniwą rozmowę.
-Cieszysz się, że zobaczysz Gdańsk?
-Ttak.
A najbardziej się cieszę, że jesteś przy mnie, pomyślała władczyni
smoków. Przypomniały jej się wieczorne myśli. Nawet, jeśli uratuje
rudowłosą…
-Jjessttem śśppiącca.
-Śpij, kochanie.
Agafe usnęła jakieś pół godziny po tym, jak lokomotywa wyruszyła w swą
podróż. Nim się spostrzegła, Likame również zapadła w sen.
Ocknęły się na moment w Poznaniu, gdzie pociąg miał dłuższy postój.
Uśmiechnęły się do siebie.
-Jeszcze pięć godzin. -Poinformowała rudowłosa.
Władczyni smoków znów zapadła w sen, lecz Likame musiała wziąć do ręki
książkę. Była w połowie “Gry o tron”. Czasami przerywała lekturę, by
zastanowić się nad myślami, które przychodziły jej do głowy.
Intrygi, intrygi… Nyssa również jest intrygantką. Co knuje?,
zastanawiała się, lecz mimo posiadania geniuszu, nic nie
wywnioskowywała.
Gdzieś w połowie drogi do Stargardu Szczecińskiego lokomotywa się
zepsuła. Dostali godzinne opóźnienie, bo zepsutą machinę trzeba było
wymienić. Rudowłosa miała ochotę się roześmiać, lecz wstrzymała się,
widząc, jak jej przyjaciółka słodko śpi. Jak aniołek, stwierdziła. Jak
anioł… Anioł.
Zagłębiła się w refleksję. Za co władczyni smoków została tak ukarana?
Nie powinna była przechodzić przez to piekło, to powinnam była być ja.
A to moje kochanie, mój anioł, ma teraz depresję.
Zatęskniła nagle do swego smoka. Gdybym mogła z nim częściej
rozmawiać, pomyślała.
Powróciła do książki, stwierdzając, że zamartwianie się tym nic jej nie da.
W końcu pociąg wjechał na stację Gdańsk Główny. Likame obudziła
delikatnie swoją partnerkę.
-Mhm -zamruczała ta.
-Jesteśmy na miejscu.
Wyszły z walizkami w południowe słońce. Agafe rozglądnęła się.
-Co? -Zapytała rudowłosa.
-Łładdnie ttu.
Przeszły przez hol dworca i wyszły na zewnątrz. Stały na chodniku,
parę metrów od nich na prawo znajdował się brązowy pomnik z dziećmi.
Patrzyły na pięknie wyremontowane kamienice z bramą naprzeciw nich.
-Nie wiem, jak się nazywa. -Stwierdziła właścicielka Dragon Arch. -Ale
za to wiem, gdzie mamy hotel.
Ruszyły przed siebie, przechodząc przez jedno z podziemnych wejść na
drugą stronę. W końcu znalazły się na niej i ruszyły w stronę bramy.
-Wyspałaś się?
-Ttakk.
Szły powoli, w milczeniu. Otaczała ich wrzawa miasta: kroki
przechodniów, głosy miejskich muzyków, aż wreście szum morza, kiedy
znalazły się na moście. Przystanęły i oparły się o ramę. Owinęła je
morska bryza.
-Mam ochotę na kąpiel.
Agafe nie odpowiedziała. Zabrakło jej słów. Przypomniał jej się widok
pewnego, małego budynku stojącego na białym tle. Zadrżała. Zamiast
lekkiego powiewu odczuwała chłód na ciele. Zamknęła oczy. Uspokój się,
mówiła sobie ze wściekłością. Bo znów się zacznie.
-Hchccę zzappommńniećć. -Wyszeptała.
Rudowłosa objęła ją ramionami. Dlaczego nazwałam ją aniołem, zapytała
siebie. Władczyni smoków w rękach właścicielki Dragon Arch wydawała
się taka delikatna. I wystraszona. Bo tylko ona może zabić tę sukę,
przypomniała sobie.
-Jesteś spięta.
-Pprzeppraszszamm… mamm pprzedd oczczammi Ttajju.
-Pójdziemy do hotelu, wykąpiemy się, odprężysz się…
Władczyni smoków wzięła pod ramię przyjaciółkę. Agafe zaciskała z całą
swoją słabą siłą rękę partnerki. Ruszyły przed siebie, w stronę
widocznego z daleka brązowych, zamkowych murów. Od strony morza były
one zniszczone, jedna wieża się zawaliła w połowie.
Wyszły z mostu, przeszły parę kroków i stanęły przed potężną budowlą z
dwoma wieżami i licznymi zdobieniami wokół okien,  w których już
włożono szybę i drzwi, które były nowoczesne, drewniane i paudokowe.
Hotel nazywał się Królestwo i miał trzy gwiazdki. Weszły do środka i
znalazły się w ciemnym, ponurym holu bez okien. Za ladą stał znudzony
człowiek, a oprócz niej w pomieszczeniu była czarna kanapa i dwa
stoliki w tym samym kolorze.
Rudowłosa podeszła do pracownika hotelu.
-Dzień dobry. -Zaczęła. -Mam zamówiony jeden pokój na Likame.
-Dzień dobry, pani Likame. -Uśmiechnął się. -Jeden? Na pewno? Bo przed
piętnastoma minutami był tu jakiś mężczyzna i stwierdził, że chce
zamówić drugi na to same nazwisko. Mam anulować zamówienie?
Właścicielka Dragon Arch uśmiechnęła się.
Znowu będę sama, pomyślała Agafe. Zobaczyła, jak jej towarzyszka
bierze klucz do swego pokoju. Ruszyły w głąb budowli.
Znalazły się przy szklanej windzie, poczekały cierpliwie, aż
przyjedzie, wsiadły i ruszyły w górę.
-Co tam?
-Nnnicc…
Władczyni smoków pokiwała głową. Chciałabym, żeby coś mówiła… Ale
jakoś nie mogę. Nie mogę jej tego powiedzieć…
Nerwowo przylgnęła do przyjaciółki. Obrazy, nasuwały jej się obrazy,
które chciała zapomnieć. Znowu się zaczyna.
-Likame…
-Tak, kochana?
-Nnie wwiem. -Odpowiedź była lekko podniesionym tonem. Rudowłosa miała
wrażenie, jakby Agafe chciała się skulić, albo wejść w nią. Biedna,
pomyślała.
Drzwi windy otwarły się i ruszyły przed siebie. Znajdowały się na
trzecim piętrze. Stanęły przed jednymi z padoukowych drzwi, otwarły
je. Ze środka dobiegał śpiew Elvisa Presleya.
Rudowłosa zmarszczyła brwi. Radio stało na środku czarnego stolika
znajdującego się przy otwartym na wpół oknie.
-Astaroth -powiedziała Likame, wchodząc w głąb pomieszczenia.
Właścicielka Nirgiza stała wmurowana w wejściu. Nie mogła się ruszyć.
Patrzyła przed siebie nieobecnym wzrokiem.
Likame zauważyła to i odwróciła się do przyjaciółki napięcie.
-Nie wchodzisz?
Agafe miała wrażenie, że jeśli wejdzie, drzwi się za nią zamkną, a
wtedy Taju po nią przyjdzie i zabierze jej jakiś ostatni skrawek
szczęścia. Kobieta wykrzywiła twarz w bólu. Lekko się zgięła. Wejdzie
do środka i zostanie zamknięta w pięknym, kolorowym pomieszczeniu,
i…
Poczuła delikatny dotyk wokół ramion. Spojrzała w zieleń oczu
przyjaciółki. Uratuj mnie, pomyślała rozpaczliwie, nie chcę widzieć
tych obrazów, nie chcę, proszę…
-Spokojnie. Jestem przy tobie.
Jest przy mnie, stwierdziła władczyni smoków. Nic mi się nie stanie,
nikt mnie nie skrzywdzi.
Przywarła do ciała właścicielki Archa. Jedną dłonią owinęła jej ramię.
-Pprzeppraszszamm…
Próbowała się nie rozpłakać.
-W porządku.

-Pani. -Usłyszała za sobą głos demona. Nie odwróciła się do niego.
-Miałem nadzieję, że będziecie szybciej.
Astaroth zbliżył się do nich.
-Pociąg się spóźnił.
-Chciałbym teraz spędzić z tobą trochę czasu.
-Teraz jestem zajęta…
-Nasz czas nadszedł, jakbyś nie zauważyła.
-Ale ona cierpi.
-I będzie tak przez jakiś czas. Sama musi przez to przejść.
-Astaroth…
-Dddobbrze… -jęknęła władczyni smoków, odsuwając się trochę od
rudowłosej. -Ddobbrze.
-Agafe…
Demon wziął Likame w objęcia i pocałował ją w policzek.
-Myślisz, że coś na to poradzisz? Wiem, że to twoja przyjaciółka, ale
ona sama pozwala ci na…
-Chcę pomóc! -Nie wytrzymała rudowłosa i wyrwała się z objęć
narzeczonego. Przysunęła do siebie władczynię smoków i przytuliła ją.
-Myślisz, że łatwo mi na to patrzeć?
Narzeczony właścicielki Dragon Arch westchnął ciężko.
-Rozmawialiśmy już na ten temat.
-Kochanie…
-Likame… -Wtrąciła się Agafe. Chciała odejść, ale nie miała sił.
Pozwoliła, by partnerka ją trzymała. -Jjja… nnie wwiemm… mamm
poczczućcie, żże tto bbędździe… nnie hchcę nniszszczyćć ttwwojjeggo
zzwwiązzkku. Pprzepraszszamm… Jjjeśśli Assttarrotth hchcce bbyćć
tterrazz zz ttobbą, tto nniech bbędździe.
Przyjaciółka władczyni smoków patrzyła, jak na jej twarzy maluje się
rezygnacja. Odwróciła wzrok. Nie mogę na to patrzeć, pomyślała.
Po co Nyssa miałaby nas męczyć, skoro sami ze sobą to robimy?,
pomyślał Astaroth. Skamieniał na moment. Karina… Miał ochotę
wybuchnąć śmiechem, ale w tej sytuacji to nie było na miejscu.
-Dopóki Agafe nie przejdzie terapii, dopóki będziemy mieli z nią
problemy. -Stwierdziła brunetka, zjawiając się za plecami demona.
Wyszła przed niego i spojrzała uważnie na swoją panią.
-Ona nie jest problemem. -Odpowiedziała rudowłosa.
-Nnie… -Jęknęła właścicielka Nirgiza. Niech nie denerwuje Astarotha,
bo go straci. Niech się przy tym nie upiera. Ja wiem, że ja jestem dla
was problemem, ja wiem…
-Nie, wcale, tylko ciągle rozpacza. -Odparł Astaroth lekko ironicznie.
-Pani, ja panią przepraszam, ale ona nam jest ciężarem, dopóki nie
przejdzie terapii. Odkryłam, że cierpi na zespół stresu pourazowego i
to mija, ale… -Karina podeszła do kobiecej pary. -Mówi, że obrazy
powracają do niej, tak? To normalne. Przez dłuższy czas będzie pewnie
przeżywać to, co działo się w piekle.
-Ale ona chce o tym zapomnieć. -Odpowiedziała Likame, marszcząc brwi.
-To niestety… pani, to jest reakcja obronna organizmu. Im bardziej z
tym będzie walczyć, tym bardziej będzie się z tym męczyć. Powinna…
powinna to wszystko, co przeżyła komuś opowiedzieć.
-Nniee… -Jęknęła Agafe. -Nnie hchccę…
-I tak przeżywasz wszystko jeszcze raz. -Wtrącił Astaroth.
-Może da się sytuację uspokoić bocznymi drzwiami. -Powiedział szatyn,
zjawiając się przy łóżku i kładąc się na nim. -Nas w wojsku uczono
technik relaksujących i innych takich, dzięki czemu nawet chwilę po
szoku byliśmy w stanie zatłuc wroga.
Co nam i tak nic nie dało, pomyślał z goryczą Sheez.
-Na opowiadanie przyjdzie czas później, kiedy będzie gotowa. -Dodał.
Usiadł i spojrzał uważnie na towarzystwo. -Likame, możesz iść się
zabawić ze swoim ukochanym. Ja się nią zajmę.
Likame nie chciała puścić swej ukochanej. Zabawić, w takiej sytuacji,
pomyślała z goryczą. Jak może się teraz bawić?
Generał wstał i podszedł do kobiet. Delikatnie wziął w swe objęcia
władczynię smoków. Ta jakby nie zwróciła na to uwagi. Zdawała się być
w innym świecie.
Rudowłosa poczuła się tak, jakby coś jej zabrano. Coś… Zganiła się
za tą myśl. Miała ochotę uderzyć w ścianę. Zabiję tę sukę, zabiję,
zabiję, zabiję.
Astaroth obserwował swą panią. Jest na mnie wściekła, pomyślał,
podszedł do rudowłosej i pocałował w czoło.
-Chodź. -Powiedział, wziął ją za rękę i wyciągnął z pokoju.
Szli korytarzem w milczeniu. Doszli do windy i nadal się nie odzywali.
Weszli do niej w ciszy i tak samo zjechali w dół. Kiedy wyszli na
zewnątrz, przed hotel, demon rzekł:
-Jesteś na mnie wściekła.
Chciała wrzasnąć, ale nie wiedziała, co. Tak nie byłoby całkowitą
prawdą. Cokolwiek innego wydawało jej się bez sensu. Westchnęła tylko
i powiedziała w miarę spokojnie:
-Martwię się o nią.
-Dziwne byłoby, gdybyś się nie martwiła. -Przytulił ukochaną. -I
pewnie masz wyrzuty, i pewnie chcesz o tym porozmawiać?
-Chcę się rozpłakać. -Odpowiedziała słabo.
Poczuła silniejszy uścisk i słone łzy na policzkach. Nie chcę płakać,
powiedziała sobie, ale nie potrafiła z tego zrezygnować.

* * *

Chcę stąd wyjść, pomyślała Karina. Patrzyła, jak szatyn prosi siedzącą
na podłodze bladą i chudą kobietę w szarym stroju o to, by usiadła na
łóżku. Rozmawiał z nią przez dobre pół godziny, ale ona upierała się
przy swoim stanowisku.
Jeśli wyjdę, myślała brunetka, przegram zakład.
Czekała więc, aż Sheez upora się z problemem.
-Przecież jesteś, kurwa, w Gdańsku. -Powiedział. -To jest, kurwa, Gdańsk!
-Nnnie…
Nie mogę wiecznie zajmować czasu Likame, pomyślał z wściekłością. Poza
tym obiecałem, że się nią zajmę. Cholera jasna.
Wziął ją w ramiona, a ona lekko się szarpała, jakby chciała od niego uciec.
-To ja, Sheez. -Powiedział. Mam ją uderzyć?, zaczął się zastanawiać.
Poddała się jednak. -Idziemy grzecznie do łóżka…
-Nie! -Krzyknęła i wyrwała mu się gwałtownie. -Nie!
Cofnęła się do stolika, spojrzała przytomnie na towarzystwo i rozpłakała się.
-Ppprzeppraszszamm… -Jęknęła. Opadła na kolana. -Ćciąggle wwyddajje
mmi ssię, żże jjessttemm ttamm…
Kobieta demon i anioł patrzyli na nią ze smutkiem.
Władczyni smoków ciężko oddychała, a jej serce biło tak szybko i
głośno, że wydawało jej się, iż wszyscy je słyszą. Spoglądając przed
siebie, doszło do niej, że drzwi są zamknięte. Chciała wybiec z tego
miejsca. To hotel, to tylko hotel, pomyślała i pokręciła głową. Wstała
z wolna i zadrżała.
-W porządku? -Zapytała Karina.
-Nnnie wwiemm… hchcę wwyjśśćć.
Szatyn wyciągnął przed siebie rękę. Chwyciła ją i spojrzała w jego
niebieskie oczy. Tęczówki pełne nieba. Pozwoliła się objąć.
-Już spokojnie, spokojnie. -Rzekł. -Nic ci się nie stanie. Chodź.
Ruszyli w stronę drzwi, brunetka je otworzyła. Para wyszła, ona za nimi.
To było okropne, zdała sobie sprawę Karina. Czy ona… czy ona ciągle
się tak męczy, wczoraj, przedwczoraj…
-Mmmów ccośś…
-Skończyły mi się pomysły. -Odparł. Znaleźli się przy windzie.
-Co chciałabyś, żeby mówił? -Zapytała kobieta demon.
-Cccokkollwwiekk. Nniennawwidzdzę ćciszszy.
-To może ja opowiem coś, dobrze?
-Ddobbrzee.
Weszli do windy.
-Więc… -Zaczęła nieśmiało Karina. Miała ochotę opowiedzieć, jak
spotkała Likame, ale zawahała się.
-Śmiało, jej wystarczy głos. -Wtrącił Sheez.
-Byłam na misji w Kramie i miałam za zadanie zdobyć przychylność
tamtejszego jakiegoś państwewka. Spotkałam wtedy twoją przyjaciółkę…
Glos zdawał się być kojący dla Agafe.
-I przyczyniła się do mojej śmierci. -Usłyszała głos Archa w głowie.
-Ale moja pani jej o to nie obwinia.
-Arch… -Odpowiedziała mu w myślach, lecz nie miała sił protestować.
Zrobiło jej się słabo i zaburczało w brzuchu.
-Jadłaś coś? -Zapytał szatyn.
-Nnniee… zzappomńniałamm…
Szatyn zaklął i uciszył ją gestem, gdy chciała przeprosić.
W końcu wyszli przed zamek.
-Mam dalej opowiadać? -Zapytała brunetka.
-Ttakk.
Wznowiła historię. Przeszli parę metrów i znaleźli lokal z zielonymi
stolikami i parasolami. Zajęli jedno z miejsc i czekali, aż kelner
przyniesie im menu.

* * *

Wnętrze pubu było urządzone w stylu lat 70′. Przy padoukowym stoliku
siedziała rudowłosa kobieta, która właśnie skończyła zajadać frytki.
Wypiła łyka piwa. Uśmiechała się do pięknego demona, który siedział
naprzeciw niej.
-Podejrzewamy, że Nyssa chce nas zniszczyć bocznymi drzwiami.
-Niby jak miałaby to zrobić?
-W ogóle mogłaby nic nie robić. W tej chwili nie potrzebuje
specjalnych narzędzi, by nas zniszczyć. -Spięła się. -Wczoraj Karina
zasugerowała, że Agafe może działać na jej rzecz. Wściekłem się,
ale… ból władczyni smoków i ją, i nas męczy. Po co Nyssa miałaby się
trudzić dodatkowo?
-A skąd miałaby wiedzieć, że mamy problemy? Musiałaby mieć tu jakiegoś szpiega.
-I to mnie właśnie niepokoi, bo Karina nie może ostatnio złapać jej śladu.
-Nie może czy nie chce… -Mruknęła i potrząsnęła głową. -Chyba jako
ostatnia byłaby w stanie pójść za nią.
Astaroth westchnął.
-Jej milczenie budzi niepokój i tyle. -Rzekł. -Ale nie warto wzajemnie
się oskarżać.
-To tylko ułatwiłoby jej zadanie. Wykonajmy plan Phobosa.
-Słusznie, ale mam małe wątpliwości, czy Agafe nadaje się do roli
opiekunki. Wiesz, że te dzieciaki są okrutnie złe?
-W takim razie nie będziemy się z nimi cackać. O bezstresowym
wychowaniu nie ma mowy, ale Agafe sobie poradzi.
-Może ją przeceniasz?
Uśmiechnęła się i powiedziała:
-Musi tylko wziąć się w garść.

* * *

Przy ramie mostowej stały trzy postaci. Patrzyły, jak wiatr głaszcze
morską wodę, a na lądzie zapalają się różnokolowe światła w oknach,
jakby na przekór zapadającym z wolna ciemnościom.
-Jjakk ppiękknie.
Szatyn spojrzał na władczynię smoków. Nie umiał się powstrzymać i
przytulił ją do siebie. Trochę się uspokoiła, przyszło mu do głowy.
-Wwieczczorrem ssię ussppokkajja. Wwtteddy kkoszszmmary oddchoddzą,
ddoppókki nnie zzassnnę, aa ppottemm… ppottemm nnie ummiemm i nnie
wwiemm, i nnie mmoggę wwyjjśćć.
-Dlaczego nie możesz wyjść? -Zdziwił się.
-Pprzeczczućcie. Bbbojję ssię, żże ccoś mmi ssię ssttannie.
-A gdybym z tobą wychodził? Po coś mnie stworzyłaś.
-Mmmożże… nnie bbałłabbym ssię…
Przypomniał jej się George. Z początku chciał jej bronić, ale im
dalej, tym gorzej… Opuścił ją jedyny, który kochał i który…
Poczuła chęć na łzy. Przełknęła głośno ślinę. Nie mogę płakać, nie
mogę, obiecałam, dotrzymuj obietnic. Ale George… A teraz Sheez? A
co, jeśli postąpi tak samo, jak jej ukochany?
-Aa jjeśśli ssobbie nnie pporradździszsz?
-Agafe, kurwa, jestem żołnierzem. Strach nie jest mi obcy, kurwa,
myślisz, że idąc na wojnę śpiewam wesołe rymowanki?! Kurwa, czasem
żołnierz przeżywa takie rzeczy, że… -Urwał, zmarszczył brwi. Czy
mógł użyć tego porównania? -Że filozofom się one nie śniły! Poza tym,
kurwa, przypominam, że mamy magię. Każdego człowieka tutaj mogłabyś
zabić jednym pacnięciem, gdybyś, kurwa, tego zechciała. Nic ci się nie
stanie. Obiecuję i nie opuszczę cię, jak ten pacan, George.
-George… -Jęknęła. -Hchćciałłabbym ggo zzobbaczczyć.
-Ja też. Był moim przyjacielem, ale, kurwa, nic już na to nie poradzę.
Agafe, pamiętaj o swoich obietnicach i o Likame. Musisz być twarda,
tak? To bądź, kurwa, twarda! Jak chcesz uczyć dzieciaki twardego
życia, jeśli sama go nie znasz? No żesz, kurwa, hipokryzja!
Nagle wybuchnęła śmiechem. Zaskoczyła go. Z czego się śmieje, zastanawiał się.
Brunetka przyglądała się im w milczeniu. Przykro na to patrzeć,
pomyślała. Jest osobą złamaną… Westchnęła ciężko, ale towarzysze nie
zwrócili na nią uwagi. Kiedyś sama była w nieciekawym stanie. Dawno
temu, gdy okazało się, że pani ją zostawiła i pozwoliła na tortury. To
bolało. A jak bardzo boli utrata ukochanego i zdrowia? To przyjaciółka
mojej pani. Nic dziwnego, że się o nią martwi, ale czy nie przesadnie?
Przecież ona potrafi się śmiać.
Zapadła cisza.
Mimo słów Sheeza, Agafe nie była do końca przekonana o jego wierności.
Jest mój, pomyślała. Skoro jest mój, dlaczego miałby mnie zostawić? I
jest żołnierzem, a nie jak George… George, tęsknię za tobą.
Spojrzała w niebo, ale zobaczyła tylko szare skrawki,  wcinające się w
ciemny błękit.
Nie ma gwiazd… świateł nadziei. Świeciły nawet wtedy, kiedy jej
zabierano go. A teraz zgasły i nie chciały się wypełnić sokiem
nadziei, te puste oczy, które po nich zostały.
Pokręciła głową. Tęsknię, pomyślała.
-Przyjdź do nas -powiedział Nirgiz.
-Nie. -Odpowiedziała mu.
-Mandarynko, wiem, że tęsknisz.
Pozostawiła mu za odpowiedź ciszę, wylewającą się z jej ciała.
Poruszyła się niespokojnie. Takie myśli, pomyślała. Chciałabym napisać
wiersz. Ale czy mogę… Głupia. Skrzywiła się, jakby w bólu. Szatyn
spojrzał na nią tak, jakby oczekiwał złej wiadomości.
-Hchccę… nnappissać wwierszsz… -Wyznała cicho. Zmarszczyła brwi. I
czego ja się boję, mówiła sobie, przecież on jest mój, mój i nie może
mnie skrzywdzić.
Anioł podał jej zeszyt i złote pióro. Przyglądała mu się przez chwilę,
bo miała wrażenie, jakby zrobiono go ze złota. Otworzyła pierwszy
podarek i zaczęła w nim mazać. Sheez zaglądał jej przez ramię, ale
zmarszczył brwi, widząc jej bazgroły. Kurwa, jak ona się w nich
rozczyta, zastanawiał się.
Kiedy skończyła, przyszło jej do głowy, by wyrzucić zapisany utwór do
wody. Pomyślała też, że może dostać mandat za zaśmiecanie morza.
Wybuchnęła śmiechem.
-Tak? -Zapytał zdezorientowany mężczyzna.
-Nnniewważne.
Na jej twarzy odmalowało się napięcie. Rozpłacze się?, zastanowił się.
Agafe nie zapłakała, przełknęła tylko ślinę i lekko zadrżała.
-Hchodźdźmmy nna sspaccer.
Ruszyli przed siebie, ku jednej z bram. Nikt się nie odzywał.
Władczyni smoków nagle przystanęła i powiedziała:
-Jja… nnie wwiemm.
-Tak? -Zapytał Sheez.
-Mmóww ccośś… jja ssamma…
Chcę ją przytulić, pomyślał. Uśmiechnął się i zrobił to. Zaskoczył ją,
jakby się zlękła.
-Nie wiem, o czym mógłbym ci jeszcze opowiedzieć, ale spróbuję coś wymyślić.
-Ccokkollwwiekk…
-Chciałabym usłyszeć coś od ciebie. -Stwierdziła Karina.
-Cco…
-Nie wiem, byłoby miło, gdybyś się odźwięczyła tym samym, usłyszałabym
twoją historię.
Agafe przylgnęła do anioła. Nerwowo zacisnęła dłoń na jego ramieniu.
-E, Karino, myślę, że to kurwa nienajlepszy pomysł…
-To dobry pomysł. -Odpowiedziała. -Wcześniej czy później musi to
zrobić. Czemu nie miałaby teraz?
Bo nie jestem gotowa, pomyślała władczyni smoków. Te wszystkie
wydarzenia, które były… nie chcę o nich pamiętać, nie chcę. Więc
czemu mam je wspominać, czemu mam je w sobie? Gdybym miała
opowiedzieć…
-Bo nie jest na to gotowa. -Odparł szatyn. -Mówiłem ci przecież, kurwa.
-Nie rozumiem. -Brunetka stanęła przy parze o centymetry. -Dlaczego nie?
-Nie boli cię, gdy ktoś ci zrobi krzywdę? -Zdziwił się. -Gdy musisz o
tym po chwili opowiadać?
Rozumie, pomyślała Agafe.
-Może czuję coś. Ale co to cię obchodzi?
-Bo nie rozumiem ciebie, kurwa.
-Dobrze. Po prostu chciałam usłyszeć jej słodką historię.
Skarbie? Skarbeńku, nie drżyj… przypomniał się pewien głos w umyśle
właścicielki Nirgiza. Włosy stanęły jej dęba.
-Jesteś demonem. -Przypomniał sobie Sheez. -I jesteś głodna.
Wiesz, to był bardzo słodki skarb, takie jedzenie z lodów, dźwięczał
głos w głowie Agafe. Ta ciężko oddychała. Już nie była w Gdańsku.
Znajdowała się w kolorowym pokoju, gdzie za oknami panowała biel, a
przed nią stała Rosemary Uzdrowicielka.
Wrzasnęła.
Przechodnie stanęli jak wryci w jednym momencie. Spojrzeli na scenę,
wzruszyli ramionami i poszli w swoje strony. Ktoś wrzeszczy, co z
tego?
-Pięknie, kurwa. -Zaklął anioł. -Czemu zawsze na mnie spada obowiązek
wyplątywania jej z koszmarów? Musiałaś tak zrobić, kurwa?
-Nie powinnam, prawda? -Zapytała. -Ale ja naprawdę chciałam się
dowiedzieć jej wersji. A… nie lubię jej na tyle, by się powstrzymać
przed wywoływaniem cierpienia.
-Myślałem, do kurwy nędzy, że zrobiła na ciebie wrażenie?
-Sheez… Tak, zrobiła. Przykre patrzeć na to stworzenie i tyle.
Rozumiem, że moja pani musi się o nią martwić, ale to nadal nie
znaczy, że powinna się tylko nią zajmować.
-Twoja pani, kurwa, nie życzy sobie, byś ją, kurwa, krzywdziła.
-Czy ja ją krzywdzę? Mówię tylko, że chcę, by opowiedziała swoją
historię. I tak, i tak będzie musiała to zrobić na terapii. Nie lepiej
prędzej, niż później?
-Nie jest, kurwa, w stanie.
-A ty co, kochanek, czy co?
To pytanie pozostawił bez odpowiedzi. Zniknął z ulicy, nie zważając na
to, czy ktokolwiek go zauważy.
Pojawił się w pokoju hotelowym, gdzie położył swoją towarzyszkę na
łóżko. Kobieta ciężko oddychała, miała szybki rytm serca.
-Kkkieddy tto ssię sskończczy… -Wybąkała. Zwinęła się w kłębek,
zamknęła oczy i spróbowała zasnąć.
Gdy nabierzesz dystansu, pomyślał ze smutkiem. Albo, kiedy opowiesz o tym komuś.
Usiadł przy niej i wziął z jej dłoni zeszyt. Pióro wypadło na podłogę.
Władczyni smoków spała niespokojnie.
Rzucił okiem na zapisaną kartkę. Było to sześć linijek liryki.
Spojrzał w okno. Ciemność za szybami zapanowała i niepewne, żółte
światła tliły się na środku niczego.
Przeczytał jeszcze raz utwór. Zrozumiał.
Anioł zapłakał.
Płakał nad swą panią, nad sobą i swoimi przyjaciółmi. Rozpaczał nad
utraconymi chwilami bezpowrotnie przegonionymi w martwą przeszłość.
Przez długi czas dawał sobię radę, nawet wówczas, kiedy musiał
opowiedzieć Fadwie swoją historię. Był żołnierzem, umiał trzymać nerwy
na wodzy.
Ale był też aniołem. Dusza człowiecza, ciało anielskie. Dobro
wszechpotężne u progu zła, w samej jego głębokości musiało się w końcu
rozlecieć tak, jak rozlatują się odłamki szkła.
Oczywiście. Jego policzki zasmakują parę łez, a jego dłonie je wytrą z
nich. Zostanie z niego uwolniony pewien smutek, który i tak nie mógłby
być całością. Ale choć cząstka przestanie go męczyć.
Skończyła mu się słona woda w oczach. Ciemność za murami Królestwa nie
ulegała zmianom. Gdzieś w oddali któryś z kościołów wybijał północ.
Agafe jęknęła, przewróciła się na bok i otworzyła oczy.
-Kkurwwa… -Jęknęła i roześmiała się.
Sheez patrzył na nią zaniepokojony. Ciało miał napięte.
Władczyni smoków przeszła w płacz.
Spodziewał się tego.
-Ddlaczczeggo… -Jęknęła. -Ddlaczczeggo…
-Co, dlaczego, kurwa?
Spojrzała na niego z bólem w oczach. Przeniosła wzrok na sufit i
nieomal szepnęła:
-Przeppraszszamm.
Zauważyła, że szatyn trzyma na kolanach jej zeszyt. Czy skradziono mi
sekretne myśli, zadała sobie pytanie.
-Hchćciałłabbym… ggo ppokkazzaćć tterrazz Likame.
-Więc zrób to.
-Nnie mmoggę.
-Dlaczego?
-Bbbo… onna ssię tterrazz kkochaa…
Wracała normalność. Bogowie… Pomyślał, zaklął. Komu ma za to
dziękować? Czasami odnosił wrażenie, że jego towarzyszka jest szalona.
To mu się bardzo nie podobało. Może Karina miała rację? Może powinni
byli zastosować te tortury, które go zmusiły do opowiedzenia historii.
Może terapia jej pomoże? Ale czy uspokojenie ciała sprawia, że umysł
jest mniej szalony?
-Ppoddobba ćci ssię?
-Smutny jest.
Usiadła, przysunęła się do niego i spojrzała w jego błękit oczu. Czy
ja patrzę w niebo, zastanawiała się przez chwilę. Westchnęła. Dłonią
musnęła jego policzek.
-Ppłakkałłeśś.
Zmarszczył brwi. Jakie znaczenie miało to, że było mu smutno raz na jakiś czas?
-I co? -Zapytał.
-Nnnie ppłaczcz.
Zaskoczyła go tą wypowiedzią. Co ją to obchodzi?
-Pproszszę.
Wziął jej dłoń w swoją. Nie zaprotestowała. Nie rozumiem, kurwa,
stwierdził. Nie znamy się dobrze, a ona patrzy mi w oczy.
-Mmaszsz ppiękkne ooczczyy.
-I czego od nich chcesz?
Czy my ze sobą w tej chwili flirtujemy, zastanawiał się.
-Żżebby nnie bbyłły ssmmuttne.
Chciał jej zadać pytanie, czy go kocha. To jednak było niestosowne i
niemożliwe. Władczyni smoków cierpiała, bo nie miała przy sobie swego
wybranka. Więc w zasadzie… o co jej kurwa chodzi?
-Dlaczego?
-Bbo ććcię llubbię. Bbo…
-Nie tęsknisz za Georgem?
-Ppowwiedździałłeśś… ppowwiedździałłeś, żże mmńnie nnie ooppuśśćciszsz.
-Dopóki żyję, nie widzę takiej potrzeby. -Przyznał.
-Wwieszsz, żże oonn nnie hchćciałł, bbymm ggo kkochałła… czczy tty
tteggo hchcceszsz?
Niemożliwe, żeby się tak szybko zakochała, uznał. Skrzywił mimowolnie
twarz. Ona to zauważyła i odepchnęła jego dłoń. Skuliła się w sobie,
zgięła nogi, przysuwając je do siebie, objęła je rękami, położyła
twarz na nich. W oczach miała łzy.
Nie mogę płakać. Nie mogę płakać, powtarzała sobie w myślach i
patrzyła na szatyna tęsknym wzrokiem. Jakby błagała go o coś.
-Nnie hchcceszsz… jja… pprzeppraszszamm… ppo pprossttu hchccę
bbyćć kkohchanna…
Głos jej się załamał i wydawało się, że się rozpłacze. Miast tego zamknęła oczy.
Znaleźli się w płaszczu ciszy. Pomieszczenie zrobiło się szare. Okno z
wolna przepuszczało przez siebie wybladłe światło. Tak, jakby dzień
wahał się: wejść już czy jeszcze na trochę zostawić ciemność.
Chcę być kochana, pomyślał. Dlaczego nagle zrobiła mu tak szczere
wyznanie? To brzmiało tak, jakby błagała o miłość. Może za mało było
dla niej Likame, żeby odczuwała szczęście. A może tęsknota za Georgem
była zbyt wielka. A może i to i to? Bo żeby między nimi coś
zaiskrzyło, to było stanowczo za krótko.
Patrzył na jej włosy. Widział jej sylwetkę i pragnął zobaczyć oczy tej
smutnej kobiety. Dlaczego czasami nie mogę powstrzymać pewnych
odruchów, zastanawiał się. Może to przez to uznała, że…
Czuję do niej słabość, ale czy to miłość, kurwa?
Wstał. Nie zareagowała na jego ruch, jakby zasnęła. Przytulił ją do
siebie, a ona zapytała:
-Ppo cco mńnie pprzyttullaszsz, jjakk nnie hchcceszsz mńnie…
Tęsknię za nim, pomyślała.
Rozpłakała się.
Może jak nie będę otwierać oczu, będzie mi się wydawało, że on tu jest?
Sheez ułożył ją wygodnie na łóżku, nie protestowała. Tak, jakby mógł z
nią robić wszystko. Położył się obok niej.
Tulili się.
Czy na miłość jest jeszcze za wcześnie?, zadawał sobie pytanie.
Zamknął oczy. Zapewne musi nad tym pomedytować.
Oddychała spokojnie. Może spała.
Gdy słońce odważnie wkroczyło do pokoju, drzwi zostały otwarte.
Rudowłosa, w niebieskiej sukience bez rękawków spojrzała na parę.
Widok zaskoczył ją. Stała w progu i obserwowała ich. Wyglądają, jak
kochankowie, stwierdziła i uśmiechnęła się.
Agafe z tego piekła wyjdzie, mówiło jej serce.
Nie chciała ich budzić, chociaż za dwie godziny rozpoczynały się
zajęcia. Machnęła ramionami.
Wyszła z pokoju, zamykając go.
Był poniedziałek.

* * *

Poniedziałkowego dnia ostre światło jego wlatywało przez okno w pokoju
hotelowym. Kobieta patrzyła w nie, leżąc na łóżku obok długowłosego
szatyna. Pośród gdańskich zabytków szukała skrawków błękitu. Szukam
nieba, pomyślała. Jak go znajdę, będę szczęśliwa… Niebo, chcę do
nieba. Zamknęła oczy. Gdy je ponownie otwarła, nie zauważyła różnicy w
pokoju. Odwróciła się na bok, twarzą do towarzysza. Musnęła go dłonią
w policzek. Taki gładki, pomyślała. Wygląda pięknie. Czy mnie kiedyś
opuści, jak George? Goerge… Poczuła w sobie smutek. Ale Sheez jest
mój, nie może tak łatwo mnie opuścić. Nie może, nie może… Przełknęła
głośno ślinę, hamując potrzebę łez. Weź się w garść. Proszę, weź się w
garść, obiecałaś wszystkim.
Usiadła. Powinna wyjść do łazienki, umyć się, przebrać i podejść na
zajęcia. Zajęcia… Nie chcę, pomyślała. Nie chcę tam iść, chcę…
Spojrzała na anioła. Czemu o nim tak wiele myślała? Chciała, by ją
kochał. Chcę być kochana, chcę. Ale ja też chcę jego kochać, ale czy
on chce?
Spuściła głowę. Czy on chce, czy znów wybrała kogoś niewłaściwego? Czy
ciągle będzie żałowała swoich wyborów?
Która godzina? Spół do trzynastej. Wstała. Dlaczego Likame jej nie
obudziła? Miała leczyć swoje jąkanie się. Będzie zła, że zaspała?
Słabo jej się zrobiło. Oparła się o drzwi. Żelazo, pomyślała ze
wściekłością. Potrzebuję żelaza.
-Cóż? -Zapytał jej partner, siadając.
-Jja… nnie wwiemm.
Podszedł do niej i przytulił ją.
-Jjesstt mmi ssłabbo. -Wyznała. -Aalle… ttyy…
-Tak?
-Jja… Sheez…
-Co? -Był naprawdę zaskoczony jej zachowaniem, a jeszcze bardziej
swoim. Przecież powinien się na nią gniewać.
-Oonna bbędździe nna mmńnie wśćiekkła…
-Nie sądzę. Była tu, jak spałaś. Wiesz, co zrobiła? Uśmiechnęła się i wyszła.
-Kkohchamm jją.
Chciałabym ciebie kochać, ale co ze mną zrobisz? Czy, jak zacznę
ciebie kochać i wpadnę w coś złego, to mnie zostawisz? Aniele…
Zamknęła oczy i zniżyła głowę. Ale, czy ty mnie kochasz? Pewnie nie…
Wyglądała, jakby chciała się skulić. Szatyn wziął jej dłoń, a ona
spojrzała w te jego błękitne oczy. W jej spojrzeniu zauważył jakąś
tęsknotę wymieszaną z rezygnacją.
-Agafe -zaczął. -Agafe, czegoś chcesz, prawda?
-Jjja… hchcę, żżebbyś mmńnie kkochałł, alle tteggo… ddo tteggo
nnie mmoggę ćcię zzmmuśsićć, pprawdda?
Poczuła łzę na policzku, zakryła twarz dłonią. Mężczyzna kucnął i
pocałował ją w czoło. Spojrzała na niego zaskoczona. Czy on mnie nie
skrzywdzi, pomyślała i potrząsnęła głową. Zobaczyła przed sobą szary
pokój, w którym stał…
-Sheeeez… -Jęknęła i wpadła w jego ramiona. -Nnie hchcę ttych
obbrazzów… nnie hchccę tteggo ppammięttaćć…
Rozpłakała się. Kurczowo zaciskała dłonie na koszulce szatyna. Ten milczał.
Kurwa, myślał. Chciałem tylko dodać jej otuchy. Kurwa.
Siedzieli na podłodze, wtuleni w siebie i nie wiedząc, ile czasu
przepływa. W końcu Sheez poczuł, jak oddech Agafe spowalnia, uspokaja
się.
Drzwi otworzyły się. W progu stanęła rudowłosa piękność.
-To może nie będę przeszkadzać. -Stwierdziła.
Anioł westchnął ciężko i zauważył, że Likame trzyma w dłoniach trzy
zielone książeczki.
-Co to za książki? -Zapytał.
-Byłam rano na zajęciach, powiedziałam prowadzącej, że Agafe źle się
czuje, a ona dała mi te broszury o relaksacji.
-Daj. -Wyciągnął rękę. Właścicielka Dragon Arch przekazała mu je. -Nie
wiem, czy ona będzie w stanie dziś pójść na coś.
-Nie musi, jeśli nie chce… jutro też jest dzień.
-Bała się, że będziesz na nią wściekła. Powiedziałem, że nie będziesz,
bo byłaś tu i uśmiechnęłaś się…
-Kkochamm ćcię. -Władczyni smoków zwróciła swoją główkę w stronę
przyjaciółki. Z załzawioną twarzą powtórzyła: -Kkochamm ćcię.
-Ja też cię kocham. -Kucnęła. -W porządku już?
-Mm… nnie wwiemm…
-Dziś rano wyglądałaś na szczęśliwą…
-Likame… pprzeppraszszamm… jja… wwiemm, pppowwinnam nna zzajęćcia iiśćć…
-Powinnaś, ale jutro też jest dzień. Nie przejmuj się. Stać mnie w
końcu na to. A ty powinnaś korzystać ze wszystkich szczęśliwych chwil.
Ze wszystkich szczęśliwych chwil? Czy teraz była szczęśliwa… Może i
by była, gdyby nie widziała tych okropnych obrazów, które ciągle do
niej przychodziły. Tak, jakby się przyczepiły do jej ciała i nie
chciały zejść. Jak jakieś robale.
-Jjja… nnie hhchccę wwidździećć ttych oobbrazzów. Mmoże wwtteddy…
Może wtedy udałoby mi się cieszyć tym wszystkim. Co z tego, że to mam,
skoro męczą mnie koszmary z przeszłości na jawie? I czy on mnie kocha,
a jeśli kocha, to czy nie pozwoli mnie skrzywdzić?
Wstała powoli. Spojrzała w zielone oczy przyjaciółki. To taka dojrzała
trawa, stwierdziła. Taka piękna, dojrzała trawa.
-Mmoggę zz ttobbą iiśćć nna sspaccer?
-Tak. -Rudowłosa wzięła dłoń właścicielki Nirgiza. Przysunęła do
siebie ukochaną. Uśmiechnęła się pięknie.
Chciałabym ją pocałować, pomyślała Agafe.
Kobiety z wolna ruszyły korytarzem w dół. Między nimi panowała nie
przeszkadzająca cisza.
Wyszły na zewnątrz. Ulice pełne turystów i mieszkańców, a na niebie
leniwie sunące przed siebie białe obłoki. Władczyni smoków oparła się
na partnerce.
-Pprzeppraszszamm… ja… bbo mmi słabbo.
-Nic nie jadłaś.
-Ii hchybba żżellazza bbrakkuje.
-To chodź do jakiejś restauracji.
Wybrały drugą od lewej strony. Usiadły przy czerwono-brązowym stoliku.
Narzeczona Astarotha uśmiechnęła się i powiedziała:
-Naprawdę ucieszył mnie wasz widok rano. Dobrze spałaś chyba?
-Ppół nna ppół. Nnappissałłam wwierszsz… -Zamilkła. -Allle hchybba
ggo wwyrzuccę.
-Dlaczego? Chętnie go przeczytam.
-Jjesst ssmuttny. Nnie hchccę, bbyś bbyła ssmuttna. Sheez jjakk ggo
pprzeczczyttał… poppłakkał ssię…
Dostarczono im menu.
-Jak uważasz. Polubiłaś go.
-Oonn jjest mmój. Jja… hchćciałłabbym… hchćciałłabbym ggo
kkochaćć, aalle nnie wwiem, czczy mmi wwollno.
Likame poczuła dreszcze na plecach. Pytanie o pozwolenie na miłość nie
powinno się zdarzać. Spokój, powiedziała sobie i zapytała:
-Jak to nie wiesz?
-Jja… ssię bbooję. Jjeśślli zzaczcznnę ggo kkohchaćć… tto nnie
wwiemm, czczy oonn mmńnie nnie oddrzućci… nnie zzosttawwi, jjak
George… nnie hchcę ppowwtórrki.
-Co podać? -Zapytał kelner.
-Ryż, schabowego, sałatkę hiszpańską i wytrawne wino.
-Tto ssammo.
-To żołnierz, myślę, że prędzej będzie cię bronił, jak George. Więc…
-Aalle oon mmożże mmńnie zzosttawwić. Ttakk ppo prosstu iii… nnie
wwiem, czczy oon hchce mmńnie kkohchaćć…
-Może spytaj go.
-Nnie wwiem, czczy mmówi pprawddę. Mmoggę czczyttać ww mmyśllach,
aalle hchccę ggo kkohchaćć…
Kelner przyniósł im zamówione dania.
-Nie ufasz mu?
-Jjeśśli… -Urwała.
Między nimi zapadło milczenie. Agafe nerwowo zaczęła bawić się swoimi włosami.
-Przepraszam. Może nie powinnam drążyć.
-Nnie. -Potrząsnęła głową. -Jja… jjesstteś mmoją pprzyjaćciółkką,
hhchcę, żżebbyś wwiedździałła… ppo pprossttu… jjakk oonn mmożże
mmńnie kkohchaćć… wwallczyćć… jjeśśli ttenn, kktórry ttak mmówwił
nnie ppottraffił tteggo…
-Myślę, że Sheez będzie potrafił. Walkę ma we krwi.
-Ttakk?
-Tak. Nie bój się.
Zaczęły jeść. Skończyły, rudowłosa zapłaciła i odeszły od stołu.
Idąc główną ulicą Gdańska, nie rozmawiały. Władczyni smoków oglądała
piękne, zabytkowe budowle, w większości zrobione na muzea. Stanęły
przy jakiejś ławce, usiadły.
Agafe położyła głowę na ramieniu towarzyszki.
-Mmoggę ttakk? -Zapytała.
-Tak. -Odpowiedziawszy to, miała ochotę pocałować swoją ukochaną, ale
Astaroth…
-Jjjesstteś szszczęśliwwa?
-Z tobą i z Astarothem… jestem, kochana.
-Mmoggłoby bbyć lleppiej…
-Będzie lepiej. Obiecuję.

* * *

Sheez leżał na łóżku w pokoju hotelowym. Patrzył na sufit. Nareszcie,
kurwa, mogę odpocząć od niej. Ale… Kurwa.
Usiadł. Wstał, podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Nie zobaczył
dwóch kobiecych postaci, które zbliżały się do Królestwa. Widział
anonimowe postacie chodzące we wszystkie strony świata. I błękitne
niebo usłane białymi wstęgami.
Chciałbym, żeby tu była, kurwa. Pomyślał.

* * *

A ona, wraz ze swoją przyjaciółką trzymała się za dłoń, siedząc na
jakiejś ławce w centrum trójmiejskiego zgiełku. Patrzyły sobie w oczy,
czasem się żaliły. Częściej milczały, ucieszone jedynie swym dotykiem.
Miały ochotę pognać w swe ciała, złączyć się w jedną całość choćby
przez skromną ulgę pocałunku.
Nie wolno im jednak było tego zrobić.
Siedziały więc i delektowały się jedynie swym czuciem.
Nawet nie zauważyły, kiedy słońce brutalnie zniżyło się ku ziemi. W
pewnym momencie na panującej wokół nich przestrzeni nastała szarość.
Rudowłosa uśmiechnęła się.
-Już zmrok. -Rzekła.
Wstały i ruszyły przed siebie. Spacerowały powoli, mijając zapalające
się światła lamp ulicznych, przechodząc obok zwiedzających i nie
zważając na piękne budynki, które stały naprzeciw nich.
Doszły w końcu do Królestwa, weszły do środka, dostały klucze i ruszyły na górę.
-Kkocham ćcię. -Stwierdziła Agafe w windzie.
-Ja też cię kocham.
Weszły do wnętrza pokoju, gdzie przebywał szatyn. Stał przy oknie i
patrzył w drzwi. Jego prawa dłoń trzymała kieliszek pełen wina.
-Hej. -Powiedział.
-Hhej.
Władczyni smoków nie wiedziała, czy ma iść do mężczyzny, czy nie.
Mogła pójść. Ale czy… czy on jej nie zostawi na pastwę losu? Czy
jest dla niego ważna?
Ale te niebieskie oczy. To taka czekolada o wyglądzie nieba.
-Agafe -zaczął Sheez. Odłożył napój na parapet i ruszył w stronę
kobiet. -Boisz się, że cię opuszczę, prawda?
-Ttak… pprzeppraszszamm…
Nie chciała go urazić. Ale co miała powiedzieć?
-Nic nie szkodzi. -Odpowiedział. -Masz do tego prawo. Chciałbym
jednak, żebyś tak nie myślała. I jest na to sposób.
-Ttakk? Cco…
-Chciałbym tobie złożyć pewnego rodzaju przysięgę.
-Nnie… wwolnny…
-To powiedz mi, jak mam cię przekonać, że jako żołnierz, jako ja, nie
opuszczę cię, nawet, gdybyś wpadła w najgorsze koszmary?
Czy on zaraz się rozgniewa?, zastanawiała się Agafe. Może jednak
lepiej się zgodzić?
-Nnie wwiem.
-Ta przysięga to prawda? -Zapytała Likame.
-Tak. -Usłyszała za sobą swego partnera, który otulił ją ramionami.
-Nie jest to przysięga wierności, raczej ma na celu pokazać, że w
przypadku najgorszego umiłowany będzie miał obronę. Jak chcesz, to
mogę ci ją złożyć.
Rudowłosa pocałowała narzeczonego w czoło.
-Wierzę w to i bez tego. -Szepnęła mu do ucha.
-Gdy nie będę spełniał swej przysięgi -kontynuował anioł -po prostu
umrę. Nie będziesz miała wtedy kogo nienawidzić.
Klęknął. Zniżył głowę. I powiedział:
-Agafe, Władczynio Smoków,
Obieram sobie dzisiaj ciebie za panią,
Ukochaną, podopieczną i umiłowaną,
Postanawiam sobie mocno i przysięgam,
Że cię nigdy nie opuszczę,
Nie powiem i nie uczynię nic przeciwko tobie.
Nie pozwolę nigdy, aby inni cokolwiek czynili,
Co uwłaczałoby czci twojej.
Błagam Cię, przyjmij mnie na zawsze za sługę swojego.
Oddaję się tobie, Agafe, całkowicie w niewolę,
A jako twój niewolnik poświęcam ci ciało i duszę moją,
Pozostawiając ci całkowite i zupełne prawo
Rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku,
Co do mnie należy, według twego upodobania,
Ku większej chwale magii, w czasie i w wieczności.
Amen.
Zapadła cisza. Po jakimś czasie w pokoju rozległ się kobiecy głos:
-Pprzyjmuję.
Szatyn wstał, uśmiechnął się i powiedział:
-Dziękuję.
On mnie kocha, pomyślała władczyni smoków. Natknęła się na jego oczy.
Taki błękit kojarzył jej się z niebem. A on był aniołem. I obiecał jej
swoje życie. Czy gdyby jej nie umiłował, zrobiłby to samo? Był
żołnierzem. Ale… George był aniołem. I zostawił ją.
-Kkochaszsz mmńnie?
-Tak.
Nie było w nim nawet drobnej nuty zawahania. Na twarzy nie tkwiła
ironia. Czy w takim razie ona może go kochać?
Chcę być kochana, stwierdziła. Tak bardzo mi brakuje miłości…
Podeszła do niego nieśmiałym krokiem, delikatnie się wtuliła w jego
ciało. Poczuła przyjemny dotyk na plecach.
-Czy ty mnie kochasz? -Zapytał.
-Ttakk… nnie wwiemm… hchccęę… ttakk… pproszszę.
Jeszcze się boi, pomyślała właścicielka Dragon Arch. Jeszcze nie
wierzy w swoje szczęście.
-Przecież cię nie zostawię. Przysięgłem, że jesteś moją umiłowaną, to jesteś.
-Iii…
Władczyni smoków zamknęła oczy. Chciała się zanurzyć w swym partnerze.
Wyglądała, jakby zasnęła.
-Opiekuj się nią dobrze. -Powiedziała rudowłosa, po czym wyszła z
Astarothem, zamykając za sobą drzwi.
Przez moment szli korytarzem w milczeniu.
-Bardzo szybko dochodzi do siebie. -Powiedział demon.
-Szybko? -Zdziwiła się.
-Tak, bo ona może powinna bardziej się bać związków czy czegoś
takiego. Przynajmniej według Kariny.
-I co jeszcze według niej?
-Powinna jak najszybciej opowiedzieć swoją historię, ale z tym może
być problem. Ona podejrzewa, że Agafe przez całe życie będzie miała
koszmary.
Likame przystanęła gwałtownie.
-Ale można coś zrobić? -Zapytała.
-Nie mam pojęcia. Jak dziś rozmawialiśmy w trójkę, kiedy was nie
było… Sheez górnolotnie i niezbyt oryginalnie jak na jego gatunek
stwierdził, że tylko miłość może ją wyleczyć.
To wygląda tak, jakby wypruto ją z miłości… I teraz szuka jej,
wywnioskowała rozmówczyni demona.
-Chcę, żeby wyzdrowiała. -Wyznała.
-Kochanie. -Astaroth przytulił swą wybrankę. Pocałował w usta.
-Kochanie. Może jej się to kiedyś uda.
Kiedy? Tak bardzo by chciała, by Agafe już się nie jąkała i nie miała
sennych marów, nie miała przed sobą tych strasznych wizji… Może
kiedyś nie będzie tego mieć.

Stali tak jeszcze przez chwilę, a potem weszli do pokoju. Likame
zaczęła zdejmować sukienkę. Gdy to zrobiła, rzuciła ją na podłogę i
przywarła cała do swego ukochanego.
-A wiesz -mruknęła -że jedna rzecz mnie ciągle zastanawia…
-Jaka? -Pocałował ją w szyję.
-Czy to, że nie mam okresu od pierwszej wizyty w Kramie coś znaczy?
Położył ją na łóżku.
-Jakoś ci to nie przeszkadza za bardzo. -Zauważył. Głaskał jej szyję.
-Nie lubię okresu, strasznie mnie wtedy boli… ale wiesz, że to
oznacza płodność?
-Ból czy okres?
Roześmiała się.
Zdjął z niej stanik.
-Okres. Daj całusa.
Obdarzył ją francuskim pocałunkiem w sutek. Jęknęła.
-To tylko oznacza, że masz w sobie magię. I pewnie jeszcze parę innych rzeczy.
-Na przykład?
-Że Nudny Świat ma inne prawa od Kramu?
Nie dał jej odpowiedzieć. Ściągnął majtki jej majtki i zaczął głaskać
ją między udami.

* * *

Siedział i pił. Pił i myślał, doskonale zdawał sobie sprawę, że on
jako anioł nie jest w stanie się spić. A szkoda, kurwa, bo mam na to
ochotę. Właśnie złożyłem przysięgę obrony osobie, przy której, kurwa,
grozi mi wyłącznie śmierć. Ale, jeśli ma być szczęśliwsza…
Spojrzał na partnerkę. Leżała na łóżku, owinięta w kołdrę. Zdawało
się, że szybko oddychała. Zaraz się obudzi?, zastanowił się. Nic się
nie działo. Agafe przewróciła się na bok. Patrzył na to chude ciało i
widział, jak napięcie rośnie.
Kurwa, zaklął. Odłożył wino na szafkę.
Wrzasnęła. Rozbudzona, zgięła się w pół. Szlochała.
Sheez delikatnie objął jej ramiona. Nie protestowała. Przytulił ją do
siebie. Głowa kobiety opadła na jego ramię. Przełknęła głośno ślinę i
wybąkała:
-Pprzeppraszszamm…
-Nie ma za co. Koszmary się zdarzają.
-Cco mmoggę zzrobbićć… żżebby ssię nnie zzddarzrzały.
-Nie wiem.
Zamilkli.
-Sheez… Jjessttemm nnimmi ttakka zzmmęczczonna… nnie wwiemm…
nnie ummiemm nnorrmallnnie…
Załamała ręce.
-A ja umiem. Pomimo tego, że straciłem wszystkich swoich bliskich,
umiem. Ale ja jestem żołnierzem.
-Nnauczcz mmńnie tteggo.
-Czego?
-Tteggo, jjak ssobbie zz ttymm rradździćć. -W jej spojrzeniu było coś
z błagania.
Anioł westchnął ciężko.
-Dobrze. -Zgodził się.
Przez moment siedzieli i nic nie mówili. A potem szatyn zaczął:
-Przede wszystkim musisz nauczyć się kontroli oddechu. Zwróć uwagę na
oddech. Pomyśl o nim. I rób to, co ja. Oddech, wydech…
Tak się wciągnęli w ćwiczenia relaksacyjne, że nawet nie zwrócili
uwagi na pierwsze promienie słoneczne. W momencie ich nastania
władczyni smoków ziewnęła. I uświadomiła sobie, że się lekko uśmiecha.
-Jesteś śpiąca? -Zapytał.
-Ttrochę.
Sheez nie mógł się powstrzymać i mocno objął swoją partnerkę.
Relaksacja działała.
-To może się prześpij. -Zaproponował.
-Nnie. Oona… hchce, bbym pposzła nna zzajjęcia.
-Na zajęciach i tak uczą relaksacji.
-Alle… jja… onna… nnie wwiem.
-Co?
Tęsknię za nią, pomyślała Agafe. Chciałabym z nią teraz być.
-Nnic.
Nie może z nią być, bo ona kocha Astarotha. Co to za przyjaciółka,
która nagle domaga się uwagi, nie dając nawet szansy na radość ze
związku? Jestem beznadziejna, stwierdziła.
Zachwiała się.
-Ssłabbo mmi. -Jęknęła. W brzuchu jej zaburczało.
-Na co masz ochotę?
A co ty byś chciała, zapytała kiedyś Likame.
-Jjajjeczczniccę zz chlebbem.
Po chwili miała przed sobą pełen talerz z łyżeczką. Zaczęła jeść.
Robiła to powoli. Gdy skończyła, spojrzała w te niebieskie kawałki
nieba w oczach swojego towarzysza. Były takie piękne… jego twarz
była taka piękna. Dotknęła jego policzka, delikatnie i niemal
nieodczuwalnie. Czy zamierza go pocałować, zapytał siebie anioł. Skoro
Likame kogoś miała, dlaczego ona nie miałaby mieć kogoś? George…
Nie płacz, powiedziała sobie, gdy w jej świadomości pojawił się fakt,
iż chce wylać kolejne morze łez. Nie płacz, powtórzyła jakby z prośbą.
Obiecałaś.
-Hchce… mmi ssię ppłakaćć. -Wyznała cicho.
-Kontrola oddechu.
Kontrola oddechu. Przestań myśleć o rzeczach. Zajmij się oddechem. Nic
innego, niż on, nie istnieje na świecie. Wdech. Wydech. Wdech.
Wydech… Równo. Płynnie. Powoli. Rób to, czego się nauczyłaś, mówiła
sobie.
Zamknęła oczy.
-Nie zamykaj ich -powiedział Sheez.
Otworzyła je. Nadal wyglądała, jakby kontrolowała oddychanie.
-Nie wolno tracić z oczu pola walki nawet na chwilę. -Wyjaśnił.
Kontrolowała oddech i patrzyła na nauczyciela. Żadna łza nie wyleciała
z jej oczu. Twarz zamieniła się w spokojną skorupę.
-Pomaga? -Zapytał.
-Ttak…
Gwałtownie się wzdrygnęła. Oddech przyśpieszał, a bicie serca stawało
się głośniejsze.
-Kontrola oddechu. -Powiedział jakby zza zasłony. Głos wyraźny, choć
do jej umysłu niezbyt wyraźnie docierał. Ale ten głos mówi o kontroli
oddechu. -Cokolwiek by się nie zdarzyło, oddychaj. Kontroluj to.
Kontrolowanie oddychania. Horror przesuwał się między jej oczami, ale
ona coś jednak kontrolowała. Utrzymywała w swej władzy oddech,
utrzymywała w swym ciele spokój, panowała nad sobą.
Coś jej zrobiono, machnęła nerwowo ręką. Oddychaj, powiedziała sobie,
oddychaj, oddychaj!
Oddychała.
Kontrolowała siebie, kontrolowała swoją nerwowość. Musiała w końcu z
nią wygrać. Musiała, musiała, nie mogła sobie pozwolić na złamanie
danych obietnic. Ani jedna łza na jej policzku nie może zaistnieć, ani
jedno nerwowe szarpnięcie, ani jeden gwałtowny wrzask.
Cisza.
Siedzieli naprzeciw siebie. Na łóżku. Trzymali się za dłonie i
patrzyli sobie w oczy. Nie odzywali się. Po co? Istnieje tylko dotyk
ich ciał. Otaczało ich milczenie.
Oddech. Kontrola oddechu uczyniła z wnętrza ostoję.
Miała wrażenie, jakby tworzyła przy sobie mur, który odgradza ją od
reszty świata.
Skrzypnęły drzwi, kobieta gwałtownie odwróciła głowę. Spojrzała na
wysoką kobietę o rudych włosach, która miała na sobie niebieską
spódnicę z falbankami i koronkową koszulkę w czerni. A na szyi złoty
amulet ze smokiem.
Agafe nic nie powiedziała.
Likame uśmiechnęła się i zapytała:
-Nie przeszkadzam?
-Uczę jej spokoju. -Odpowiedział Sheez. -Sama oceń.
Pomachał dłonią przed twarzą władczyni smoków, ale ta nie zareagowała.
Objął ją w pasie, ale nie zaprotestowała. Dłoń, którą położył na
brzuchu przesuwał w dół.
-Nnie. -Powiedziała i wyrwała mu się. Czuła na plecach zimny pot,
patrzyła na niego z mieszaniną uczuć: przecież mu zaufałam, czy on
może mnie skrzywdzić?
Nie krzyknęła. Nie zapłakała. Nie wzdrygnęła się gwałtownie. Po prostu
wyszła z jego ramion i zaprotestowała zwyczajnie brzmiącym słowem,
normalnym tonem.
Nnie.
Ten wyraz zadźwięczał w pokoju, jakby odbijał się echem od wszystkich
elementów w tym apartamencie.
Cokolwiek by się nie zdarzyło, oddychaj. Kontroluj to.
-Szybko robi postępy. -Stwierdził anioł i wziął z szafki wino. Zrobił łyka.
-To może nie będę wam przeszkadzać…
-Nnie.
Właścicielka Dragon Arch stała zdziwiona w wejściu.
Agafe podniosła się ciężko z łóżka i podeszła do przyjaciółki.
Przytuliła ją do siebie.
-Ttęskniłłam.
-Ja też. Za godzinę zaczynają się zajęcia… pójdziemy na nie?
-Ttakk.
Wystraszyła się mnie, kurwa, pomyślał anioł.
-To może najpierw się ogarnij… Ja poczekam. Czy ci pomóc?
-Ssamma.
Agafe powolnym krokiem wyszła na korytarz i wkroczyła do łazienki.
-Jesteś dobrym nauczycielem. -Powiedziała narzeczona Astarotha.
-Myślę, że to nie moja zasługa. -Wypił łyk wina. -Ona po prostu…
poprosiła mnie, bym jej pomógł zwalczyć koszmary. Zrobiłem, co
umiałem. Jeszcze nie skończyłem, ale z tego, co zauważyłem, to więcej
o oddechu, niż ja, terapia jej nie nauczy.
-Czyli teraz zmarnuje czas?
-I tak, i nie. Z jednej strony poćwiczy trochę oddech, a z drugiej…
moglibyśmy przejść do medytacji. Ale… nie wiem, czy po tym dotyku
zechce do mnie wrócić.
-Myślę, że wróci, zaufała ci…
-Cóż, może, kurwa, to rozpieprzyłem przez jeden pierdolony ruch.
Zapadła cisza.

* * *

A Likame mówiła, żeby jeść przynajmniej dwa razy dziennie. Wczoraj
spożyłam jeden posiłek i dziś czerwona szczotka pełna włosów leży na
fioletowej podłodze w łazience hotelowej.
Agafe skryła twarz w dłoniach. Spoglądanie na włosy walające się na
podłodze bolało. Potrzebuję witamin, pomyślała. Witamin, których nie
mam. Nie mam, bo ciągle zapominam o jedzeniu.
Moje zdrowie.
Co zrobili z moim zdrowiem, co oni mi zrobili…
Poczuła gulę w gardle. Wtedy podniosła głowę do góry i zamknęła oczy.
Oddychaj, pomyślała. Oddychaj. Kontrola oddechu.
Otworzyła powieki i zapomniała, że chciało jej się płakać. Wstała
niezgrabnie i zdjęła z siebie opatrunek.
Co oni mi zrobili, myślała. Potrząsnęła głową. Sheez. Cokolwiek by się
nie działo, kontroluj oddech.
Ubrała na siebie koszulę w szare kratki i czarną spódnicę, uprzednio
zmieniwszy bandaż.
Usiadła na kiblu. Spojrzała w górę. Włosy. Chciała je tylko uczesać.
Szczotka leżała i robiła za wyrzut sumienia.
Lekarstwa. Witaminy. Jedzenie. Posiłki…
Jej organizm był wyniszczony. I ona sama również.
Przeraża mnie to, stwierdziła i poczuła nagłą potrzebę wepchnięcia się
w czyjeś ramiona. Najlepiej do Likame, ale Likame jest teraz gdzie
indziej, a jak zobaczy te jej włosy…
Podeszła do lustra. Przecież nie wygląda aż tak źle, prawda?
Może nawet nie zauważą…
Wyglądam, jak anorektyczka, przeszło jej przez głowę. Nie chcę
wyglądać, jak anorektyczka, nie chcę…
Trzasnęła pięścią o zlew i poczuła ból. Chciała, by łzy wypłynęły, ale
nie mogła sobie na to pozwolić.
Bo gdy już się pojawią, pęknie. Musi pozostać we władzy spokoju, musi
być panią oddechów spokojnych i kontrolowanych.
Co z tą szczotką, zapytała się. Co z tą szczotką… Schyliła się,
wzięła ją i wrzuciła do kosza.
Wyszła z łazienki. Spokojna, kontrolująca oddech.
Nieśpiesznymi krokami dotarła do pokoju hotelowego i zastała Likame
rozmawiającą z Sheezem.
-W porządku? -Zapytał.
Nie. Nie czuła, że jest w porządku. Włosy. I ten jego dotyk.
Cofnęła się.
-Ttakk… nnie wwiemm. -Odpowiedziała.
Rudowłosa zmarszczyła brwi. Smutna jest, pomyślała. Zbliżyła się do
partnerki i przytuliła ją do siebie.
-Chodź, zjemy jakiegoś loda…
-Ssałłattkę mmoggę?
-Możesz, kochana, możesz.
I nie usłyszała pytania, dlaczego akurat to danie, a nie inne. Ale
może to i lepiej? Miała chyba prawo do decydowania o tym, co chce
zjeść? A może jednak go nie posiadała?
-Likame… -Jęknęła władczyni smoków. -Kkocham ćcię.
-Ja też cię kocham.
Wyszły na korytarz, doszły do windy, weszły do niej. Stały tak bez
słów, zjeżdżając na dół. Gdy znalazły się na parterze, ruszyły przed
siebie.
Dopiero wówczas, gdy otoczyła ich gdańska starówka, rudowłosa zapytała:
-Co z twoimi włosami?
Władczyni smoków spojrzała na towarzyszkę wystraszona. Zauważyła?,
zapytała siebie. Zauważyła…
-Nie wyglądają dobrze. Może faktycznie powinnaś więcej jeść witamin. Agafe?
-Ttakk?
-Coś cię martwi, prawda?
Właścicielka Nirgiza załamała ręce.
Przecież chcę jej się zwierzyć, pomyślała. Chcę… Tylko, że to jest
takie trudne…
Kontrola oddechu, nieważne, co by się działo, kontroluj go.
-Mmojje zzddrowwie mmńnie pprzerrażża.
-Spokojnie. Dochodzenie do siebie trwa dłuższy czas.
Przytuliły się.
-Mmiałyśśmmy iśćć nna zzajjęćcia…
-Pójdziemy najpierw na sałatkę. Mam ochotę po prostu z tobą
porozmawiać. Tak tęskniłam.
Ruszyły przed siebie.
Tak tęskniłaś? Ale ciągle jest ciebie za mało dla mnie, myślała Agafe.

Likame, co cię czyni szczęśliwą? I czy na pewno taka jesteś, czy
naprawdę jesteś szczęśliwa? Czy ja cię czynię szczęśliwą?
Kroczyły przed siebie, mijały fontannę Neptuna, znalazły bar mleczny,
przy którym dzieci z trzema dorosłymi osobami stanęły w kolejce i
poszły dalej.
-Jjesstteś szczczęśliwwa?
Rudowłosa przystanęła i spojrzała w oczy towarzyszki.
-Jestem. -Odpowiedziała i przytuliła władczynię smoków. -Przecież wiesz.
-Aalle… ttakk nnaprawwdę szszczęśliwwa?
-Martwię się paroma rzeczami, ale tak ma chyba każdy.
Właścicielka Dragon Arch zerknęła na moment za siebie, wzięła dłoń
Agafe i ruszyły w stonę brązowej ławki, na której usiadły.
-Brakuje mi wspólnych chwil. I chciałabym, żebyś była zdrowsza. I
chciałabym wiedzieć, co kombinuje nasz wróg.
Po chwili usłyszała odpowiedź:
-Jjeśśli bbędździeszsz mmyśśleć ggodzinnę pprzedd ssnem, żże chccesz
wwiedździeć, cco oonn onna rrobbii, tto ssię ddowieszsz.
-Jak długo powinnam tak myśleć?
-Jjak nnajddłużżej. Jjakk ddojdździeszsz ddo wwpprawy, bbędździeszsz
wwiedziałła, iille.
Uścisk ciał był niezręczną próbą zastąpienia pocałunku.
-Bbrakkuje ćci wwspóllnych chwwil…
-Kiedy z nim jestem, myślę o tobie. Ale kiedy jestem z tobą, tęsknię
za nim. I czasami marzę o Archu.
Może to jednak nie musi być tak sztywne, jak się wydaje, pomyślała
władczyni smoków. Może ona dałaby sobie radę z takim czymś? W końcu
jest władczynią smoków. Poza tym… tak bardzo chciałabym, abyś nie
musiała tęsknić. Tak bardzo nie chcę, byś się smuciła.
-Mmoggę sspróbbowwać ddać ćci tterraz Aarcha.
-Ale powiedziałaś, że raz w miesiącu jesteś w stanie…
-Nnie hchcę, bbyś ttęssknniła.
-Agafe…
-Pproszszę.
Tylko dlatego, że chcę być przy swoim smoku, mam pozwalać jej na nie
wiadomo jakie ryzyko? Nie chcę, żeby to robiła… Kto wie, jaką cenę
będzie musiała zapłacić? Ale ona tak prosi… Tylko co będzie, jak
stanie się coś złego?
-Pproszszę. -Powtórzyła władczyni smoków.
Tak, dlaczego miałaby tego nie spróbować jeszcze raz? Nie doświadczyć
ponownej miłości do gada?
-Dobrze. -Zgodziła się.
Partnerka rudowłosej przytknęła do jej serca dłoń. Jego właścicielka
poczuła w sobie ciepło. W tym tonie czarny smok z błękitnym znakiem
Linuksa przywitał się w jej głowie. I oświadczył: tęsknię.
-Ja też -odpowiedziała.
Nic nie mówili, ale wyczuwali siebie. I nie chcieli się pożegnać,
trwali więc tak. Mogli jedynie patrzeć na siebie. Gad przekrzywił
głowę.
-Zbliża się czas rozstania -powiedział w końcu.
-Nie chcę. -Odpowiedziała mu.
-Muszę. I tak nie wiem, czy po tym spotkaniu z Agafe będzie wszystko w
porządku. Co prawda ona nic mnie nie ochodzi, ale chciałbym cię
jeszcze kiedyś zobaczyć.
Ona nic mnie nie obchodzi, powtórzyła myśl Likame, zdrętwiała. Nagle
zobaczyła przed sobą budynki miasta nadmorskiego i władczynię smoków,
która siedziała na ławce przy niej.
Przestraszyła się. Jej przyjaciółka leżała bezwładnie na ławce.
-Agafe? -Zapytała i przytuliła do siebie jej ciało. Poczuła senny
oddech towarzyszki. Ta nerwowo poruszyła głową. Strużka krwi poleciała
z jej ust. Jęknęła i otworzyła oczy. Spojrzała na zaniepokojony wzrok
właścicielki Dragon Arch, przełknęła ślinę, nachyliła się nad
chodnikiem i wypluła krew.
-Słabbo mmi. -Przyznała.
Przytulana, nie musiała się podpierać. Wytarła usta dłonią. Spojrzała
na nią i odwróciła wzrok na miasto. Zachowała się tak, jakby nie mogła
na to patrzeć.
-Dziękuję za Archa. -Powiedziała Likame.
Nie usłyszała odpowiedzi.
-Mmamm okkropnne ddłonnie.
-Nie myśl o tym.
-Jjakk? Ććciąggle mamm je pprzedd ssobbą…
-Kupię ci rękawiczki. Chcesz?
-Aa… jjeśśli nna nnie sspojrzę ii…
-Jeśli będą przeszkadzały, po prostu je zdejmiesz.
-Ddobbrze.
Rudowłosa wstała. Agafe chciała to zrobić, lecz prawie spadła na
chodnik. Powstrzymana przed tym ramieniem przyjaciółki powiedziała:
-Nnie jjessttem ww sttannie nnaweet wwsstaćć.
Poczuła napływające do oczu łzy. Nie rób tego, pomyślała, tylko tego
nie rób. Oddychaj spokojnie. To, że nie możesz wstać to nic wielkiego.
Sama tego chciałaś. Myślałaś nawet o gorszym scenariuszu.
-To przeze mnie?
-Nnie, ssamma ttego hchciałam, pprzeppraszszamm… Hchćciałam ćci
ssprawwić rraddość i zzeppsułłam…
Co się stanie, jak powie “nie zepsułaś”? Może to było kłamstwo, ale
czy poprawi jej tym nastrój? Odczekały chwilę bez słów, a później
rzekła:
-Nie przejmuj się tym, mogłam się nie zgadzać.
Władczyni smoków nie odpowiedziała. Mogła powiedzieć, że wszystko
psuje, ale to nie poprawiłoby nastroju rudowłosej. Nawet zwyczajne
“kocham” nie zmieniłoby sytuacji. Spuściła głowę. Jej towarzyszka była
zmartwiona. Nie tego chciałam, zganiła siebie.
Zaburczało jej w brzuchu.
-To może ja pójdę po te sałatki, a ty poczekasz? -Zaproponowała
właścicielka Archa.
-Ddobbrze.
Patrzyła, jak Likame kroczy pewnie przed siebie w stronę baru
mlecznego. Chciała wstać i podbiec, chciała wspólnego spaceru, ale nie
była w stanie.
Wszystkie siły, które miała mieć na to straciła, bo zapragnęła
podarować jeszcze jedno spotkanie Archa swej ukochanej. Arch, kiedy
wreszcie będziesz ją miał?
-Dobrze wiesz, kiedy. -Odpowiedział. -Spieszy ci się do tego?
Często, pomyślała, często myślę o tym, co ja bym dała, aby to wszystko
przeminęło, aby tego już nie było, nie było niczego.
-Przecież masz miłość, masz przyjaciół i wolność, o co ci chodzi?
-Wtrącił się Nirgiz. -Może gdybyś do mnie wróciła, przeszłoby ci?
-Zabiłaby mnie. -Odpowiedziała w swojej głowie.
Teraz, gdy została sama była wdzięczna smokom za ich towarzystwo.
-Przecież jesteś władczynią smoków, jesteś od niej silniejsza.
-Klątwy…
-Na klątwy znajdą się sposoby, złociutka, zapewniam cię.
-Tylko nie wiem, jakie.
-Bo nie chcesz tego wiedzieć, gdzieś tam, malineczko, wiesz, że te
informacje cię przerażą. Takie przeniesienie klątwy na kogoś innego na
przykład…
-Nie mam na kogo.
Smok Agafe pokręcił przecząco głową. Jęknął.
-Jest w tobie tyle smutku i jesteś tak głupio uparta, złociutka, że
już nie mam sił na ciebie. Jutro znów spróbuję, a teraz żegnaj.
Od malutkiej cząsteczki w jej sercu aż po cały organizm rozwinęło się
opuszczenie, jakby było ponurym i śmiertelnie groźnym kwiatem.
Miała rozpaczać dalej, ale usłyszała przyjemny, kobiecy głos:
-Proszę.
Spojrzała na Likame, w obu dłoniach miała po sałatce. Władczyni smoków
wzięła jedną i podziękowała. Otworzyła i zaczęła powoli jeść.
Spożywały to danie bez rozmowy. Gdy wyrzuciły po nim opakownaia,
rudowłosa uśmiechnęła się i powiedziała:
-Cieszę się, że już tyle nie płaczesz.
Ale nadal jest mi smutno, nadal czuję się jak śmieć… Śmieć…
Właścicielka Nirgiza skuliła się lekko.
-Powiedziałam coś nie tak?
-Nnie. Ww pporząddku.
-Przecież widzę, że nie.
-Cco mmam ćci ppowiedździeć? Żże jjestt mmi ssmuttno, czczuję śsię
jjak śmmiećć i nnawet zzwykkłego zzdańnia nnie ummiem ppowiedździeć
bbez jjąkkannia?!
W oczach miała łzy. Miała mówić o jej bólu, o tych wszystkich
nieszczęściach, które ją dotknęły? Wiedziała, że powinna, ale jak…
jak mogła tak postępować? Nie miała pojęcia, czy była w stanie
wypowiedzieć pewne słowa, a czuła, że nie potrafi. I opowiadając
sprawiałaby przykrość swej ukochanej. Na jej twarzy smutek, kiedy
widnieje…
Teraz widniał, czemu Likame teraz jest smutno? Znowu wszystko
zepsułam, pomyślała Agafe. Przytuliła się do partnerki.
-Ppprzeppraszszam.
-Jeśli nie chcesz, nie musisz mi mówić o swoich smutkach. Ale im
szybciej zaczniesz o tym mówić, tym szybciej ci przejdzie. Przecież to
wiesz, kochana. Poza tym… poza tym chciałabym wiedzieć, że mi ufasz,
że…
-Kocham ćcię, uffam ćci, ttyllko nnie wwiem, czczy bbęddę ppottraffiła
ppatrzećć na ttwoją ssmuttną ttwarz…
-Wolałabym być smutna przez twoje historie, niż przez brak zwierzeń z
twojej strony.
Agafe, zrobisz to dla mnie, pomyślała rudowłosa, zrobisz? Chociaż może
nie umiesz o tym mówić, chociaż jest ci ciężko, to łatwiej będzie, gdy
komuś o tym wszystkim opowiesz. Przepraszam cię, ale muszę cię jak
najszybciej zobaczyć uśmiechniętą. Nie, nie uśmiechniętą. Szczęśliwą.
-Ddobbrze. Jjeśśli hchcceszsz, mmogę ćci oppowwiaddać. Nnie wwiem,
czczy ddam rraddę… aalle sspróbbuję.
Chciało jej się płakać, ale starała się spokojnie oddychać. Udawało
jej się utrzymywać tylko szklisty wzrok.
Ich palce, ich dłonie zetknęły się i złączyły. Zamknięte w swoich
uściskach, trzymały się tak przez dłuższe chwile. Zupełnie tak, jakby
zamierzały na zawsze zostać w tej postawie. Nie chciały, by któraś z
nich opuściła jedną. Obie przy sobie stanowią całość.
Obejmowały się i chciały obdarować siebie pocałunkami, lecz nie mogły.
Demon Astaroth spojrzał w niebo i powiedział, że jest ładne, uczynił
parę kroków przed siebie i zniknął. Pojawił się tuż przy ławce, gdzie
dwie kobiety były prawie scalone ze sobą. Pokręcił głową i poczuł w
swym zimnym sercu ukłucie zazdrości.
Cholera jasna, dobrze, że się nie całują, pomyślał. Buzująca w nim
zazdrość przemieniała się w pieniącą się złość.
-Cześć. -Powiedział i dopiero wówczas obie panie go zauważyły. Likame
przeniosła dłonie na jego brzuch, szukając dotyku. – Mam nadzieję, że
już się pożegnałyście?
-Nie. Możemy jeszcze chwilę?
-Nie.
-Astaroth…
-Jutro też jest dzień, a dzisiejszy zbliża się ku końcowi. Poza tym
tęsknota mnie zabija. -Pocałował ucho swej narzeczonej. Chodźmy już.
-Agafe, jesteś w stanie już wstać?
-Ttak.
Nie, stwierdziła władczyni smoków w głowie. Jednak rudowłosa miała na
twarzy radość, której nie można było odmówić.
-To do jutra.
Właścicielka Dragon Arch wraz ze swoim wybrankiem zniknęła w jednej chwili.
Znowu jestem sama, pomyślała jej towarzyszka. Znowu, znowu, znowu…
nie mam jak podejść do hotelu. Sheez, tak bym chciała, żebyś do mnie
przyszedł, bo nie wiem, czy dam radę nie płakać.
Czuła, że zbiera się w niej na czarne myśli. Sheez, proszę, przyjdź i mi pomóż.
Powoli przed jej oczyma przewijała się scena, gdzie leżała w kolorowym
pokoju i patrzyła w sufit. Szukała w nim swego oparcia, a pustka i
samotność, tęsknota i smutek rozrywały jej ciało.
To było straszne. I o tym ma opowiadać przyjaciółce? Która nie mogła
patrzeć na jej cierpienia, która postanowiła się dla niej poświęcić i
która chciała jej dać wszystko to, co mogła? Jak zacznie snuć swoją
historię… Gdy to będzie robić, to znów ujrzy smutek, nie, rozpacz w
oczach ukochanej. Ta przecież wie, co przeżywała, miała sny, ale co z
tego? Tragedia na zawsze pozostaje niezmienną sobą.

* * *

Rudowłosa wkroczyła w korytarz, za sobą miała narzeczonego. Skierowała
się do swego pokoju, lecz demon przystanął i powiedział:
-Będę za pięć minut, może mniej.
-Ty możesz, a ja nie? -Spojrzała na niego z pretensją.
-Muszę coś przekazać Sheezowi.
-Miałeś na to cały dzień, kochanie.
-Nie, to jest… -Zmarszczył brwi. -Muszę mu powiedzieć o Agafe.
-To wracam do niej. -Zawróciła do windy, lecz Astaroth chwycił ją w
pasie i przysunął do siebie. Pocałował w usta tak szybko, że nie
zdążyła nabrać oddechu.
-Nie wrócisz do niej. -Powiedział delikatnie, głaszcząc jej włosy. -To
drobnostka, naprawdę.
-Chcę wiedzieć, co mu powiesz.
-Przecież wiesz. -Pogłaskał jej policzek. -Doskonale wiesz.
-Została sama i nie ma sił wrócić do siebie, tak? Tak?
-Kochanie…
Dlaczego to zrobiła, dlaczego na policzkach czuje łzy? One nie chcą
się zatrzymać, ja nie potrafię nie płakać.
-Kurwa -jęknęła.
Opadła na kolana, zakrywając dłonią swoją twarz. Nie chciała się
rozpłakać, a jednak to zrobiła. Dlaczego? Przecież jest taka
szczęśliwa…
Narzeczony przytulił ją.
-Czemu płaczesz -szepnął czule do ucha. -Dlaczego?
-Nie wiem. Bo ona cierpi, a nie mogę jej pomóc!
-Przecież jej pomagasz…
-To mi nie pomaga! -Krzyknęła niemal. Speszona, dodała normalnym
tonem: -Chcę widzieć ją szczęśliwą. Rozumiesz? Szczęśliwą… -Głos jej
się załamał.
Czyjeś drzwi się otworzyły. Zza nich wyszedł mężczyzna o długich,
brązowych włosach. Miał na sobie czarne spodnie, adidasy i skórzaną
koszulę. Zmarszczył brwi i zapytał:
-Co się tu, kurwa, dzieje?
-Martwi się o Agafe. -Odpowiedział demon. -Siedzi teraz na ławce i nie
ma sił wstać, bo pewnie coś zrobiła. Kochanie, co ona zrobiła?
Powiedzieć mu, nie powiedzieć? Miała ochotę zostać sama i płakać do
woli, ale nie miała jak. Anioł, demon, miłość, tęsknota, wszystko w
jednym opakowaniu. I nie mogła… miała się przed kim wygadać?
-Poprosiła mnie o spotkanie z Archem. Chciałam odmówić, ale tak
prosiła, że nie potrafiłam.
-Do jutra powinna nabrać sił, kurwa. -Stwierdził spokojnie Sheez. -To
cię tak bardzo dołuje, kurwa?
-A ciebie nie? Czy ciebie nie męczy jej smutek? Nie chcesz jej szczęścia?!
-Likame… -Wtrącił się zaskoczony jej partner. Takiego wybuchu dawno
nie widział u swojej umiłowanej i zastanawiał się, czy w ogóle kiedyś
u niej coś podobnego zobaczył.
-Co?! -Wyrwała się z uścisku demona i wstała. -Ja ją kocham, rozumiecie?!
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Że ją kocham!
Nie czekając na ich reakcję weszła do windy i zjechała na dół. Idąc
przez parter miała wrażenie, że wszyscy się na nią patrzą. Mokre
policzki jakby nie chciały wyschnąć.
Wyszła na ciemniejące ulice Gdańska i poszła tam, skąd przed chwilą
wróciła. Już z daleka zobaczyła drobną postać w szarym stroju, która
siedziała na ławce niezdarnie, jakby próbowała wstać i nie mogła.
Kobieta wpatrywała się w niebo.
-Co widzisz? -Zapytała Likame, gdy podeszła do swej ukochanej.
Władczyni smoków spojrzała zaskoczona na przybyłą.
-Nniebo.
Rudowłosa pogłaskała włosy przyjaciółki.
-Kocham cię. -Powiedziała. -Ale Astarotha też. Chciałabym wykorzystać
jedną z danych mi nocy dla ciebie. Mogę dziś?
-Ttak.
Właścicielka Dragon Arch przytuliła partnerkę.
-Chciałaś zostać sama?
-Nnie. Hchciałam, żżebbyś bbyła szszczęśliwwa, aa z Asstarotthem
jjestteś, a jja wwszyssttko ppsuję.
-To nie tak, kochana, po prostu się martwię. -Usiadła obok niej.
-Wiesz, że dawno cię nie widziałam szczęśliwej? Tego mi brak, ciebie
zadowolonej z życia. Nawet na tych przeklętych studiach potrafiłaś się
cieszyć wszystkim, a teraz?
A teraz nie.
-Tto ttakk bbardzo… jja… jjak mmam ssię ćcieszyćć, sskoro tto ttak
bbardzo bboli…
-Nie wiem. Ale… -Ich dłonie znów się zetknęły. -Powiem ci dwie
rzeczy. Gdy uśmiechasz się nawet wtedy, kiedy jest ci smutno, to
nastrój się poprawia. I… sama mi kiedyś mówiłaś, że ludzie po wojnie
potrafią się cieszyć znacznie bardziej z życia, niż reszta. A ty…
-Mmnie tto tterraz bbolli.
Zamilkły i spoglądały w swoje oczy.
-I nie chcesz o tym opowiadać.
-Nnie. Bbo tto bboli… aale… jjeśli hchccesz, oppowiemm… bbęddę
oppowiaddała.
-Chcę. -Więcej słów nie musiała dodawać.
Zapanowała cisza.
-Nnie wwiemm, czczy ummiemm…
-Umiesz. Na jednych z moich szkoleń mówili, że człowiek może zacząć
mówić na terapii po dłuższym czasie milczenia.
-Ddasz mmi czczas?
-Dam. Musisz to w sobie przełknąć… chcę, żebyś była szczęśliwa.
Kocham cię, więc… -Zabrakło jej słów. Wstała. -Idę po kolację.
Już miała odejść, ale władczyni smoków chwyciła ją za dłoń.
-Likame… jjeślli czczeggoś hchcceszsz… odde mmnie… ppowiedz, a
jja pposttarramm ssię.
Rudowłosa skamieniała. Nie pokazała jednak swoich uczuć na twarzy. Na
niej malował się spokój, a w środku obrazek ten nie istniał. Zamiast
niego szalało przerażenie.
Potrafiły długo patrzeć na siebie. Chciały jak najdłuższego widoku
swych ciał i pragnęły jak najbliższego ich dotyku. Lecz nie mogły,
więc po paru minutach właścicielka Archa powiedziała:
-Pójdę już.
Agafe pozwoliła jej odejść.
Czemu mnie to tak przeraża, zastanawiała się narzeczona Astarotha.
Przecież w ten sposób okazuje się miłość. To nie jest ciąg dalszy
zniewolenia.
W połowie drogi do sklepu spożywczego przystanęła.
A może jest? Jest, nie jest? Demony w ten sposób pokazują wierność, a
na wierność można sobie zasłużyć.
Straciła równowagę i ktoś podciągnął ją do góry.
-Mademoissele -Usłyszała znany głos. Uśmiechnęła się i pocałowała
swego narzeczonego. -Nawet nie dałaś mi dokończyć zdania.
-Tęskniłam.
-I dlatego straciłaś równowagę?
Parsknęła śmiechem.
-Chyba za bardzo się martwię o Agafe.
-Doprawdy, kochanie?
-Ona… powiedziała, że zrobi wszystko, co chcę. To… nie chcę tak.
Chcę, żeby po prostu mnie kochała.
-A mnie nadal chcesz kochać?
-Chcę z tobą wziąć ślub. -Odpowiedziała po chwili namysłu. -I chcę dużo seksu.
-Jeszcze więcej, niż obecnie?
-Tak.
-Nie wiem, czy jest to fizycznie możliwe, kochanie…
Machnęła dłonią.
-Idę do sklepu, a ty?
-Ja poczekam na ciebie przy Agafe, mogę?
-Jak sobie chcesz.
Odwróciła się napięcie i ruszyła biegiem do najbliższego spożywczego,
stojącego od niej jakieś dwieście metrów.
Demon ruszył z powrotem. Westchnął ciężko. Piękna telenowela
brazylijska, przyszło mu do głowy i zmarszczył brwi.
Podszedł tak do niej, że nie zauważyła, kiedy się zjawił. Dopiero, gdy
przywitał się spojrzała na niego i odpowiedziała.
-Co powiedziałaś Likame? -Zadał pytanie.
Władczyni smoków wykonała nerwowy ruch dłoni.
-Co powiedziałaś? -Powtórzył. -Nie mam dużo czasu.
-Ppowwieddziałam, żże zzrobbię ddla nniej wwszystkko, czczeggo hchce.
-To miłość? Wierność? Szacunek?
-Mmiłość. -Odpowiedziała bez wahania, ale jej ciało drżało. Zauważył to.
-Wiesz, że w połowie drogi do sklepu Likame straciła równowagę, bo się
wystraszyła twoich słów? Wiesz, że bardzo się tobą martwi? Chciałbym,
żebyś przestała to robić. Chciałbym szczęśliwą Likame.
-Mmamm…
-Nie odejdziesz, bo moja ukochana tego nie przeżyje. Ale zrobisz coś
dla niej. Nie sprawiaj jej bólu, dobrze?
-Niedobrze. -Odezwał się Sheez, który stanął za plecami Agafe. -Dopóki
Agafe nie będzie szczęśliwa, dopóty Likame nie będzie szczęśliwa i
vice versa, kurwa.
Przyjaciółka właścicielki Dragon Arch spojrzała na anioła. On naprawdę
do niej należał i naprawdę był piękny. Jej anioł stróż.
-To świetnie. -Odpowiedział demon. -Nie wydaje mi się, by to miało
szybko nastąpić, jeśli w ogóle kiedyś to nastąpi.
-Dziwię się, że ty tego nie rozumiesz, kurwa, ale coś ci powiem. Życie
bez problemów to nie życie.
-Usiłujesz mi powiedzieć, że mam patrzeć na jej cierpienie?
-Tak. Ja też patrzę na cierpienie swej ukochanej. Nie jest łatwo, ale
bywało gorzej. Daj jej czas. Daj im czas. Może mógłbyś zrobić coś
pożytecznego i porozmawiać o problemach Agafe z Kariną? Ona powinna ci
to wyjaśnić.
Stanęła parę metrów od nich z torbą pełną chleba i jogurtów,
przyglądała się sytuacji i wysłuchiwała rozmowy. Była tak cicha, że
dyskutujący nie zauważyli jej.
-A czemu odsyłasz mnie do Kariny? -Zapytał narzeczony rudowłosej.
-A czemu nie? Chciałbym spędzić wieczór z moją umiłowaną albo
przynajmniej poczekać w spokoju na nią gdzieś na plaży.
Władczyni smoków chwyciła jego dłoń. I spojrzała w jego niebieskie oczy.
Niebo…
Ukochała niebo.
-Jjesstteś ttakki ppiękkny.
Szatyn stęknął.
-Ppowiedzdz, żże pprzy ttobbie nnic mmi ssię nnie ssttannie.
-Przy mnie nic ci się nie stanie. -Odparł i przytulił ją do siebie.
Zamknęła oczy. Nie zaprotestowała przeciw jego delikatnym ruchom.
Właścicielka Dragon Arch ruszyła w stronę grupki. Zauważono ją i nie
przerywano ciszy. Położyła zakupy na ławce i spojrzała na ukochanego.
-To miłe, że chcesz mojego szczęścia. -Powiedziała. -Ale jeśli jej nie
pomogę, to tak nie będzie.
Astaroth zmarszczył brwi i rzekł:
-Ty doskonale wiesz, o co mi chodzi.
-Jesteś zazdrosny.
-I co ja mam z tym zrobić?
-Nic. -Podeszła do niego i delikatnie włożyła dłoń pod jego koszulkę.
Dotknęła pępka i powiedziała:
-Im jesteś bardziej zazdrosny, tym lepiej. Ale mogłabym cię dziś
opuścić, bo chciałabym spędzić jedną noc z przyjaciółką?
-Dobrze.
Astaroth ruszył przed siebie. Sheez pocałował władczynię smoków w
policzek i pobiegł za demonem.
Gdy panowie zniknęli im z oczu, Agafe powiedziała:
-Kkochamm ggo.
-Cieszę się. -Likame usiadła obok ukochanej i przytuliła ją do siebie.
-Jjesst ttakki ppięknny… alle ćciąggle zzaddaję ssobbie ppytannie,
czczy bbędździe jjak George. Ii nie znnam oddpowiedzi.
Rudowłosa podała jej jogurt truskawkowy.
-A George…
-George nnie żżyje. Ttęsknnię, aale… nnie wwiem…
Władczyni smoków zaczęła jeść powoli. Gdy już zjadła usłyszała swój głos:
-Nie zostawia się na pastwę losu swoich ukochanych, prawda?
-Nie wiem. Może nie w ten sposób.
-A Sheez… jjest ppięknny. Ii mmądry.
-Dobrze. Bądź w nim zakochana i bądź z nim szczęśliwa.
Więcej słów nie potrzebowały.

Obudziła się w łóżku hotelowym. Przy oknie stał szatyn i wyglądał
przez niego. Jego twarz nic nie wyrażała. Kobieta niespokojnie się
poruszyła, Sheez spojrzał na nią. Te jego oczy i włosy. Czy może
kochać kogoś innego, niż George’a? Uśmiechnęła się lekko. Może i
powinna. Tak jej powiedziała Likame. Tęsknię za nią, pomyślała.
Usiadła powoli.
-Czczemmu ttu jjesttem?
-Zasnęłyście, więc uznaliśmy, że możemy położyć was do łóżka.
Anioł podszedł do niej, przysiadł i pogłaskał po policzku.
-Świetnie sobie radzisz.
-Nnie llubbię ppłakkać i nnie llubbię, jjak Likame jjest pprzezze
mmńnie ssmuttno.
-Co czujesz?
Nie odpowiedziała.
-Kochanie… -Powiedział z lekkim wahaniem. -Mówienie…
-Wwiemm. Alle czczujję ssię okkroppnnie… wwieszsz… winna…
Chwycił jej dłoń i spojrzał w oczy.
-Dla siebie powinnaś się uzdrowić.
-Jja… ssiebbie…
Poczuła łzy w oczach. Spokojnie oddychaj. Spokój… Nie myśl. Nie
wolno ci płakać, nie wolno. Musisz być silna.
Mijały minuty, a ona czuła, jak jej płacz odchodzi w zapomnienie. Nie
ma łez, nie ma rozpaczy i nie ma niczego. Oprócz spokoju, kamiennego a
może marmurowego, ale silnego i nie wzburzonego, nie zburzonego,
stojącego gdzieś na środku jej uczuć, pomiędzy ciałem a duszą.
-Gratuluję. -Stwierdził Sheez. -Opanowałaś tę umiejętność do
perfekcji. Jesteś głodna?
Machnęła dłonią, jakby chciała coś od siebie odeprzeć. Przed chwilą
się uspokoiła, więc musi utrzymywać spokój. To nic, że czasem przyjdą
nieprzyjemne obrazy, to nic, że zapomina o jedzeniu i to nic, że czuje
się śmieciem.
-Na co masz ochotę?
-Nna… hchlebb z wwędlinną.
Podał jej talerz na którym oprócz wspomnianych składników leżał
pomidor i ogórek.
-Nie zapominaj o warzywach i owocach. -Stwierdził.
Jadła, a on się temu przyglądał. Gdy skończyła, powiedział:
-Mam nadzieję, że smakowało.
-Ttak.
Podszedł do parapetu, gdzie leżały jakieś broszury. Gdy wziął je w
dłonie, zapytała:
-Mmoggę ćcię kkochaćć, pprawdda?
-Oczywiście. Wiesz… -Podszedł do niej. -Chciałbym cię przytulić, ale
nie bardzo wiem, jak się zachowasz.
Rzuciła się w jego objęcia. Głowę położyła na ramieniu.
-Pprzeppraszszam. Aalle… kkochamm… hchcęę… nnie zzosstawwisz mńnie…
Pogłaskał ją po głowie.
-Nie, nie zostawię. Nie mogę, jeśli złożyłem ci taką przysięgę i jeśli
coś do ciebie czuję. Nie mogę, moja miła.
-Alle… ppowiedzdz… nnie hchcę, bbyś pprzezze mmnie zzginnął.
Nie zobaczyła jego smutnego uśmiechu, bo zamknęła oczy.
-Będę starał się tak długo żyć, jak to możliwe. Jeśli znajdziesz się w
niebezpieczeństwie, nawet za cenę życia będę cię bronił.
-Tto bbez ssennsu…
-Ale masz żal do George’a, że cię zostawił. -Zmarszczył brwi.
-Ppo prosstu nnie hchcę, bbyś oddchodził. Ww jjakkikkolwwiek sspossób.
-Nie bój się, nie odejdę, jak on.
Nastało milczenie, Agafe wpatrywała się w niebieskie oczy swego
ukochanego. Niebo, niebo, piękne niebo, pomyślała i uśmiechnęła się.
-Mi się wydaje, czy częściej się uśmiechasz?
-Likame mńnie o tto ppoprosiła.
Wprawdzie miała delikatny, lekko nieszczęśliwy uśmiech, lecz
spojrzenie na nią nie bolało. Układała w sobie swoje uczucia, a może
się murowała z nimi przed innymi. Robiła wszystko, byle nie płakać.
-Wiesz, że na tym turnusie, co tam niby jesteś ćwiczą dopiero to, co już umiesz?
-Ii cco tterrazz?
Westchnął.
-Sądzę, że Karina może cię uczyć poprawnego wymawiania wyrazów.
-Czczemmu oonna?
-Bo zainteresowała się tym tematem. Wiesz, ostatnio ciężko zdobyć
informacje o wrogach, to się nudzi.
Wstał.
-Pójdę po nią.
Nim władczyni smoków zdążyła sprzeciwić się, jego już nie było.
Opuszczenie spłynęło na nią, czyniąc ją niespokojną. Walczyła swoimi
sztuczkami, uspokajała się i medytowała. Nie może płakać, musi się
przyzwyczaić, przecież doskonale zna to uczucie, czemu miałaby
szlochać?
-Cześć. -Powiedziała sucho kobieta demon o czarnych włosach, ubrana w
żółtą sukienkę. Podeszła do przyjaciółki swej pani i usiadła na łóżku.
-Mam nadzieję, że nie będziesz marnować mojego czasu.
-Nnie.
-To dobrze. Będziemy ćwiczyć wymawianie literek.
-To ja was zostawię same. -Oświadczył Valceus.
Agafe chciała zaprotestować, lecz nie zdążyła. Odczucie opuszczenia
gwałtownie w nią uderzyło. Zacisnęła dłonie, schyliła głowę, napięła
ciało. Nie może płakać, nie może płakać. Oni nie chcą, by płakała, nie
chcą.
Oddychaj spokojnie.
-To jak, ćwiczymy?
-Ttak.
-Ale musisz wiedzieć, że nie będę delikatna.
-Cco?
-Jestem demonem, a poza tym ty jako władczyni smoków powinnaś być
odporna na wszelkie boleści. A poza tym… -Uśmiechnęła się złośliwie.
-Chyba czytasz mi w myślach, co?
-Nnie.
Karina parsknęła śmiechem.
-Tak? Miło z twojej strony. Dobrze, przejdźmy do nauki. Literkę “a”
wymawia się w taki sposób…
Pokazała jej odpowiednie ustawienie języka i kazała zrobić to samo.

* * *

Agafe, moja Agafe, myślał Sheez przechodząc się między straganami
pełnymi rękawiczek. Żadne mu się nie podobały. Twoje dłonie są piękne,
myślał. Takie kruche, lecz piękne mimo czerwieni na nich. Może przez
ten prezent trochę zapomnisz o swej tragedii.
Czerwone, zielone i szare, jakie ona miałaby ochotę nosić? Szary kolor
jest jakby jej znakiem rozpoznawczym. Kobieta niewysłuchana, pełna
cierpienia i niespełnienia tak się obnosi.
Zmarszczył brwi i spojrzał przed siebie. Nie wiedzieć czemu,
najbliższy budynek był pomalowaną na złoto kamienicą z szyldem
“Krawiec”. Może u niego dostałby rękawiczki z których jego ukochana
cieszyłaby się?
Po co to robi? Miał do niej słabość. Kochał ją nawet i chciał sprawić
jej przyjemność. Jednak danie jej rękawiczek…
Przełknął głośno ślinę.
-Nad czym się zastanawiasz? -Zagadnął go Astaroth, stojąc za jego
plecami. Anioł odwrócił się napięcie i coś mruknął.
-Danie jej rękawiczek to dobry czy niedobry pomysł? -Zapytał.
-Wydawało mi się, że aniołowie wiedzą więcej o miłości, niż demony.
-Tak? Nikt nie będzie wiedział wszystkiego o tym uczuciu.
Narzeczony Likame uśmiechnął się i zapytał:
-A pomożesz mi w pewnym przedsięwzięciu?
-Jeśli masz na myśli morderstwo…
-Nie, przedsięwzięcie, gdzie niezbędna jest forsa.

* * *

Likame otworzyła oczy i zauważyła, że jest jedynym bytem w swoim
hotelowym pokoju. Zaklęła. Gdzie jest jej ukochany? Gdzie jest jej
Agafe? I czemu nie są wtulone w siebie, w swe ramiona na gdańskiej
ławce?
Na nocnej szafce leżała czerwona kartka z czarnymi napisami.
Zmarzczyła brwi, wzięła ją do dłoni i przeczytała: “Załatwiam pewne
sprawy na mieście. Karina uczy Agafe poprawnej wypowiedzi literek.
Miłego dnia, kochanie :*”.
Czyli została sama na cały dzień? Zaklęła. Jeśli pójdzie do Agafe, to
przeszkodzi w nauce, jeśli nie pójdzie, to będzie za nią tęsknić…
Nie chcę powtórki z rozrywki, stwierdziła z goryczą. Wstała naga z
łóżka i podeszła do szafy. Miała tam błękitną sukienkę w czarne pasma.
Co dziś porobię, zastanawiała się jeszcze, gdy wkładała ubranie na
siebie. Może pójdę na miasto?
Założyła czarne pantofle ze srebrnymi różyczkami i wyszła na ulicę.
Była zmuszona do samotności, bo nie chciała przerywać Karinie, bo nie
wiedziała, gdzie jest jej ukochany…
Może to jest właśnie czas na poukładanie sobie uczuć? Kogo kocha
bardziej, Agafe czy Astarotha, a może nikogo?
Chciałaby mieć obie te istoty dla siebie, chciałaby być z nimi
złączona na zawsze. Jednak coś jej mówiło, że musi podjąć decyzję.
A może nie musi? Przyjaźń jest przyjaźnią, kochaniem jest kochaniem…
Tylko, że zawsze, jak jest z jednym to tęskni za drugim. Dlaczego tak
musi być zawsze, że tęsknota jej doskwiera, niezależnie od tego, w
jakiej by nie była sytuacji?
Poszła na miasto. =Z myślami o sobie o tym, że musi uporządkować pewne
kwestie w sobie. Czas najwyższy. Czy dwie noce z Agafe wystarczą jej?
W końcu przyjaciółki dla niej było tak mało, tak mało… Niewiele
znaczyło boleśnie.

* * *

Czarnowłosa kobieta demon dotrzymała obietnicy. Zaskoczyło ją jednak
to, że nie musiała wiele razy posługiwać się przemocą, a lekcja szła
szybko. Słońce stało wysoko, kiedy dotarły do literki h. Jak na
człowieka, to postępy czyni niesamowicie szybko, a jak na władczynię
smoków?
Władczyni smoków była spokojna. Spokój powodował, że było jej łatwo
wymawiać poprawnie poszczególne składniki alfabetu. Przy “b” zacięła
się. Próbowała wymówić tak, jak Karina jej pokazywała językiem, jednak
w trakcie ćwiczenia przerywała albo przedłużała spółgłoskę. Wówczas
jej nauczycielka wzięła ją za włosy. Dotknęła za włosy tak, że miała
je w garści, garść jej dłoni. Dotknęła je tak, jakby była niczym
innym, tylko Taju.
Taju. Ta, która trzymała ją całe dnie i noce, cały czas, bez względu
na czas, w kolorowym pokoju. W miejscu, gdzie istniało tylko
cierpienie i nic więcej.
Cierpienie. To słowo odbijało się w niej nie literami, lecz uczuciami.
Ona cierpiała. Chciała zapomnieć o oprawczyni, jednak nie potrafiła.
Ciągle miała w sobie coś, co powodowało, że zimny dreszcz przechodził
przez jej plecy, ciągle jej ciało pamiętało udręki spowodowane w
piekle. Te udręki były nie tylko cielesne, lecz także duchowe. Dlatego
nie mogła wymawiać poprawnie “b”.
Ale przecież jąkanie to choroba, którą można wyleczyć. To raz,
pomyślała sobie, mając włosy w dłoniach Kariny. Dwa… Kobieta demon
coś do niej powiedziała, lecz zlekceważyła to. Ważne było to,
najważniejsze jest to, aby zachowała spokój. Tego uczył jej Sheez.
Sheez, który nigdy jej nie opuści, który nigdy jej nie zostawi, który
zawsze będzie ją wspierał, który po prostu jest.
Więc “b” musi w końcu wypowiedzieć poprawnie.
I nie może się rozpłakać.
-B. -Powiedziała.
“B” bez zająknięcia się, bez zacięcia się i bez powtórzenia. Czysta
literka po paru niepowodzeniach. Wtedy służka właścicielki Dragon Arch
puściła jej włosy, nie bez zdziwienia przystawiła pod swe oczy dłoń,
na której było paręnaście włosów uczennicy. Spojrzeniem poważnym
pokręciła głową i zapytała:
-Kontynuujemy?
-Ttak.
Kontynuowały więc cierpliwie. Nie pozwalały sobie na przerwy, nawet
nie zauważyły, kiedy słońce zaczęło się ukrywać za gdańskimi murami.
A, ą, b, c, ć, d, e, ę, f, g, h… kontynuowały. Około siedemnastej
zmęczenie na twarzy Agafe zmusiło Karinę do zadania pytania:
-Może jutro dokończymy?
-Nie.
Nie? Kiedyś mówiła “nnie”. Powinna o tym zapomnieć, powinna skupić się
na teraźniejszości. Zadowolenie Likame było najważniejsze, mówienie
normalnie sprawiało, że nie czuła się, jak ostatni śmieć. Przez swoje
ciało, przez swoje przeżycia mogła czuć się jak śmieć, lecz bez
jąkania, bez tego właśnie uporczliwego, nie, rozpaczliwego powtarzania
liter, nie czuła się aż tak bardzo beznadziejnie.
Uwalniała się od horroru. Mimo zmęczenia i głodu, ona postanowiła
zakończyć jeszcze dziś walkę z jąkaniem.
Na szybko. Od razu zachciało jej się wyciąć ten niegrzeczny skrawek
cierpienia, który zmuszał ją do niepoprawnego mówienia zdań.
Ona chce być wolna. Ona już jest wolna, więc musi to w jakiś sposób
okazać. Okaże brakiem jąkania się.
Kontynuacja, kontynuacja i kontynuacja. Praca, praca i praca… Nie
zwróciła uwagi na to, że jej ciało zaburczało z głodu, pominęła
milczeniem pytanie kobiety demon, czy chce coś do zjedzenia, czy mogą
już zakończyć lekcje na dziś. Agafe uporczywie, nieomal maniakalnie
kontynuowała swoją drogę ku wyzwoleniu się z boleści.
CHCĘ MÓWIĆ NORMALNIE, powiedziała sobie i około dwudziestej trzeciej
oświadczyła:
-Jestem zmęczona, jestem głodna, ale mówię normalnie. Ja mówię normalnie.
Chciało jej się płakać, lecz wstrzymywała łzy. Nie mogła sprawić tym
przykrości jej przyjaciółce, nie mogła sprawić tym przykrości jej
ukochanemu. Czyżby kolejna droga ku wolności?
Wyzwolenie.
Do wyzwolenia droga daleka, do wyzwolenia droga długa i kręta, ale
niech chociaż nie szlocha i nie zadręcza innych umysłów swymi
nieszczęściami, niech chociaż wyraża się jasno i solidnie, a nie, żeby
“b” spadało na ubocze wyrazu, żeby się powtarzało.
-To gratuluję wytrwałości. -Odpowiedziała kobieta demon. -Żebyś jednak
mówiła cały czas poprawnie, to musisz codziennie przed lustrem
trenować wymawianie literek i wypowiadać się jak najczęściej wśród
ludzi. Czy mogę już odejść?
Nie czekała na odpowiedź, wstała z łóżka.
-Zaczekaj. -Poprosiła władczyni smoków. Wzrok, jaki na nią padł był
pełen wściekłości. -Zaczekaj, chciałabym… -Wypowiadała się powoli,
starając się nie jąkać. -Dziękuję za lekcje i wskazówki, ja… może
mogłabym coś dla ciebie zrobić?
Brunetka już miała na końcu języka cierpką odpowiedź, ale zrezygnowała
z niej pod wpływem spojrzenia w piękne oczy swej uczennicy. Malowała
się w nich prośba, istniał smutek i spokój. Prośba jednak była tak
wyraźna, że Karina nie miała serca jej wyrzucić.
-Chciałabym, aby Likame spędzała ze mną więcej czasu… ale nie wiem,
czy to może być lekarstwem na moją samotność.
-To… to powiedz jej to…
-Kiedy? Gdy jest z tobą czy z Astarothem? Kiedy mam jej to powiedzieć?
I jak, w końcu jest moją panią? -W jej głosie brzmiało zgorzknienie.
-K… kiedy jest ze mną. Pomogę ci, tylko zechciej skorzystać z
tego… nie wiem…
-Już o tym z kimś rozmawiałam i szczerze przyznam, że do dziś nie
potrafię powiedzieć swej pani, że za mało ze mną jest.
-Kochasz ją. -Spojrzały sobie w oczy. -Ja też… ja też… dla nas
zawsze będzie jej mało.
Karina osłupiała.
-Zawsze? -Zapytała.
-Zawsze.
-To może ja dam…
-N… nie. -Agafe chwyciła dłoń kobiety demon. -Nie możesz tak. Ona
może i za mało spędza z tobą czas… to normalne, że możesz jej o tym
powiedzieć. To normalne.
Czarnowłosa miała ochotę rzucić w twarz rozmówczyni pytaniem “a kim ty
jesteś, żeby to wszystko wiedzieć, a kim ty jesteś…”, ale nie
pozwoliła sobie na to. Wiedziała, z kim ma do czynienia.
Władczyni smoków puściła jej rękę.
-Dlaczego chcesz mi pomóc? -Zapytała Karina.
-Bo mogę. Bo potrafię.
Drzwi do ich pokoju otwarły się. W progu stanęła rudowłosa, miała w
lewej dłoni puszkę czeskiego piwa. Na pierwszy rzut oka sprawiała
wrażenie lekko spitej, oparła się o framugę.
-Nie przeszkadzam? -Spytała.
-Nie, już skończyłyśmy. -Odpowiedziała kobieta demon. -Właśnie uciekałam…
-Nie. -Agafe nerwowo złapała dłoń czarnowłosej. -Nie uciekałaś,
prawda? Chcesz jej coś powiedzieć…
Likame stała, jakby zamieniła się w kamień. Po chwili wypiła łyka z
puszki i rzuciła ją do śmietnika. Zmarszczyła brwi.
-Ale to nie ma znaczenia… -Opierała się kobieta demon.
-To ma znaczenie… Karina… ja… wiem, jak to jest kochać i
tęsknić… proszę. Chcę ci pomóc… chcę tylko pomóc.
Dlaczego piwo się już skończyło, zastanawiała się narzeczona
Astarotha. I czy na pewno jestem trzeźwa? I o czym one gadają? I…
Chciała rzucić się w ramiona swej przyjaciółki, jednak nim zdołała
uczynić jakikolwiek ruch usłyszała głos swej służki:
-Za mało spędzasz ze mną czasu i czuję się przez to samotna.
Nie wiem o co chodzi, stwierdziła właścicielka Dragon Arch i odpowiedziała:
-Nie bardzo rozumiem.
Agafe chciała wstać, lecz nie miała tyle siły. Za mało zjadłam,
skarciła siebie w myślach. Odsunęła od siebie uczucie smutku, weszła w
wodę spokoju.
-Trudno. -Odparła brunetka.
-Nie. -Odparowała władczyni smoków. -Nie możesz się poddać… ja…
bym się nie… ja…
Zamilkła. Spokojna tafla wody została zaburzona: fale wspomnień
przebiegły po niej, a beznadziejność zatopiła się w niej. Ona już się
poddała, lecz Likame, właśnie Likame jej na to nie pozwalała. Musiała
wstać z tej wody i wejść do innej, by móc ze spokojem oglądać
sytuację, w jakiej się znalazła.
-Po prostu jestem samotna. -Oświadczyła kobieta demon. -I chciałabym z
tobą spędzać więcej czasu, bo… bo cię kocham.
-A kiedy? Bo ja nie bardzo widzę czas dla nas. Astaroth albo Agafe…
Czy ja mogę powiedzieć jej coś więcej? Na swej dłoni poczuła
mocniejszy uścisk. Może. Rudowłosa nie jest Uzdrowicielką Rosemary,
więc jej nie zabije. A jak się wypowie, to będzie mieć to już za sobą,
jak się wypowie, będzie wiedzieć, że beznadziejności nie może niczym
odmienić.
-Ciągle tylko ta Agafe albo ten Astaroth, to mnie męczy. -Stwierdziła.
-Jak poszłyśmy razem do sklepu, kiedy jej nie było, to miałam nadzieję
na coś więcej… przyjaźń… pani, sądzę, że mam prawo z tobą spędzać
choć trochę czasu.
-Każesz mi zmniejszyć bywanie z nimi…
Zielonooka położyła dłoń na twarzy. Myślałam, że wszystko już sobie
poukładałam, pomyślała. Ale nie. Osoba, której uratowała życie domaga
się minimalnej uwagi. Inaczej po co miałaby ją ocalić? Same tylko
informacje…
-Likame -powiedziała jakby trochę nieśmiało Agafe. -Mogę dzielić się z
nią naszym czasem.
-Ale ciebie jest dla mnie za mało. -Jęknęła właścicielka Archa.
-Zawsze będzie.
Jakieś nieprzyjemne przeczucie dotknęło władczyni smoków. A kiedyś…
może już nie będzie wcale jej… Pozwoliła mu odpłynąć, uniesiona
spokojem i zbyt zmęczona.
-Nie chcę tak. -Wyznała Likame.
Właścicielka Nirgiza chciała coś powiedzieć, lecz nie miała pojęcia,
co. Ta przykrość, która przed chwilą uciekła znów weszła w nią.
-Trudno. -Powiedziała kobieta demon.
Wyjęła rękę z dłoni swej uczennicy i ruszyła ku wyjściu.
-Zaczekaj. -Rozkazała rudowłosa. -Może, gdybyśmy wszystkie trzy
przynajmniej raz w tygodniu szły na zakupy…
-Nie wiem, czy to rozwiąże problem mojej samotności. Tęsknię do
ciebie, ale jeśli tobie jest ciężko…
-Warto spróbować. Możesz iść.
Czarnowłosa kobieta wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi.
Przynajmniej wie, że spróbowała.
Narzeczona Astarotha usiadła przy swej przyjaciółce i przytuliła ją.
-Smutno mi. -Oświadczyła.
-Ja… też… chciałam wstać i cię przytulić… ale nie mam sił. Za
mało zjadłam. -W tych słowach znać było lekki lęk. Może mi się wydaje,
zastanawiała się Likame. Wyjęła z torebki chrupki i otworzyła je.
-Proszę. -Powiedziała. -Nie wiem, co zrobić z Kariną… nie chcę
skracać naszego czasu. Może przydałby się jej mężczyzna…
-Ale nasz czas… -Urwała. Chciała powiedzieć, że kiedyś go nie
będzie, ale po co? Po co miałaby martwić swoją ukochaną czymś, czego
nie jest pewna?
Na razie jest świeżo po ciężkich przeżyciach, to normalne, że ma
czarne myśli. I tak ma ich coraz mniej.
-Tak? -Zapytała właścicielka Archa.
-Nieważne. Nie wiem. Może… faktycznie trzeba dla niej kogoś… odkąd
jest Sheez, to ja… lepiej się czuję.
-Zakochałaś się.
-Tak, jest piękny. Te jego oczy…
-Czasem tęsknię za Georgem… -Powiedziała po chwili milczenia. On był
taki dobry, ale jego już nie ma… nie wiem… czasem zastanawiam się,
czy naprawdę mnie kochał…
-Mi mówił, że cię nie kocha. Może pod koniec bardziej nim kierowały
wyrzuty sumienia, niż uczucie…
-Może… ale wiesz… ja cię kocham. Jak mi powiedział, że nic do mnie
nie czuje, to… to zostałaś mi tylko ty. Dla ciebie chciałam żyć…
ja…
-Opowiadaj, obiecałaś.
Obiecała i stara się to robić. Może przynajmniej ten fragment udręki
przestanie ją nawiedzać w snach?
-Ja… wtedy czułam się… tak, jakby zabrano mi jakikolwiek sens
istnienia… nadal coś do niego czułam, ale on mnie zranił… i kiedy
później powiedział, że mnie kocha, że prosi o wybaczenie… to było
takie… takie…
Urwała. Jeszcze trochę, a głos jej się załamie i może zacznie
szlochać? Po co? Istniał w niej pokój spokoju, musi go odnaleźć i
kontynuować. Kontynuować historię o George’u.
Chwilę to trwało, rudowłosa nie poganiała przyjaciółki. Puste już
opakowanie po chrupkach zostało wyrzucone do kosza.
Wyrzuć z siebie te smutne uczucia, powiedziała sobie władczyni smoków.
Wywal z siebie George’a, tak, jak on ją wywalił ze swego życia. Nie na
zawsze, ale postanowił, że ktoś bardzo zły będzie mógł z nią robić
wszystko, na co ma ochotę.
Zobaczyła swój pierwszy gwałt. Robić wszystko, na co ma ochotę.
Nie chciała tego pamiętać, nie chciała niczego pamiętać, a jednak
wciąż obrazy ją męczyły i dręczyły, w snach doprowadzało ją to do
krzyków, rozpaczy i łez na żywo już kończących się.
Musi pogodzić się z tym, co było, musi pogodzić się z tym, że te
wszystkie nieszczęścia będą ją ciągle dotykać, bo umysł nie do końca
potrafi się z tym uporać.
Najłatwiej było opowiadać o Georgu. Aniele, którego kochała i o którym
myślała, kiedy była więziona w lochach i gdy Taju ją przetrzymywała. O
tej istocie, która została zabita przez potężnego demona.
-Złamał mnie w chwili, kiedy mi to powiedział. -Powiedziała w końcu.
-Nie miałam dla kogo żyć, tak przez moment myślałam… tylko moment…
przypomniałam sobie twoją twarz, twoje wsparcie i stwierdziłam, że
taka osoba nie zostawi mnie. Więc mogę dla ciebie żyć. Więc mogę o
tobie myśleć i wyobrażać sobie, że jesteśmy razem. Więc nie muszę już
umierać, chociaż wiele bym dała za to… żeby zniknąć i mieć spokój,
aby moje cierpienie się skończyło.
Słowa same z niej ulatywały. Nie do końca wiedziała, dlaczego się
zwierza, dlaczego się otwiera, lecz Likame tego chciała: by to właśnie
robiła. A najłatwiej było opowiadać o Georgu. Niech ten jej dawny
ukochany na zawsze się z nią pożegna.
-Nie potrafił mnie wspierać. Niby coś robił… ale coraz mniej
robił… w końcu przestał mnie nawet odwiedzać. Zostałaś mi tylko ty.
On… kiedy w końcu poczuł coś do mnie ponownie… zaryzykował
wszystkim. Ale… czy ty tego chcesz słuchać…
-Kochana, chcę. Miałam wtedy ciężkie koszmary, ale starałam się je jak
najszybciej zapomnieć i w miarę mi się to udawało, więc mnie nie
nudzisz.
Trzymały się za dłonie, tak, jak zawsze.
-Opowiadaj. -Poprosiła rudowłosa.
-On mnie wyciągnął z piekła… nic go nie obchodziło, co się z nim
stanie i poprosił mnie o wybaczenie. Dałam mu je, skoro chce mnie
wspierać i kochać… skoro i tak… i tak bym to zrobiła… i on
wtedy, jak pojawił się… -Imię Kosashiego nie chciało przejść przez
jej usta. -Pojawił się ten… on… wiesz, kto…
-Wiem.
-George mnie wtedy obronił… i uwolnił moc… ale jak on został
zabity… znów myślałam, że mi wszystko zabrano… bo mi wszystko
wtedy zabrano. Nie miałam czasu na myślenie o tobie… ten… on… bo
moje dłonie wtedy… i teraz wyglądają, jak wyglądają…
Chciała przerwać zwierzanie się, ale przecież zawiodłaby swoją
przyjaciółkę, dla której chciała żyć, dla której zrobiłaby wszystko.
Jak mogła jej to zrobić? Skoro już coś zaczęła, musiała pociągnąć to
do końca.
Poczuła zimny pot na plecach.
-Jeśli nie chcesz… -Wtrąciła właścicielka Dragon Arch.
-Chcę.
Nie była to do końca prawda. Z jednej strony czuła, że nie jest w
stanie wysławiać swego bólu, a z drugiej ciągnęła się za nią nadzieja.
Gdy opowie, gdy wreszcie go wysłowi, choć część, to może będzie miała
spokojniejsze sny?
-Bo on wtedy… wtedy zaciągnął mnie znów do Piekła… i on wtedy…
mnie wtedy…
Skurwysyn, pomyślała Likame ze wściekłością. Dobrze, że za to jedno
mogę być wdzięczna Nyssie.
Za to jedno oznaczało, że tego demona już nie było ani na tym świecie,
ani w zaświatach.
Wypowiedz to w końcu, do cholery, zganiła się władczyni smoków w
myślach. Masz tę scenę przed oczami, widzisz, co ci robi, a nie możesz
tego opowiedzieć? Opowiedz! Opowiedz!
-On mi wtedy powiedział… powiedział, że wracamy do domu…
wróciliśmy do Piekła… trzasnął mnie na podłogę… i on mi to
zrobił… znowu mi to zrobił… zgwałcił mnie.
Coś z niej uleciało. Jakaś cząstka zła, która się w niej trzymała i
nie dawała jej spokoju.

Było jednak tego za mało, podzielenie się z kimś tymi przeżyciami dało
jej satysfakcję. Choć odczucie swobody w jej sercu jakby się
powiększyło, obrazy z tamtego wieczora czy dnia, a może nocy nadal
miała przed oczyma. Czy to znaczy, że musiała coś więcej o tym
opowiedzieć? A jeśli Likame nie będzie mogła tego słuchać? Nie będzie
mogła, bo jej nie opowie. Nie da rady, nie potrafi powiedzieć o takim
bólu. Choć wypowiedziała to okropne słowo, to nie wystarczyło. Coś
jeszcze musi zrobić… Kiedyś może będzie w stanie tego dokonać, ale
nie dziś.
Więc na razie George musi przestać ją męczyć. Kochała tego anioła,
pomógł jej ze studiami, chciał jej bronić przed… przed nim, lecz to
było za mało, aby jej uczucie przetrwało. Musiała zakochać się w kimś,
kto ma niesamowicie niebieskie oczy i w ten sam wyrazisty sposób
brązowe włosy. Czy to grzech czy nie, Sheez obiecał jej, że nigdy nie
popełni tego grzechu, co George. Ale czy na pewno? Przysięga…
Wiedziała, że przysięga jest święta i wiedziała także, że jeśli zrobi
to samo, co jej poprzedni ukochany, to zginie. Miłość i potrzeba
związała ją i Valceusa więzią życia. Ona go stworzyła, ale kiedy i
dlaczego tak postąpiła? Ta niewiedza ją frustrowała i niepokoiła.
Coś się kroiło.
W milczeniu zasnęły.
* * *
Zawsze będzie jej za mało. Karina siedziała na jednej z ławek w
Gdańsku i patrzyła w niebo. Otaczające ją kolorowe kamienice nic ją
nie obchodziły. Może powinna pogodzić się z sytuacją i dać spokój swej
pani? Pani powinna być na nią wściekła, a nie pozwalać jej sobą
rządzić.
-Co tak siedzisz? -Usłyszała znajomy głos.
-Nie twoja sprawa. -Odburknęła.
Wysoki brunet uśmiechnął się.
-Skoro tak mówisz… Miłego dnia.
Ruszył przed siebie, w stronę hotelu Królestwo. Chciała go zatrzymać,
ale powstrzymała się. Co zrobi, to jego sprawa, ona w ogóle nie
powinna przejmować się tym, powinna zająć się zbieraniem kolejnych
informacji dotyczących Nyssy.
Gdybym nie była taka samotna… myślała. Chwilowe towarzystwo Likame
może jej nie wystarczyć. Może kiedyś znajdzie jakiegoś partnera…
Ale teraz, co jej teraz pozostało, oprócz gapienia się w niewidoczne
na nieboskłonie gwiazdy?
Musi dowiedzieć się, co Uzdrowicielka Rosemary planuje. Westchnęła. To
chyba jedno z najtrudniejszych zadań, pomyślała.
Wstała i przeniosła się do nudnego świata. Chwila dezorientacji, po
czym zauważyła siedzącego na ogromnym kamieniu stojącym między
drzewami średniego wzrostu mężczyznę. Jej serce mocniej zabiło.
Cofnęła się o parę kroków, a włosy stanęły dęba.
Nieznajomy uśmiechnął się złośliwie i rzekł:
-Jestem Arden.

* * *

Spięte ciało, gwałtowny ruch i krzyk. Otworzyła oczy, czując, jak
męska dłoń dotyka jej głowy, delikatnie głaszcząc. Chwila
dezorientacji, nie wiedziała, gdzie się znajduje, ale odnalazła
najwspanialszą barwę niebieskiego koloru i zaczęła spokojnie oddychać.
Jestem w Królestwie, pomyślała i poczuła się bezpiecznie. Nikt jej nie
skrzywdzi. Sheez… Przytuliła się do tego jego ciepłego ciała.
-Sheez… -Odezwała się nieśmiało.
-Tak?
-Nie zostawisz mnie, prawda? Nie zostawisz…
-Nawet, gdybym chciał, to nie mógłbym ci tego zrobić.
Spojrzała na niego wystraszonymi oczyma. Czy on jej nie chce? Czy ma
powrócić do pokoju, gdzie jedynym gościem oprócz niej jest samotność?
Nie rób mi tego, poprosiła w myślach.
-Nie opuszczę cię, przecież wiesz. -Rzekł uspokajającym tonem.
-Dlaczego?
-Ponieważ cię kocham.
A jeśli nie, to coś silnego czuję wobec ciebie, stwierdził i
uśmiechnął się. Był pewien, że jest to miłość.
-George też to mówił…
Na chwilę zamarła. Nie tylko on, przyszło jej do głowy. Wtuliła ją w
ciało, w klatkę piersiową ukochanego i poczuła, jak bije mu serce.
Anioły mają serca? Myśl o sercu, a nie o przeszłości, bądź spokojna i
nie płacz, pomyślała.
-Nie jestem nim. Jestem aniołem i żołnierzem, w dodatku jestem wobec
ciebie związany przysięgą. Agafe, zaufaj mi, proszę.
Wziął jej dłoń w swoją i spojrzał tymi swoimi kawałkami nieba na nią,
w jej oczy.
Tyle razy ją o to prosił. Tyle razy ma wątpliwości co do tego. Czy
zawsze musi pytać, czy jej nie opuści? Ale ona tak bardzo się tego
boi… Strach ma wielkie oczy, pomyślała.
Całkiem niedawno miała wątpliwości co do tego, czy już zawsze będzie
się jąkać. To choroba do wyleczenia… czy wszystko inne także jest do
naprawienia? Czy jej ból można zabić? A jeśli nie, jeśli to coś w
sercu zostanie, bo jest ością leżącą w ciele?
Przecież nie chcę go pytać cały czas, czy mnie zostawi. Chcę, by był
ze mną cały czas. Chcę tego, ale…
Cholera. Czy ja muszę się tak bardzo bać? Czy ja muszę tak bardzo
patrzeć w przeszłość, której nie chcę pamiętać?
Spojrzała w sufit, odrywając ciężko od niebieskich oczu Sheez’a.
-Agafe? -Zapytał. -Agafe?
Czy coś wspomina?, zastanawiał się. Czy walczy z obrazami przeszłości?
A może usiłuje nie rozpłakać się?
Jednak Agafe chciała tylko wyzdrowieć. Podniosła rękę, wskazując
palcem na sufit.
-Czy idę w górę? -Zapytała.
Może nie zrozumiał, uświadomiła sobie, nie słysząc jego odpowiedzi.
-Czy mogę… -Urwała. Ozdrowieć? Czy mogę zapomnieć o tym, co
wcześniej zaszło? -Nie chcę pamiętać przeszłości… chcę… nie
chcę… ja… nie chcę ciebie ciągle pytać, czy mnie opuścisz… nie
chcę…
Tylko się nie rozpłacz, pomyślał szatyn. Przycisnął ją do siebie.
Uspokoiła się trochę, lecz powiedziała cicho:
-Wybacz mi, proszę.
-Agafe… chyba niewiele dla ciebie jeszcze zrobiłem. Może gdybym z
kimś o ciebie walczył…
-Nie. -Powiedziała gwałtownie, równie gwałtownie wypinając ciało.
Zmarszczył brwi. -Nie. -Dopiero, gdy zobaczył strach w jej oczach,
zrozumiał. -Nie będziesz walczył na śmierć, nie chcę cię martwego.
-Ale… to jak mam ci udowodnić, że cię kocham?
-Sheez… proszę cię… po prostu jestem… jestem… nie chcę cię stracić…
Ona naprawdę coś do mnie czuje, pomyślał. Tylko się za bardzo boi.
Przytulił się do niej.
-Lubisz się przytulać. -Stwierdził po chwili milczenia.
-Lubię… lubię czuć drugiego człowieka… lubię wiedzieć, że nie jestem sama.

* * *

Ona wiedziała, że nie jest sama. Kręciła się w łóżku z boku na bok, w
końcu jęknęła i otworzyła zielone oczy. Widząc nad sobą twarz
Astarotha westchnęła i dotknęła jego policzków.
-Kocham cię. -Powiedziała.
Pocałował ją w usta, położył dłoń na podbródku i powoli zaczął ją
zsuwać w dół. Musnął piersi paznokciami, pomasował okolice pępka,
położył ją na myszce. Dwoma palcami poszukał łechtaczki i zaczął
kulistymi ruchami ją masować. Likame jęknęła.
Zadzwonił czerwony smartfon położony na nocnej szafce.
Demon polizał swojej kobiecie sutki, a ta odebrała telefon.
-Halo? -Powiedziała.
-Witam. -Usłyszała sztywny, kobiecy głos w słuchawce. -Czy z panią
przyjaciółką Agafe jest wszystko w porządku, bo kolejny dzień jej nie
ma, a lada moment zaczniemy uczyć poprawnej wymowy liter…
Likame rozłączyła się i wyłączyła głos, telefon rzuciła na podłogę i
oddała się rozkoszom płynącym od jej narzeczonego.
Chciało się jej śmiać. Agafe, moja słodka Agafe już normalnie mówi.
Teraz tylko trzeba, by patrzyła na życie przez różowe okulary.
Ale jak to zrobić? I czy można tego dokonać, w końcu Agafe tak długo
już cierpi… że może zapomniała, czym jest szczęście?

* * *

Szczęście ograniczyło się do smażonego mintaja w sosie pieczarkowym z
sałatką pomidorową w restauacji u boku brązowłosego anioła.
Cieszę się, że tu jest, pomyślała. Może mnie nie opuści?, zastanawiała się.
I ta radość powinna kiedyś upłynąć. Zatrzymała widelec w połowie drogi
do ust i go odłożyła. Patrzyła tylko na niebieskie oczy swego
towarzysza. Napięła swe ciało, jakby chciała z czymś walczyć.
Obrazy? Złe myśli? Zaraz ją do siebie wessą. Wessą tak niezauważalnie…
Ja nie chcę mieć depresji, ja nie chcę tego bólu, ja tego nie chcę!,
pomyślała gwałtownie. Chcę być z nim, chcę być z Likame, chcę być
szczęśliwa, nie chcę być nieszczęściem, bo póki co tyle dla każdego
oznaczam, dla siebie także. Taki tam śmieć…
Nie, nie myśl tak. Nie myśl w ten sposób. Obiecałaś.
Agafe uśmiechnęła się mimo woli i poczuła, że trochę odepchnęła zło,
które w sobie trzymała. Uczyniła kolejny kęs smacznej ryby, po czym
odłożyła sztućca i oparła czoło na swojej dłoni.
Ciemność. Smutek. Rozpacz. Ból. Cierpienie…
Przecież to wszystko ma za sobą. Dlaczego źle się czuje? Powinna
więcej jeść, mniej włosów będzie z niej wylatywało. Boi się o zdrowie,
panikuje, ale wie, że jest w stanie beznadziejnym, lecz do wyleczenia.
Czemu nie może tego tak po prostu zaakceptować? Czemu to i wiele wiele
innych negatywnych wątpliwości, myśli, stwierdzeń ją dręczy?
Proszę, pomóż mi ktoś…
Nawet nie zauważyła, że ostatnie słowa wypowiedziała cicho, lecz Sheez
i tak je usłyszał. Szept czy niemy ruch ust spowodował, że wstał,
podszedł do jej krzesła i objął ją ramionami.
-Kocham cię. -Powiedział i pocałował ją w ucho. -I chciałbym, żebyś
się nie poddawała negatywnym emocjom.
Pokręciła głową na znak zgody. Ona też tego nie chce.
-I świetnie ci idzie. -Podsumował.

-To miło, że się mnie boisz. -Rzekł mężczyzna, który do niej podszedł.
Miał do tego stopnia obrzydliwy uśmiech, że brunetka mimo woli
odwróciła od niego wzrok. I co teraz z nią będzie? -Jednak na początek
zapytam po przyjacielsku: przekażesz mi ważne informacje, czy nie?
-Tak bez wzajemności? Żartujesz sobie ze mnie, prawda?
-Nie. Bo albo zapodasz mi informacje, na których mi zależy, albo oddam
cię Nyssie.
Przeszły ją ciarki po plecach. Jeśli Uzdrowicielka Rosemary potrafi
oddać ją na tortury i zniszczyć innym narząd płciowy, to co jej zrobi?
Przełknęła głośno ślinę. Ale moja pani jest dobra, pomyślała, nie mogę
więc tak łatwo przekazać istotnych informacji.
-Jeśli myślisz, że zdradzę, to się mylisz. -Powiedziała.
Arden wybuchnął śmiechem.
-Słyszałem od pewnego człowieka, że nie jesteś zbyt wytrzymała
psychicznie -stwierdził, gdy już się przestał z niej śmiać. -Ostatnio
poległaś na topieniu. Zdradziłaś swoją panią i myślę, że bardzo surowo
cię ukarze. A póki co, mogę ci pokazać próbki jej zabawy.
Wstał i podszedł do Kariny, która zaczęła się cofać. W końcu jej plecy
natrafiły na pień drzewa. Zamknęła oczy, wyczuwając swoje szalenie
bijące serce.
-Jak mnie znalazłeś? -Zapytała.
-Też mam swoich informatorów. A tymczasem potrzebuję od ciebie
informacji, gdzie jest najmniej istotny składnik waszej doborowej
grupy. Nyssa twierdzi, że nazywa się Fadwa. Podasz mi informacje o
niej?
-Niby za co?
Starała się być twarda. Nie chciała zawieść Likame, bo takiej pani się
nie zawodzi. Uratowała ją od cierpień i być może śmierci, więc winna
jej była wierność.
-Jak to za co? Za życie. Za życie, moja droga.
Nie zrobię jej tego, stwierdziła Karina. Spojrzała kochankowi Nyssy w
oczy i splunęła w jego twarz.
Silne uderzenie lewym sierpowym w policzek i osunęła się na ziemię z
jękiem. Chciała wstać, ale oprawca chwycił ją za włosy i powiedział:
-Bądź grzeczna, a nic ci się nie stanie. Powiedz, miła, gdzie mieszka
Fadwa, a dam ci spokój.
Może podać fałszywe informacje, zaczęła się zastanawiać brunetka.
Mężczyzna westchnął ciężko i zaczął skuwać kajdanami nadgarstki
kobiety demon. Poczuła na sobie pot strachu. On był szybki, na tyle
szybki, że nie zdążyła zareagować na jego więżące ją ruchy. A ciało
pamiętało więzienie i tortury, napięło się więc.
-Powiedz. -Powiedział niezwykle delikatnie i spojrzał jej w oczy.
-Co mi zrobisz? -Zapytała.
Zmarszczył brwi. Sprawiał wrażenie, jakby się zastanawiał. Uderzył ją
prawym sierpowym w policzek. Znów jęknęła i zwinęła się z boleści.
-Powiedz. -Powtórzył. -Nie męczyłbym cię, gdyby nie to, że władczyni
smoków objęła waszą grupę ochroną. Więc powiedz, to cię puszczę wolno.
-Nie. -Oświadczyła i przygotowała się na kolejny cios.
Tym razem będę silna, pomyślała sobie. Nie mogę zdradzić mojej pani.
* * *

Siedzieli na ławce. Położyła głowę na jego ramieniu i obserwowała
ludzi kroczących po chodniku. Trzymała jego dłoń w swojej. Milczeli.
-Czemu nic nie mówisz – powiedziała cicho.
-Nie mam nic do powiedzenia. -Odparł, spoglądając w jej piękną twarz.
Wszystko ma piękne, pomyślał.
Tęsknię za Likame, uświadomiła sobie. Chciałabym coś dla niej zrobić…
-Tęsknię za nią. -Wyznała.
Sheez uśmiechnął się i powiedział:
-Nie dziwne.
-Chciałabym coś dla niej zrobić… nie wiem, co… poprzednio, jak
robiłam, to… to wiesz.
-Dla niej pewnie starczy, że jesteś. Czemu chcesz czegoś więcej?
-Bo ona tyle dla mnie zrobiła… ja nie wiem… chciałabym jej jakoś pokazać…
-To pokaż pracą. Niedługo trzeba będzie zająć się dziećmi w Phobosie.
-W Phobosie… dlaczego dzieci muszą walczyć?
Nie spodziewał się tego pytania, a ona już patrzyła w niebo. Miał
wrażenie, jakby posmutniała.
-Ktoś sobie tak ubzdurał. -Odparł. -A teraz już nie ma odwrotu.
-Ale… to jest bez sensu…
Przed jej oczyma pojawił się chłopiec, którego spotkała w Piekle. Nie
mogła sobie przypomnieć jego imienia czy czynów, których się dopuścił,
pamiętała tylko wygląd. Co on zawinił, że tak go pokarał los, co te
dzieci zawiniły?
Ach tak. Phobos to przede wszystkim… przede wszystkim… przede
wszystkim pomysł tego…
Nadal nie potrafiła wymówić imienia tego, który ją przez tyle czasu
męczył. Zadrżała. Dlaczego myśli o swym oprawcy? Miała się uśmiechać i
być wesoła.
Mimowolnie uśmiechnęła się.
Ponure myśli na chwilę odeszły, niczym fala z morza. I jak ona,
powróciły z podwójną siłą.
Obraz kolorowego pokoju u Taju, obraz tego kogoś, jak mówi do niej, by
nie uciekała, bo chce jej sprawić przyjemność.
Przełknęła głośno ślinę. Nie rozpłacze się, bo ona czuje spokój. Ale
wizje z przeszłości nie dawały jej spokoju.
-Sheez -powiedziała cicho -czy po bitwie miałeś przed sobą obrazy…
te obrazy…
-Tak. -Przytulił ją do siebie. -Po bitwach, jak już było po wszystkim,
męczyliśmy się z obrazami cierpienia, ale musieliśmy jakoś żyć.
Dlatego nauczyliśmy się panować nad sobą.
Ja się nauczyłam panować nad sobą, pomyślała, ale to nie rozwiązuje
problemu. Ciągle widzę te obrazy, nie chcę ich widzieć…
-Sheez… nie chcę ich widzieć… -Powiedziała słabo.
-Po jakimś czasie tak się stanie.
-Jak długo?
-Nie wiem.
Tak długo, jak długo będę żyć, uświadomiła sobie. Przylgnęła do niego mocniej.
Z jednej strony chciała mieć siłę na radość, chciała się uśmiechać, a
z drugiej te okrutne wspomnienia. Chcą nią zawładnąć i zabrać cząstkę
chęci do życia. Ciągle powtarzają, jak w mantrze: “bez sensu, bez
sensu, bez sensu”.
Za czasów studiów świat także wydawał jej się bez sensu.
Zacisnęła mocniej dłoń na ramieniu anioła.
Zamknęła oczy.
Aniele Boży, stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój… przemknęło jej przez głowę.
Spojrzała w błękit oczu szatyna.
Chcę go pocałować, pomyślała. Pocałunek… Chcę, żeby mnie pocałował.
Ale co się stanie, jeśli mu na to pozwoli? Czy on… czy on…
Zasłoniła twarz dłonią.
Miała dość natrętnych myśli, z jednej strony płynących od światła, a z
drugiej mroku. Kiedy to się wreszcie skończy?
-Agafe? -Zapytał delikatnie Sheez. Mam nadzieję, że nie rozpłacze się.
Czuła, jak bardzo jej ciało jest spięte. W trakcie napływania do niej
kolejnych ponurych słów zdołała wybąkać:
-Chciałabym się odprężyć.
Anioł usłyszał w tym głosie błaganie. Walczy, stwierdził. A czy ja
mógłbym jej jakoś pomóc? Westchnął ciężko. Z dotyku kobiety wyczuwał
napięte mięśnie palców i całej dłoni. Nerwowość z niej promieniowała.
Masaż, przyszło mu do głowy. Jednak masaż to dotyk. A on raz pogłaskał
jej brzuch i spanikowała. Co powinien uczynić? Jak się zachować?
Westchnął nieco teatralnie i powiedział:
-Chciałbym, żebyś się mnie nie bała, byś mi zaufała. Chciałbym zrobić
ci masaż. To pomoże.
Masaż jest dobry, masaż jest przyjemny, ale to dotyk. Chciała, by jej
dłoń odczuwała inną, więc pozwalała chwytać się za rękę. Pragnęła
odczuwać czyjąś bliskość, więc nie bała się przytulania. Jej
krzywdziciel nigdy jej nie przytulił. Za to Likame wielokrotnie.
Zamknęła oczy. Wróg nigdy nie masował jej ciała, ale masaż wiąże się z
dotykiem na pewnych punktach… Dotyk, punkt, cierpienie, ból i
rozgoryczenie.
Nie odpowiadała mu, miała na sobie maskę lekko zmęczonej osoby, a on
czekał cierpliwie, widząc w jej ruchach, słysząc w jej słowach i
dostrzegając w jej oczach walkę.
Walcz, walcz, władczynio smoków, poprosił w umyśle. Walcz.
Zdało mu się, że przyjaciółka rudowłosej drży.
-Może zrób mi na dłoniach -poprosiła.
Trzymał prawą rękę Agafe. Zaczął ją głaskać. Powolne, miękkie, okrężne
ruchy były wykonywane palcami. Szatyn uśmiechnął się w pewnym momencie
i kontynuował pracę. Najpierw zewnętrzna część dłoni, później
wewnętrzna.
Jego towarzyszka chwilę przyglądała się ruchom, jakie czynił. Czuła,
że piekło odchodzi. Idź sobie zło, idź, przeszło przez głowę.
Czegokolwiek by z jej dłonią nie robił, było to przyjemne.
Odprężające. Chciałabym, żeby on… on…
Nie myśl, głupia, strofowała się. Nie myśl. Zapomnij…
Od czasu do czasu natrafiała na jego uważny wzrok, jakby chciał się
dowiedzieć, czy wszystko jest w porządku. Aniele Boży, stróżu mój…
Sheez, kocham cię, pomyślała. Ale po co ja cię stworzyłam?
Wkrótce rozpoczął masowanie drugiej dłoni. Dostrzegał coraz większe
odprężenie na twarzy właścicielki Nirgiza. Gdy skończył, usłyszał:
-Chciałabym się tego nauczyć.
Wyciągnął swoją dłoń i zaczął pokazywać odpowiednie ruchy.
-Spróbuj. -Nakazał w pewnym momencie.
Spróbowała. Po paru minutach miała opanowane pierwsze ruchy dłoni – w
jaki sposób palcami bawić się masowaną ręką.
Bardzo szybko się uczy, zdał sobie sprawę. Czyżby magia się w niej odzywała?
Kiedy zdawało się, że opanowała wszystkie ruchy, zapytała:
-Czy mogłabym… mogłabym pomasować tobie dłonie?
Pozwolił jej. Powoli i dokładnie wykonywała wszystkie ruchy, jakich ją
nauczył. Była taka chwila, w której zamruczał. Spojrzała w jego
błękitne oczy z zapytaniem w swoich.
-Bardzo dobrze to robisz. -Odpowiedział.
-Dziękuję.
Jedna dłoń, druga dłoń… ruchy tak delikatne, jakby były dotykiem
spokojnego wiatru. W końcu skończył się on i siedzieli na ławce
pogrążeni w milczeniu.
-Nie przeklinasz. -Powiedziała.
Zmarszczył brwi. Nie zdążył powiedzieć “dziękuję”, choć zbierało mu
się to od dłuższej chwili. Coś, co go w tym zatrzymywało tkwiło w
zwroku Agafe.
-Bo mnie o to poprosiłaś? -Zapytał, z lekka zdezorientowany. Już nie
pamiętał, czy takie słowa rzeczywiście miały miejsce, jednak czuł do
swojej partnerki szacunek. On wykluczał łacinę.
-Po prostu… chciałabym, żebyś był sobą…
-Jestem sobą cały czas.
-Przy mnie inaczej się zachowujesz, niż prz ludziach…
-Bo chcę, żebyś czuła się wyjątkowa.
Pocałuj mnie, poprosiła w myślach, ale nic nie powiedziała. Bała się.
Z Likame mogłaby to robić wiecznie, ale Likame nigdy jej nie opuściła
i nigdy jej nie zawiodła. Likame, och, Likame, jak bardzo cię kocham.
-Tak… -Powiedziała nieśmiało. -Dajesz mi… Sheez…
-Słucham?
-Kocham cię. To śmieszne, ale… ja… -Westchnęła ciężko. -Tak nagle
potrafisz mnie pocałować…
-Źle ci z tym?
Rzuciła mu pytające spojrzenie. Czy on naprawdę ją kocha? Czy chce ją
tylko wykorzystać? Czy jej nie opuści? Ale przecież nie może jej
skrzywdzić, skoro złożył przysięgę. Ale co z niej, jeśli to uczucie
może nie być prawdą? Ja chcę, żeby on mnie kochał, stwierdziła. Kochaj
mnie, poprosiła.
-Nie. -Odpowiedziała w końcu. -Nie. Nieważne.
-Tak najłatwiej powiedzieć. Ale ja chcę, żebyś szybko doszła…
-Urwał. -Szybko dochodzisz, ale chcę, byś była zdrowa. Trzymanie w
sobie emocji czy przeżyć nie wpłynie na ciebie pozytywnie. Przecież to
wiesz.
Wiedziała. Lecz to było takie głupie… jak można się bać zwykłego
pocałunku w usta?
-Kiedy… -zaczęła. -Kiedy mnie całujesz… robisz nagle… po
przyjacielsku… tego się nie boję… ja chcę w usta… -Jak dziecko,
pomyślała. Zauważyła gwałtowny ruch Sheez’a, ale pokręciła przecząco
głową. Ona nie wie, czy jest do tego gotowa. Nie chce znów zjawić się
w piekle i przeżywać jakiś miniony straszny sen. -Ty… niby mnie nie
skrzywdzisz… wiem o tym… przepraszam… ja po prostu chciałabym
wiedzieć, że… że nie zrobisz mi tego, co oni… co George i oni…
nie wiem… rozumiesz?
Wyglądała, jakby miała się rozpłakać. Szatyn oświadczył:
-Rozumiem i nie masz za co przepraszać. Osoba po takich przeżyciach ma
prawo się bać zwykłego pocałunku nawet. Karina była nawet zdania, że
dziwne, iż się nie boisz przytulania.
-Bo… jak się przytulam, to czuję, że nie jestem sama. Ale… on…
jak ja tam… -Urwała. Nie jestem w stanie o tym opowiadać, jeszcze
nie, podsumowała swoje niezręczne wywody. Jednak czy on ją rozumie?
Tak bardzo był piękny. Tak bardzo ją pociągał. Miała wrażenie, jakby
zakochała się po raz pierwszy. Pragnęła delikatnego muśnięcia na
ustach. Ale co potem? Przecież mnie nie uderzy, głupia, zganiła się.
-Przepraszam. -Powiedziała.
-Przecież nic się nie stało.
-Ciągle mam wrażenie, że w którymś momencie… w którymś momencie
możesz mnie… zawieść… skrzywdzić… przepraszam.
Przytulił ją do siebie. Na to nie wiedział, co odpowiedzieć, jednak
zdawał sobie sprawę, że może czynem zastąpić słowa. A słów im
zabrakło, a ona spojrzała mu w oczy, te niesamowite niebieskie kawałki
nieba.

Chciałbym ją pocałować, pomyślał. Jednak czy mogę? Jak ona na to
zareaguje? Nie chcę jej wystraszonej.
Jej oczy wypowiadały pragnienie, aby usta dotknęły ust. Ale co się
potem stanie?
Czy ją najdzie jakieś mroczne zdarzenie z Piekła? A może nie, może
pomyśli sobie tylko, że życie jest piękne, a Sheez tak samo potrafi
pocałować? W ten sposób tylko ją tak całuje. Jak? Chciała to wiedzieć.
Delikatne muśnięcia w policzek, czoło czy w ucho to tylko
przyjacielskie gesty, a one nie są tak doskonałym wyrażeniem miłości,
jak pocałunek.
Chcę, żeby mnie pocałował. Chcę, żeby mnie kochał.
Nachyliła się tak do niego, jakby chciała sama pierwszy krok uczynić.
Anioł zrozumiał intencję ruchu. Lecz czy mu wolno? Ta kobieta jest po
przejściach, jeszcze niedawno się jąkała. Czy mu wolno ją pocałować w
sposób, który nie uczyni groźnych konsekwencji?
Pocałuj mnie, prosiła wzrokiem, twarzą i ciałem. Pocałuj mnie.
Czy to ważne, że za chwilę może skoczyć w objęcia mrocznej istoty? A
może tak się nie stanie?
Jest wśród przyjaciół. Sheez złożył przysięgę wierności. Jest w raju,
nie w Piekle.
Powinna mu pozwolić na pocałunek. Powinna sobie na to pozwolić. Może
jego usta będą tak samo słodkie, jak jego oczy? Poczuć smak nieba…
Ich wargi zetknęły się.
Złączeni ze sobą byli tak chwilę, a nie wiedzieć czemu, oboje czuli,
że stoją przed otwartą bramą do nieba. Niebieskiej rozkoszy,
finezyjnej cielesnej czułości.
Trwali tak moment ze sobą, a gdy się rozerwali zapragnęli więcej.
Przynajmniej on zechciał jeszcze raz to odczuć.
A ona?
Ona jakby czekała na coś. Siedziała w bezruchu i patrzyła się w twarz
szatyna. Pocałowałam go, pomyślała i uśmiechnęła się smutno.
Smutno… smutek nadszedł leniwymi krokami. Agafe nie wpadła w panikę,
nie zobaczyła brutalnego napadu na jej ciało, lecz usłyszała znany jej
głos, głos kogoś, kogo imienia nie mogła wymówić: pocałuj mnie.
Zobaczyła przed sobą scenę, gdzie zmusza się ją do pocałunku.
Na plecach odczuła zimny pot. W środku jednak zachowywała spokój,
zatrzymała regularny oddech tak, by nim oddychać.
Pocałowałam go, wyznała później Likame. Czy to może przez to bała się
tak bardzo tego momentu, kiedy jej usta i jego, Sheez’a, zetkną się ze
sobą?
Wcześniejszy moment był straszny. Ale ten? Anioł, anioł stróż, on nie
ma prawa skrzywdzić.
Teraz patrzy, jak całuje demona, ale siedzi spokojnie, wtulona w ciało
szatyna, siedzi tak na gdańskiej starówce ze wzrokiem utkwionym gdzieś
przed siebie i po prostu przeczekuje. Przeczekuje zło, przeczekuje
zdarzenie zaszłe w przeszłości.
Kiedy je opowie? Może teraz? Bo jej przyjaciółka doskonale o nim
wiedziała. To komu miałaby go opowiedzieć, jak nie jemu, jak nie temu
pięknemu człowiekowi, a może nie człowiekowi, bo istocie z nieba
przybyłej? No, komu miałaby śmiała to zrobić?
-Sheez… -Powiedziała słabo.
-Tak? -Zapytał, jakby powracał z dalekiej rzeczywistości.
-Chciałabym ci coś opowiedzieć… -Zaczęła.
-Śmiało.
Śmiało. Opowiedz, spowiedz się. Im szybciej wyznasz dręczące ją
zajście, tym szybciej ozdrowieje. Tak przynajmniej jej mówiono.
Wszędzie jej o tym prawiono, tylko ona musi zastosować wobec siebie te
ważne lekcje.
Więc na co czeka?
Śmiało.
-Ja… chyba już się nie boję twojego pocałunku… -Rozpoczęła
ponownie. -Ale… Ja… ja widzę te obrazy… i chyba… mogłabym ci o
nich opowiedzieć…
Niezdarnie, niezręcznie, nieśmiało opisała zaszłe nieszczęście. On nie
wtrącał się, przysłuchiwał się tylko uważnie jej słowom, z których
płynął ton cierpienia. Ciężkie miał brzmienie, lecz to był tylko
pocałunek.
A może to od niego zaczęło się wyniszczanie osobowości Agafe?
Agafe, moja biedna Agafe, powiedział sobie z czułością taką, że
chciałby jej podarować najpiękniejsze zdarzenia na świecie. Ale nie
potrafił. Wiedział, że to ona sama musi wywalczyć sobie szczęście.
Szczęście? Spokój ducha i spokój ciała, to nad nimi musi pracować.
Dopóki nie pokona Uzdrowicielki Rosemary, dopóty koszmary mogą ją
dręczyć.

* * *

Słońce unosiło się nisko nad ziemią, zapowiadając niedaleki zmrok.
Szatyn, który siedział z piękną, wychudzoną kobietą spojrzał w niebo.
Miał nadzieję zobaczyć pierwsze gwiazdy, ale mimo bezchmurności
nieboskłonu, nie udało mu się to. Uśmiechnął się. Jego partnerka
spokojnie oddychała, sennie, miała zamknięte oczy i ciałem przytulała
się do niego.
Długo rozmawiali o pocałunkach. Dzisiejszego dnia po raz pierwszy
odczuł, że Agafe naprawdę zależy na nim. W innym przypadku po co
poprosiłaby o słodkie zetknięcie ust?
Miłość… czy bardziej go kocha, niż George’a? To może nie jest ważne.
Usłyszał przed sobą kroki i znajome głosy. Zwrócił oczy przed siebie i
ujrzał dostojną parę.
Brunet w czarnym swetrze i krótkimi, białymi spodniami oraz z czarnymi
butami prowadził ze sobą damę, która nosiła krótką, koronkową,
posrebrzaną niebieską spódnicę, czarną koszulkę z błękitnymi koronkami
wokół dekoltu i jako rękawy. Na stopach miała czarne sandały z
błękitnymi malinami. Uśmiechała się.
-Widziałeś gdzieś Karinę? -Zapytała, gdy znalazła się parę kroków przed aniołem.
-Nie. -Odparł. -Zapewne załatwia swoje zwykłe sprawy…
Agafe wykonała gwałtowny ruch ręką, jakby chciała coś odeprzeć.
Jęknęła, stęknęła i krzyknęłaby, gdyby Sheez nie zakrył jej ust.
Ciężko oddychając, otwarła oczy. Pierwsze, na co trafiła, była postać
Likame.
Likame, bezpieczeństwo i miłość… Spojrzała na tego, kto trzymał dłoń
na jej ustach. Delikatnie i bez złości zdjęła ją.
Jestem u siebie, stwierdziła.
Powróciła do rzeczywistości, stwierdzając, że jest głodna. Zaburczało
jej w brzuchu.
-Jadłaś coś? -Zapytała rudowłosa.
Znowu to pytanie. I ciągle taka sama odpowiedź. Jak może ignorować
głód? Dlaczego to ją nie obchodzi? Znała odpowiedzi na te pytania,
lecz bała się je sobie uświadomić.
-Śniadanie. -Odpowiedziała.
-Chodź coś przekąsić. -Przyjaciółka wyciągnęła rękę. -Też jestem głodna.
Ich dłonie zetknęły się ze sobą. Agafe podciągnięta w górę od razu
przywarła do właścicielki Dragon Arch. Ruszyły przed siebie,
obserwowane przez dwóch mężczyzn.
-Kontynuujemy? -Zapytał Astaroth, gdy panie zniknęły mu z oczu.
-Nie sądzę, by mój prezent był już gotowy, ale sądzę, że możemy
kontynuować z tobą.

* * *

Łaskawie nie wydawał jej Nyssie. Siadał naprzeciw niej i mówił:
-Powiedz.
Przyglądał się zmęczeniu na twarzy kobiety demon. Czekała cierpliwie,
aż zapowie jej śmierć, ale to nie nadchodziło. Ze skutymi rękoma było
jej niewygodnie i często kiwała się na boki. Milczała, wmawiając
sobie, że jej pani, gdy tylko się dowie, że zdradziła, będzie na nią
bardzo wściekła. Nie mogę mu tego powiedzieć, myślała gorączkowo.
Arden był cierpliwy. Widziała to w jego oczach. Miał nieprzyjemny
uśmiech, a gdy do niej podchodził, dostawała gęsiej skórki.
-No, powiedz. -Rzucał jej cicho do ucha. Nie reagowała na jego namowy,
tylko przełykała głośno ślinę. Chwytał ją wtedy za włosy i podciągał w
górę.
To nie jest topienie, powtarzała sobie, więc wytrzymam.
-Posłuchaj -zaczął w końcu -jeśli nie zaczniesz, to mogę naprawdę
pokazać ci próbkę zabawy Uzdrowicielki Rosemary. Co prawda nie umiem
tak świetnie, jak ona niszczyć, lecz jako jej uczeń…
Poczuła ciarki na plecach. Co zacznie jej robić? Tylko nie topienie,
pomyślała błagalnie. Nie chciała powtórki z poprzedniej niewoli.
Dotknął jej ucha.
-Co robisz? -Zapytała.
Miętosił delikatnie jej małżowiną uszną. Nagle zaczął tworzyć
mocniejsze ruchy. Jęknęła.
-Powiesz? -Zapytał słodko.
-Nie. -Oświadczyła i dostała lewym sierpowym w policzek. Nie
spodziewała się tego ciosu.
-Ach, tak. Zatem mam pewien pomysł. Na pewno ci się spodoba.
Podniósł Karinę do góry. Miała przyspieszony oddech. Poczuła sznurek
między nadgarstkiem a metalem na jej dłoni. Sznur był długi i wbijał
jej się w skórę.
Nie mogę się poddać, myślała. Nie mogę.
Arden, z liną, skoczył do góry, na jedną z mocniejszych gałęzi. Ciało
brunetki uniosło się lekko w górę. Kiedy przywiązał ją do drzewa,
zeskoczył i zakneblował jej usta rzemieniem.
-Skoro nie chcesz mówić, to nie ma potrzeby, żebyś miała okazję do
wrzasku. -Wyjaśnił.
Z jego twarzy nie znikał uśmiech. Wieźniarka, znajdująca się w
niekomfortowej pozycji drżała. Co on mi zrobi, zastanawiała się.
-Cóż, ja już muszę uciekać, a ty przemyśl sprawę.
Zniknął.

* * *

Krzyknęła. Gwałtowna pobudka, spocone ciało, zdezorientowany Astaroth
obok i wspomnienia ze snu.
-Kurwa -zaklęła.
-W porządku? -Zapytał.
-Nie. -Wstała i wzięła błękitny szlafrok z siedzenia. Założyła go i
spojrzała w brązowe oczy swego narzeczonego. -Miałam sen o Karinie.
-Arden ją schwytał i się nią bawi.
-A w związku z tym?
-Może… -Westchnęła ciężko.
W pierwszym momencie chciała się zerwać na nogi i wybiec do Agafe,
poprosić ją o pomoc. Lecz czy jej stan na to pozwalał? Czy ona byłaby
w stanie uratować Karinę?
-Tak? -Zapytał demon.
-Muszę porozmawiać z Agafe. Pozwolisz?
-Oczywiście.
Pocałowała go w policzek i wybiegła z pokoju. Parę metrów dalej miała
pomieszczenie, gdzie spała jej przyjaciółka. Bez pukania weszła do
niej i zastała Sheez’a przy oknie, a władczynię smoków na łóżku.
Spała, kręcąc się na boki.
-Przeszkadzam? -Zapytał przybysz.
-Mnie nie. -Odparł anioł. -A ona zaraz się zbudzi.
Ona wrzasnęła i otworzyła oczy. Całe jej ciało było spięte, pięści
zatrzęśniete, wbijające się niemal w łóżko. Z początku przyśpieszony
oddech, po chwili zamienił się w spokój i regularność.
Między nimi zapanowała cisza. Kiedy właścicielka Nirgiza usiadła,
spojrzała na rudowłosą i anioła.
Jakby się skuliła i zapytała:
-Głośno krzyczałam?
-Nie. -Odpowiedziała Likame i podeszła do partnerki. -Przyszłam tu,
bo… bo miałam straszny sen. Partner naszego wroga złapał Karinę i ją
przetrzymuje.
-I… -Zaczęła Agafe. Jakby posmutniała.
-Nie wiem, czy mogę cię o to prosić, ale… rozumiesz, że ona jest
torturowana i chciałabym jej pomóc.
Nie jest gotowa, wywnioskowała rudowłosa.
-Jesteś za słaba… -Zaczęła władczyni smoków. -Tylko… czy ty
chcesz, bym tam poszła… i ją uratowała? Powiedz… to zrobię to.
Właścicielka Dragon Arch patrzyła zdumiona na ukochaną, której ciało
nosiło gęsią skórkę. Od snu czy od strasznych myśli o oprawcy Kariny?
Miała wrażenie, że jeśli powie jakiekolwiek życzenie, nawet
najgłupsze, Agafe je zrealizuje. Czy była jej tak oddana, że w każdej
chwili, bez żadnych skarg, była gotowa zaryzykować swe własne
istnienie?
Przerażające, przemknęło przez głowę narzeczonej Astarotha. Czemu mnie
to tak męczy?
-Agafe… -Zaczęła. -Chciałabym, aby nikt nie krzywdził Kariny.
-Więc mam tam iść?
Czy ma tam iść i zaryzykować życiem? Bo jeśli się nie uda, to po
prostu Agafe przestanie istnieć. Choć Likame w głębi duszy czuła, że
jest niewielka szansa na śmierć tej bliskiej jej osoby, to obawy
pojawiły się zupełnie nieproszone.
A co, jeśli faktycznie Agafe nie jest gotowa na to zderzenie? W końcu
ma spotkać jedną z osób, która ją skrzywdziła. Jeśli sobie przypomni
nagle koszmar z Piekła, jeśli zacznie panikować, to zamiast walki może
pozostać proch po jej kruchym ciele.
Co robić?
-Poczekajmy. -Odpowiedział głos Astarotha, który wszedł w swoim
dzisiejszym ubraniu do gabinetu. -Jeden z moich obserwatorów twierdzi,
że póki co nie ma ryzyka, że Karina zostanie zabita.
-Ale ona jest torturowana. -Odparowała rudowłosa.
-Ja też byłam… -Wtrąciła władczyni smoków.
-I dlatego masz ochotę iść zabić Ardena? -Zapytał demon.
ARDEN…
Agafe przysunęła się do ściany, całe jej ciało się trzęsło. Idąc po
Karinę musiałaby zobaczyć jego obrzydliwą twarz.
Odsunąć te wspomnienia jak najdalej, mówiła sobie, chcąc odgrodzić się
od swego największego koszmaru murem.
Ale…
Jeśli Likame sobie tego życzy, to to zrobi. Pójdzie tam, jeśli Likame
sobie tego życzy.
Pójdzie i zobaczy tę jego okropną twarz. I się z nim zetknie…
W pomieszczeniu znać było zapach moczu.
-Przepraszam -bąknęła władczyni smoków i skuliła się, zamykając oczy.
Rudowłosa podeszła do przyjaciółki i wzięła jej dłoń w swoją. Ich
wzrok się spotkał.
-Rozumiem. -Rzekła właścicielka Archa. -Poczekajmy.
-Ale będziesz miała koszmary… a ona…
-Agafe, nie jesteś na to gotowa. I nie będę ryzykować twoim zdrowiem i życiem.
Wpadły sobie w objęcia.
-Przepraszam -powtórzyła władczyni smoków płaczliwie.
-To nie twoja wina, naprawdę…

* * *

Drugiego dnia łaskawie pozwolił jej mówić. Ściągnął knebel i rzekł:
-Mów.
Nie chciała, mimo że jej ciało ją bolało. Zwłaszcza ręce… Napiąłby
linię bardziej i mógłby jej je wyrwać. Ale ja nie mogę zdradzić swej
pani, tłumaczyła sobie. Nie mogę, nie powinnam i nie chcę! Będę
silniejsza, niż poprzednio!
-Milczysz. -Zauważył jej oprawca.
-Nie zdradzę swojej pani. -Odpowiedziała.
Parsknął śmiechem i poluźnił linkę, na której wisiała. Stopami
dotknęła ziemi. Zdezorientowana, widziała, jak do niej podchodził i
zaczął miętosić jej ucho. Delikatnie, przyjemnie…
-Auć -jęknęła w którymś momencie. Chwycił ją za włosy i dalej bawił
się jej małżowiną. -Boli…
Zabawa stawała się coraz boleśniejsza dla brunetki.
-Może zaboleć jeszcze bardziej, jeszcze bardziej…
Nagle poczuła zimną stal przy skórze od ucha.
-Pozwolę ci mówić na temat, a jeśli to zrobisz, zostawię twoje uszko w
spokoju. -Wytłumaczył.
-Nie krzywdź. -Wybąkała. Czuła, jak zaczyna panikować.
Tylko nie zdradzaj swej pani, przypomniała sobie.
-Jeśli powiesz, to nie ma sprawy.
-Nie powiem!
-Ależ, oczywiście, że powiesz. Prędzej, czy później.
Lekko naciął skórę koło jej ucha, lecz schował nóż za swój pas.
-Choć z drugiej strony -zaczął -przykro cię okaleczać, bo jesteś piękna.
Arden łaskawie nie obciął jej ucha.

* * *

Rankiem Likame zaszła do pokoju przyjaciółki. Ta leżała na łóżku,
patrząc w sufit. Była sama.
-Gdzie Sheez? -Zapytał gość, który położył się obok władczyni smoków.
-Poszedł po coś.
W głosie nie było nawet drobinki radości.
-Jest ci smutno? -Zapytała rudowłosa.
-Nie wiem… ja… znowu miałam koszmar… i Karina…
-Znów mi się śniła. Nie wiem, czy mogę ci opowiadać, żeby…
-Opowiedz… proszę… jak ja mam mówić o swym bólu… to ty też… proszę…
Likame postanowiła zaryzykować.
-Ona wisi na drzewie… koło ucha ma ranę, a on… ją rozbiera.
-Przepraszam.
-Nie przepraszaj, to przecież nie twoja wina.
Przytuliła się do władczyni smoków.
-Po prostu czekamy na rozwój wydarzeń. -Wyjaśniła właścicielka Dragon
Arch. -Jeśli będzie duże niebezpieczeństwo, że zostanie zabita… nie
wiem, bo nie chcę, byś ryzykowała.
-Ale ja…
-Nie jesteś gotowa.
Ma rację, uznała Agafe. A jednak była gotowa do poświęcenia dla tej
czy innej sprawy, która martwi jej przyjaciółkę.
-Znów się nie wyspałam. -Zamarudziła narzeczona Astarotha. -A moje
ciało potrzebuje relaksu… choć seks jest świetny, ale jak ze złego
snu się człowiek budzi, to wiesz…
-Relaksu…
-Tak.
Chciałabym coś jej dać, przypomniała sobie władczyni smoków i usiadła.
-Pomasuję ci stopy. -Zaproponowała.
Rudowłosa była zaskoczona.
-Umiesz? -Zapytała.
-Tak, Sheez mnie tego nauczył niedawno. Ręce też…
-Mam pomysł. Może pójdziemy się wykąpać razem do wanny? Jak będziesz
chciała, pomasujesz mi stopy.
-Dobrze.
-Na pewno?
-Tak.
Czemu mam wrażenie, jakby z niczego się nie cieszyła?, zastanawiała
się narzeczona demona.
Poszły do łazienki. Rudowłosa zatkała wannę i zaczęła wlewać wodę.
-Nie cieszysz się? -Zapytała.
-Ja… nie wiem… Karina… trochę mnie to męczy…
-Przecież to nie twoja wina.
-Ale… mogę coś zrobić… a nic…
-Zrobiłabyś, gdybyś tak bardzo się nie bała.
-Przepraszam.
-Nie przepraszaj, to naprawdę nie twoja wina. Ja to rozumiem, ale nie
będę ryzykować tobą dla niej. Za bardzo cię kocham.
Spojrzały sobie w oczy.
Chcę ją pocałować, pomyślała każda z nich.

Łaskawie nie zgwałcił jej. Była naga i sama, ciągle wisiała na
drzewie. Odczuwała opuszczenie nie większe, niż wtedy, kiedy Nyssa jej
to zrobiła. Lecz teraz… Zdawała sobie doskonale sprawę, że Likame
może nie wiedzieć, gdzie jest, albo z innego powodu nie móc jej pomóc.
I w to ostatnie wierzyła, bo gdy miała obraz Agafe przed sobą, chciało
jej się pomóc tej kobiecie.
A teraz sama potrzebowała ratunku. Nie było do kogo się zwrócić.
Samotność odczuwana nie bardziej, niż zwykle, jednak ciągle nią
pozostawała – odczuciem, które przeszkadza i powoli zabija.
Zabije ją?, zastanawiała się. Może najpierw zgwałci, skoro jest rozebrana?
Tysiące pytań bez odpowiedzi i strach. Jak długo wytrzyma? Czuła, że
niedługo pęknie – jednak na samą myśl o tym skóra jej gęsiała. Nie
chciała zdradzać, nie chciała…
Ale ona tak się męczy. Słońce wysoko, nie ma z kim porozmawiać. Zwykle
w takich momentach udawała się do kogoś, kto chciał lub mógł obdarować
ją jakąś informacją. A teraz? Nie ma z kim porozmawiać.
-To jest w zasadzie ciekawe. -Odezwał się Arend. -Dlaczego w ogóle
zdecydowałaś się na współpracę z Likame?
-Czy to ma jakieś znaczenie?
-Chcę o czymś porozmawiać, a nie zamęczać cię tylko tym, żebyś podała
mi jedną prostą informację. Pozwolisz chyba na zwyczajną rozmowę?
Jej również chciało się rozmawiać. Pozwoliła więc sobie na odpowiedź:
-Bo Likame mnie uratowała. Uwolniła… za to jestem jej wdzięczna.
-I wierna. A czy żałujesz swej decyzji?
-To nie spowiedź.
Uśmiechnął się wtedy okrutnie, a ona odwróciła od tego wzrok.
Nim zdołał wypowiedzieć komentarz usłyszał z jej ust pytanie:
-A ty, dlaczego współpracujesz z Nyssą?
-Cóż… ona jest piękna i twierdzi, że mnie kocha. W dodatku robi
wiele dobrych rzeczy.
-I złych. I dlatego nie wierzę, że cię kocha. Mnie… ona przygarnęła,
ja naiwnie wierzyłam, że jest dobra dla swoich podwładnych i nagle
mnie opuściła. To jest tak, jakby się bawiła. Nie wierzę, że tobą się
nie bawi.
-Bawić, zabawa, to jej ulubione słówka, ale czy to argument?
-Zostawila mnie, suka! -Dostała lewym sierpowym w policzek. I jeszcze
raz, w drugi. I kolejny. I piąty.
Strużka krwi leciała z jej nosa, z jej ust, a ona miała tak obolałe
policzki, że nie była w stanie czegokolwiek wymówić. Jęknęła tylko.
-Ano, to jest suka. -Przyznał. -Jednak musisz wiedzieć, że każdy
winien jest jej szacunek, dlatego nie możesz jej przezywać. No, ale
potrafi okrutnie potraktować innych. Mnie chyba tak nie zrobi, jeśli
jej nie zdradzę.
Karina zmusiła się do wypowiedzenia słów, choć trochę niewyraźnych,
choć bolało ją to, choć miała wątpliwości, czy cokolwiek z tego
wyjdzie, zdecydowała, że są na tyle ważne, iż warto przeboleć:
-Ja jej jeszcze nie zdradziłam, a już mnie zostawiła… myślałam, że
jesteśmy przyjaciółkami… a ona… jej mój los nie obchodził w
najmniejszym stopniu.
-Tak? Cóż… Ciekawe, że teraz tak samo traktuje cię twoja pani.
-Nie w ten sam sposób… -Jęknęła. Mówienie mogłoby nie boleć. Lecz
musiała bronić rudowłosej, musiała, bo złożyła jej przysięgę, bo jej
służyła, bo wierzyła, że jest dobra.
-A w jaki?
-Ona nie może… ma… mniej mocy od ciebie…
Skamieniała, gdy uświadomiła sobie, co powiedziała. Już naraziłam
swoją panią na niebezpieczeństwo, zdała sobie sprawę. Jaka ja jestem
beznadziejna…
Arend się roześmiał.
-Może i ma mniej mocy ode mnie -stwierdził -lecz zawsze pozostaje
władczyni smoków. Dlaczego jej nie wyśle, w końcu jest od ratowania
wszystkich i wszystkiego?
-Bo… -Przełknęła ślinę. Czy pani będzie na nią wściekła, jeśli coś
więcej powie? Czy będzie zła na to, co już ujawniła? -Bo Agafe nie
jest w stanie.
-Doskonale. Masz dużo przydatnych dla nas informacji i oni to olewają,
tak? Może nie powinienem cię jednak tak męczyć…
Odpiął ją od drzewa. Spadła na ziemię i poczuła nowe siniaki. Leżała u
stóp swego oprawcy i spoglądała w jego oczy.
-Wygląda na to, że trochę przesadziłem z torturowaniem twej skromnej
osoby. -Stwierdził. -I cóż mi jeszcze powiesz, droga Karino?
-Może informacja za informacją? -Wydusiła z siebie, próbując panować
nad niespokojnym oddechem.
-Żartujesz sobie, tak? Jeśli coś ci powiem, to Nyssa mnie zniszczy.
-I tak… może to zrobić… jeśli jej się zechce.
Pokręcił głową na znak zgody. Jeśli się zachce, pomyślał. Słuszna uwaga.
-Kochasz ją… -Wybąkała.
-Może. Nie wiem, ale jedno mnie zastanawia. Co takiego fajnego jest w
Likame, że ją bronisz? Jesteś z nią szczęśliwa?
-Jest dobra…
-Jesteś szczęśliwa?
-Nie. Jestem samotna.
Kucnął i podniósł ją za włosy.
-Jesteś samotna? Nie dziwne, skoro wszyscy cię opuszczają. Ale ja tego
już nie zrobię, moja droga. Ze mną możesz porozmawiać na jakikolwiek
temat. Mam nadzieję, że dzięki mnie będziesz choć mniej samotna.

* * *

Leżały w wannie wtulone w siebie.
-Kocham cię. -Oświadczyła Agafe.
-Ja też.
-Pocałowałam go…
Likame spojrzała zaskoczona na przyjaciółkę. Co ma na myśli?
-Pocałowałam Sheez’a w usta. Smakowało lepiej od tortu czekoladowego.
Rudowłosa uśmiechnęła się i pogłaskała partnerkę.
-Cieszę się. -Stwierdziła.
-To było takie trudne… Likame, to było trudne…
Właścicielkę Dragon Arch niepokoił smutny ton w głosie rozmówczyni.
Czy jeszcze momenty tylko dzielą od płaczu władczyni smoków?
-Ale już nie będzie, prawda? -Zapytała narzeczona Astarotha.
-Nie wiem… mam nadzieję… bo… mi się wtedy przypomniało…
przypomniało mi się wtedy, jak on… jak… bo wtedy kazał mi się
pocałować… i ja nie chciałam… i to było takie straszne… i ja
chciałam o tym zapomnieć… chciałam… ale Sheez jest taki piękny…
jak go całuję… nie chcę myśleć o tamtym… ja… Likame, pomóż.
Jak, zastanawiała się rudowłosa. Jak mogłabym jej jeszcze bardziej
pomóc, niż tak? Miała wrażenie, że ostatnie zdanie świadczyło o czymś
bardzo ważnym, niosło ze sobą przesłanie… czy ona ma mnie za oazę
bezpieczeństwa?
Przy właścicielce Archa Agafe nic nie mogło się stać. Władczyni smoków
znajdowała się w bezpiecznych ramionach, które ją kochały. Dawały jej
tyle, ile potrafiły, ale niekoniecznie tyle, ile potrzebowała.
Chciała nie mieć takich smutnych myśli, pragnęła żyć bez strasznych
mar z przeszłości, a jednak los nie dawał jej takiej możliwości.
-W porządku. -Powiedziała rudowłosa. -Może im częściej będziesz się z
nim całować, tym mniej będzie cię męczyć przeszłość.
-Dobrze.
-Ale Agafe, ty go kochasz?
-Tak. Jest taki… piękny. Taki dobry.

Powiedziawszy to, władczyni smoków przesunęła się w stronę stóp swej
przyjaciółki, która zapytała:
-Co robisz?
-Pomasuję ci stopy, dobrze?
-Dobrze.
Agafe delikatnie objęła prawą stopę przyjaciółki, po czym wykręcała
nią w ten sam sposób. Pociągnęła za każdy palec i wtedy drzwi do
łazienki otwarły się.
Głowy pań zwróciły się ku wejściu, gdzie stał demon. Na jego twarzy
malowała się złość.
-Cześć. -Powiedziała rudowłosa.
-Co robicie? -Odpowiedział, zaciskając pięści.
-Masaż stóp. Całkiem zgrabnie jej to wychodzi, ale dopiero zaczęła,
możemy dokończyć?
-Dlaczego ona miałaby to zrobić? -Podszedł do wanny.
-Astaroth, ona mi to zaproponowała, więc…
-Ale ona nie jest moją ukochaną. Agafe, mogłabyś wyjść?
Wtedy Likame gwałtownie objęła przyjaciółkę.
-Nie idź -szepnęła jej do ucha -lubię, gdy jest zazdrosny.
-Puść ją. -Nakazał.
-Dlaczego? Moja przjaciółka ma chyba prawo robić ze mną, co chce.
Demom zaklął cicho. I usłyszał:
-Agafe, myślę, że możesz kontynuować.
Towarzyszka właścicielki Dragon Arch znów rozpoczęła masaż. Brunet
przyglądał się tej scenie w milczeniu, a Likame, patrząc na niego,
uśmiechała się.
-Torturujesz mnie. -Mruknął. -Nie za dużo sobie pozwalasz?
-Pozwalam sobie dokładnie na tyle, na ile ty wobec mnie. A nawet
mniej. -W jej tonie nie pobrzmiewała nawet nuta rozbawienia.
Temat stał się jak najbardziej poważny.
-Ale czego ty ode mnie chcesz? Nie da się idealnie podzielić czasu.
-Nie da -przyznała. -Może dlatego musimy się w ten sposób droczyć. Ale
kocham ją, więc jak chce mi zrobić masaż, to niech mi zrobi. Jest
wolna, prawda?
-Jestem zazdrosny. -Wyznał.
-Wiem. -Jęknęła z rozkoszy. -I nic dziwnego, skoro ona wspaniale masuje.
-Ciekawe, czy pozwoliłabyś jej na to, by pomasowała mi stopy.
-Astaroth…
-Mówię całkiem poważnie.
-Nie będziemy na ten temat dyskutować.
-Nawet bez niej?
-Nawet.
-Dlaczego? Chcesz się ze mną drażnić, to nie uciekaj…
-I dlatego nie jesteś aniołem… -Wtrąciła Agafe.
-Co? -Zdziwił się demon.
-Agafe, tak mi przykro. -Rudowłosa objęła swoją partnerkę delikatnie.
Ta, lekko zdezorientowana, oderwana od masowania stóp przyjaciółki,
spojrzała w jej zielone oczy. -Jeśli w jakikolwiek sposób cię
uraziliśmy…
-Likame… -Wtrąciła władczyni smoków.
-Słucham?
-Kocham cię.
Właścicielka Archa wzruszyła się. To było takie zwyczajne, lecz piękne
wyznanie, bo szczere.
-Nie chcę i nie będę się tobą bawić. -Wyznała rudowłosa. -I nie
pozwolę na to nikomu, nawet Astarothowi.
Agafe zmusiła się, by nie całować swej przyjaciółki. Jednak uczucie to
ją draźniło. Była tak blisko… I przypomniała sobie słowa Likame:
pozwalam sobie dokładnie na tyle, na ile ty wobec mnie. On był
zazdrosny, a ona była uwięziona w miłości, której nie mogła doskonale
wyrazić. Między nimi wciąż jednak pozostawały wyrazy, które można
rzucić w powietrze.
-Chciałabym cię pocałować. -Oświadczyła.
-Więc zrób to. -Usłyszała odpowiedź.
-Nie pozwalam. -Odparł narzeczony Likame. -Już ci mówiłem, albo ona, albo ja.
-Astaroth… mam do ciebie prośbę. Zrobisz to dla mnie?
-Co?
-Daj nam jakieś pół godziny, potem wyjdę do ciebie i będę wyłącznie twoja.
-Na jak długo?
-Na zawsze. Ale daj nam pół godziny.
-Dobrze. -I wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
-Mam… kończyć? -Zapytała Agafe.
-Nie musisz. -Westchnęła. -Cieszę się, że jesteś ze mną.
-Też się cieszę…
-Ale jest ci smutno.
-Bo… Likame…
-Tak?
-Nie chcę konfliktu między wami…
-Kochanie, kłótnie zdarzają się każdej parze. A on… jeśli mnie
kocha, winien okazać ci szacunek.
-Dziękuję.
Po tym zapadła cisza. W jakiś czas później wyszły z wanny i zaczęły
się ubierać. Uśmiechnęły się do siebie.
I pożegnały, obejmując się.
Choć między nimi zostały wypowiedziane słowa zwyczajne, to w powietrzu
odczuwało się coś więcej. Tak, jakby ono chciało za nie oznajmić: do
zobaczenia kiedyś.
Gdy władczyni smoków wyszła, Likame usiadła na kolanach Astarotha,
który znajdował się w fotelu. W pierwszym momencie miał ochotę ją
przytulić, jak to zwykł robić, lecz w kolejnym powstrzymał się.
Wykonał ruch, jakby chciał ją strącić, lecz ona szybko schwytała jego
rękę.
-Czy ty zdajesz sobie sprawę, co chciałeś zrobić? -Zapytała gniewnie.
-Strącić cię?
-Nie teraz, wtedy, jak była Agafe.
-Drażniłem się z tobą, kochanie. Zgodnie z twoim życzeniem.
-Chciałeś ją potraktować, jak rzecz. Moją najlepszą… -Urwała.
Przyjaciółka to było dla niej zbyt małe słowo. -Moją ukochaną!
-Twoją ukochaną? A mnie jeszcze kochasz?
-Kocham nad życie. -Pocałowała go w czoło. -Ale byłbyś bardzo okrutny,
gdybym ci pozwoliła zabawić się z nią w ten sposób, rozumiesz?
-Nie.
-Przecież wiesz, że traktowanie kogoś, jakby był rzeczą… Astaroth…
-Tak?
-Cholera jasna, tak bardzo cię kocham. -Przytuliła się do niego,
objęła jego szyję. -A ty nie potrafisz zrozumieć, że sprawiasz mi
wielką przykrość, kiedy jesteś dla niej niemiły. Nie rozumiesz, że też
ją kocham? Przecież ty to wiesz. Przecież ty wszystko o mnie wiesz…
-Chciałbym po prostu wiedzieć, że nie zdradzisz mnie z nią. Chciałbym
też wiedzieć, dlaczego przez drażnienie się z tobą nie mogę zostać
aniołem.
-Nie możesz, bo anioły nie traktują innych, jak rzeczy. A Agafe nie jest rzeczą.
-Karina…
-Agafe NIE jest rzeczą. Chcesz się dalej kłócić, kochany, czy chcesz
mnie posiąść?
Roześmiał się.

Samotna stawiała kroki po bruku w Gdańsku. Mam nadzieję, że się
pogodzą, pomyślała. Szła powoli, bez specjalnego celu. W jednym
momencie miała głowę pełną obaw, a w następnej pustkę. Wolę pustkę,
stwierdziła ze smutkiem.
I z takim samym uczuciem spoglądnęła na niebo. Sheez, gdzie jesteś?,
zastanawiała się. Tęsknota siedząca w niej coraz bardziej się
wykluwała.
Przystanęła i zmarszczyła brwi. Znalazła się wśród wieżowców. Gdzie ja
jestem, zastanawiała się i dotarło do niej, że słońce jest bardzo
wysoko, a ona musiała spacerować przynajmniej od trzech godzin.

* * *

-Nie mam pojęcia, gdzie jest Agafe. -Stwierdziła Likame, siedząc w
staniku na stole. W drzwiach stał szatyn, który na tę odpowiedź
westchnął. -Na pewno gdzieś w mieście.
-Mógłbyś nam nie przeszkadzać? -Zaproponował Astaroth i zamknął drzwi
tuż przed nosem Sheez’a. -Kochanie. -Zwrócił się do swej narzeczonej.
Kucnął, a w jego dłoni pojawiła się długa, czerwona wstążka. Obwiązał
prawą kostkę, przywiązał ją do prawej nogi stołu. Tak samo uczynił z
lewą stopą, przywiązując ją lewej strony blatu. Wstążka się jednak nie
kończyła, więc podniósł się, wziął jej nadgarstki, które przełożył za
głowę. Unieruchomił je, zakneblował też usta rudowłosej. Obwiązał jej
piersi, następnie od pleców sunął ku jej pupie. Bez wahania przełożył
sznurek tak, aby mogła go czuć na swej łechtaczce. Ostatni kawałek
zawiązał na części pod piersiami.
Unieruchomiona, na wpół naga, oddychała szybko. On był jeszcze w
ubraniu, a ona była żądna ekstazy.
Zaczął głaskać jej piersi. Kulistymi ruchami, zbliżając się do sutków.
Gdy na nie natrafił ucisnął je. Rudowłosa chciała jęknąć, lecz nie
mogła. Masował jej piersi, a ona drżała z podniecenia. Chciała, by w
nią wszedł, lecz on tego nie robił. Gdy skończył z jej sutkami, zaczął
bawić się jej pępkiem. Włożył palca w niego i delikatnie ruszał nim.
Polizał brzuch. Boże, jak wspaniale, przemknęło przez jej głowę. On
uśmiechnął się jadowicie, jakby odgadł jej myśli i powiedział:
-Idę zrobić coś do jedzenia, zaraz wracam.
Minuty zdawały się wiecznością. Gdy w końcu przeminęły, demon nie miał
na sobie spodni i majtek, a w dłoni trzymał niewielki kawałek bułki.
Zjadł go, a następnie zaczął masować skórę wokół łechtaczki.
Rudowłosej zrobiło się gorąco. Chcę, żeby we mnie wszedł, pomyślała,
lecz on obdarowywał ją miękkimi ruchami, które podniecały ją do
stopnia napinania ciała. Od czasu do czasu ruszał wstążką przylegającą
do jej łechtaczki. Wtedy chciała jęczeć z rozkoszy, lecz knebel jej na
to nie pozwalał.
Masował okolice jej bioder, lizał łechtaczkę. Czemu on we mnie nie
wchodzi, zastanawiała się. Wejdź, wejdź, wejdź…
W końcu to zrobił. Ogarnęła ją fala… radości i spełnienia. Dostała orgazmu.

* * *

-Ach, tu jesteś. -Usłyszała za sobą znajomy głos. Przystanęła i
odwróciła się napięcie. Przed nią stał anioł, którego pokochała.
Uśmiechnęła się.
-Tęskniłam za tobą. -Chciała powiedzieć, ale nie mogła z siebie wydusić słowa.
Sheez powoli do niej podchodził, a w dłoni trzymał różowy woreczek.
-To dla ciebie. -Powiedział, wkładając go w jej dłoń. -Zobacz.
Otworzyła i wyjęła dwie długie, na około pięćdziesiąt centymetrów,
rękawiczki. Nie były zwykłe – doskonale wyszyto na nich złotego smoka
na czarnym tle. Całość sprawiała wrażenie podróbki tatuażu – w
okolicach łokcia tło stawało się przezroczyste.
-Są piękne. -Powiedziała.
-Twoje dłonie są piękne i bez nich…
-Nieprawda.
-To ty tak twierdzisz. Ja mogę na nie patrzeć. Mogę je nawet pocałować.
Wziął wolną jej rękę i z zamkniętymi oczyma obdarzył ją delikatnym muśnięciem.
-Ja… nie wiem… -Zdecydowała.
-Słucham?
-Ja… jeśli dla ciebie… ty możesz na nie patrzeć, ale ja… te
pręgi, one… widzisz… nie wiem…
-Masz piękne dłonie. -Powtórzył i wziął od niej rękawiczki. Zaczął je
zakładać na jej ręce. Przyglądała się temu bez protestu. Gdy skończył,
rzekł:
-Masz piękne dłonie, ale nie chcę, byś patrząc na nie widziała tylko
cierpienie i wmawiała sobie bzdury. Chcę, byś zobaczyła, jaką ja cię
widzę, jak powinnaś siebie widzieć. Piękną cię widzę i nie chcę
patrzeć na twój smutek, gdy obserwujesz swe szramy. Pozwól sobie o tym
zapomnieć. A jeśli nie chcesz nosić tych rękawiczek… nie wiem, jak
ci pomóc.
Przyglądając się rękom, miała wrażenie, że teraz jest niezwykła.
Piękne gady, które na niej były czyniły z jej dłoni skarb.
-Chcę. Chcę nosić. -Odpowiedziała po krótkiej ciszy. -Dziękuję.
I smoki zabłyszczały w słońcu.

-Zabijesz mnie? -Zapytała, patrząc w jego odpychającą twarz.
-Ja? -Zdziwił się Arden. -Dlaczego miałbym to robić? Jesteś piękna.
-Dotknął jej szyi, ale nie dotknął piersi. Łaskawy pan, który chce z
nią rozmawiać. -Nie jestem tak straszny, jak Nyssa. Ona może i by
zabiła, ale nie ja. Ja… chciałbym od ciebie tylko informacji o
Fadwie.
-Dlaczego o niej? Równie dobrze mogłabym ci powiedzieć coś o Likame…
-A powiesz?
-Nie.
Roześmiał się.
-Widzisz, Fadwa ma być ostrzeżeniem. Zaczniemy od małych kroczków, a
likwidując ją w sumie zrobimy dla świata przysługę.
-Dlaczego?
-Bo to po pierwsze złodziejka, po drugie nie można jej ufać, a po
trzecie… jest bardzo skłonna do zdrady. Wiesz, co oznacza “Fadwa”?
Zdradliwa.
-Co ma imię do jej zachowania?
-Niektórzy wierzą, że bardzo wiele. To od imienia zależy, jaka dana
osoba będzie, choć z drugiej strony można liczyć na wyjątki. Fadwa nie
jest wyjątkiem, prawda? Już raz zdradziła, a wątpię, by twojej pani
się to spodobało.
-Zdradziła… -Zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć historię.
-Tak, zdradziła. Pozwoliła, by Agafe dostała się w niewolę u bardzo
złych ludzi, zwanych muzułmanami. Śliczny uczynek, prawda? A za to
wszystko władczyni smoków ją pogłaskała, chociaż nie powinna. Ale cóż
-westchnął -głupota ludzka nie zna granic.
-To, że tak postąpiła, nie znaczy jeszcze, że ponownie zdradzi.
-Owszem, ale to, że sobie na to pozwoliła spowodowało, że twoja pani
cierpiała. Musiała odwiedzić Agafe w lochu, widziała jej rozpacz i
postanowiła temu zaradzić. Chciała zastąpić Agafe w jej cierpieniu.
Jakież to piękne, prawda? Ale pewnie przypalanie stóp bolało jak
cholera.
Pani Kariny coś wspominała o nieuczciwym zachowaniu Fadwy, ale nigdy
nie opowiadała o cierpieniu, przez które przeszła w lochu. Przypalanie
stóp i co jeszcze? Obawiała się zapytać, lecz tylko dlatego, że nie
chciała słyszeć, jak Likame cierpi. Jednak zadała sobie trud, aby to
uczynić, bo z Arendem, mimo wszystko, mogła swobodnie rozmawiać:
-I co jeszcze?
-Tak szczerze, do niczego nie doszło, bo zaraz potem ktoś ją wyrwał z
lochu, ale mogło dojść do gwałtu… wiesz, jacy są muzułmanie. I za to
wszystko Agafe głaszcze Fadwę. A sama Likame zapewne do dziś nie może
wybaczyć jej tego, co zrobiła  przyjaciółce. Czy tak powinno być? Tego
chcesz, by jakiś okrutny demon żył sobie spokojnie i w każdej chwili
mógł was zdradzić?
-Może się zmieniła. -Próbowała się bronić ostatkiem sił.
-Oczywiście. Ale wiesz, Agafe także myślała, że to miła i przyjazna
kobietka, która chce ją obronić przed złymi muzułmanami. I co ją za to
spotkało? Hm?
-Skąd mam wiedzieć, że to prawda… że tak faktycznie było?
Parsknął śmiechem.
-Twarda jesteś, moja piękna. Ale tak szczerze, zapytaj o to Likame, a
jestem pewien, że odpowie ci bardzo podobnie do mnie. I to ma być
sprawiedliwe?
Na pewno nie, pomyślała kobieta demon. Ale, czy to usprawiedliwia
wydanie Fadwy na śmierć?
-Mówisz, że chcesz ukarać zdrajczynię, a sam ją ze mnie czynisz.
Arend podniósł brwi do góry. Na jego nieprzyjemnym obliczu malowało
się zaskoczenie.
-Jesteś mądra. -Odpowiedział. -Ale weź pod uwagę, że ty nie jesteś
niewiniątkiem, bo już nas zdradziłaś… nie mniej jednak, możesz do
nas wrócić, w razie, jakby Likame się od ciebie odwróciła.
Wrócić do Nyssy? Potrząsnęła głową. Ta kobieta prędzej zabije ją, niż
pozwolić służyć u siebie.
-Będę stał po twojej stronie, Karino. -Rzekł całkiem poważnie. -I
jeśli się jeszcze wahasz, to powiedziałem ci dokładnie, w jakim celu
chcemy zniszczyć Fadwę. Sama prosiłaś o wymianę informacji. Więc jak
będzie?
Co ma robić? Będzie ją tak trzymał bez końca, dopóki mu nie powie? A
to jest już siódmy dzień i była bardzo zmęczona. A Fadwa…
Nagle poczuła złość wobec muzułmanki. Spowodowała, że Likame
cierpiała, a teraz żyje sobie i udaje miłość do Agafe? Tak nie powinno
być, powinno…
-Ona mieszka w Warszawie.

* * *

Ubrana w koronkową sukienkę do kolan czarnowłosa kobieta demon usiadła
na swoim łóżku. Już po wszystkim… Ciągle miała w głowie, że on się
do niej uśmiechał na pożegnanie, wręczając ładny, bardzo kobiecy
strój. I powiedział, że jakby Likame się wściekła, to może do niego
przyjść po pomoc.
Jak mogła mu nie wierzyć? Choć czuła, że postępuje nie tak, jak
powinna, była przekonana, że on nie kłamał.
A teraz, jak ma się udać do swej pani i powiedzieć jej o tym, co
zrobiła? Tak prosto w twarz, czy potrafi to uczynić? Rudowłosej
zapewne nie spodoba się zdrada, może każe się wynieść w cholerę?
Położyła się na łóżku. Co ja zrobiłam, przemknęło jej przez głowę.
Przeze mnie Fadwa zginie…

* * *

Agafe miała szarą sukienkę w kratkę, czerwony szal na szyi i piękne
rękawice. Włosy upięła w kitkę. Siedziała na ławce w parku i
przytulała się do rudowłosej, która założyła błękitną sukienkę z
czarnymi, wiszącymi pasemkami z dekoltu.
Obie miały czarne pantofle i wyglądały pięknie.
-Nic mi się nie śniło. -Wyznała Likame.
-To dobrze. Dobrze. -Zmarszczyła brwi. -Znaczy, Karina już wróciła.
Narzeczona Astarotha była zaskoczona.
-Wróciła? -Zapytała.
-Tak. Jest w Gorzowie… u siebie. Chyba się boi.
-Jeśli jest zalamana…
-Jest wystraszona. Ale nie wyczuwam załamania.
-Ciekawe. -Mruknęła.
-Co?
-Że wyczuwasz od niej uczucia, choć jest daleko.
-Bo ja… nie wiem. Magia. -Machnęła ramionami.
-Chciałabym z nią pogadać.
-Dobrze.
Chwila dezorientacji, po czym stwierdzenie, że były na korytarzu Dragon Arch.
-Chodź ze mną. -Powiedziała jego właścicielka. Po paru krokach
znalazły się przed drzwiami do pokoju kobiety demon. Likame otworzyła
bez pukania i zastała Karinę na łóżku. Ta, na widok swej pani
podniosła się.
-Pani -powiedziała -czy ja… mogę najpierw porozmawiać z władczynią smoków?
-Dlaczego?
-Muszę jej coś ważnego powiedzieć.
-Możesz przy mnie.
-Niech ona zdecyduje.
-Ja… chcę być z Likame… ale jeśli… jeśli chcesz ze mną
porozmawiać na osobności… dobrze.
-Daj nam z dziesięć minut. -Poprosiła Karina.
Rudowłosa wyszła bez słów, zamykając za sobą drzwi.
Agafe nic nie mówiła, stała tylko naprzeciw brunetki i patrzyła się na nią.
-Czego mam się po niej spodziewać? -Zapytał demon.
-Co?
-Jak się dowie, co zrobiłam, to czy mi każe odejść? Nie chcę tego, bo
ją kocham, ale ona będzie wściekła, jak się dowie, że ją zdradziłam.
-Nie wiem.
-Agafe, pomóż. Wstawisz się za mną?
-Ale ja nie wiem, o co chodzi…
-Zdradziłam miejsce zamieszkania Fadwy. Powiedz, mocno się wścieknie?
-Nie wiem.
-Ale wstawisz się za mną?
Władczyni smoków nie odpowiedziała. Cofnęła się, odczuwając irytację
czarnowłosej.
-Wpuść ją. -Nakazała informatorka.
Ledwo drzwi się otworzyły, a rudowłosa miała przed sobą klęczącą Karinę.
-Pani, wybacz -mówiła -Ale musiałam powiedzieć Arendowi…
W tym momencie władczyni smoków chwyciła się gwałtownie ramiona swej
przyjaciółki, ale nic więcej nie zrobiła.
-…gdzie mieszka Fadwa. -Dokończyła brunetka. -Przepraszam i proszę o
wybaczenie…
-W porządku. -Padła odpowiedź jej pani. -Wstań, proszę.
-Nie jesteś na mnie zła? -Podniosła się na nogi.
-Nie widzę powodu. Mało mnie obchodzi Fadwa i mało na tym ucierpimy,
jeśli w ogóle.
-Pani mogłaby mi to wyjaśnić?
-Przede wszystkim dlatego, że zdradziła Agafe.
-A więc Arend miał…
Właścicielka Nirgiza wbiła paznokcie w skórę swej przyjaciółki. Mruknęła coś.
-Opowiadał, że trafiłaś do lochu i podpalano ci stopy… -Dokończyła.
-To prawda. Wstawiłam się za nią, bo nie moglam patrzeć na jej
cierpienia. A mogła ich uniknąć, ale Fadwie się nie chciało ryzykować.
Dlaczego więc miałabym się nią martwić?
Agafe puściła rękę ukochanej. W powietrzu wisiał zapach moczu. Padła
na kolana i wykrztusiła:
-Przepraszam.
Likame kucnęła i przytuliła przyjaciółkę.
-Nic się nie stało. -Powiedziała.
-Może… nie wiem… to przez to… bo znowu ich widzę…
Sprawiała wrażenie, jakby zaraz miała się rozpłakać, ale tego nie robiła.
-W porządku, jestem przy tobie. I nikt cię nie skrzywdzi. Jesteś dzielna.
Gdy ukochane się przytulały, gdy władczyni smoków walczyła ze swoimi
koszmarami, a rudowłosa jej w tym pomagała szeptając czułe słówka,
czarnowłosy demon wspominał swego oprawcę.
On mówił prawdę. A zatem słusznie domagał się śmierci Fadwy. I w takim
razie… nie ma mu za złe, że przez tyle czasu ją więził, by wydobyć
potrzebne mu informacje.

-Chcę zabić tego sukinsyna -oświadczyła rudowłosa, wychodząc z pokoju
Agafe, gdzie ją położyła.
-On nie jest taki zły -oświadczyła Karina.
Likame spiorunowała ją spojrzeniem i zapytała:
-Bronisz go? Skrzywdził cię!
-Może i tak, ale w słusznej sprawie…
Narzeczona Astarotha zaklęła.
-Pani? -Zapytała z lekkim niepokojem brunetka.
-Jeśli mu zaufałaś, to bardzo szybko się na nim zawiedziesz.
-Skąd wiesz? Nie znasz go…
-To demon, który skrzywdził ciebie i moją Agafe i raczej ma w dupie moralność.
-Wcale nie, nie kłamał, jeśli chodzi o Fadwę.
-Manipulował tobą.
-W tym przypadku miał rację…
-Ale w pozostałych jej może nie mieć. Nie możesz ufać wrogowi.
-Pani, ale ostatnio wymieniliśmy się informacjami, może warto
kontynuować tę metodę?
-A czego się od niego dowiedziałaś?
-Że Fadwa ma być dla nas ostrzeżeniem. Zaczną zabijać od najsłabszego ogniwa.
-Doskonale, więc następnym razem zabije cię.
-Nie zrobi tego, powiedział, że jeśli mnie wygonisz, to mi pomoże, więc czemu…
-On się tobą zabawił!
-Może trochę, ale nie zgwałcił mnie, a poza tym… wyglądał na
szczerego, kiedy mówił, że stoi po mojej stronie.
Likame była wściekła.
-Ale weź pod uwagę, że to wróg, który prędzej cię wykorzysta, niż pomoże.
-Może nie on.
Nic do niej nie dociera, doszła do wniosku właścicielka Dragon Arch.
-Nie wierzę, że z tobą w ten sposób rozmawiam. -Oświadczyła. -Wróćmy
do Gdańska, chcę do Astarotha. -Dodała.

-Wszystko w porządku? -Zapytał, a ona, widząc jego niebieskie oczy odparła:
-Tak.
Usiadła. Znajdowała się w swoim pokoju w siedzibie Dragon Arch.
-Gdzie Likame? -Zapytala, przytulając się do anioła.
-Gdzieś w Gdańsku.
-Spała ze mną?
-Nie.
-Nic mi się nie śniło… ja… nie miałam koszmaru.
-To chyba dobrze? -Uśmiechnął się i pogłaskał ją po włosach. -Spałaś
do ośmiu godzin.
-Wyspałam się. -Wyznała i odwzajemniła uśmiech. -W końcu się wyspałam.
-Cieszę się. W sumie… chyba lepiej ci się śpi w Gorzowie.
-Tutaj… jest moje miejsce. -Odpowiedziała z nutką smutku w głosie.
-Znów jest ci smutno?
-Marzyłam o odkrywaniu świata… i teraz to się rozpadło…
-Dlaczego? -Zdziwił się.
-No bo… chciałam się wyrwać z tego miejsca… to się wyrwałam tak…
jakoś… że trafiłam do Piekła… i ja już… ja nie wiem… może nie
widzę tego jakiegoś piękna…
-Nie widzisz piękna, ale co to ma wspólnego z wyrwaniem się?
Nie odpowiadała dłuższą chwilę, a gdy się w końcu odezwała, to zrobiła
to tymi słowami:
-Po to zwiedzasz świat, by widzieć jego piękno.
-Ach, tak. -Wziął jej dłoń w swoją i spojrzał w oczy. -Ale to minie,
wiesz? Z czasem zaczniesz dostrzegać uroki świata.
-A jeśli nie?
-Czemu nie?
-Bo… bo mi przeszkadzają obrazy.
-Kochanie, musisz o nich więcej opowiadać.
-Nie chcę. Boję się.
-Mogę cię pocałować?
-Tak. -Lekkie zawahanie.

* * *

Spacerowały po moście w centrum. Nie odzywały się do siebie przez
dłuższy czas. W końcu Agafe rzekła:
-Masz zły humor.
-Karina zdaje się ma syndrom sztokholmski.
-Co za syndrom?
-Może nie wiem wszystkiego, ale akurat o tym nas uczono na jednym ze
szkoleń, w którym mówiono o zakładnikach, w razie jakby nas
napadnięto. Tacy zakładnicy mogą mieć syndrom sztokholmski, czyli mogą
bronić swych oprawców, a nawet ich kochać.
-I to cię denerwuje.
-Najgorsze jest to, że oni mogą ją wykorzystać, żeby nam zaszkodzić,
ale jeszcze gorsze jest to, że ona się na nich zawiedzie. Po tym
wszystkim, co on jej zrobił, ona go broni… Najchętniej
zamordowałabym tego skurwiela.
-Likame?
-Tak?
-Nie chcesz, żeby się na nim zawiodła?
-To ją zaboli. Nie po to jej pomogłam, żeby teraz znów cierpiała. A
jest najsłabszym ogniwem po Fadwie.
-Mogę temu jakoś zapobiec.
Właścicielka Dragon Arch przystanęła.
-Jak?
-Nie wiem. Jakoś… coś z umysłem… tylko, czy ty tego chcesz…
-Jak najbardziej.
Widząc niewesoły uśmiech swojej przyjaciółki, Likame zaklęła w duchu.
Za późno się zorientowała, czym ten czar może się skończyć. A
władczyni smoków już rozpoczęła działanie.
Kciukiem i drugim palcem lewej ręki zrobiła kółko. Prawą wyciągała z
niego niewidzialne sznurki.
To trwało chwilę, po czym Agafe padła na kolana i wypluła krew.
Zrobiła się z niej mała kałuża, ale gdy rudowłosa zniżyła ciało na
poziom towarzyszki, ta już przestała krwawić. Ciężko oddychała i bez
wahania objęła rękoma szyję przyjaciółki.
-Gotowe. -Powiedziała.
-Nie rób tego więcej, proszę.
Nie padła odpowiedź.
Podeszły do najbliższej ławki i na niej usiadły.
-Dobrze się czujesz? -Zapytała właścicielka Archa.
-Tak… po prostu… jeszcze nie umiem dobrze…
-Nie rób tak więcej.
-Dobrze… ale… nie wiem… jeden raz… jeden tylko raz będę
musiała coś podobnego zrobić… ale dobrze, poza tym nie…
Przytuliły się do siebie.
-Cieszę się, że się wyspałaś.
-Nic mi się nie śniło… nic… a spałam w Gorzowie…
-Może czas tam wrócić, skoro tam lepiej śpisz?
-Może…
-Wiesz, niedługo będzie koniec tego turnusu, z którego i tak cię wywalili…
Agafe roześmiała się.
Ona ciągle jest niestabilna emocjonalnie, stwierdziła Likame. Moja kochana…

* * *

-Co zrobiłaś? -Zapytał Astaroth, słysząc opowieść swojej narzeczonej.
Znajdowali się w pokoju Likame w Królestwie. Rudowłosa przytulała się
do swego ukochanego, a Agafe robiła to samo z Sheez’em.
Cała czwórka leżała obok siebie na łóżku.
-Zmanipulowałam… sprawiłam, że Karina się nie zawiedzie… -Padła odpowiedź.
-Dobrze rozmiem, że manipulujesz umysłem?
-Tak. Chyba.
-Zmanipulowałaś go na odległość. -Stwierdził demon i usiadł. -Tylko
nie rób tego z nami.
-Z wami nie… z nią tak…
-Jej się nie da zresocjalizować.
-Wiem. Ale… zrobię jej coś.
-Co?
-Nie wiem. Coś… coś strasznego.
Demon westchnął ciężko.
-W zasadzie, jeśli potrafisz takie rzeczy, to ona powinna się z miejsca poddać.
-Skąd wiesz, że tego nie umie? -Wtrącił szatyn.
-Nie wiem, mam taką nadzieję. Ale kontrola umysłu nie jest łatwa…
-Jest bardzo łatwa. -Zaprzeczyła władczyni smoków. -Jest łatwa.
-Zaczynasz mnie przerażać.
-Przepraszam.
Likame ziewnęła.
-Chodźmy na piwo -zaproponowała.
-Chcesz, żebym cię wykorzystał? -Demon przyciągnął do siebie rudowłosą
i pocałował ją w usta.
-Pragnę tego. -Odpowiedziała.
Udali się do pubu na starówce gdańskiej. Lokal zaprojektowano tak,
jakby był statkiem.
-Statek w ziemi -mruknęła rudowłosa, zamawiając Okocima. -Chyba nie
chciało im się wymyślać cudów.
-Cudów nie wymagałaś, chciałaś tylko piwo. -Odparł Astaroth.
Usiedli przy blacie, który był okragły, a za obrus miał błękitno-białe paski.
-Racja, ale przynajmniej kolory mają ładne.
-Tak… -Pocałował ją w policzek. -To mówisz, że masz ochotę na zabawę?
Para gawędziła ze sobą przez dłuższy czas. Tymczasem Sheez przytulał
do siebie Agafe. Na początku nic nie mówili.
-Opowiedz coś. -Poprosiła jego ukochana.
Jakie słowa mu zostały? Uznał, że czas na opowieść o radości. Czasie,
kiedy dobro triumfowało. Jak dawno to było?
-Dawno, dawno temu, tak dawno, że nie pamiętam, kiedy to się działo
-zaczął -anioły żyły spokojnie i bez obaw. Pewnego dnia doszło do
buntu.
-Dlaczego? -Wtrąciła właścicielka Dragon Arch, która wyglądała na
zainteresowana opowiastką, lecz ręce trzymała pod ubraniem swego
kochanka.
-Ponoć dlatego, że jeden z bogów został ukarany za kochanie się z
ziemską kobietą.
-A, skoro tak, to trzymam za faceta kciuki. Piwa!
Piwo lało się strumieniami, szczególnie jeśli chodzi o Astarotha i
jego narzeczoną, która wlewała mu do ust ten trunek od czasu do czasu.
Wyglądała na rozpaloną z żądzy, chociaż nie narzekała, że publiczny
seks w tym miejscu nie jest możliwy.
Władczyni smoków obserwowała zakochaną parę z obojętnością. Jakby
była, ale jej nie było. Tylko ciało świadczyło o tym, że istnieje.
Tylko dotyk sprawiał, że można było w to uwierzyć. Sheez, który
spokojnie wlewał w siebie czerwone, półwytrawne wino prosto z
Norwegii, opowiadał historię o tym, jak anioły wywalczyły możliwość
kochania się z ziemskimi kobietami.
-Niech żyją buntownicy! -Wniosła toast w pewnym momencie rudowłosa.
-Dokładnie w ten sam sposób świętowaliśmy -uśmiechnął się szatyn.
Szklanki się stuknęły, picie zostało skonsumowane. I wtedy wszyscy
zauważyli, że Agafe zasnęła.
-Jest po dwunastej -stwierdził jakby na usprawiedliwienie jej partner.
-Sądzę, że możemy się zbierać. -Zgodziła się Likame. -A jutro po
śniadaniu uciekamy do Gorzowa.
-Spieszy ci się? -Zdziwił się demon.
-Nie, ale trzeba się zająć Phobosen. I tak pozostało nam niewiele dni,
a poza tym lepiej jej się śpi w Gorzowie.
Kiedy anioł zanosił powoli Agafe, trzymając ją na rękach, Astaroth ze
swoją narzeczoną teleportowali się do ich pokoju hotelowego.
Stanąwszy na miejscu i odzyskawszy orientację, rudowłosa wyznała:
-Jestem cała twoja.
Zrozumiał i uśmiechnął się.W jego dłoni pojawiła się czerwona taśma klejąca.
-Podano na ostro -poinformował.
Lubiła ten smak seksu. Odwzajemniła uśmiech i pozwoliła, by jej dłonie
pojawiły się za plecami. Zostały przyklejone do siebie, a wiązadło,
które je w takim uścisku trzymało, było poprowadzone w dół, ku stopom.
Gwałtwone szarpnięcie czerowonej linii zmusiło właścicielkę Archa do
padnięcia na kolana. Ręce zostały przyczepione do lewej kostki
kobiety, która zaczęła szybciej oddychać. Jak bardzo by jej ukochany
nie był brutalny, jego ruchy, ruchy przeznaczone wyłącznie dla niej,
bo to miłość jego życia, zawierały w sobie dawkę poezji. Dostrzegała w
tym piękno może dlatego, że on był piękny. Zasłyszane gdzieś słowa
pojawiły się w jej myślach: piękny, jak marzenie.
Teraz on przed nią stał, sprawiając wrażenie niezdecydowanego. Ziewnął
tylko i podniósł ją, unosząc do góry. Delikatny, niemal jedwabisty
dotyk podniecił ją. Jęknęła.
-Jeszcze się nie zacząłem naprawdę dobrze bawić, a ty już dostajesz
orgazmu -skomentował, kładąc ją na kafelkach w łazience. Nie czekał na
odpowiedź, tylko obdarował ją pocałunkiem, który wydawał się lekkim
muśnięciem.
Leżała na ziemi, a on ciągnął taśmę do góry. Jej noga zaczęła się
podnosić, przenosić się tak, by rudowłosa znajdowała się w coraz
większym rozkroku. Gdy demon poczuł, że dalej nie jest w stanie
powiększać go, przywiązał kostkę do kranu tak, że woda z niego mogła
skapywać na ciało jego narzeczonej.
Taśma szepnęła pod wpływem jej przecięcia. Teraz narzeczony Likame sam
klęknął i rozpiął rozporek. Położył jedną dłoń na jej majtkach, a
drugą na piersiach. Masował je. Całował narzeczoną w szyję.
Swoimi pazurkami przeciął jej sukienkę. Stanik również. Rozchylił te
rzeczy i kontynuował masaż piersi. Przejechał palcem naokoło prawej,
zaczął nim przesuwać w górę, ku rożkowi. Doszedł do niego i lekko
przycisnął. Kobieta jęknęła.
Nagle poczuła usta na sutku. Miętosił go swoimi wargami. Po którymś z
kolei jej jęknięciu pełnym ekstazy, przestał to robić. Patrzyła z
miłością na jego męskie ciało i obserwowała, jak odkręca ciepłą wodę.
Ta zaczęła spływać po jej nodze, a on wziął do dłoni ową ciecz i
naniósł na jej myszkę.
Jęknęła tak, jakby chciała krzyknąć: co za rozkosz!
Myszka była jeszcze w majtkach. Podciągnął je w dół i naniósł na nią
jeszcze raz wodę. Ponowne jęknięcie.
Kiedy on wreszcie we mnie wejdzie, zastanawiała się Likame.
On jakby z przekory tego nie robił. Zaczął myszkę nie masować, a
lizać. Zaczął od najmniej schowanej części. Powoli i skrupulatnie
obdarowywał swoją ukochaną gorącymi liźnięciami na jej cipci. Doszedł
do łechtaczki, której nie chciał długo opuścić, cały czas wysłuchując
pełnych ciepłych, nagłych jęknięć.
Włożył palec do pochwy. Wyjął i włożył go w jej usta. Lizała go, a on
wolną ręką uwalniał penisa.
Zaraz we mnie wejdzie, pomyślała z radością.
Nie wszedł, tylko pomasował swojego członka i wrócił do lizania łechtaczki.
Nagle przestał. Wtedy spełnił jej życzenie – włożył penisa do pochwy.
Orgazm buchnął jak petarda dla nich obu, petarda pełna radości i miłości.
-Jeszcze, jeszcze, jeszcze -mruczała rudowłosa.

* * *

Krzyknęła, budząc się spoconym ciałem. Oddychając ciężko, zasłoniła
twarz łokciami, kuląc się w pozycję embrionalną.
-Przepraszam. -Powiedziała słabo.
Sheez podszedł do łóżka i wziął jej dłoń w swoją. Ręka jego ukochanej
nie miała założonej rękawiczki. Rany na niej były głosem przeszłości,
który wołał: co mi zrobiono, dlaczego mi to zrobiono?
-Kochanie -powiedział anioł delikatnym tonem -wszystko w porządku.
Tak? Spoglądała na jego twarz w milczeniu. Jest w Gdańsku, gdzie
powinna odpoczywać, ale senne koszmary nie dawały wytchnienia. Może,
jakby była w Gorzowie, to by w końcu zasnęła dobrym snem? Raz jej się
udało…
-Chcę do domu -mruknęła.
-Po tej nocy wrócisz. Jednak koszmar może i w nim powrócić, bo to
siedzi w twojej głowie, a nie w mieście. Mam ochotę cię zapytać, co ci
się śniło, ale chyba mi nie opowiesz.
Ma mu opowiedzieć, jak ją związano i zmuszono… a potem zbito? Ma
wyznać te okropności, przez które, gdy tylko przemkną jej w myślach,
dostaje gęsiej skórki i ciarek na plecach?
-Nie potrafię. -Jęknęła.
-Potrafisz. -Rzekł spokojnie i pogłaskał ją po głowie. -Potrafisz.
Wierzę w ciebie.
-Po co?
-Żeby ci się więcej nie śniło. Żeby twój mózg mógł sobie z tym poradzić.
Żeby mi się to nie śniło, pomyślała, żebym mogła zapomnieć. Jak
opowiem, to zapomnę? Mogę zapomnieć?
-Ja wtedy… bo on mi wtedy kazał… i ja mu odmówiłam…
Zamilkła. Tak mało o tym opowiedziała. A było jej ciężko. Sheez usiadł
koło niej i czekał cierpliwie. Może potrzebne były dodatkowe pytania?,
zastanawiał się.
Ale ona nie chciała więcej tego samego snu. Było go aż zanadto.
-Bo ja wtedy… wtedy czekałam na cokolwiek… najchętniej na
śmierć… i nie miałam… nie miałam skutych… skutych tych… rąk…
i on tak po prostu wszedł… i powiedział… powiedział…
Urwała. Nie umiała wydusić z siebie tych słów.
-Spokojnie. -Odparł anioł. -Na wszystko masz czas. Nie musisz
opowiadać, jeśli nie chcesz, ale chciałbym, byś jak najszybciej nie
miała koszmarów.
Cisza oczekiwała jakiś słów. W końcu się pojawiły, lecz ledwo słyszalne:
-Powiedział… zrobisz mi loda.
Dostała pocałunek w czoło. Zaczęła jakby spokojniej oddychać, choć
patrzyła na partnera wzrokiem wyrażającym ból z drobinkami niepokoju.
Nie odzywali się, bo jej nie poganiał.
A ona po jakimś czasie pozwoliła sobie na kontynuację:
-Odmówiłam… powiedziałam… nie… prosiłam… kładł moje ręce… Na ręce…
-Ręce na… jego penisie… ja… zabierałam… i znów… dał mi…
sierpowego w twarz… związał z tyłu…
-Wsadził mi… wsadził mi… do moich ust wsadził… penisa… i ja…
ja wtedy…
Omal się nie rozpłakała, urwała więc i walczyła z napływającymi łzami.
Żadne się nie wydostały. Usłyszała wtedy:
-On nie jest wart twych łez.
Pomogło. Trochę oprzytomniała.
-I ja wtedy… wtedy… zaczęłam… zaczęłam gryźć mu penisa…
gdyźć… chciałam… mu go urwać… nie zdążyłam…
Anioł miał na twarzy wymalowane zdziwienie. Skąd u takiej osoby ten
pomysł? Choć może nie powinno go to zaskakiwać – skurwiel zasługiwał
na to.
-Zaczął mnie… uderzać… w twarz… uderzał… i uderzał… i nie
mógł przestać… i nic nie widziałam…
Słońce wznosiło swoje promienie, gdy wypowiedziała ostatnie słowa tej
małej jej tragedii:
-I chyba… zemdlałam… a jak się zbudziłam… jak się zbudziłam…
to go nie było.
Sheez wziął ją w swoje ramiona i przytulił. Przytulał tak, jakby
chciał jej jak najwięcej przekazać bezpieczeństwa, otuchy i miłości.
Przyczepiła się do niego i wyznała:
-Lepiej.

* * *

Demony z irokezem siedziały pod ścianą, a zakochane pary na kanapie.
Tylko Karina zajmowała krzesło przy jednym z laptopów, jakie
znajdowały się w biurze właścicielki Dragon Arch.
-Ministerstwo uznało, że sami możemy sobie ustalać limity.
-Stwierdziła brunetka, patrząc w ekran. -A w Sieci jakaś afera o tym,
że Rzecznik Praw Dziecka domaga się ustalenia limitu klas dla
starszych dzieci.
-A masz dane tych uczniów naszych? -Zapytała rudowłosa, spoglądając na
kobietę-demon.
-Tak, zaraz wydrukuję.
-No miłe osoby to raczej nie będą -stwierdził Astaroth.
-Agafe, jak uważasz, ile klasa u nas powinna liczyć osób?
-Zastanawiała się jego partnerka.
-To… zależy od naszego celu edukacji. -Padła odpowiedź. -Co chcemy osiągnąć?
-Genialnych wojskowych.
-Znakomitych żołnierzy na polu walki. -Wtrącił Czwórka.
-Umysły i siła? -Dopytywała się władczyni smoków.
-Jedni od tego, jedni od tamtego.
-Ci od zarządzania i rozwojem powinni mieć… mieć mniejsze grupy. Im
mniejsze, tym nauczyciele mogą się skupić na ich rozwojiwaniu w
większym stopniu.
-Ej, nie możemy się z nimi cackać -wtrącił Trójka -mają być silni psychicznie.
-Pierwszy rok… ile tam maksymalna liczba przez samorządy wynosi…
-Do czterdziestu osób. -Stwierdziła Karina.
-Na pierwszym roku jedna klasa może liczyć tyle… na drugim wchodzi
specjalizacja… jak odkryjemy ich predyspozycje… nie wiem…
-Żołnierze muszą działać w grupach. -Przypomniał Czwórka.
-Można… stworzyć dziesięcioosobowe klasy… i co jakiś czas je
łączyć… dając zadania z wojny…
-Nieźle. To co, masz te dane?
Brunetka podała swej pani sto zadrukowanych kartek.
Jedno spojrzenie wystarczyło, żeby Likame westchnęła ciężko. Ciężka
młodzież to ciężkie zachowania.
-Pobicia, kradzieże… -Mruknęła. -A jego rodzina oczywiście rozbita.
I jak takiego zresocjalizować?
-A my nie chcemy resocjalizacji, tylko wykorzystania tych
umiejętności. -Odparł  Trójka.
-Ale nie życzę sobie wewnętrznych konfliktów.
-Zawsze jakieś będą, chociaż nie wiem, jak dobre by to było wojsko.
Oczywiście pobicia… Pokaż typka.
Rzuciła mu papier, ten go złapał.
-Hm, wygląda ciekawie. -Stwierdził. -Gdyby był demonem, to mógłbym go
bardzo fajnie przemłócić.
-Przemłócisz go i tak.
-Słucham?
-Bo oprócz stworzenia koncepcji szkoły, będziecie w niej pracować.
Astaroth parsknął śmiechem na widok zaskoczonych min właścicieli irokezów.
-Kurwa. -Zaklął Dwójka.
-Myślałam, że to oczywiste.
-Dla mnie było. -Odparł Jedynka i machnął ramionami. -Tak czy siak…
możemy albo popełnić samobójstwo, albo spełnić twoje życzenie. Bo już
chyba nie zlecenie?
-Przecież będę musiała wam coś wypłacać, nie mogę przesadzać w
oszukiwaniu państwa.
-Oszukiwaniu państwa?
-Dragon Arch wiele kontroluje, ale jak wyjdzie na jaw parę rzeczy,
włącznie z tym, że ludzie pracują za darmo, to się zrobi afera
międzynarodowa. Więc nie, nie będziecie pracować za darmo.
-Bardzo słusznie, bardzo słusznie -wtrącił Dwójka. -I tak nic nam to nie daje.
-Nieważne. To my już chyba mamy wszystko ustalone?
-Zdaje się, że tak. -Odparła Karina. -Ja tylko papiery muszę powypełniać.
-Doskonale.

* * *

Polożyła książkę o problemach wychowawczych na stoliku. Zgasiła
lampkę. Ciemność jej tak bardzo nie przerażała, jak zamknięte drzwi.
Jak ona je wytrzymała w Gdańsku?
Znowu zaczynam myśleć o bólu, zdała sobie sprawę i podniosła się na
pozycję siedzącą. Popatrzyła w sufit, jakby w mroku dostrzegła coś
więcej, niż zwykłą ścianę.
Jest sama… mogła poprosić Sheez’a o towarzystwo. Nie zrobiła tego,
bo miała ochotę poczytać książkę.
Po co, zastanawiała się, wstając. Przecież oni wszyscy i tak umrą. A
jeśli nie wszyscy, to większość.
Ja nie wiem, po co to robimy. Nie wiem, nie wiem. To pomysł szalonego…
Stała jak wryta. Ból nie chciał odejść.
Nie myśl o nim. Chcę do Likame.
Chciała do rudowłosej, lecz jej nie dostanie, bo ona spała.
Która godzina?, gdy tylko jej ta myśl przemknęła, stwierdziła, że po trzeciej.
Podeszła do wyjścia.
Może na zewnątrz będzie jej lepiej. W murach jest tak… niespokojnie.
Przeszła do korytarza, ruszyła nim i wspięła się na górę, na dach. Gdy
znalazła się na nim, zobaczyła jedną, czarnowłosą postać siedzącą na
skraju budynku.
Kobieta-demon odwróciła głowę w stronę przybyłej.
-I co? -Zapytała.
-Nie wiem. -Padła cicha odpowiedź.
Agafe dowlokła się do towarzyszki.
-Po co walczymy? -Zapytała.
-Nie pamiętasz? -Zdziwila się Karina. -Najpierw chodziło o zbudowanie
magicznej armii, z której się poczerpie moc i dzięki temu ktoś będzie
mógł pokonać naszego wroga. Teraz chodzi o to, że armia wroga stworzy
tarczę, żebyśmy nie mogli się do niego dostać. A poza tym… zarówno
dla niego, jak i twojego oprawcy to była tylko zabawa.
-Dla niego wciąż jest.
Zapadła niezręczna cisza. Władczyni smoków wpatrywała się gdzieś w
dal, a brunetka usiłowała dojrzeć oznakę smutku czy paniki na twarzy
rozmówczyni. Odkrycie tego pierwszego nie było trudne.
-Nie rozumiem. -Odparła w końcu właścicielka Nirgiza. -Ale ja nic nie rozumiem.
Opadła ciężko na podłogę.
-Potrzebuję z kimś porozmawiać. -Wyjaśniła.
-To idź obudź moją panią. -Zaproponowała brunetka.
-Ona powinna się wyspać.
-Kochasz ją, prawda?
-Zrobię dla niej wszystko.
-Więc zrób. Zabij swego wroga już teraz.
-Boisz się o nią.
-Bo będzie zabijać jedno po drugim z naszego grona. Jest silna, więc
może jej się to udać.
-Ale nie silniejsza ode mnie.
-Uratujesz ją?
-Nie pozwolę jej umrzeć.
-Obiecujesz?
-Przysięgam.
-Świetnie. Tylko jak długo chcesz czekać?
-Muszę znaleźć kogoś… coś… co pozwoli mi… na przekazanie klątw
temu komuś czemuś.
-To masz problem. Bo z tego, czego się dowiedziałam, to nie możesz
przekazać jej rzeczy. Musisz człowiekowi, demonowi albo aniołowi.
Ukochana Likame nie odpowiedziała. Spojrzała tylko w poważne oczy
Kariny. I oczekiwała dalszego ciągu, którego w końcu się doczekała:
-Nie ma innego sposobu. Szukałam i nie znalazłam, za to znalazłam
jeszcze jeden warunek. Ofiara musi się na to zgodzić.
Agafe skuliła się i zaczęła delikatnie drżeć.
-Zimno ci? -Zapytała kobieta-demon.
-Nie. Nie. Nie.
Spokój, powiedziała sobie władczyni smoków. Ofiara musi się na to zgodzić.
Tak być musiało. Tak zawsze musi być i nic tego nie może zmieniać.
Stare zasady dalej działały.
Dotknęła ją nienawiść. Starzy bogowie, co mi zrobiliście, chciała
wywrzeszczeć na całe gardło. Bogowie, na co mnie skazaliście, dlaczego
mnie skazaliście!
Zaczęła ciężko oddychać. Zgięła się wpół, oparła się o ręce.
Czy ona…
Chcę do Sheez’a, uświadomiła sobie, gdy tylko poznała tę jedną rzecz.
Chcę do niego. Chcę zobaczyć jego oczy. Dotknąć włosów…
-Kochanie -powiedział, zjawiając się za jej plecami. Podciągnął ją do
siebie, wziął w ramiona i pocałował w policzek. -Słucham cię.
-To może ja już pójdę. -Zaproponowała kobieta-demon.
W jednej chwili jej nie było.
-Co się stało? -Zapytał.
Powiedziała mu. Choć wyglądała, jakby miała się rozpłakać, nie zrobiła tego.
Usiedli. Wtuleni w siebie milczeli i spoglądali w niebo rozwijające
jasne promienie.
-Czy ja… -Zaczęła Agafe. -Czy ja chcę żyć?
-Jako anioł powiem ci, że tak. Ale jako twój partner, nie wiem. Jesteś
w tak chujowej sytuacji…
Wybuchnęła śmiechem. I nie mogła opanować tego śmiechu.
To nie jest, kurwa, śmieszne, pomyślał.
Jednak śmiech to takie samo narzędzie, jak płacz. Odruch obronny.

* * *

Właścicielka Dragon Arch otworzyła oczy i zmarszczyła brwi. Obok niej,
zamiast ciała pięknego demona, leżała różowa kartka z czarnymi
napisami. Wzięła ją w dłoń i przeczytała:

Trochę może mnie nie być, ma pani.
Wiem, że to Cię zrani.
Bądź jednak cierpliwa, muzo moja.
Twój Astaroth

Uśmiechnęła się i wstała. Spojrzała w okno, gdzie błękitne, bezchmurne
niebo leżało nad budynkami miasta. Słońce znajdowało się w połowie
swej drogi na sam szczyt.
Spojrzała na zegarek na nocnym stoliku, gdzie stała herbata i talerz z
omletami ze szparagami. Siadła na łóżku i spokojnie zaczęła jeść.
Co on kombinuje, zastanawiała się. Ciągle go nie ma…
Usłyszała pukanie do drzwi.
-Wejść. -Powiedziała i zakryła się niebiesko-czarną kołdrą.
-Pani? -Zapytała Karina. -Nie przeszkadzam.
-Nie, Astaroth mi uciekł.
-Musi coś robić.
-Co?
-Nie powiedział, ale robi to na spółkę z Sheez’em.
-Spróbuj się dowiedzieć może?
-Dobrze.
Nie wie, o czym rozmawiać, uświadomiłą sobie rudowłosa.
-Masz jakieś nowe informacje o Ardenie i Nyssie? -Spróbowała.
-Niestety, nie. Nie mam również dobrych wiadomości, jeśli chodzi o
klątwy Agafe. Można je przenieść, ale na człowieka, anioła lub demona
i to za jego zgodą.
-Cudownie. -Mruknęła narzeczona Astarotha. -Może znajdź jakiegoś
samobójcę, który na to by się zgodził?
-Ale takie przeniesienie nie jest koniecznie śmiertelne…
-Nie jest? To czym tu się martwić, mogę wziąć na siebie te klątwy albo
nakazać któremuś ze swoich demonów. Albo powiedzieć Agafe, by to
rozkazała Fadwie.
-Nie wiem, jakie skutki mogą wywołać przenosiny. Ale śmierć… może,
lecz nie musi nastąpić. Pani… jeśli mi każe…
-Nie każę. Po prostu nie podoba mi się ta sytuacja.
-Agafe również, bo wyglądała na złamaną.
-Spróbuj znaleźć samobójcę do klątw.
Rudowłosa wstała i odsłoniła swe nagie ciało.
-Mam wyjść? -Zapytała brunetka.
-Nie.
Właścicielka Dragon Arch podeszła do szafy i wyciągnęła niebieski
stanik i czarne majtki w koronki, a następnie falbaniastą spódnicę w
czarne kropki i błękitną koszulę.
Gdy założyła na siebie wszystkie te elementy, wyglądała, jak wyjęta z
pokazu mody.
-Szkoda, że nie ma kto mi uczesać włosów. -Stwierdziła, spoglądając w lustro.
-Ja mogę to zrobić.

-Jesteś taki piękny. -Szepnęła Agafe, wtulając się w silne ciało oficera.
-Ty jesteś piękna. -Uśmiechnął się. -Myślę… myślę, że mogę być z ciebie dumny.
-Dumny?…
-Bo nie płaczesz. Bo już się nie jąkasz.
Wzięła jego dłoń w swoją tak, jakby miała w ręce kruche ciasto i nie
chciała go stracić.
Milczeli. Ona zapatrzona w jego oczy przedstawiające niebo, on
dotykający jej delikatną, poranioną dłoń. Nie wiedzieli, co mogą
powiedzieć, aby nie zepsuć tej chwili. Bo ona jest taka niewinna i
słaba, a on jest taki spokojny i silny. Bo zakochali się w sobie tak,
że kobieta zapragnęła pogłaskać jego brązowe włosy, a on poczuł chęć
położenia dłoni na jej biodrach. Powstrzymał się, bojąc się strachu,
który gryzie zakamarki jej umysłu.
Władczyni smoków przechyliła głowę. Czemu ta chwila nie może trwać
wiecznie? Czy może jednak może? Dla chcącego nic trudnego. Żeby mogła
z nim być na zawsze, nieważne gdzie i jak, byle on przy niej był. Żeby
mogła? Czy to nie jest możliwe, czy to nie są marnotrawne marzenia?
Może, może, za dużo pytań…
-Sheez… -Najpierw chciała zadać pytanie. Spojrzał na nią uważnie,
jakby wszystkie inne dźwięki, oprócz głosu Agafe, nie miały żadnego
głosu. -Nie zostawiaj mnie. -Poprosiła jednak błagalnie, ciągle
spoglądając w jego błękitne tęczówki.
-Nie zostawię. -Odpowiedział poważnie. -Obiecuję.
Wierzyła mu. Złożył przed nią przysięgę. Zawahała się przed uśmiechem,
a zrobiła go, gdy uświadomiła sobie, że wie, iż jej nie zostawi, z
zupełnie innego powodu.
-Kocham cię. -Rzekła tylko.
-Kocham cię. -Odpowiedział.
Głaskali swoje dłonie w aksamitnej ciszy.
-Już wiesz, czy chcesz żyć? -Odezwał się głos Nirgiza w jej głowie.
Nie zareagowała. Przywarła mocniej do szatyna.
-Drżysz? -Zdziwił się.
-Nirgiz… zapytał… o moje życie… a ja mu nic nie powiedziałam…
ja… ja się boję wybierać.
-Nie bój się. Najgorsze już za tobą, nie ma się czego bać. Chciałbym,
żebyś żyła.
-Ale… czy to ma sens…
-Dla mnie ma. Chcę być z tobą jak najdłużej. A ty ze mną?
Miał ją.
-Też. -Odpowiedziała nieśmiało. -Czy to będzie straszne?
-Nie. Najgorsze masz już za sobą. Teraz możesz się tylko cieszyć.
-Naprawdę?
-Agafe, nie bój się. Mam cię chronić i będę to robić. Będę cię chronić.
Skuliła się odrobinę.
-Nie chcę, żebyś przeze mnie… żebyś przeze mnie zginął…
-Tak nie musi się stać.
-Nie?
-Nie. Tylko bądź silna, jak taka będziesz, to wygramy.
A jeśli nie dam rady, przemknęło jej przez głowę, ale nie zdążyła
wypowiedzieć tych słów. Poczuła z tyłu jakiś ruch i obejrzała się. Za
jej plecami stały dwie panie. Jedna z nich wyglądała na niezbyt
zadowoloną, a druga założyła maskę bezuczuciową na twarz.
-Gdzie Astaroth? -Zapytała Likame, podchodząc do zakochanej pary.
-Nie mam pojęcia. -Odparł Sheez. -Rozstaliśmy się kawał czasu temu.
-Przecież mieliście razem coś załatwiać?
-No to załatwiliśmy. To nie moja, kurwa, wina, że on nie chce szybko
do ciebie wracać.
Rudowłosa skamieniała.
-Słucham? -Odezwała się po chwili ciszy.
-Jest dobrze. -Wtrąciła się władczyni smoków, biorąc dłoń przyjaciółki
w swoją. -Jest dobrze.
-Nie jest dobrze, chcę z nim być, a go nie ma!
-On naprawdę musi coś załatwić… nie wściekaj się… on cię kocha…
-Brakuje mi go.
-Wytrzymaj.
-Ty coś wiesz, prawda?
-Ale nawet jeśli… on chce, żeby to było niespodzianką…
-Co?
-Coś.
Rudowłosa pokręciła głową.
-Chyba się pogubiłam. -Stwierdziła.
-Po co mi niespodzianka, jak go tu teraz nie ma?
-Żebyś byłs szczęśliwsza.
Agafe wstała i puściła dłoń szatyna. Wtuliła się do swojej ukochanej.
Nic nie mówiąc, zaczęła się bawić jej włosami.
-Będziesz wściekła -oświadczyła cicho.
-Dlaczego?
-Zapomniałam o posiłku.
-To chodź coś zjeść.
Ruszyły na schody. Gdy zniknęły z oczu aniołowi i demonowi, a ich uszy
już nie wychwytywały dźwięków kroków, Valceus zaczął nerwowo pocierać
czoło.
-Kurwa. -Jęknął.
-Ona wie?
-Nie sądzę. Kurwa, mam nadzieję, że nie wie.
-A mogę jej powiedzieć?
-Co? Nie, do cholery. Dlaczego? -Spojrzał gniewnie na Karinę.
-Może przyśpieszyłoby to śmierć Nyssy.
-Być może, ale nie chcę jej widzieć załamanej… ona i tak się dowie.
Tylko nie teraz, proszę, kurwa!
W jego głosie znalazła się nuta błagania.
-Ale jeśli się dowie i zabije Nyssę, to…
-To dupa.

* * *

Szły przez ulice Gorzowa. Likame zdołała się odprężyć. Niespodzianka,
co mi po niespodziance, jak go nie ma, zastanawiała się od czasu do
czasu.
-Na co masz ochotę? -Zapytała.
-Na zapiekankę.
Stanęły przy jakiejś budce z długą kolejką.
-Wyglądasz na zmartwioną -odezwała się rudowłosa.
-Zamyśloną.
-O czym myślisz?
-Ja… nie wiem… -Spojrzała w górę. -Niebo jest takie ładne…
-Agafe?
-Tak?
-Jesteś podenerwowana.
-Bo nie wiem… nie wiem… jak ja… jak ja mam ci o tym
powiedzieć… ale Likame, wiesz… kocham cię.
-Ja też cię kocham, ale po prostu powiedz.
-Ja… -Urwała. Zbliżały się już do końca kolejki. Jak ja mam jej to
powiedzieć, zastanawiała się. Aniołowi potrafiła, ale jego nie znała
tak długo, on się za nią nie poświęcal, nie zarywał przez nią nocy.
-Waham się. -Odparła w końcu.
-Wahasz się?
-No bo ja… trochę się boję, co będzie dalej… jeśli będzie źle…
ja… nie wiem…
Czemu wciskasz jej kit, odezwał się w niej Arch.
Bo ją kocham, padła odpowiedź. I nie wiem, jak jej to powiedzieć. Ale
to też jest prawda.
Może byś jej powiedziała?
Próbuję, ale nie umiem.
Dlaczego?
Dlatego, że cię kocham, Likame.
-Co podać? -Odezwała się rudowłosa kobieta w zielonej sukience, która
stała w budce z zapiekankami.
-Zapiekankę. -Odpowiedziała rudowłosa.
Po pięciu minutach otrzymała zamówienie, za które zapłaciła.
Wręczywszy przysmak swej partnerce, pociągnęła ją na najbliższą,
biało-brązową ławkę.
Gdy opadly na siedzenie, właścicielka Dragon Arch rzekła, spoglądając
w oczy przyjaciółki:
-Chciałabym ci powiedzieć, żebyś się nie bała, ale widzisz… sama się
boję, bo nasz wróg planuje nas wybić. Ale staram się nie dołować i nie
myśleć o tym. Bo życie jest piękne, prawda?
Czy ten błękit nieba nie jest cudowny, czy ten wiatr między drzewami
nie jest wspanialy, czy odgłosy życia nie są obdarzone pięknem? Chmury
nieba niezależnego koloru zdają się być aksamitem, który mówi do duszy
człowieka. Czyż to niezwykłe, czy dotyk jednego i drugiego człowieka
nie jest czymś wyjątkowym? Ile trzeba stron, aby opisać nieskończone
piękno świata?
Bo życie jest piękne. Ale ona się waha. A może się boi? Czy bardziej obydwa?
Kiedy była na studiach, często słyszała: “weź życie w swoje ręce i
rzuć te cholerne studia”.
Skończyło się jedno, bywało strasznie, ale teraz siedzi z ukochaną
osobą na ławce. I nie chce, nie może, nie potrafi zrezygnować z tego
daru. Tak samo, jak gnębi ją ciągłe pragnienie spojrzenia w błękitne
oczy swego wybranka.
Co się ma stać, niech się stanie. Jeśli może… niech zazna tak długo
szczęścia, jak to tylko możliwe.
-Jest piękne -odpowiedziała w końcu.
I wiara czyni cuda, a jeśli tak, to niech wierzy w te słowa, niech w
nią wejdą i uczynią taki właśnie świat, żeby ona mogła się w nim
dobrze czuć. Dopóki jest taka możliwość, dopóki istnieje.
Widząc uśmiech na twarzy Likame, wiedziala, że nie potrafi jej
powiedzieć tego, co powinna.

* * *

Nie wiedziały, ile czasu mineło w świecie absolutnej ciszy, z
istnieniem delikatnego doNikogo otyku. Ich rozmowa cialem i
spojrzeniem całkowicie im wystarczala.
-Nie chcę psuć nastroju -odezwała się rudowłosa -ale myślę, że
mogłabyś już pójść na badanie kontrolne do szpitala.
-Już? -Pytanie było niepewne.
-Tak. Rozmawiałyśmy już o tym, pamiętasz? On cię nie dotknie. Nie bój
się, to tylko badanie. I pewnie przestaniesz się męczyć z opatrunkiem.
A teraz nikt nam nie przeszkadza…
-Ale ja… ja… się… boję… nie wiem… nie wiem… czy dam… radę…
Władczyni smoków jakby się w sobie skuliła.
-Obiecuję, że nic się nie stanie. Będę przy tobie.
-Tak?
-Tak. Dasz radę. Obiecuję.
Będzie przy mnie, myślała Agafe. Będzie, jak będzie, to będzie dobrze,
nie będzie nic złego…
Żeby tylko nie zaczął mnie męczyć ból. Nie chcę o tym pamiętać.
Narzeczona Astarotha pierwsza się podniosła.
-Gotowa? -Zapytała.
Nie… tak… nie wiem… ja nie chcę dotykać tych wspomnień, ja nie
chcę wchodzić w przeszłość…
Im dłużej będziesz się ociągać, tym dlużej będziesz się z tym
borykała, stwierdził Nirgiz ze znudzeniem. A potem możesz do nas
przyjść.
Nie, odpowiedziała mu.
Przecież tęsknisz za nami.
Tęsknię, ale bardziej tęskniłabym do Likame, gdyby…
Przeszłość przyszłość ból cierpienie gwałt, uderzenie w głowę.
Wszystko się ze sobą łączyło, wiązało w sznurek udręczeń.
Żeby mogła posmakować zielonej rozkoszy na ziemi, poznać nowe smaki
nieba, dotlnąć szalonego wiatru i pięknego człowieka, uśmiechnąć się
do ukochanej i do anioła.
Choć to było trudne, to mogła chwilami cieszyć się nieokiełznanym życiem.
Choć to wydawało się niemożliwe, to jednak pragnęła zobaczyć radość na
twarzy umiłowanych, ale radość wynikającą z cudzej i swojej
szczęśliwości.
Żeby to wszystko było możliwe… teraz może dać radę. Przecież Likame
ją kocha i czuje się dobrze, przecież nic jej nie ogranicza,
nieograniczonymi ruchami może w tym wszystkim działać, przecież, no
przecież, nie po to wycierpiała, ażeby teraz się poddała.
Ciężko i bardzo trudno, lecz teraz, choć momentalnie, musi wierzyć, że
świat jest piękny, bo te fragmenty życia zapisane są w różu.
Dam radę, pomyślała i pozwoliła rudowłosej wziąć jej dłoń, aby mogła
się podnieść.
Nie śpiesząc się, ruszyły przed siebie, pewnymi ruchami. Mijały szare
stroje budynków, nieruchliwe istoty, czasem nadępnęły na tlącą się od
życia zieloną trawę.
Cement, po którym szły, jakoś wytrzymywał ich ciężar radości i
pewności siebie. Spokoju w sobie, a przede wszystkim na życie.
Weszły tylko przez próg szpitala i zostały zauważone przez jego personel.
-Witam panie -powiedział ten sam lekarz, który zaopiekował się
władczynią smoków wcześniej. -Dobrze, że przyszłyście, myślę, że rana
już mogłaby nie mieć opatrunku.
Rana. Kolorowy pokój. Ta kobieca twarz…
Gwałtowne cofnięcie się Agafe spowodowało, że znalazła się pod
ostrzałem spojrzeń. Była blada jak śmierć.
Ta rana, ten dotyk, taka skaza, ten ból…
Miała wrażenie, że jej serce bije szybko, za szybko. Spokój, zganiła
siebie. Zamknęła oczy, poczuła czyjś ciepły dotyk na dłoni. Miałaś być
szczęśliwa, przypomniała sobie i spojrzała w zielone oczy ukochanej.
Trawa, piękna i delikatna, wołała o to, by przy niej władczyni smoków
po prostu była. Jak mogła, jeśli pamiętała horror, ale… może…
otwórz się na światło, powiedziało coś w jej głowie.
Bo do radości i szczęścia trzeba sięgnąć. Wystarczy wziąć.
Wszystkie myśli zostały zerwane.
-W porządku? -Zapytała właścicielka Dragon Arch, widząc, jak jej
towarzyszka się chwieje. Podtrzymała ją.
-Tak. -Padła odpowiedź.
-Myślę, że pani przyjaciółka ma jakieś braki witamin, chociażby żelaza
-wtrącił Damian. -Ale wyglądała o wiele lepiej, niż jak ją pierwszy
raz spotkałem.
Czy on będzie mnie dotykał, zaczęła się zastanawiać władczyni smoków.
Czy on będzie patrzył w to miejsce, patrzył… obnażał… to tylko
ciało, ciało, ciało. Ciało przecież jest rzeczą. Ona jest rzeczą.
Proszę, pomóż mi ktoś, pomyślała. Chcę, żeby myśli się zamknęly.
Zamknąć ból, otworzyć radość. Trudne.
Obiecałam, obiecałam, obiecałam, wmawiała sobie i starala się
uspokoić. Jakimiś cudem udawało jej się nie płakać, tylko utrzymywać
ciało w spokojnych ruchach. Może to już był jej odruch. Nieważne, co
się dzieje…
Sheez. Ja chcę do Sheez’a.
Ja… nie. Jeśli lekarz ma mnie sprawdzić…
-Spokojnie. -Powiedział. -Nikogo oprócz nas w pokoju nie będzie. Myślę
nawet, że obejdzie się bez mojego dotykania. A teraz proszę za mną.
Ruszyły za dyrektorem szpitala w milczeniu. Agafe przywarła do partnerki.
Co on mi zrobi, myślała gorączkowo właścicielka Nirgiza. Czemu ciągle
mam złe myśli, czemu nie mogę być szczęśliwa?
Dotarli do jakiegoś gabinetu. Otworzył go lekarz, pozwolił, aby
kobiety znalazły się pierwsze w środku. Zamknął za nimi drzwi, w zamku
szczęknął klucz.
-Nikt tu nie wejdzie. -Wyjaśnił. -Pani Agafe, może się pani położyć na łóżku.
Agafe stała, kiwając glową. Tak, położy się i ściągnie opatrunek, po czym…
Zamknęła oczy, aby wygonić sprzed nich zły obraz.
Wtedy myślała tylko o Likame. I może o George’u… ale anioł ją
zawiódł. A przyjaciółka ciągle z nią jest. Czy ma pomyśleć o błękicie
Sheez’a? Nie, to niebezpieczne. Likame, Likame, Likame…
-Proszę. -Usłyszała wtedy, kiedy poczuła jej delikatną dłoń na plecach.
Tak powiedziała rudowłosa.
Władczyni smoków ruszyła przed siebie, podeszła do łóżka, na chwilę
przy nim przystanęła.
-Może kotarę? -Zapytał Damian.
-Nie wiem… i… i tak… mnie pan będzie…
-Pewnie nawet nie będę musiał dotykać.
Serce pacjentki głośno biło, a jej skóra wydawała się mleczna.
Powolnymi ruchami zaczęła zdejmować dół. Gdy zniżyła majtki do kostek,
poczuła, jak jej ręka drży. Cało jej ciało drgało.
Stłumiła jęknięcie. Miałaś być odważna, mówiła sobie. Miałaś się
cieszyć życiem. Miałaś robić wszystko, co chce Likame. Likame,
Likame…
Jego tu nie ma, pomyślała. Jest tylko ona, piękna kobieta z rudymi
włosami, jest tylko ukochana, której pragnie dotknąć… Tylko ona,
jego tu nie ma.
Zaczęła odwijać bandaż. Nie spoglądała na nikogo. To tylko ciało,
tłumaczyła sobie i zaraz hamowała tę myśl. Ból pukał do jej drzwi.
Gdy bandaż leżał na podłodze, podniosła wzrok na towarzyszkę. Zero
uśmiechu, ale koncentracja.
Jesteś gotowa mi pomóc, chciala zadać na głos pytanie właścicielka
Nirgiza, ale milczała. Prosząco i niezgrabnie wysunęła przed siebie
rękę. Dłoń została objęta przez palce Likame.
Jest dobrze, będzie wszystko dobrze, mówił jej dotyk.
Władczyni smoków rozsunęła delikatnie nogi. Z lekkim drżeniem ciała,
jakby z wahaniem, ale zrobiła to. Pozwoliła, by spoglądali na jej
obnażoną część.
Nie myśl o niczym złym, poprosiła o samą siebie.
-Jak dotykasz, leci coś? -Zapytał Damian.
-Nie. -Padła cicha odpowiedź.
-Dobrze. Wygląda na to, że rana się bardzo dobrze pogoiła. Jeszcze
trochę minie, nim całkowicie się zagoi, ale już można nosić bez
opatrunku. To wszystko.
To wszystko. I po co to wszystko było? Tyle bólu, tyle wątpliwości…
Takiego strachu. Po co, po co to biło?
Agsafe roześmiała się histerycznie.
-To może ja lepiej wyjdę. -Stwierdził Damian. -Klucz kładzę na stoliku
przy drzwiach.
Rozłożył kotarę, zasłaniając kobiety i wyszedł.
Likame kucnęła.
-W porządku? -Zapytała.
Zieleń oczu partnerki przywrócił ją do porządku.
-Tak. -Padła odpowiedź. -Chyba.
Odezwało się w niej pragnienie płakania.
-Likame… -Zaczęła. Walczyła w środku, ale czuła, że to pudełko,
gdzie trzyma łzy, jest nieomal rozwarte.
-Tak?
-Mogę… mogę teraz… teraz się rozpłakać?
-Tak.
Przywarły do siebie, jakby były kochankami. Ciepło koiło, ale nie
cofało doznanych krzywd. Ciepłe łzy rozlały się po policzku Agafe i po
ramieniu Likame.

* * *

-Dzielna byłaś. -Stwierdziła właścicielka Archa, kiedy ich stopy
znalazły się poza szpitalem.
-Tak… dzięki.
Przez moment nie odzywały się.
-Mam nadzieję, że Astaroth już wrócił. -Powiedziała Likame.
-Wrócił. -Odpowiedź nadeszła po chwili namysłu. -Czeka na ciebie…
-Na ciebie też ktoś czeka. Kochasz Sheez’a, prawda?
-Tak… On… ma takie niebieskie oczy… i te włosy… jest…
piękny. Ja nie wiem… ale chyba… kocham go bardziej, niż George’a.
-To fajnie. Ciekawy typ. Przy tobie też tak przeklina?
-Nie. On… mnie szanuje. Jest taki… miły, delikatny.
-Cieszę się. Chyba już czujesz się mniej samotna?
-Tak. Czasami… ja teraz… mnie męczy co innego…
I nie chcę o tym rozmawiać, uświadomiła sobie.
-Likame?
-Tak?
-Kocham cię.
Rudowłosa uśmiechnęła się. Stanęły na progu przed budynkiem Dragon
Arch i już miały wejść do środka, ale usłyszały za sobą głos:
-Pani Likame!
Przed sobą miały młodzieńca ubranego w czarną koszulę i dżinsy. Brunet
miał na twarzy głupi uśmiech.
-Słucham cię. -Odpowiedziała narzeczona Astarotha.
-Ma pani dla mnie jakieś zadanie, bo się nudzę?
-Ty się lepiej ucz, a nie kombinuj.
-Spoko, starczy mi czasu na obie rzeczy.
-To chodź.
Ruszyli. Znajdowali się zaledwie w połowie drogi do windy, gdy chłopak
znów się odezwał:
-Nauczyciel z matmy stwierdził, że sobie jaja robię takimi fajnymi
ocenami i zaczął szukać ściągawek, ale nie znalazł. W ogóle się w to
nie bawię, bo ściągać nie umiem…
-Mówisz tak, bo rzeczywiście nie umiesz, czy nie chcesz sobie psuć
opinii? -Wtrąciła rudowłosa, wchodząc pewnie do windy. -Ja w twoim
wieku ściągałam na historii i polskim.
-E nie no, raz w gimnazjum mnie przyłapali i dostałem piękne lanie w
dupę w domu, jak rodzice się o tym dowiedzieli, ale chyba bardziej im
chodziło o to, że dałem się przyłapać, niż, że ściągałem.
Cisza chciała wejść do kabiny, lecz Michał jej na to nie pozwolił:
-Ja myślę, że dałbym sobie radę z jakimiś projektami dla Phobosa, tak
mnie ten projekt podnieca.
-A jesteś pewien, że to kobieta?
Młodzieniec wybuchnął śmiechem.
-Ale wiesz, pracować w tajnej organizacji, gdzie jest magia to frajda.
Coś jak Shinji z Neona Genesiona Evangeliona.
-U nas nie ma zabawy.
-No wiem, przecież poważnie będę te zadania od was traktować. Ale
zawsze będę mógł się popisać przed kumplami kasą i ogólnie tym, że
jestem zajebistym gościem.
-Rozwalasz mnie.
W momencie wypowiedzenia tych słów, winda ich uwolniła. Wyszli na
korytarz, przeszli parę kroków. Likame otworzyła swój gabinet i
natknęła się na Astarotha, siedzącego przed laptopem przy jej biurku.
Wstał i rzekł:
-Witam.
-Cześć! -Odpowiedział licealista. -Ja po nowe zadania z Phobosa, macie coś?
-Może coś się znajdzie. Agafe, porozmawiasz ze mną na osobności?
-Ja… tak.
Demon podszedł do niej i chwycił za rękę. Rudowłosa nie zdążyła
zaprotestować. Już ich nie było.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by władczyni smoków odepchnęła od siebie
narzeczonego przyjaciółki, a następnie skuliła się. Bez słowa, leżała
na białej ziemi, mając nad sobą białe niebo, a przed sobą białą
przestrzeń.
-Boisz się? -Zapytał Astaroth.
Nie odpowiedziała.
-Co powiedziałaś Likame o mnie?
-Robisz jej niespodziankę.
-Dobrze. I nie mów jej o moich planach, bo nie chciałbym stracić
niespodzianki. A muszę się jeszcze zastanowić nad fryzurą dla niej i
strojem. A teraz powiesz mi, dlaczego ciągle nie jestem aniołem.
-Może… nie wiem… może powinieneś zrobić… jeszcze parę rzeczy.
Ja… ja nie wiem… może ty… ty tak naprawdę chcesz być demonem…
-Na więcej cię nie stać?
-Nie… ja naprawdę… nie wiem.
Poruszyła się gwałtownie.
-To już chyba wszystko sobie powiedzieliśmy. -Stwierdził.
-Astaroth… -Usiadła. -Ja… nie chcę mieć tajemnic przed Likame.
-To nie miej, tylko uszanuj moją.
-Ale ja… nie umiem jej powiedzieć… kocham ją… i… nie umiem…
nie wiem… bo ja… kiedy p…
-Jeśli chodzi o klątwy, ona o wszystkim wie. Nie powiedziała ci?
Kazała Karnie znaleźć samobójcę, któremu możesz je przekazać.
-Aha… tak… ale… nie to chcę jej powiedzieć.

* * *

-Więc chciałbym ostatecznie wprowadzać poprawki do waszego
oprogramowania. -Michał skończył monolog o tym, czego chciałby dokonać
w Phobosie.
-To miło. -Odparła rudowłosa. Siedziała przed laptopem. Miała na
monitorze tabelkę z zatrudnionymi ludźmi w tej firmie. A w głowie
zupełnie inne myśli, których nie mogła się pozbyć. Po co mu rozmowa z
Agafe, zastanawiała się. Czemu tak długo muszę na niego czekać,
wściekała się.
-No więc, co mi pani proponuje? -Zapytał.
-Póki co, nic. Gdzie masz wyniki ze szkoły?
-Ee, w sekretariacie kręcili nosem, a wychowawca nie zezwolił na
zajrzenie do dziennika.
-Niby czemu?
-Bo powiedział, że niedawno toto dawałem i nie widzi potrzeby, by
teraz robić to samo.
-I chciałbyś programować, tak?
-Tak.
-A myślisz, że twoja szkoła ma oceny wpisywane w kompa?
-Elektroniczne dzienniki pojawią się od przyszłego roku dla młodszych
klas… tak nam mówią, a my jedziemy na starym systemie.
-Przecież to kompletna bzdura, z technicznego punktu widzenia.
-Wiem, ale wyjaśnij im to. Kasa, kasa i kasa, ja też chcę być kasiasty
i chcę być jak Shinji Ikari z Neona Genesiona Evangeliona!
-Twoja niespożyta energia mnie dobija.
-Dlaczego?
-Bo mój narzeczony mnie zostawia.
-Co?
-Zamiast ze mną zostać, to polazł porozmawiać o czymś z Agafe. A ja za
nim tak tęsknię.
-Przykro mi.
-Mi bardziej…
Poczuła muśnięcie na plecach. Spojrzała za siebie i uśmiechnęła się.
Wzięła bruneta w objęcia i zapytała:
-Gdzie byłeś?
-Musiałem zapytać Agafe, czemu nadal jestem demonem…
-Tak na osobności?
Pocałowała go, nim zdążył odpowiedzieć.
-I jeszcze parę szczegółów, ale to ma związek z niespodzianką.
-Z jaką niespodzianką?
-Bardzo miłą. Kochanie… stęskniłem się za tobą.
-A co ja mam powiedzieć, zostawiłeś mnie.
Obdarował ją długim pocałunkiem w usta. Jego dłoń wtargnęła między uda
kobiety. Ta jęknęła.
-Ej! -Wtrącił się Michał. -Jestem tu!
-To wyjdź. -Padła odpowiedź rudowłosej.
Młodzieniec ciężko westchnął, spoglądał przez moment na zakochaną
parę, która obejmowała się, po czym wyszedł za drzwi, zamykając je za
sobą.
I znowu nie wyszło, pomyślał ze smutkiem.

* * *

Szatyn z długimi włosami miał na sobie szarą koszulę i czarne spodnie,
tego samego koloru buty. Leżał na trawie, wokół której niczego nie
było i wpatrywał się w nieskalany błękit.
Gdzieś z boku wyczuł ruch. Rozejrzał się i zobaczył kobiecą postać w
szarych kolorach. Drżała, jej skóra przybrała blady kolor.
-Kochana -rzekł i zerwał się z miejsca. Podszedł do wybranki i
przysunął ją do siebie. -Co się stało?
-Bo… ja… rozmawiałam z Astarothem w piekle.
-Skurwiel. -Mruknął.
-Nie… tak… po prostu nie rób afery… nie chcę cię stracić…
-Nie stracisz. O czym rozmawialiście?
-Bo o tym, że ja… nie potrafię jej tego powiedzieć. Nie chcę tego,
ale nie umiem… bo ona jest teraz szczęśliwa.
-Co rzekł?
-Że jak się dowie, to ona będzie smutna.
-Kochana. -Przytulił ją do siebie. -A co ty masz powiedzieć?
-Nie wiem.
-Może po prostu o tym zapomnij. Zapomnij, bo też chcę widzieć na twej
twarzy dobry uśmiech. Proszę.

* * *

Klasa miała tapetę z rysunkiem desek padouku. Okna zaprojektowano tak,
by żywopłot mógł między nimi rosnąć. Ławki w kolorze białym ustawiono
na podłodze, gdzie umieszczono mozaikę z czarnym tłem i niebieskim
smokiem. Biurko, jako jedyne, było w kolorze czarnym.
Drzwi do gabinetu otworzyły się. Dziesięcioosobowa banda dzieci w
różnym wieku i o różnej płci wbiegła do jego wnętrza i zatrzymała się
przed ławkami.
-Chuj z tym -rzekł jeden, niski chłopak o rudych włosach i usiadł na
ławce. Pozostali postąpili tak samo.
Za młodymi ludźmi weszła władczyni smoków w szarej sukience z
falbankami i długimi, trójkątnymi rękawami. Na dekolcie miała
przyczepioną czarną broszkę w kształcie smoka. Podeszła do biurka i
spojrzała na tłum, jaki się wokół niej zebrał. Ludzie wyglądali na
obojętnych. Każdy z nich robił to, na co miał ochotę. Rudzielec
dmuchał balona, a złotowłosa piękność bujała się na krzesełku, gapiąc
się w sufit. Pozostali sprawiali wrażenie tak samo znudzonych i
nieciekawskich.
-Ej, czemu te jebane drzwi nie są zamknięte? -Zapytał szatyn, który
usiadł okrakiem na biurku i gapił się w nauczycielkę.
Co mam mu odpowiedzieć, zastanawiała się Agafe. Co powinnam teraz
zrobić? Czy oni mogą mnie wyśmiać?
-Bo tak lepiej się czuję. -Odpowiedziała. -Ja… nazywam się Agafe i
jestem waszą wychowawczynią. Wy tu macie… szansę się wyedukować…
jesteśmy szkołą…
-Pierdolenie! -Rzucił rudowłosy i wstał. Reszta wybuchnęła gwałtownym
śmiechem. -Myśleliśmy, że zaoferujecie nam coś lepszego, mamy zgnić w
budzie?! Na chuj nam to?!
-Żebyście mogli… mieć lepsze życie…
-Ale banialuki! A pani jest śmieszna! Ludzie, spierdalamy!
Młodzież zaczęła wstawać.
Agafe zacisnęła pięści. W głowie miała tylko jedno zdanie: “pani jest
śmieszna”. Śmieszna. Śmieją się z tego, jak się wypowiada. Śmieją się
z tego, jak wygląda. Śmieją się z tego, co jej się przytrafiło…
Śmieją. Z tragedii.
Zbiorowość ludzka prawie dopadła drzwi, ale nagle stanęła jak wryta.
Drzwi zatrzasnęły się z hukiem, a wszystkie młode oczy spojrzały na
wychowawczynię.
Zobaczyły złość. Zaciśnięte pięści, twarz wykrzywiona złym uczuciem.
Nauczycielka odezwała się wypranym z emocji głosem:
-Śmiejecie się ze mnie. Śmiejecie się. A wiecie z czego?
Rękawiczki, które miała na sobie były w czarno-złotym kolorze i
przedstawiały smoka. Zaczęła je zdejmować, a gdy dotarła do
nadgarstków, ktoś ze stojących przełknął głośno ślinę. Czerwone ślady
na dłoni, pręgi na palcach stanowiły brzemię nie do zdarcia na całe
życie. Widok był straszny.
Zdjętą rzecz położyła na biurku tak, jakby była ze szkła.
-Mam opowiedzieć, jak to się stało? -Zapytała.
-No dobra, jak pani chce. -Odparł rudowłosy z obojętną miną. Podszedł
do pierwszej lepszej ławki i usiadł na niej okrakiem.
-Byłam… więziona. -Zaczęła władczyni smoków. -Te nadgarstki…
miałam na plecach… One były w kajdanach…
Urwała. Widać było, że słowa są niełatwe.
-Były w nich długo… długo.
-Chujowa historia.
Nie wszystkie osoby zachichotały.
-Mogę… mogę wam pokazać, co mi jeszcze zrobili. -Głos był cichy.
Przed właścicielką Nirgiza pojawił się komputer. Włączyła go. Cisza
zalegała ludzi pełnych oczekiwania na coś. Urządzenie miało spory
monitor. Gdy zaczęły się szepty między młodymi ludźmi, Agafe odwróciła
w ich stronę ekran i włączyła film.
Nikt się nie poruszył. Niektórym włosy stanęła dęba, jedna osoba
odwróciła się tyłem do obrazów.
-Oglądaj. -Rozkazała nauczycielka. Ton nie znosił sprzeciwu.
Ta jedna osoba, dziewczyna o jasnych blond włosach, z drżeniem,
odwróciła się do wychowawczyni. Na monitorze ciągle przesuwały się
fragmenty ludzkiego cierpienia.
-Nie mogę! -Wrzasnęła histerycznie i poruszyła nerwowo klamkę. Nie
mogąc otworzyć drzwi, walnęła w nie. -Nie mogę!
-Śmialiście się z tego. -Odpowiedziała Agafe. -To teraz oglądajcie,
skoro was to bawi.
Blondynka padła na kolana i zaczęła płakać.
Nikt się nie odzywał. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kiedy film się
skończył. Rudowłosy próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił. Czy
naprawdę miał przed sobą osobę, której to zrobiono? Odważył się
spojrzeć w jej oczy. Chwilę czuł dumę, a potem przygnębienie.
Władczyni smoków miała je bardzo poważne. Szczere i smutne.
-Jeśli się nie chcecie uczyć -rzekła -to wracacie do siebie. Ale
proszę was o jedno: uszanujcie cudze cierpienie.
Ruszyła przed siebie, podeszła do drzwi i otworzyła je. Nikt nie
zdołał zaprotestować.
Agafe weszła w piękny korytarz siedziby Phobosa i po paru krokach
zniknęła za jakimś zakrętem.

* * *

Na peronie czwartym znajdowały się tylko cztery osoby. Trzy z nich
stały obok wejścia na dworzec i dyskutowały, czwarta siedziała na
ławce i gapiła się przed siebie. W milczeniu obserwowała błękitne
niebo z białymi pasmami obłoków, przypominającymi morze.
Obawy z Gdańska sprawdziły się. Wyśmiano ją, zakpiono z niej… W
takim stanie nie powinna się zabierać do nauczania młodych ludzi fachu
wojennego. A teraz, gdy im pokazała obrzezanie jedenastoletniej
dziewczynki, rodzice mogą ją podać do sądu za demoralizowanie ich
dzieci.
Na tę myśl machnęła ramionami. Z megafonu rozległ się kobiecy głos:
-Na peron 4 podstawiany jest pociąg pośpieszny TLK do Krakowa.
Ludzi wokół Agafe zrobiło się więcej. Trzech wcześniejszych
dyskutujących stanęło obok niej. Jeden z nich uśmiechnął się i
zapytał:
-Pani jedzie do Krakowa?
-Nie. -Odpowiedziała mu.
Pociąg nadjechał po dziesięciu minutach. Wagony miał zielone,
wyglądały na świeżo wyremontowane, bo z przedziałami. Gdy wyglądało na
to, że wszystkie osoby wsiadły, rozległ się pisk konduktora i maszyna
odjechała. Z szumem, ze świstem powietrza weszła w świat, mknąc do
Małopolski.
Cisza. Na błękitnym i jasnym niebie chmury wciąż się przesuwały.
Chcę do Likame, pomyślała. Chcę, żeby ona tu była.
Mogła się przenieść do przyjaciółki, ale nie miała na to sił. Już
dawno powinna zjeść obiad.
Sama…
Znów pragnęła znaleźć się stąd jak najdalej. Przełknęła głośno ślinę i
zaczęła wsłuchiwać się w swój oddech.
-Chodź do nas, różyczko. -Poprosił Nirgiz.
-Nie mogę. Ona mnie zabije.
-Zrobić to i teraz może, różyczko. Wierz mi, gdyby chciała, to by już
cię miała w sidłach.
-Skąd wiesz…
-Bo jestem smokiem i potrafię myśleć logicznie. Różyczko, tęsknię za tobą.
Powiedział to takim tonem, że mu uwierzyła. Wstała, rozejrzała się po
peronie na dworcu w Przemyślu. Nic nie mówiła, tylko patrzyła się na
kolejno wchodzących ludzi.
Chwila dezorientacji i miała pod stopami twardą, czerwoną ziemię.
Spojrzała w niebo i wydało jej się zbudowane z ognia. Skalny teren był
jej znany.
Wiatr dotknął jej twarzy. Przeszła parę kroków i zobaczyła, jak
potężny, czarny smok ląduje naprzeciw niej. Podbiegła do niego i
wtuliła się.
-Nirgiz… -Jęknęła.
-No spokojnie, spokojnie… -Odparł zaskoczony gad. -Tyle nie
chciałaś, a teraz widzisz… Hej, nie płacz, różyczko.
Otarła łzy z policzka i spojrzała w oczy swego smoka.
-Jesteś pewien… że ona mnie tu nie dopadnie?
-Jestem. Na razie bawi się w “kto więcej zajebie przeciwnika” ze
swoimi podwładnymi, w rolach ofiar armie tego świata.
-A my wchodzimy w tę zabawę…
-No cóż, jakoś dopaść sukę trzeba.
Nie odpowiedziała.
-Proponuję przejażdżkę.
Wsiadła na jego grzbiet, a on wzniósł się w górę. Wszedł w kłębowisko
czerwonych chmur.

* * *

Sheez, w białej koszuli i czarnych spodniach oraz brązowych butach,
przechadzał się po korytarzu szkoły. Przystanął, gdy zobaczył otwarte
drzwi jednej z klas i rozbawione głosy młodzieży. Zmarszczył brwi i
stanął w wejściu. Młodzi ludzie obrzucali się papierowymi kulkami.
-SPOKÓJ! -Warknął.
Z lodowatym spokojem podszedł do biurka i czekał, aż banda przestanie
zaśmiecać gabinet. Wszyscy uczniowie stali, jakby zamienili się w
słupy.
-Gdzie, do kurwy nędzy, jest wasza wychowawczyni? -Zapytał, gdy miał
pewność, że wszyscy go słuchają.
-Nie wiemy. -Odpowiedział rudowłosy. -Ale powiedziała nam, że jeśli
nie chcemy się uczyć, to możemy wracać do siebie. I wyszła.
Anioł rzucim okiem na monitor, który stał przed nim. Film, który Agafe
pokazywała swoim wychowankom był gotowy do odtworzenia.
-Kurwa -zaklął. -Dawno wyszła?
-Jakieś dwie godziny temu przynajmniej. Możemy wrócić do rzucania?
-Nie. Jak będziecie u siebie, to porzucacie, a teraz chcę wiedzieć, co
do jasnej cholery się tu wydarzyło.
-No… nic.
-Nic… -Zaczęła nieśmiało blondynka. Nagle wszystkie oczy zwróciły
się w jej stronę. -Kazała nam oglądać obrzezanie. Nie chciałam, ale
powiedziała, że skoro się z niej śmialiśmy, to mamy się przy tym
bawić.
-A śmialiście się?
-No… -Wtrącił rudzielec. -Ja powiedziałem jej, że jest śmieszna, bo
ona tak mówiła.
W jaki sposób ukarać tego skurwysyna, zastanawiał się szatyn.
Uśmiechnął się i powiedział:
-Świetnie, młody chłopcze, że przyznałeś się do tego. Ale mógłbyś
następnym razem nie zachowywać się jak skurwiel. Ta kobieta zbyt wiele
przeżyła, żeby jakieś bachory sobie z niej drwiły. Dlatego myślę, że
odpowiednią karą dla ciebie będzie zrobienie stu przysiadów.
-Jaja sobie robisz?
-Ale to już! -Warknął. Zrobił krok do przodu. Na jego twarz malowała
się zarówno determinacja, jak i złość.
Ta twarz nie spodobała się młodzieńcowi.
-Ale… -Próbował się bronić.
-Natychmiast! Do kurwy nędzy, nie chcę słyszeć protestów!
Rudzielec zbladł.
-No… -Jęknął. -Dobrze.
Nastolatek, niepewnie z początku, zaczął wykonywać polecenie. Klasa chichotała.
-Zamknąć ryje! -Rozkazał Sheez i spojrzał na nich z wyrzutem.
Posłuchali. Po chwili milczenia, blondynka zapytała:
-Ja nie chciałam problemów, ale tak wyszło. No i… chciałabym
wiedzieć coś więcej o niej.
Anioł usiadł na krześle i zapytał:
-Żeby z niej, do cholery, drwić?
-Nie, nie. Żeby wiedzieć. Po prostu z ciekawości.
-To nie jest historia opowiadana, do jasnej cholery, dla ciekawości.
Ale może wam, małym gnojkom, przydałaby się, żeby zrozumieć, że jej
zachowanie wcale nie jest śmieszne.
Ćwiczący stęknął i przestał to robić.
-Wystarczy? -Zapytał.
-A do ilu doszedłeś?
-Nie wiem…
-To zrób od nowa, ale licząc. Ja za ciebie, baranie, nie będę tego robić!
-Ale…
-Do roboty!
-Chcę się o tym przekonać. -Odpowiedziała dziewczyna.

* * *

Położyła się na puszystej, zielonożółtej trawie. Zdjęła buty i zaczęła
wpatrywać się w niebo, zachądze ciemnością od drzew.
Smok usadził się obok niej.
-Co robisz? -Zapytał.
-Nic. -Odpowiedziała. -Nic.
Wyciągnęła w górę rękę. Wykonała ruch dłonią, jakby chciała złapać
skrawek błękitu.
-Uciekłaś tak nagle…
Nie odpowiedziała.
-Może nie powinnam odkładać tego. -Odezwała się w końcu.
-Czego?
-Może powinnam jakoś… spróbować. Spróbować jakoś ją zabić…
-Niby jak?
-Nie wiem. Nie wiem.
Przysunęła się do swego gada i zaczęła go głaskać.
-Nic nie wiem. -Powiedziała cicho. -Chcę po wszystkim.
-Musisz pozbyć się klątw.
-Jak?
Nirgiz westchnął ciężko.
-Wiesz, jak. -Odparował. -Ale ty tego nie chcesz.
Usiadła.
-To takie bez sensu. -Jęknęła.
-No nie przesadzaj, że to takie straszne.
-Ale ja nie chcę nikogo zabijać.
-Im szybciej to zrobisz, tym szybciej ją zabijesz.
Przysunęła nogi do siebie, owinęła je rękoma. Twarz położyła na kolanie.
-Czemu nie potrafię się cieszyć… -Jęknęła.
-Za bardzo rozpamiętujesz przeszłość.
-Ale ja nie chcę o niej pamiętać!
-O czym nie chcesz pamiętać? -Usłyszała znajomy, męski głos. Odwróciła
się i zobaczyła przed sobą anioła.
-O przeszłości. -Odpowiedział smok.
-Kochana. -Sheez uśmiechnął się i przysiadł obok niej. Delikatnie
pogłaskał jej włosy. -Teraz jest taki moment, że twój umysł próbuje
sobie z tym wszystkim poradzić. To minie, kiedyś.
-Kiedy?
-Nie wiem, ale chcę, żebyś to jakoś wytrzymała. Wytrzymasz?
-Wytrzymam. -Odpowiedziała słabo.
Przytulił ją do siebie, pozwolił położyć jej głowę na swoim ramieniu w
taki sposób, by mogła patrzeć w jego błękitne oczy.
-Dlaczego uciekłaś? -Zapytał, gdy wokół nich zaistniało tylko bicie
ich serca i szum trawy.
-Chciałam… chciałam zniknąć.
-Agafe….
-Przepraszam. Kocham cię. Chcę… chcę być z tobą… nie bądź zły.
-Nie jestem. Tylko naprawdę chciałbym, żebyś chciała żyć, żeby to było
dla ciebie najlepsze.
-Sheez…
-Słucham.
-Pocałuj mnie.
Uczynił to. Jego pocałunek był miękki, smakował słodką pomarańczą.

W sali lekcyjnej jedna z doniczek była pusta. Ziemia z begonią leżała
wokół biurka
-Okej! -Krzyknął rudzielec. -Kto nie trafi, idzie szukać żarcia!
Nastolatki zaczęły wyrywać kartki z zeszytów i tworzyć kulki. Po
chwili brunet rzucił w cel. Trafił i wyrwał mu się radosny okrzyk. Za
nim postąpili kolejni. Ostatni był przywódca bandy. Również trafił. I
skrzywił się.
-Trzeba jeszcze raz. -Zdecydował.
-Chwila! -Odparł brunet, podchodząc do doniczki i wlepiając w jej
wnętrze wzrok. -Ale tylko dziewięć kulek jest.
-Kto nie rzucił?
Nagle wszystkie oczy skierowały się w stronę blondynki. Ta, miast
wyrywać kartki z zeszytu, rysowała w nim coś. Rudzielec zmarszczył
brwi i podszedł do niej.
-Hej, laska -odezwał się -czemu nie rzucasz?
-Bo nie mam ochoty. -Padła odpowiedź. -Spadaj.
-No czekaj, czekaj, jak to tak? -Nie czekając na jej reakcję wyrwał
zeszyt i długopis.
-Oddawaj! -Wrzasnęła wściekle i chciała wyrwać mu skradzione rzeczy,
ale ktoś podszedł za nią i chwycił za włosy. Jęknęła. -Zostaw!
-Tak swoją drogą jestem Kamil, a tobie jak?
Jasnowłosa była wściekła.
-Nie twoja sprawa! -Krzyknęła mu prosto w twarz i dostała plackiem w policzek.
-A właśnie, że moja. Jakbyś nie zauważyła, jestem tu najważniejszy i
wymagam bezwzględnego posłuszeństwa. Mogłabyś być tak miła i
powiedzieć swoje imię?
Ona zamiast tego kopnęła w krzesło. Osoba z tyłu puściła ją i
próbowała złapać równowagę.
-Debil! -Ryknęła. -Debil! Jestem Monika do twojej wiadomości i masz
się ode mnie odpierdolić!
Wyszła zza ławki i ruszyła w stronę drzwi. Otworzyła je.
-Hej, laska! -Rzucił za nią rudzielec. -Mogłabyś znaleźć dla nas żarcie?!
Nie odpowiedziała, tylko ruszyła w korytarz.

* * *

-Znalazłaś już kogoś? -Spytał Astaroth, siedząc w gabinecie
właścicielki Dragon Arch. Znajdował się na kanapie, a naprzeciw siebie
miał kobietę-demona.
-Niestety, nie bardzo. -Odparła. -Jak na razie trzy osoby na trzy mi odmówiły.
-A może ktoś z Kramu zechce się poświęcić? Próbowałaś tą drogą?
-Ale łatwiej jest tu znaleźć samobójców.
-Łatwiej nie łatwiej, problem w tym, że zostało pięć miesięcy.
Karina westchnęła ciężko.
-Robię to tylko dlatego, że moja pani nie chce patrzeć na jej
cierpienie. -Wyjaśniła. -Mnie za bardzo na tym nie zależy.
-Może. Jak trwoga to do Boga…
Spiorunowała go, a on parsknął śmiechem.
-Nie, nie będę się z tobą drażnił. -Wstał. -Jakby Likame pytała, to będę rano.
-Znowu idziesz?
-Broszka, muszę załatwić dla niej broszkę. -I zniknął.

* * *

Okno zasłonięte zostało niebieską firanką. Na pościeli w tym samym
kolorze leżały dwie wtulone w siebie kobiety. Spoglądając w swoje oczy
nie odzywały się. Ich rozmowa toczyła się między dłońmi, które
delikatnie się ocierały i łączyły się w całość.
-Uciekłaś dziś. -Powiedziała rudowłosa.
-Przepraszam.
-Nie, nic się nie stało przecież.
-Może… nie powinnam tak uciekać… te dzieci potrzebują opieki…
-A ty miłości i szacunku. Astaroth powiedział, że źle cię potraktowali…
-To nie są złe dzieci… ale nie umieją dobrze… ja nie wiem. Śmiali
się ze mnie, więc pomyślałam, że najlepiej byłoby zniknąć…
-Zniknąć?
-Tak. Ja… przepraszam… ale czasami… ostatnio wydaje mi się, że…
Urwała. Jak mogła jej to powiedzieć?
-Likame…
-Tak?
-Kocham cię. Chciałabym spełnić twoje życzenie… być z tobą. Tylko
czasem nie mam sił… Czasem zdaje się, że niebycie to najlepsze, co
może być…
-Nie mów tak, proszę.
-Ale ja… ja mogę tak nie mówić, tyle, że… boję się zdecydować, czy
chcę dalej, czy nie…
-Przecież już zdecydowałaś.
-Ale ja… ja się boję. Ja… jestem władczynią smoków… nie chcę nią
być, ale… jestem. I miałam ci tego nie mówić, ale jesteś dla mnie
najważniejsza… nie potrafię mieć przed tobą tajemnic… nie… ale
ja nie chcę, żebyś się smuciła.
Przerwała.
-Po prostu to powiedz. -Poprosiła narzeczona Astarotha.
-Bo władczyni smoków rodzi się wtedy, kiedy istnieje potężne zło… i
odchodzi, kiedy zostaje pokonane… I jeśli ja mam chcieć żyć… to
czemu będę musiała je oddać…
-Może to nie tak. Pewnie nie chodzi tu o życie jako takie, a o magię.
-Skąd wiesz…
-A ty? Wiesz różne rzeczy, ale dostałaś magię, więc równie dobrze może
ci ktoś ją zabrać. Czemu miałby ci być zabrany przywilej życia? Nie
sądzisz, że to za dużo? Wiedza o nieuniknionej śmierci zabija chęć do
życia, nie uważasz, że masz prawo się cieszyć życiem? Myślałam, że
chcesz się cieszyć jego pięknem.
-Ale ja chcę się nim cieszyć. Tylko się boję…
-Nie bój się, kochana. Życie jest piękne. Przecież wiesz o tym lepiej, niż ja.
-Likame… dziękuję.
Może faktycznie nie chodzi o życie, tylko o magię? Stworzyli w niej
magię, to równie dobrze mogliby ją zabrać. Koniec zła może oznaczać
koniec broni. To takie proste.
Roześmiała się.
Minęła dłuższa chwila, nim się uspokoiła.
-Jestem zmęczona. -Szepnęła.
-To pośpij sobie.
-Tu?
-Tak. Ze mną.
-Ale Astaroth…
-Dopóki go nie ma, chcę być z tobą.

* * *

Stołówka w Phobosie miała czerwone ściany i padoukowe meble. Przy
jednym z takich stolików, nakrytych czarnym obrusem, na który położono
wazon z bezą, ziemniaki z kotletem i sałatką jadła Monika. W milczeniu
wpatrywała się w pustkę przed siebie – oprócz niej w sali nie było
nikogo.  Zdawała się zamyślona. Dziobnęła widelcem w kotlet i drzwi
się otworzyły.
-Jedzenie! -Ryknął rudowłosy, stojąc w drzwiach. Za nimi znajdowało
się osiem osób. -I ta menda!
Blondynka nie skomentowała jego zachowania. Przywódca bandy podszedł
do niej i strącił talerz.
-Zostaw mnie. -Zażądała twardo dziewczyna.
-No, laska, sobie jesz, a nam nie mówisz, gdzie jest żarcie? Myślisz,
że to ci ujdzie na sucho?! Już powiedziałem, że jestem przywódcą!
-Nic mnie to nie obchodzi! Weź się odpierdol, popaprańcu!
Wstała i zaczęła się cofać. Ktoś ją zaszedł od tyłu i chwycił w pasie.
-Ej! -Wrzasnęła, próbując się wyrwać. -Co ja do cholery tobie zrobiłam?!
-Bo chciałbym zaznaczyć, laska, że zachowujesz się, jakbyś miała nas w
dupie. -Kamil usiadł na krześle i uśmiechnął się. -Podejrzewam, że…
-Co tu się dzieje? -Rozległ się delikatny głos anioła. Wszystkie oczy
zwróciły się w stronę mężczyzny o długich, brązowych włosach, ubranego
w zieloną koszulę, czarne spodnie i brązowe adidasy. Stał w wejściu i
patrzył na małolatów.
-Proszę pana! -Wrzasnęła więziona. -Oni mnie tu męczą!
-Widzę. -Sheez podszedł do młodych ludzi, pstryknął palcem. Blondynka
poczuła zwolnienie uścisku i usłyszała krzyk. Jej oprawca leżał na
podłodze i głaskał głowę, z której leciała strużka krwi.
-Kurwa, facet, co to było?! -Krzyknął ranny.
-Więcej szacunku. -Szatyn spojrzał na rudzielca. -Co masz do tej dziewczyny?
-Bo ona tu nie pasuje. -Stwierdził Kamil. -Najpierw się rozbeczała,
potem nas olała, a potem nie powiedziała, gdzie mamy żreć.
-A długo zamierzasz ją męczyć?
-Dopóki nie poczuję, że ona do nas należy.
-W takim razie idziesz ze mną.
Rozbawiony rudzielec wstał i podreptał za aniołem.
-Na dywanik do dyrektora, ale jaja -odezwał się brunet.
-Nie powiedział, że do dyrektora. -Zauważyła przytomnie Monika.

* * *

Szli spokojnym krokiem, mijając poszczególne drzwi. Na jednych była
tabliczka “Dyrektor”, lecz minęli je.
-Nie włazimy? -Zapytał Kamil, nieco zdziwiony.
-Nie ma potrzeby trudzić dyrektora z takimi drobnostkami.
-Odpowiedział Sheez. -Gdybyście pozwolili wychowawczyni na skończenie
zajęć, to byś wiedział, gdzie idziesz.
Rudzielec zatrzymał się.
-Zaraz, kurwa, gdzie my idziemy?! -Krzyknął.
-To niespodzianka, a teraz chodź.
-Nie! -Ryknął Kamil i rzucił się do ucieczki. Nie zdążył wykonać dużej
ilości kroków. Szybko jego koszula znalazła się w rękach szatyna.
-Nie uciekaj. -Powiedział Sheez.
-Nie bij! -Poprosił chłopak.
-Nic ci nie zrobię, obiecuję. Możesz mi zaufać. Tylko uspokój się, młodzieńcze.
Puścił rudzielca i ruszyli w głąb korytarza. Anioł przystanął po
dziesięciu minutach, przed białymi drzwiami.
-Ja myślę, że będziesz miał czas sobie wszystko przemyśleć.
-Powiedział. Otworzył drzwi, zapalił światło i popchnął podopiecznego
do wnętrza. Ten przełknął ślinę i z szeroko otwartymi oczami
wykrzyknął:
-Co to kurwa jest?!
Znajdowali się w białym pomieszczeniu, a ściany zdawały się być miękkie.
-Izolatka -wyjaśnił Sheez. -Naprawdę nie chciałbym ci robić krzywdy,
ale nie mamy czasu cackać się z waszymi debilnymi zachowaniami. Więc
albo przemyślisz sobie swoje zachowanie i przestaniesz męczyć Monikę,
albo będziesz tu trafiał częściej. Wypuściłbym cię od razu, ale nie
wiem, czy mogę ci zaufać.
-Cco?! -Kamil padł na kolana. Czuł, że serce chce się z niego wyrwać.
-Ej! Zaczekaj! Kurwa!
Drzwi od pokoju zostały zamknięte. Chłopak wstał i próbował je
otworzyć, ale napotkał opór zamka. Zaczął walić w nie pięściami, ale
szybko się zmęczył.

* * *

Agafe pierwsza otworzyła oczy. Usiadła i wpatrzyła się w niebieską
firankę. Nie potrafiła potem określić, ile czasu to robiła. W pewnym
momencie poczuła na ramieniu delikatną dłoń i wtedy wzdrygnęła się.
-Wystraszyłam cię? -Usłyszała znajomy, ukochany głos.
Władczyni smoków uśmiechnęła się. Nie zdążyła się odezwać, drzwi do
osobistego pokoju Likame otwarły się. Do wnętrza wszedł demon.
-Witam, panie. -Powiedział. -Agafe, byłabyś tak miła i oddała mi moją ukochaną?
-Dobrze.
Przyjaciółka rudowłosej wstała i chciała odejść, ale nie mogła uczynić
jakiegokolwiek kroku, kiedy właścicielka Archa mocno trzymała jej
dłoń. Agafe wpatrzyła się w zielone oczy ukochanej i usłyszała od niej
słowa:
-Do zobaczenia.
Niechętnie, władczyni smoków wyszła z pokoju.
-A teraz będziesz moja. -Rzekł brunet i zamknął drzwi. Uśmiechał się,
podszedł do ukochanej i pocałował ją w usta. -Na ostro czy na słodko?
-Na ostro.

* * *

Agafe otworzyła drzwi do swojego pokoju. Przy oknie stał szatyn.
Spojrzał za siebie i uśmiechnął się.
-Tęskniłem. -Powiedział.

Podeszła do niego i przytuliła się.

-Ja… też.
-Jadłaś już śniadanie?
-Nie.
Posadził ją na łóżku. A ona powiedziała tylko:
-Jesteś piękny.
-Ty też. -Podał jej talerz z dwiema kromkami, na których leżała
sałatka z szynką. -Jaką herbatę pani sobie życzy?
-Ja… czerwoną.
Kubek z gorącym napojem postawił na parapecie i przysiadł obok partnerki.
-Smacznego. -Powiedział.
-Dziękuję.
-Wracasz dziś do Phobosa?
Nie odpowiedziała mu od razu.
-Powinnam… ale nie wiem, czy dam radę… czy oni będą się ze mnie śmiać…
-Pewnie nie. Ten rudy, co to wszystko zaczął, znalazł się w końcu w
izolatce. Napastował koleżankę. Wypuściłbym go, ale nie wiem, czy mogę
mu zaufać.
-Ja też nie…
-Pewnie, gdybyś z nim porozmawiała, to byś wiedziała.
Wydawała się blada. Spojrzała w jego niesamowicie niebieskie oczy i powiedziała:
-Tam jest biało.
-Wyprowadzę go.
-Nie. -Wydawało się, że drży. -Ja… muszę do niego wejść… bo ja…
ja się boję, ale… po prostu nie zamykaj drzwi.
-Dobrze.
Zjadła ostatni kęs chleba.
-Podaj… możesz… -Urwała.
Sheez wstał, wziął szklankę z parapetu i podał jej.
-Dziękuję.
Nie wracał na miejsce. Przyglądał się swojej pani ze stoickim pokojem.
W jej oczach dostrzegł tęsknotę. Za czym, zastanawiał się.
W końcu miała pusty kubek. Wziął go z jej dłoni i postawił na miejsce.
Wziął również jej dłoń w swoją. Mocno ściskając, sprawiał wrażenie, że
nie chce puścić. Wstała i wtuliła się w niego.
-Jesteś piękny. -Powiedziała. -Nie wiem. -W jej głosie zabrzmiał żal.
-W porządku?
Potrząsnęła głową i odsunęła się od niego o parę kroków. Wciąż jednak
trzymała jego dłoń w swojej.
-Pomyślałam sobie… pomyślałam, że ja… ja cię chcę… ale to…. to
mnie przeraża.
-Nie musisz się śpieszyć.
-Nie?…
-Nie. Kiedy będziesz gotowa, wtedy to zrobimy.
-A… jeśli nigdy… ja…
-Kiedyś będziesz. Teraz i tak świetnie sobie dajesz radę. Byłbym
draniem, żądając od ciebie czegoś więcej. Na wszystko jest czas,
kochana.
-Kocham cię.
-Ja też. -Przysunął ją do siebie. -Mogę cię pocałować?
-Tak… Sheez…
-Słucham?
-Nie pytaj o to… całuj, kiedy chcesz…
Uśmiechnąwszy się, obdarzył ją długim, francuskim pocałunkiem ze
słodką pomarańczą.
Gdy skończył, natknęła się na jego piękne oczy. I dotknęła jego
policzka.  Wtuliła się w niego.
Stali tak, nie wiedząc, ile minut im ucieka. Delektowali się dotykiem
swoich ciał, poczuciem, że ta druga istota oddycha. Obserwowali swój
wzrok, marząc, że kiedyś, odważni, będą mogli odkryć przed sobą
wszystkie tajemnice ciała.
-Chodźmy już. -Zdecydował.
-Dobrze.
I zniknęli.

* * *

Burczało mu w brzuchu. Może powinien czuć złość, że jest głodny i
spragniony, ale miał siłę tylko na leżenie i patrzenie się w biały
sufit.
Poderwał się, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi. Do wnętrza izolatki
weszła kobieta, ubrana w szare spodnie i koszulę w szaro-czarne paski.
Na stopach miała czerwone adidasy.
-Dzień dobry. -Powiedziała.
Zauważył, że przybyła lekko drży. Zimno jej?, zastanawiał się. Czemu
nie zamyka drzwi? Czyżby chciała go uwolnić?
-Czego chcesz? -Zapytał ostro.
-Uwolnić ciebie. -Odpowiedziała. Ruszyła w jego stronę.
-To zrób to!
-Kiedy najpierw musimy porozmawiać.
-Porozmawiać?! O czym tu, do cholery, można gadać?! Uwięziliście mnie
w tym czymś nie wiem nawet za co!
-Wiesz. Napastowałeś koleżankę.
-To nie powód!
-I właśnie dlatego jest to powód. Nie tak powinieneś się zachowywać.
-A jak?!
-Pozwolić jej na samodzielność.
-Dlaczego to jest właściwe?
-Bo ona jest człowiekiem. Spróbuj… sobie wyobrazić, co byś czuł na
jej miejscu.
Rudzielec wybuchnął śmiechem. A gdy się uspokoił, zauważył, jak jego
wychowawczyni objęła się rękami. Nie, nie będę pytał, czemu to robi,
pomyślał.
-A ja nie jestem? -Spytał. -Ona może robić wszystko, a ja nie?!
-Jeśli ona kogoś skrzywdzi, też czeka ją izolatka. My… nie chcemy
wewnętrznych konfliktów. Potrzebujemy… waszej energii… złości…
na wroga.
-Wiem, że to szkoła wojskowa, ale co z tego?! Zabawić się nie można?!
-Zabawić? -Spytała lodowato.
Zaskoczyła go.
-Tak, zabawić. -Odpowiedział powoli. I zaczął się zastanawiać, czy nie
narobił sobie dodatkowych problemów.
-Mogę zadać pytanie?
-Tak.
-Czy to, co widziałeś na wczorajszym filmie cię rozbawiło?
-E… nie. To było przegięcie!
-Teraz to dla ciebie przegięcie. Ale to jest… wiesz… -Urwała. -Zimno mi.
-A co mnie to obchodzi!? Chcę stąd wyjść! Wypuśćcie mnie do cholery
jasnej! Mamo, pomóż!
Rozpłakał się. Tak bardzo chciał do mamy. I zdawało się, że ją dostał.
Ciepłe ramiona, które go objęły wydawały się dawać bezpieczeństwo.
Potrzebował chwili, by uświadomić sobie, że osoba, która go przytulała
nie jest jego rodzicielką. Odsunął się wtedy i zapytał:
-Co pani robi?!
-Martwię się o ciebie.
-Co?
Uśmiechnęła się blado. I powiedziała:
-Wiem, co czujesz. Mnie biel też przeraża.
-Jak… przeraża, to czemu pani stąd nie wyjdzie?
-Bo chcę, żebyś był dobrym człowiekiem. Nie takim, który bawi się
innymi ludźmi. Krzywdzenie innych, poza swoim wrogiem, jest bez sensu.
A Monika nie jest twoim wrogiem, prawda?
-Tak… Ale dlaczego panią to obchodzi?
-Bo obchodziłoby to twoją mamę. Zapewne wolałaby, żebyś tu nie
trafił… ale skoro już tu jesteś… Bądź najlepszy. I nie baw się
ludźmi… bo to obrzydliwe. Ja… nienawidzę tych, którzy tak robią.
-I co z nimi robisz?
Milczała przez sekundę, może dwie, a potem powiedziała:
-Zabijam ich. Ale ciebie nie zabiję, bo ty taki nie będziesz. Nie
chcę, byś innych krzywdził. I jestem pewna, że twoja mama zgodziłaby
się ze mną.
-Pani mnie nie…
Wyczuwała w nim strach.
-Nie skrzywdzę cię. -Przerwała mu. -Nikt z nas cię nie skrzywdzi,
jeśli ty nie będziesz krzywdził. Możesz zabić tylko swojego wroga, ale
my nim nie jesteśmy. Chcemy być twoimi przyjaciółmi.
-Jak chcecie to zrobić?
-Zamierzamy tobie pomóc. Tylko… daj sobie pomóc. Proszę. -Słowo
“proszę” wypowiedziała tak, że Kamil spojrzał prosto w jej oczy i
rzekł:
-Dobrze.
-Dziękuję. A teraz… możesz iść na śniadanie. Po nim… Ten pan
-wskazała na swego ukochanego, stojącego na korytarzu -zaprowadzi cię
do mnie. Chciałabym ci wtedy coś dać.
-Okej. -Nie czekając na ich reakcję, puścił się biegiem, jakby gromy
go goniły. Kilka sekund później zniknął im z oczu.
-Świetnie się spisałaś. -Stwierdził anioł.
-Może. -Zrobiła parę kroków ku wyjściu. W momencie, kiedy jej stopy
stanęły poza izolatką, poczuła, że jest jej cieplej. Przytuliła się do
szatyna. -Chcę… żeby był przywódcą.

* * *

Przystanął, gdy uświadomił sobie, że jest sam na korytarzu. Nie
słyszał żadnych kroków idących w jego stronę. Odetchnął z ulgą. Co za
pieprzone miejsce, pomyślał. Gdzie jestem?
Rozejrzał się i stwierdził, że znajduje się niedaleko gabinetu swojej
klasy. Ruszył przed siebie, minął jej drzwi i z mozołem zaczął się
wspinać po wysokich i szerokich schodach. Po piętnastu stopniach miał
już dość, a zostało mu jeszcze dziesięć. Zaburczało mu w brzuchu i
przyśpieszył, by po chwili znaleźć się na samej górze. Miał przed sobą
drzwi z napisem “Stołówka”.
Podszedł do nich, pchnął je i wszedł do wnętrza. Wszystkie oczy w
czerwonym pomieszczeniu spojrzały prosto na niego.
-Czego się gapicie, rudego nie widzieliście?! -Krzyknął, ruszając do przodu.
-Kamil! -Zawołał brunet z ranką na czole. -Gdzieżeś zwiał?!
Przybysz zatrzymał się przy swojej bandzie i powiedział poważnie:
-Zaprowadzono mnie do izolatki.
-Izolatka w szkole? -Zdziwiła się Monika. Pozostali spojrzeli po sobie
i roześmiali się.
-Skurwiele -mruknął rudzielec i podszedł do okienka. -Dzień dobry,
mogę prosić o podwójne śniadanie?
Czarnowłosa kobieta spojrzała na niego i odpowiedziała:
-Nie, ale możesz dostać jedną porcję.
Nim zdążył zareagować, przyniosła mu dwie kromki chleba z szynką i
pomidorem oraz fioletowy kubek z gorącą herbatą.
-Proszę -powiedziała radośnie i poszła zająć się swoimi sprawami.
Chłopak podszedł do pustego, stojącego na uboczu stolika. I zaczął
jeść. Gdy tylko doszedł do połowy, przy nim zjawiła się blondynka.
-Czego chcesz? -Zapytał.
-Izolatka w szkole? -Dziwiła się dziewczyna. -W jakiej szkole jest izolatka?
-To jest popieprzone miejsce, a teraz daj mi skończyć.
-Dobrze się czujesz?
-Odwal się!
-Ale dlaczego? Ja tylko chciałam wiedzieć…
Wstał i chwycił ją za włosy. Jęknęła.
-Odpieprz się albo oboje skończymy w izolatce. -Wyjaśnił twardo i
puścił Monikę. Ta cofnęła się parę kroków i poszła do bandy.
Skończył jeść i stwierdził, że się nie najadł. Pieprzona kucharka,
pomyślał. Wstał i ruszył do wyjścia. Gdy przechodził obok swej klasy,
brunet złapał go za rękaw i powiedział:
-Izolatka, tak?
Kamil szarpnął się i wyrwał, nie odezwał się. Poszedł do drzwi, by
następnie za nimi zniknąć.
-Ale nie wydaje mi się, żeby robił sobie jaja -stwierdziła blondynka.
-Zagroził, że też trafię do izolatki. Może spróbujmy złapać kogoś i
się dowiedzieć.
-Twój pomysł, twoje działania. -Odparował brunet.

* * *

Nie spodziewał się, że za drzwiami spotka Sheez’a. Z lekkim wahaniem
ruszył za opiekunem. Po paru krokach znaleźli się tuż przed gabinetem
dyrektora.
-Śmiało. -Powiedział anioł i otworzył drzwi.
Ściany pomieszczenia miały ciemnopomarańczowy kolor, a meble czarny.
Na krześle siedziała rudowłosa piękność, która założyła spodnie w
niebieską kratkę i koszulę w czarnej kratce. Obok niej stała Agafe w
swoim szarym stroju.
-Witam. -Powiedziała Likame. -Jak zapewne zauważyłeś, nie jesteśmy
zwykłą szkołą.
Kamil miał ochotę odpowiedzieć coś ostrego, ale powstrzymał się. Czy
może pogorszyć sytuację? Czego od niego chcą?
-Widzę, że nie jesteś zbyt rozmowny. -Podsumowała właścicielka Archa.
-W takim razie weź to pudełko -wskazała na niebieską szkatułkę
postawioną na biurku -i idź w swoją stronę. Tylko nie pozwól innym
dostać się do tego.
Chłopak niepewnie, wziął pudełko w swoje dłonie i spróbował je otworzyć.
Wściekł się, ale nic nie powiedział. Nie zważał na to, gdzie się
znajduje, po prostu starał się uchylić wieko. Raz, dwa, trzy… udało
mu się i krzyknął triumfalnie. Zapał ostygł, gdy uświadomił sobie, że
w środku są kartki.
-Co to? -Zapytał.
-Dane. Bardzo ważne dane. Możesz je wykorzystać do swoich celów, albo
i nie. Jak sobie chcesz.
Zamknął swoją zdobycz i wyszedł bez pożegnania.
-Tyle z nim porozmawialiśmy. -Podsumowała właścicielka Dragon Arch.
-Wystraszyłam go. Może nie powinnam… -Odpowiedziała władczyni smoków.
-Powinnaś. -Stwierdził Sheez, przytulając się do swej ukochanej. -Bo
jak wyjdą do walki, to stawką będzie ich życie, a nie ocena w szkole.

* * *

Chwilę stał na korytarzu, po czym poszedł w przeciwną stronę, niż sala
lekcyjna z jego klasą. Po paru krokach doszedł do ogromnych, dużych
drzwi, za którymi widać było drzewa. Pociągnął za klamkę i odkrył, że
nie są zamknięte. Wyszedł na zewnątrz i owinął go chłodny wiatr.
Wzdrygł się, ale podszedł do najbliższego drzewa. Usiadł przy nim,
opierając się o niego i jeszcze raz otworzył szkatułkę.
-Pieprzona szkoła -mruknął i wyjął kartki. Wszystkie były zadrukowane.
Zaczął je czytać. Po pierwszu paru zdaniach przejął go dreszcz. Urwał
i patrz na monumentalną, szklano-metalową kopułę, która znajdowała się
przed nim.
-Kurwa -jęknął.
Mamo, pomóż, myślał gorączkowo, ja nie chcę tu być. Gdybym uciekł…
ale nie wrócę do domu.
Zorientował się, że drży i zaklął. Może to nieprawda, co tu wypisują?
Choć z drugiej strony, izolatka była prawdziwa. Serce mu szybciej
zabiło, gdy przypomniał sobie ten głos: “Zabijam ich”. Wiedział, że
ich wychowawczyni była po przejściach, wiedział nawet, że gdyby sam to
przeżył, to bez wątpienia zabiłby swoich oprawców z zimną krwią. Ilość
szczegółów, zachowanie Agafe…
Wrócił do notatek. Starał się zapamiętywać wszystkie w nich zapisane
informacje. Skończył po parunastu minutach.
Wiem więcej, niż ta banda skurwieli, uświadomił sobie. Dla niego nic
już nie będzie tu zagadkowe, przynajmniej na ten rok. Wiedział, gdzie
jest toaleta, prysznic, sypialnia, poszczególne klasy i izolatki.
Wiedział również, jakie zajęcia go czekają i po co.
Władczyni smoków nienawidzi, gdy ktoś kogoś traktuje, jak zabawkę, ale
sama tak robi. A on nie jest zabawką.
Tylko, do jasnej cholery, co on może? Jak powie coś, co im się nie
spodoba… jak zrobi coś niewłaściwego, to wyślą go do białego pokoju.
Nie chciał tam trafić.
Czuł się jak w potrzasku.
Nagle drzwi się uchyliły i wyszło z nich troje osób. Wszystkie znał.
Wszystkich tak samo nie znosił. Wstał nagle, a wtedy oni go zauważyli.
Urwali na chwilę rozmowy, po czym wrócili do nich.
-Mam ochotę na jakieś zakupy -stwierdziła rudowłosa.
-To może ja bym pomógł Astarothowi. -Zaproponował szatyn.
-W czym?
-Przecież wiesz, że nie powiem.
-Uparliście się. -Westchnęła ciężko. -Nie przesadzacie trochę?
-Wydaje mi się, że ostrożność przy tajemnicach jest konieczna.
-No, może. Agafe, masz ochotę na maseczki na twarz? Agafe?
Agafe zdawała się być nieobecna. Wpatrywała się gdzieś w dal, nerwowo
pocierając czoło. Drżała, jej skóra wydawała się blada. Kontrolowała
oddech i gdy tylko przełknęła ślinę, spojrzała w zielone oczy swej
partnerki. I powiedziała:
-Czasem jeszcze… nachodzą mnie obrazy…
Likame przytuliła przyjaciółkę.
-Ta… dzisiejsza biel…
Zdawało się, że gdyby nie właścicielka Dragon Arch, władczyni smoków upadłaby.
-Dobrze się czujesz? -Zapytała narzeczona Astarotha.
-Słabo mi. Przepraszam.
Kamil patrzył na tę sytuację i szukał momentu, by się wtrącić. Na
razie go nie znalazł. Zmarszczył brwi i spojrzał na rozwalone wokół
drzewa kartki z informacjami. Wojna, wojsko… i wychowawczyni.
Zabawa.
Na tę myśl poczuł złość, która coraz bardziej w nim narastała.
Podszedłł do dorosłych i krzyknął:
-Traktujecie nas jak zabawki!
-Każde wojsko jest zbiorem zabawek. -Odpowiedziała Likame i
obserwowała niedowierzanie na twarzy rozmówcy. -Politycy wysyłają
żołnierzy tu i tam, nie zważając na to, że mogą stracić życie.
Zabawka.
Skrzywiła się. -Ale my nie chcemy was tak traktować.
-Ale to robicie!
-Nie. -Wtrąciła Agafe. -Wy… ty… nie wiesz, co znaczy być zabawką.
-Nie?
-Nie. I mam nadzieję, że się nie dowiesz… dlatego musisz być najlepszy…
-Nie chcę być najlepszy! Nie chcę siedzieć w tej pieprzonej szkole z
pieprzonymi zasadami z pieprzonego powodu! I nie chcę nawet do domu!
-To idź pod most. -Zaproponowała rudowłosa. -Możesz zacząć od razu
żebrać, bo żadna szkoła już cię nie przyjmie.
Nie odpowiedział.
Opadł na ziemię.
-Czuję się zabawką. -Powiedział słabo.
Właścicielka Nirgiza podeszła do niego i powiedziała:
-Jeszcze się tak nie czujesz. Zabawką… będziesz, gdy cię złapią na
wojnie… -Kucnęła i znalazła się twarzą w twarz z rozmówcą. -Ale
teraz… nie wiesz, co mówisz… bo zabawką… to byłam ja i było mi
strasznie źle.
Kamil przełknął głośno ślinę.
-Jak strasznie źle? -Zapytał odruchowo.
Zapanowało milczenie. Kiedy zdawało się, że niczego więcej nie
usłyszą, władczyni smoków odparła:
-Tak źle, że po wszystkim chciałam się zabić.
Wstała i podeszła do Likame. Przywarła do przyjaciółki.
-Kochana… -Wyrwało się właścicielce Archa.
-Likame… Kocham cię.
Chciały, aby ich usta się zetknęły. Pragnęły przekazać sobie coś
więcej, niż tylko delikatne muśnięcie swych ciał.
Jednak miały tylko to. Z tym musiały wytrzymać.
-Ja też cię kocham. -Odpowiedziała rudowłosa. -To co, idziemy na zakupy?
-Tak.
I zniknęły. Sheez ziewnął.
-Powinieneś je zniszczyć albo schować. -Stwierdził, wskazując na notatki.
-A co byś ty zrobił?
-Zniszczyłbym, ale pod warunkiem, że miałbym fotograficzną pamięć.

* * *

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s